Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

14. All screwed up

local_library1 comment0 thumb_up0
Czarnołuska - część 14

Ja pierniczę, takiego ładnego apartamentowca to ja dawno z bliska nie widziałam.

Czego się spodziewałam? Szczerze mówiąc, to najbardziej tego, że Kurt mieszka z rodzicami. Z wujkiem i ciocią w Poczdamie, w wielkim starym domu, w którym miał dużo miejsca zarówno na życie, jak i smocze ćwiczenia. No, przyznaję, że nie miałabym do niego szczególnie wielkiego szacunku, gdyby to się potwierdziło. Jakoś tak nigdy nie potrafiłam zdobyć się na patrzenie przychylniej na dorosłych facetów, którzy grzali kącik w rodzinnym domu. Jak dla mnie, to chłop powinien wyprowadzać się na swoje, gdy tylko może, w momencie rozpoczęcia studiów na przykład, bo inaczej to zwyczajnie nie chłop, no. Kurde, może i bym się nawet odkochała?

Nie. Oczywiście, że musiał mieć swoje mieszkanie. Samochód i dobrze płatną pracę przecież też miał. Zniechęcającą datę urodzenia również.

Miejsce było całkiem ciekawe. Apartamentowiec wciśnięto między dość zabytkowe kamienice. Wyglądałby właściwie jak jedna z nich, gdyby nie to, że obłożono go eleganckim, błękitnym szkłem, a do wejścia prowadziło kilka podświetlanych stopni. Jak w jakimś cholernym Hiltonie. Wzdłuż niezbyt ruchliwej ulicy rosło kilka wysokich drzew, było sporo małych sklepów i było jakoś tak... przyjemnie. Sama chciałabym tu mieszkać. Prezentowało się to nieco lepiej niż mój blok... ale kto wie, może tutaj też pozory mylą.

Drzwi wejściowe były zamknięte. Wahałam się nad użyciem domofonu – nie chciałam sobie psuć niespodzianki, za bardzo byłam ciekawa miny, jaką będzie miał, gdy zobaczy mnie na progu, więc ucieszyłam się jak głupia, gdy pojawiła się uczynna mieszkanka z kluczem. Wpuściła mnie na klatkę schodową, życzyła miłego dnia głosem pracowniczki z reklamy magicznych garnków i odeszła w swoją stronę.

Wdrapałam się na trzecie piętro, zadzwoniłam do eleganckich drzwi i czekałam, ciesząc się w myślach jak głupia i próbując przybrać poważną minę.

Długo czekałam. Aż zaczęło mi się robić smutno, że nie ma go w domu i z niespodzianki nici...

He he, jednak tam był. Jak potrzyma się dzwonek wystarczająco długo, można przywołać do mieszkania jakieś dziewięćdziesiąt procent mieszkańców, których jeszcze przed momentem tam nie było.

Spał. Musiał spać, bo miał na sobie niemożliwie wyciągnięty jasnoszary dres i za dużą bokserkę. Był boso, nie zauważył, że jedno ramiączko mu opadło, i ogólnie sprawiał wrażenie takiego, któremu potrzeba było dłuższej chwili, by mnie rozpoznać.

– Kurde, skąd ty wiesz, gdzie ja mieszkam? – jęknął wreszcie. Od razu zrobił minę, po której poznałam, że nie chciał mówić tego głośno.

– Witam pana nauczyciela. Nie za wcześnie? – Znacząco pomachałam telefonem z włączonym zegarem. Było po szesnastej. – Mam kilka pytań.

– Podczas gdy ty mogłaś sobie wczoraj iść grzecznie spać, ja miałem jeszcze osiem baz danych do ogarnięcia. Tak, dla mnie to wcześnie – warknął, przepuszczając mnie w progu.

– Czego do ogarnięcia? – Obejrzałam się na niego jak kompletna idiotka.

– Jestem informatykiem.

– Jakby to cokolwiek tłumaczyło... – burknęłam. Dość cicho, mam nadzieję, że nie usłyszał. Im mocniej chciałam zaimponować mu swoim kobiecym wdziękiem, tym bardziej toporna się robiłam.

Mieszkanie wyglądało... właściwie jak typowe męskie mieszkanie. Urządzone nowocześnie, choć nieco niedbale, lekko zabałaganione. Nie brudne, ot wyglądające na zamieszkałe. Na fotelu spoczywały dwie rozwieszone koszule (na oko świeżo wyprasowane, co uznałam za dość podejrzane), na szarej kanapie czekał porzucony zdezelowany laptop z bliżej nieokreślonym zwitkiem kolorowych kabli, na białej ławie stał kubek po kawie (fusów była tam z połowa zawartości, nawet ja takiej siekiery nie piję). Otwarty aneks kuchenny – nowoczesny, szary i za mało kolorowy jak dla mnie – również nie był jakoś szczególnie zapuszczony. Zmywarka była uchylona, na blacie leżały dwa nieumyte talerze, na desce do krojenia zebrała się miniaturowa górka z okruchów. Drzwi do drugiego pokoju i łazienki były zamknięte, trzeci zapraszał na podwoje, lecz nie zamierzałam się tam pchać – już ze swojego miejsca widziałam wielki stół, mocną lampę nad nim, stos kabli, kilka rozebranych komputerów, lutownicę i trzy rolki z cyną.

Kurde, trzy? Ile on tego zużywał...?

I co on w końcu robił? Naprawiał komputery fizycznie, czy informatycznie, bo ja już się całkiem pogubiłam...?

Wymięty i potargany, zamknął za mną drzwi i wszedł do mieszkania. Od razu, nie przejmując się mną szczególnie, skierował się w stronę czajnika elektrycznego.

Zaraz, ja powiedziałam „potargany”? On wyglądał, jakby walnął w niego piorun. Osiem razy.

Rozejrzałam się jeszcze raz, szukając wzrokiem kolejnych szczegółów, z których mogłabym wybudować obraz jego codziennego życia. Nie było tego wiele. Inaczej niż u prawdziwego samotnie mieszkającego mężczyzny, nie widziałam nigdzie porzuconych skarpetek i majtek.

Coś w głębi mnie szepnęło, że chciałoby właściwie, tak z czystej ludzkiej ciekawości dowiedzieć się, jakie majtki nosił.

Oby nie stringi. Błagam, żeby to nie były...

– Miałaś do mnie jakieś pytania?

Czym prędzej wyrwałam się z zamyślenia. Bo jeszcze bym o to właśnie spytała...

– Babcia mi wszystko powiedziała – wypaliłam.

– Co znaczy „wszystko”? – Nie czekając, aż się zaparzy, dolał do kawy zimnej wody z kranu i od razu zaczął ją pić wielkimi łykami.

– Mam ci podać definicję? – Wywróciłam oczami. – Opowiedziała mi, co się dzieje. Wiem o Lodricku Drake'u i tym, że gromadzi armię. I że prawdopodobnie wcielił do niej Volkera. I tym, że zabija Egzekutorów, tylko ciebie jeszcze jakoś nie złapał. Właśnie, bo się zastanawiałyśmy – unikałeś go, zamiast walczyć, czy mu zwiałeś?

– Zwiałem. – Skrzywił się, zajrzał do kubka z wyrzutem. Co mu ta kawa zrobiła, że sobie na takie spojrzenie zasłużyła? Może... nie zaparzyła się, kurde? – Szliśmy na niego dwójką. Ja uciekłem. Trzy lata temu to było. Od tego czasu nie pozwalają mi się do niego zbliżać. Dlaczego babcia ci o tym powiedziała? To tajemnica...

– Byłam bardzo przekonująca. I teraz mam pytania, od których chyba się nie wykręcisz. – Odsunęłam kilka kabli i rozsiadłam się na kanapie. Natychmiast zerwałam się z powrotem.

Szlag, co to było...?!

Ach. Śrubokręt. Na cholerę mu śrubokręt na kanapie?! Chyba zaczynam powoli rozumieć część tych dowcipów o życiu z informatykami... Jak dobrze, że mój tata nie jest taki.

– Dobra. Więc pytaj. – Nie zwracając na mnie większej uwagi, zaczął robić sobie kanapki.

– Co ty konkretnie robisz w związku z tą akcją?

– Robię wiele rzeczy. Zabijam sojuszników Drake'a. Tropię ich. Możliwe, że będę potrzebny do przeszkolenia naszej armii, jeśli dojdzie do wojny. Rada Smoków ciągle czegoś ode mnie chce, ale jak na złość rzadko to jest coś konkretnego. Następne pytanie.

– Dlaczego nosisz miecz Strażnika?

Chyba był zaskoczony, że zdoławszy już zmusić go do odpowiadania na pytania, chciałam wiedzieć coś tak mało istotnego.

– To nie jest miecz Strażnika – powiedział wreszcie. – Wygląda tak samo, ale ma inne właściwości. Pozwala kanalizować magię. Ułatwia jej używanie. Smokoni magicznie nie są szczególnie utalentowani, z czarownikami nie mają szans, o wyvernach już nie mówiąc. To taki jakby... magiczny dopalacz. Zwiększa naturalną moc, magazynuje ją, wzmacnia zaklęcia, usprawnia ich kształtowanie. Ty masz w sobie wybitnie mało magii, pewnie być się poparzyła, gdybyś spróbowała dotknąć ostrza.

Z jakiegoś powodu poczułam się tym urażona. Zacisnęłam dłonie w pięści, zachowując obojętny wyraz twarzy. Nie jestem pewna, na ile mi się to udało.

– Będziesz uczył mnie magii?

Zmarszczył brwi.

– Masz naprawdę mały potencjał. Pewnie i tak nic z tego nie wyjdzie.

– Mam poprosić?

– Ale po co? To będzie kompletna strata czasu.

– Daj mi spróbować.

Kilka sekund toczyliśmy walkę na spojrzenia.

– Niech ci będzie. – Obejrzał się na zegarek. – Masz teraz czas? Masz – odpowiedział sam sobie bez wahania. – Zbieraj się, jedziemy. – Odłożył talerz, odszedł w kierunku sypialni.

Byłam zaskoczona. I to delikatnie mówiąc. Kurde, on tak szybko na to poszedł? Ledwo zauważyłam, gdy ponownie pojawił się w pokoju, tym razem całkowicie ubrany. Czarne spodnie i gładka szara podkoszulka jak zwykle leżały na nim... całkiem apetycznie. Tylko nadal był tak samo potargany, jak przed chwilą.

– Zebrałaś się już? – Zarzucił na ramię pochwę z mieczem. – Nie widzę cię przy drzwiach.

– Prawdopodobnie dlatego, że wciąż siedzę tutaj – burknęłam. – Jeszcze sobie grzywki nie ułożyłeś, nie będę tyle stać po próżnicy.

– Po co mam...? – Wyglądał po prostu arcyzabawnie z takim zaskoczeniem na twarzy.

– Grzywka. – Wykonałam znaczący gest wokół swojej głowy. – Nie będziesz kukuryku układał?

Bez słowa przeczesał czerwono-czarne włosy palcami. Nie mam pojęcia, jak to zrobił, ale tyle zasadniczo wystarczyło, by wyglądał tak jak zwykle.

Tym razem to ja musiałam wyglądać arcyzabawnie.

– No co? – spytał bezradnie.

– Nie używasz... nie wiem... żelu do włosów? – wydukałam. – Lakieru? Innych pierdół...?

– A po co? Same tak się układają.

– Nie wierzę. – Byłam w połowie podnoszenia się, ale musiałam usiąść z powrotem.

– Chcesz, to tam jest łazienka. Jak znajdziesz tam żel do włosów, to cię stąd na rękach wyniosę. – Wskazał kciukiem na zamknięte drzwi za plecami.

O Boże. Mój wymarzony facet wygląda jak wygląda, ale nie układa włosów. Ja pierdzielę, jak mi ulżyło...

Co nie zmienia faktu, że teraz to chętnie bym jakiś jeden żel znalazła. Kurde, dlaczego nie noszę żadnego przy sobie?

Poczekałam cierpliwie, aż zamknie drzwi, przepuściłam go na schodach. Dopiero kilka stopni później zadałam kolejne pytanie:

– A jak właściwie teraz rozwiążecie problem z tym deficytem Egzekutorów? Nie macie jakichś kandydatów? A jak macie, to co z nimi zrobicie?

– Będę musiał ich szkolić. – Podrzucił klucze jakimś dziwnie teatralnym gestem, zanim schował je do kieszeni. – Jest w tej chwili jeden kandydat. A właściwie kandydatka. Pierwszy raz w historii dziewczyna będzie miała szansę zostać Egzekutorką.

– Co? Dziewczyna?! – oburzyłam się nieco za mocno. – Jak to dziewczyna?! Przecież mieliście nie przyjmować dziewczyn!

– Nikt tego nie powiedział. Ostateczne testy zwykle okazują się zbyt ciężkie na to, by przeszła je kobieta, ale do nich zostało jeszcze jej trochę czasu.

Zazdrość. Kurde, to chyba była zazdrość. No bo jakaś raszpla, pewnie o wiele ładniejsza, starsza i fajniejsza ode mnie, pojawi się w bliskim sąsiedztwie Kurta. I co ja wtedy zrobię? Nie, nie może tak być! Już i tak mam małe szanse, a tak mogłabym skreślić się na dobre...!

– Po co szkolić jakąś babkę, skoro wiadomo, że nie przejdzie tych testów? – piekliłam się. – Nie powinieneś skupić się na szkoleniu mnie, skoro już się zgodziłeś? I co to w ogóle za laska?

– Nazywa się Sylwia. Znam ją dość długo. Uważaj na próg.

– To co, może jeszcze jest twoją dziewczyną?!

– Próg!

– Co?

Chlast!

– Mówiłem. – Podał mi dłoń, gdy zbierałam się z tych cholernych podświetlanych schodów. – A omawiać z tobą moich spraw sercowych nie muszę.

Zabolało. Ale przede wszystkim doprowadzało do szału. Bo dla mnie to brzmiało jak potwierdzenie.

– Super. A więc Sylwia. Wspaniała Sylwia, która we wszystkim będzie lepsza ode mnie – mruknęłam pod nosem. – Ale czy to takie trudne? Przecież każdy jest lepszy ode mnie.

– Co? – Obejrzał się na mnie przez ramię.

– Nic.

Łzy piekły pod powiekami. Nie, nie możesz się teraz rozryczeć. Nie teraz...!

Spokojnie, Czarnołuska. Spokojnie... – Nawet Dagon brzmiał dziwnie... Inaczej. Na zatroskanego, zmartwionego, jakbym była tak krucha, że każde ostrzejsze słowo mnie rozsypie. W sumie tak właśnie się czułam.

To boli, wiesz, smoku?

– Wiem. Wszystko wiem. Przecież ja też czuję. Spokojnie. Przecież nie powiedział tego...

– Nie powiedział. Ale nie musiał. Nie zawsze trzeba mówić wprost. Chyba tego nie rozumiesz.

– Nie rozumiem.

Smoczek z cienkiego drutu. Mój amulet. Mój skarb... Zacisnęłam go w palcach tak mocno, że niemal się pokaleczyłam, wbijając ostrzejsze krawędzie w delikatną skórę.

Chciałam umrzeć. Nie mogłam oddychać.

– Hej, wszystko w porządku? – Kurt spojrzał na mnie, zatrzymując się koło swojego samochodu. Zawahał się nad wciśnięciem guzika na kluczyku.

– Tak. A co miałoby się stać? – Spróbowałam się uśmiechnąć. Wyszedł mi z tego jakiś groteskowy grymas.

Chciał coś powiedzieć. Zrezygnował w ostatniej chwili. Otworzył samochód, wsiadł do środka. Poszłam w jego ślady, choć czułam się tak, jakbym miała zemdleć. Mięśnie mi zadrżały, gdy lekko zgięłam nogi.

– Jak nie czujesz się na siłach, to mogę odwieźć cię do domu.

– Proszę, jaka troska... – parsknęłam. Miało być sarkastycznie, wyszło żałośnie. – Nic mi nie jest przecież. Przypomniałam coś sobie.

Nie powiedział nic więcej.

Mały smoczek wydawał się parzyć. Dlaczego ja nie powiedziałam, że chcę do domu? Mogłabym... mogłabym opowiedzieć o wszystkim babci, poprosić, żeby mnie przytuliła, spróbować zasnąć. Mogłabym tyle rzeczy...

Nie mogłam tylko oddychać. Dlaczego to boli fizycznie? Tak powinno być? Miłość jest do dupy. Ja chyba też jestem do dupy. Myślałam, że mam jakiekolwiek szanse? Ja? Ja jestem dla niego dzieckiem. To normalne, że gdzieś obok mojego szkolenia ma też własne życie. Dlaczego nie brałam wcześniej tego pod uwagę? Mogłabym lepiej się przygotować...

A czy na to dało się przygotować?

Cały dobry humor szlag trafił. A gdy tu szłam, czułam się stuprocentowo dobrze, pierwszy raz od dłuższego czasu. Widocznie świat chciał mi coś uświadomić.

Hej, smoku. Nie ratuj mnie, jeśli magia będzie mnie chciała dzisiaj zjeść. Dobra?

– Przestań.

Nadzieja. Takie idiotyczne coś, w co możesz równie dobrze nie wierzyć i uważać, że jest pożywką dla głupich, ale gdy jej zabraknie... Ja nigdy nie myślałam, że to się spełni. To było niemożliwe, żebym mogła kiedykolwiek być z Kurtem. Jestem dla niego za młoda. Mam siedemnaście lat, wyglądam na jeszcze mniej. Jestem słaba, choć próbuję zakryć to złośliwością. Jestem... jestem dla niego nikim. Ale tak, gdy nie wiem niczego na pewno, jestem w stanie karmić się marzeniami. Mogę sobie gdybać, bo przecież nie wiem, jak to wygląda. Jakiś tam słaby okruch wiary mogę w sobie mieć.

Chyba żyłam do tej pory jedynie dzięki temu okruchowi. Gdy go zabrakło, poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca. Bolało, krwawiło... a ja stopniowo umierałam tam w środku. Chciałam umrzeć. Dlaczego to nie może stać się szybciej?

Kochałam go. Kochałam go do szaleństwa, a bez niego nie było mnie.

Droga do Poczdamu minęła w ciszy i zupełnie niepostrzeżenie. Gapiłam się tylko bezwolnie przez okno, w myślach licząc mijane budynki i modląc się, żeby Kurt nie drążył więcej. Swoim zachowaniem pewnie tylko sprawiałam, że drążyłby chętniej, ale po prostu nie mogłam się przemóc. Na szczęście nie patrzył na mnie. Traktował mnie jak powietrze...

Na szczęście? Sama nie wiedziałam, czy powinnam się z tego cieszyć. Nie wiedziałam, co powinnam myśleć, co czuć...

Ja wiedziałam tylko, że chciałabym, żeby mnie przytulił mocno, pocałował i powiedział, że wszystko będzie dobrze.

Wiedziałam też, że nic już nie będzie dobrze. Może kiedyś. Ale czy jestem na tyle silna, by na to kiedyś zaczekać? Wątpię. Oddałabym wszystko, byleby tylko moje marzenia...

Nie, po co o tym myśleć? Tak chyba jeszcze pogarszam.

Zatrzymał się pod wielkim domem, otworzył starą bramę pilotem owiniętym taśmą klejącą. Gdy samochód wtoczył się na wysypany żwirem niewielki podjazd, bez słowa wysiadłam i trzasnęłam drzwiami. Może nieco za mocno, ale nie zamierzałam się tym przejmować. Kurt wygramolił się chwilę po mnie, wyjął z bagażnika miecz i krótko skinął głową, bym ruszyła za nim. Poruszałam się jak automat.

– Użyłaś kiedykolwiek magii? – spytał, siadając na powalonej jabłoni.

– Nie – odpowiedziałam bez wahania. Nie zajęłam miejsca obok – skrzyżowałam ramiona na piersi i podeszłam do jednego ze wciąż żywych drzew, udając, że zauważyłam na jego korze coś interesującego. Przejechałam po niej delikatnie palcami, podrapałam paznokciem. Gdy go nie widziałam, było mi łatwiej się skupić.

– Nigdy? Nawet nieświadomie?

– Nawet. Volker, jak był w wieku przedszkolnym, podobno straszył rodziców w nocy kulami światła. Wychodziło mu to bez trudu i babcia opowiadała, że bardzo ciężko było mu wytłumaczyć, by tego nie robił. Ja takich przygód nie miałam. Wcześnie zaczęłam się przemieniać, a zanim cokolwiek mi opowiedziała, wpadałam w panikę i demolowałam mieszkanie. Zero magii. Tylko smocza skóra.

– O bogowie... – Musiał ukryć twarz w dłoniach, bo doszło mnie stłumione westchnięcie. – Będzie gorzej, niż myślałem.

– Przemienianie się w smoka to już nie magia? – spytałam niemal obojętnie.

– To inny rodzaj magii.

– Więc co, panie nauczycielu? – Zdołałam zebrać się w sobie: obróciłam się i spojrzałam na niego, uśmiechając się cynicznie. Podejrzewam, że nie objęło to oczu. – Od czego zaczniemy?

– Próbowałaś używać magii? Rzucać zaklęcia, kształtować ją umysłem? Cokolwiek? – Masował czoło z zamkniętymi oczami i zbolałym wyrazem twarzy.

– Kiedyś próbowałam, jak jeszcze miałam nadzieję, że coś mi z tego wyjdzie. Nie wyszło.

– Nihal... – Poruszył się, bezradnie rozłożył ramiona i spojrzał na mnie z uniesioną jedną brwią. – Prosisz mnie, żebym zrobił coś z niczego. Nie nauczę cię używania magii, skoro z jakiegoś powodu nie masz jej w sobie. To tak, jakbyś prosiła mnie, żebym pokazał ci, jak się lata w ludzkiej skórze. To niemożliwe.

– Przecież wszyscy smokoni używają magii! – zaprotestowałam ostro. – Nie mogę być jakimś cholernym wyjątkiem!

– Już i bez tego jesteś wyjątkiem. Jesteś dziedziczką pół-wyverna. Dagon nie był do końca smokiem. Może to właśnie jest powód.

– Przecież wyverny mają w sobie więcej magii niż smoki.

– Nie te prawdziwe. To znaczy... – Coraz mocniej wyglądał, jakby bolała go głowa. – Prawdziwe wyverny korzystały z potężniejszej magii. Potrafiły użyć jej więcej niż smoki, lepiej nad nią panowały... ale potrafiły wykorzystywać do dość ograniczonej ilości spraw. Miały więcej granic, niż możliwości. Smoki były nieco słabsze, ale magią otaczały się wszędzie. I może o to właśnie tu chodzi. Nie ma w tobie magii. Mówiłem już.

– Wyczuwam ją.

– Co? – Zdezorientowany, uniósł na mnie wzrok, choć miałam już wrażenie, że stracił zainteresowanie.

– Wyczuwam magię. Wiem, kiedy ktoś jej używa. Czuję ją od miecza, który dała mi Rada. Więc jak to możliwe, że nie mogę z niej korzystać? Podobno magię czerpie się z zewnątrz, więc na co mi ona gdzieś w środku?

– To nie tak. Owszem, samą energię, którą kształtujesz, bierzesz z zewnątrz. Ale nie będziesz w stanie zmusić jej do posłuszeństwa, jeśli nie ma jakiegoś jej ułamka w tobie. Możesz ją wyczuwać. Prawdopodobnie każdy ją wyczuwa, nawet ludzie, chociaż nie każdy umie to nazwać.

– Chcę spróbować. – Głos nieco mi zadrżał.

– To strata czasu...

– Proszę, daj mi chociaż spróbować! – krzyknęłam. – Tak, wiem, jestem beznadziejna. Nie ma we mnie magii, jestem wyrzutkiem, nie wychodzą mi najprostsze rzeczy i nie nadaję się do niczego, ale przecież nic cię to nie kosztuje!

– Nihal... – Urwał, pokręcił głową. – Niech ci będzie. Byleby potem nie było histerii.

– Ja i histeria? W życiu – prychnęłam, choć prawda była taka, że łzy praktycznie wylewały mi się spod powiek, a w gardle narastała dławiąca gula.

– Usiądź.

Nie chciałam siadać obok niego. Choć patrzył na mnie podejrzliwie, znalazłam sobie jakiś pniak i przyturlałam na naszą ćwiczebną polankę. Usiadłam wygodnie, zamknęłam oczy, by móc lepiej się skupić.

– Magię musisz w sobie poczuć. To nie jest coś, co możesz pominąć. Magia, choć teoretycznie nie robi w ciele nic złego, jest jak pasożyt. Wyczujesz, że coś jest nie tak. Wyczujesz coś obcego, coś jak silną energię, która zacznie cię przyciągać i fascynować. Skup się na niej. Postaraj wyciągnąć na zewnątrz, wyobraź sobie, że otaczasz się nią jak bańką.

Jak na tak złośliwego chama, tłumaczył całkiem nieźle. Tylko że...

Tylko że we mnie nic nie było.

Szukałam. Przeglądałam swoje ciało, wsłuchiwałam się w nie, sprawdzałam komórka po komórce, mając nadzieję natrafić na cokolwiek, co będzie nieco inne od całej reszty. Nie znalazłam niczego takiego.

– Jaka jest szansa, że nie umiem tego rozpoznać? – spytałam po dłuższej chwili.

– Żadna. Nie miałabyś wątpliwości, gdybyś ją znalazła.

Zacisnęłam dłonie w pięści, ponownie przymknęłam oczy, by powstrzymać łzy. Chciałam krzyczeć.

Dlaczego ty nie możesz teraz wstać i po prostu do mnie podejść? Czy naprawdę jestem aż tak beznadziejna, że nie jesteś w stanie mnie pokochać...?

Czarnołuska! – warknął Dagon. Zignorowałam go.

– Spróbujmy czegoś innego – powiedziałam na głos. Brzmiałam na złą. Chciałam brzmieć na złą, lecz głos mi drżał. Niebezpiecznie. Już nie lekko, jak wcześniej, lecz na całego, tak że nikt nie mógłby mieć żadnych wątpliwości co do tego, dlaczego tak się dzieje.

– Czego niby? Jeśli nie znajdziesz w sobie magii, nie użyjesz tej, która cię otacza. Nie ma innego sposobu. Chociaż... – zawahał się wyraźnie w ostatniej chwili.

– Chociaż? – pogoniłam.

– Mówiłaś, że wyczuwasz magię. W jaki sposób?

– Czuję, że na mój miecz Strażnika są nałożone jakieś zaklęcia. Nie potrafię ich dokładnie określić, ale... to aż śmierdzi, tak jest intensywne. Czasem boję się tego miecza dotknąć. Mam wrażenie, że powinny mi pomagać, ale... nie wiem. Nie umiem tego opisać.

– Dobra, zaryzykujmy. Najwyżej będę z tobą jechać na ostry dyżur z poparzeniami.

Świsnęła klinga wyciąganego z pochwy miecza. Otworzyłam oczy, wzdrygnęłam się, odsunęłam szybko, gdy wyciągnął w moją stronę broń.

– Zwariowałeś? Na szpital jakoś nie mam ochoty – warknęłam. – Tylko tego mi do szczęścia brakowało...! W czym to ma niby pomóc?

– Tak sobie pomyślałem, że może spróbować z tobą jak z wyvernem. Może podchodzę do ciebie od złej strony. Nie wiem, do czego w końcu ci bliżej.

– To znaczy? – Poczułam się nieco jak przedmiot.

– To będzie dość skomplikowane. – Chyba zupełnie mimowolnie zakręcił mieczem ósemkę. Samymi palcami. – Jak mówiłem, prawdziwe wyverny potrafiły używać magii w większych ilościach niż smoki, ale w bardzo ograniczonej formie. W przypadku nowych wyvernów – ludzi, którzy przemieniają się w wyverny – jest nieco inaczej. Wiesz, jak te wyverny działają?

– Wiem, że mam się do nich nie zbliżać, bo bawi je podpalanie wrogów – prychnęłam. – Co mam wiedzieć? Pewnie spotkałam ich całkiem sporo, a nie miałam pojęcia, że są wyvernami. Babcia mi trochę opowiadała. Podobno trzęsą Drugim Światem i w magii mogą się wręcz kąpać. Smokoni im do pięt nie dorastają. Nikt im do pięt nie dorasta.

– No właśnie. Ale tu pojawia się problem. Bo zwyczajny wyvern jest potężniejszy od wszystkich istot magicznych, ale jeszcze nie na tyle, by uznawać go za władcę Drugiego Świata. Prawdziwy problem stanowią tu Łowcy. A przynajmniej stanowili, bo o tej mocy zapomniano na setki lat i dopiero od jakichś stu ponownie wchodzi w użycie. A przynajmniej wchodziłaby, gdyby nie to, że wszyscy boją się jej używać. Słyszałaś o vurdzie?

– Słyszałam. Ale ty nie chcesz tego na mnie próbować? – przestraszyłam się.

– Nie, nie. Ale do czego dążę. Vurd to potęga sama w sobie, ale żeby jej użyć, trzeba mieć przekaźnik.

Vurd sam w sobie nie był przekaźnikiem? – przerwałam.

– W uproszczeniu nazywa się tak zarówno samą moc, jak i przekaźnik. Teraz mówiłem o mocy. – Spojrzał na mnie ze zniecierpliwieniem. – Ale dobrze, że wiesz trochę więcej. Magia vurda to nawet nie do końca magia jako taka, ale jest cholernie potężna. Na tyle potężna, że do jej używania potrzeba właśnie tego vurda-przekaźnika. I tak sobie pomyślałem... że może tobie też potrzebny jest przekaźnik?

– Nie zamierzam korzystać z vurda, ja pierdzielę! – zerwałam się z miejsca. – Skoro tyle wiesz, to nie kojarzysz może, że od tego się umiera? W męczarniach?! Dziękuję, postoję, wolę już być niemagiczna jak worek kartofli!

– Uspokój się, bo nic ci więcej nie powiem!

Zaskoczona tym, że może krzyknąć tak głośno, usiadłam ponownie. Bez udziału woli.

– Kontynuując. Miałem na myśli przekaźnik dla zwyczajnej magii. Vurda nie zamierzam cię uczyć. Bo nie umiem i sam nie zamierzam z niego korzystać. Skoro wyverny się boją, to my chyba tym bardziej powinniśmy. – Jeszcze raz wyciągnął w moją stronę czerwony miecz Egzekutora. – To jest przekaźnik Egzekutorów, byśmy mogli używać więcej magii. Mówiłem ci już o tym. Próbujesz? To może być jakieś rozwiązanie.

– Ale mogę równie dobrze poparzyć sobie dłonie?

– I to jak marzenie.

Bałam się. Cholernie bałam się sięgnąć po ten pieprzony miecz... ale jeszcze mocniej bałam się tego, co by sobie o mnie pomyślał, gdybym tego nie zrobiła.

A poza tym i tak było mi już wszystko jedno.

Wyciągnęłam dłonie i pozwoliłam, by położył mi na nich miecz, jakby wręczał mi dar.

Czekałam. Trzęsłam się nieco. Nic się nie działo.

– I co teraz? – spytałam wreszcie po krótkiej chwili.

– Jeszcze raz poszukaj magii.

A więc jeszcze raz poszukałam magii.

Była tam. Rany, ona naprawdę tam była! Dziwna, nienaturalna, jak skupisko ostrego światła w idealnej, pustej ciemności. Ale pomimo tego, że była tak zaskakująca, nie przestraszyłam się... bo to światło było ciepłe i przyjemne. Nie wiedziałam, co miałam z nią zrobić. Ale skoro już tam siedziała...

Poczułam się kompletna. Smutna, rozdarta, ale kompletna. Nie umiałam powiedzieć, na czym dokładnie to polegało.

– Widzisz teraz magię mojego miecza – odezwał się Kurt. Jego głos zdawał się dobiegać ze sporej odległości. Przestraszyłam się go w pierwszym odruchu. – Spróbuj jej użyć. Zbierz ją. To trochę tak, jakbyś nabierała w dłonie wody. Zaczerpnij jej i spróbuj ukształtować w coś konkretnego.

Spróbowałam. Sięgnęłam głębiej, moje niematerialne palce wyciągnęły się ochoczo w stronę ogromnego światła, zanurzyły w nim – jakie to było przyjemne! – ale... nic więcej się nie stało. Światło nie było cieczą, której mogłabym nabrać. Światło było nieuchwytnym gazem.

– Nie mogę – wydukałam. – Po prostu nie mogę... – Spod powieki wypłynęła mi pojedyncza łza.

– Spróbuj teraz.

Wzdrygnęłam się, gdy poczułam ciepłą męską dłoń na swojej. Serce zabiło mi szybciej, gdzieś w piersi załaskotało, zabolało z tęsknoty, nadzieja uniosła zmasakrowany łeb i czujnie otworzyła zakrwawione oczy... Nie, Nihal, jemu nie o to chodzi. Przecież nie o to mu chodzi! Przełknęłam ból, odetchnęłam głęboko i jeszcze raz sięgnęłam ku światłu.

Gdy Kurt dotknął moich dłoni – a właściwie rękojeści swojego miecza, przez co musiał musnąć moje dłonie – wszystko się zmieniło. Tym razem poczułam opór, tym razem zdołałam oderwać kawałek światła. Okazał się cięższy, ruchliwy i zdecydowanie trudniejszy do utrzymania, niż się tego spodziewałam, ręce zaczęły mnie parzyć. Uformowałam go szybko w pierwsze, co przyszło mi na myśl, bojąc się, że jeszcze chwila, a nie zdołam go utrzymać, i puściłam.

Otworzyłam oczy.

Kula światła była niewielka i zniknęła prawie natychmiast, ale zdążyłam ją zauważyć. Była tam. Ona tam była...!

– Powinnaś mieć miecz Egzekutora, nie Strażnika. – Kurt wyjął mi czerwone ostrze z dłoni i odsunął się kilka kroków. Zabolało. Nie wiem dlaczego, ale zabolało.

– Już widzę, jak Rada Smoków się na to zgodzi – westchnęłam.

– Nie zgodzi się. Oni się ciebie boją.

– Też mi nowość! – Wywróciłam oczami. – Nie ma żadnego sposobu, żeby ich przekonać?

– Nie licz na to.

Zamilkłam.

Patrzcie. Oto Nihal. Nihal jest beznadziejna we wszystkim, za co się weźmie. I nawet, jeśli coś miałoby szansę jej wychodzić, i tak tego nie dostanie. Z czystego „bo nie”. Bo sobie nie zasłużyła. Bo ktoś przecież musi być tym beznadziejnym, któremu nic nie wychodzi. A jak nie ona, to kto?

Jedyne, na co się nadaję, to mój nocny prześladowca. Obserwowanie z ukrycia, pilnowanie... złudne uczucie, że cokolwiek ode mnie zależy. I wieczna samotność pod bezmiarem czarnego nieba. I tyle.

Wzdrygnęłam się, gdy niedaleko rozległ się dźwięk, którego w jakiejś głęboko ukrytej części podświadomości się spodziewałam. Uchyliłam powoli oczy, kolejna łza wyrwała się spod powieki i spłynęła po policzku, zanim zdążyłam ją powstrzymać. Spojrzenie miałam jednak twarde, zdecydowane i silne. A przynajmniej miałam taką nadzieję.

Kurt na mnie patrzył w nieodgadniony sposób. Milczeliśmy. Czekaliśmy. Łopot smoczych skrzydeł się przybliżał.

Nie przeszkadzam?

Smoczyca była dość duża, smukła i niebieska. Wylądowała z gracją, nie łamiąc nawet jednej gałęzi, otrzepała się lekko, złożyła skrzydła i przyjrzała mi ciekawie, przechylając łeb.

A ty to...? – warknęła po krótkiej chwili.

– Nihal – przedstawił mnie Kurt. Wskazał na smoczycę. – Sylwia.

Sylwia. Oczywiście, że Sylwia. Oczywiście.

W porządku.

– Nie będę wam w takim razie przeszkadzać – powiedziałam w miarę normalnym głosem. Wstałam, przeciągnęłam się lekko. – Miło cię poznać, Egzekutorko. – Uśmiechnęłam się do niebieskiej sympatycznie. Bo to przecież nie jej wina.

Nie jej wina...

A tak cholernie chciałam rozszarpać ją na strzępy.

– Nihal...

Nie obejrzałam się na niego. Nie mogłam. Przemieniłam się w smoka, lekko potrząsnęłam skrzydłami, by je rozgrzać.

Miłego dnia – rzuciłam i wzbiłam się w powietrze.

Niebo było wielkie, niezmierzone jak mój ból i zasnute ołowianymi chmurami.

A smocze łzy duże jak kurze jajka i mieniące się perłowo jak najwspanialsze diamenty.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany