Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

15. Can't stand still

local_library0 comment0 thumb_up0
Czarnołuska - część 15

Gniew palił w płucach, blokując oddech, a uśpiona w głębi wielkiego smoczego serca bestia okazała się drzemać znacznie płycej, niż zdawało mi się do tej pory. A jej wściekłość, gdy już pozwoliłam, by nareszcie przestała mnie dławić i znalazła ujście, okazała się destrukcyjna.

Wściekłość miała biały kolor, cuchnęła przypalonym cukrem i zostawiała po sobie gorzki posmak na języku.

Nie do końca orientowałam się, co się dzieje wokół mnie, ale nie chciałam nawet wiedzieć. Ta nieświadomość była w pewien sposób o wiele bezpieczniejsza – dzięki niemu mogłam wmawiać sobie, że w rzeczywistości jestem jedynie cichym obserwatorem, kimś, kto z boku patrzy na ogniste emocje, kto współczuje rozsypanej duszy, lecz nieprzesadnie, bo przecież w rzeczywistości jej nie zna. Mogłam sobie wmawiać, że to jedynie wyjątkowo koszmarny sen, z rodzaju tych, po których budzi się zlanym lodowatym potem i przez kilka chwil boi choćby zapalić światło w pokoju. A przede wszystkim właśnie mogłam wmawiać sobie, że nie ma tu powodów do rozpaczy, a jedynie wściekłości. Mogłam walczyć z racjonalnością, mogłam zadawać pytania, mogłam uwalniać złość... bo ją rozumiałam. Bo ona była o wiele prostsza i nie zmuszała do przyglądania się sprawie z taką uwagą, jakiej zdawała się wymagać.

We wściekłości mogłam zatonąć przynajmniej na kilka chwil i zagwarantować sobie kilkusekundową ulgę. Złudną, bo złudną, ale zawsze jakąś. Co z tego, że gdy już się wypali, mogło tylko być jeszcze gorzej...

Nie wiedziałam nawet, gdzie tak naprawdę się znalazłam, ale to też mnie nie obchodziło. Ciemny modrzewiowy las nie mógł znajdować się daleko od Poczdamu, ale wydawał się miejscem dobrym jak każde inne. Gdy wpadłam pomiędzy sędziwe drzewa, istniało już dla mnie tylko jedno...

Zaryczałam z całych sił, pozwalając, by wszystkie emocje wypłynęły na wierzch. Ziemia zadrżała, z koron drzew poderwała się chmara ptaków, sarna uciekła w popłochu, łamiąc po drodze kilka suchych gałęzi poszycia. Machnęłam z całej siły łapą – potężny pień drzewa trzasnął jak zapałka i runął na ziemię, sypiąc wokół deszczem drzazg i ciągnąc za sobą kilka następnych. Jeszcze zanim na dobre znieruchomiał, skoczyłam w jego stronę, uderzyłam tym razem ogonem. Jak patyk poszybował kilkadziesiąt metrów dalej, odbił się kilkukrotnie od ziemi niewielkiej polany i znieruchomiał, oparty groteskowo o niewielki głaz, jakby zatrzymał się tam jedynie na chwilę, by odpocząć.

Zionęłam ogniem, okręciłam się, wytyczając wokół pierścień z rosnących w zastraszającym tempie płomieni. Ryknęłam jeszcze raz, wkładając w to całą złość i rozpacz, jakie we mnie pozostały. W głowie znikąd pojawiały się obrazy. Ze wszystkich sił starałam się je od siebie odepchnąć, lecz zdawały się być odporne na wszelkie sugestie. Przychodziły, pchały się przed ślepia, zaciśnięte powieki nie były w stanie ich powstrzymać...

Kurt całujący Sylwię.

Ona chichocząca w jego ramionach, zarzucająca mu ręce na szyję. Dotykająca go...

Ostre jak brzytwy pazury zostawiły na pniu modrzewia pięć bruzd głębokich na kilkanaście centymetrów. Żywica skapywała z potwornej rany, powietrze wypełnił jej intensywny zapach.

Sylwia siedząca Kurtowi na kolanach.

Oni razem, oglądając jakiś idiotyzm w telewizji. Skupieni bardziej na sobie nawzajem, niż tym, co pokazywał odbiornik...

Rzuciłam się na następne drzewo jak szalona, rycząc potwornie. Drzazgi zawirowały wokół, bolesny trzask pękającego pnia przejmował wręcz do szpiku kości. Natychmiast skoczyłam dalej, szybka i nieuchwytna jak czarny cień.

Kurt i Sylwia całujący się namiętnie. Ona zdejmuje mu koszulkę, on idzie z nią w stronę łóżka.

Leżą razem w skotłowanej pościeli, zmęczeni, szczęśliwi...

Ryknęłam potężnie, z całych sił. Uderzyłam rogami w kolejne drzewo, złapałam w zębiska następne, wyrwałam z korzeniami jednym szarpnięciem łba i odrzuciłam daleko. Splunęłam płonącym jadem – następny pień dosłownie wysadziło w powietrze. Jeszcze raz zaryczałam...

...a następnie zatoczyłam się jak pijana, postąpiłam kilka kroków bokiem, usiłując zachować równowagę, i ciężko oparłam na starym świerku, mając wrażenie, że niewiele brakuje, by łapy odmówiły mi posłuszeństwa. Opuściłam łeb i skrzydła, niezdolna do dźwigania takiego ciężaru choćby sekundę dłużej. Zaskamlałam, zawyłam fałszywie.

Niebo otworzyło się z hukiem rozdzierającej je na pół błyskawicy. Fala deszczu runęła między drzewa, mieszając się ze smoczymi łzami i gasząc zaczątki pożaru. W powietrze uniósł się duszący, gryzący w gardle dym.

Nie obchodziło mnie to.

Stałam. Mokłam. Pachnący ozonem deszcz ściekał po czarnych łuskach i zbierał się w kałuże wokół łap.

Chyba na krótką chwilę zapomniałam, jak powinno się oddychać. Coś mnie dusiło, coś zaciskało się na klatce piersiowej jak gigantyczne imadło. Kręciło mi się w głowie. Wiedziałam, że gdyby drzewo nie wytrzymało mojego ciężaru, zwaliłabym się na ziemię razem z nim. Być może to też by mnie nie obeszło. Być może leżałabym tam dłuższy czas, dopóki głód lub zdrowy rozsądek nie zagoniłyby mnie do domu.

Być może leżałabym tam, dopóki bym nie umarła. Bo dlaczego by nie?

Trwałam tak długie godziny, dopóki niebo nie zrobiło się zupełnie czarne. Z daleka pewnie przypominałam idealnie nieruchomy kamień o dziwnym kształcie. W głębi ducha chyba właśnie w kamień chciałam się zamienić. Chciałam być twarda, niezniszczalna i obojętna na wieki...

Nihal?

Drgnęłam ze sporym opóźnieniem. Zgromadzona na ciele woda spłynęła ostatecznie na ziemię, gdy lekko się wyprostowałam. Dagon nigdy nie mówił do mnie po imieniu.

Nihal, musisz wstać.

– Dlaczego? Co tam na mnie czeka, smoku? – prychnęłam w myślach i zaśmiałam się sucho. – Nic tam na mnie nie czeka. I sam dobrze o tym wiesz.

– Musisz tam wrócić, Czarnołuska, sama pewnie zdajesz sobie z tego sprawę. Musisz być silna. Musisz... bo sama wiesz, jak to się skończyło u mnie.

– Nie obchodzi mnie, jak to wyglądało u ciebie. Mam to gdzieś. Mam wszystko gdzieś. Dlaczego nie chcesz zostawić mnie w spokoju? – Z głębi smoczej piersi wydobył się potężny warkot, lecz niematerialny Dagon z pewnością nie musiał się nim przejmować. Nic nie mogłam mu zrobić. – Zostawcie mnie w spokoju. Powiedziałam już wszystko, co chciałam powiedzieć.

– Musisz wstać, bo twoi rodzice by tego nie znieśli.

Wyszczerzyłam wściekle kły, zawarczałam jeszcze raz. Niestety zostało powiedziane.

Nie poradziliby sobie ze stratą drugiego dziecka. To oczywiste. To jasne jak słońce... Świadomość tego, że muszę żyć, bo tego oczekują inni, nie była najprzyjemniejsza.

Ale...

Bogowie, dlaczego to musiało boleć aż tak? To normalne? Dlaczego czuję się, jakbym mogła w każdej chwili....?

Nie, coś jest nie w porządku. Szkoda tylko, że nie miałam siły, by zastanawiać się nad tym, co konkretnie. To bolało. To tak cholernie bolało...

Czarnołuska!

Kurt całujący Sylwię. Nie mnie.

To Sylwia zarzuca mu ramiona na szyję. To ona się śmieje, gdy on ją obejmuje i przyciąga mocniej do siebie.

Ją. Nie mnie.

Jak szła ta cholerna piosenka?

Czarnołuska...

Love me forever, or not at all

 End of our tether, backs to the wall*

Nuciłam w myślach. Bolało tak, że nie wiedziałam, jak mam zaczerpnąć tchu. Brakowało mi powietrza choćby na następny spazm płaczu.

Sylwia dotykająca Kurta. Nie ja.

Sylwia siedząca mu na kolanach. Nie ja.

Give me your hand, don't you ever ask why

Promise me nothing, live till we die

Czarnołuska! – Dagon niecierpliwie kręcił się w mojej głowie, porykiwał z bezsilności.

Everything changes, live all stays the same

Everyone guilty, no one to blame

Every way out, brings you back to the start

Everyone dies to break somebody's heart

Roześmiałam się, potrząsnęłam łbem w próżnej nadziei, że w ten sposób uda mi się uporządkować bałagan w myślach.

Wariowałam. Ja chyba naprawdę wariowałam...

Oszalałaś, czarnołuska.

– Love me or leave me, tell me no lies... Być może, smoku. Być może... Ale co ja na to poradzę? – Syknęłam. Robiło się zimno, mój oddech zamieniał się w parę. Być może mieszała się ona z dymem, bo gdzieś w przełyku piekła mnie narastająca kula ognia. – Jak można kochać tak mocno?

– On jest twoim przeznaczonym, czarnołuska.

– Nie może nim być. Jestem na to za młoda...

– Nie może nim być. Ale z jakiegoś powodu jest.

Milczałam chwilę, oddychając ciężko. Tylko ten jeden odgłos zagłuszał monotonny szum gęstego deszczu.

I co teraz, smoku? Co teraz się ze mną stanie? Z tego, co mówiła babcia wynikało, że umrę. – Uniosłam łeb do nieba, deszcz zalał różnobarwne ślepia, zaszczypał w nozdrzach. Patrzyłam, jakbym miała nadzieję, że tam znajdę odpowiedź. Że dzięki temu spojrzę w oczy mojemu smokowi, jedynemu, który był przy mnie zawsze... – Powiedz mi, smoku. Czy ja umrę?

– To nie jest choroba, czarnołuska.

– Ale może mnie doprowadzić do śmierci. Takiej, którą zadam sobie sama. Prawda?

Odpowiedziało mi milczenie. Dla mnie znaczyło to więcej niż tysiąc słów.

Czarnołuska, musisz wstać. Musisz, rozumiesz? Błagam cię, wstań, czarnołuska – powiedział wreszcie właściwie szeptem.

Muszę umrzeć, smoku.

– Nie możesz...!

– Znam coś lepszego. – Znowu zaśmiałam się przez łzy. – Posłuchaj tego, to jest naprawdę dobre.

Odczekałam chwilę, zanim zaczęłam ponownie nucić:

Woke up in my grave today

I dreamed I heard you say

All of eternity was pain

I laid my head back down again**

Złapałam się na tym, że mruczę z głębi smoczej piersi. Dźwięk był niski i wibrujący, ziemia zdawała się lekko od niego drżeć.

Turn me down, turn me down

Your lips move but you make no sound

Turn me on, turn me on

Everything I do is wrong

I pewnie tak by się to właśnie skończyło, wiesz? Jak w tej piosence – powiedziałam po dłuższym czasie. – Bo ja nawet zabić się nie potrafię. Nie mogłabym... bo się boję, rozumiesz? Boję się żyć, ale jeszcze bardziej boję się umrzeć. Mogę umrzeć za życia. I co z tego, skoro on wciąż...?

– Czarnołuska, podnieś się wreszcie. Przeżyjesz to...

– Ile twoim zdaniem jest przypadków, które to przeżyły?

– Nie mam pojęcia. Porozmawiaj z babcią. Ona będzie wiedziała, co należy zrobić.

– Czegokolwiek nie zrobię, nic i tak się nie zmieni.

Głupie to było. Umrzeć z miłości... A tak właśnie się czułam.

Absurd. Nigdy nie potrzebowałam chłopaka. Śmiałam się z dziewczyn, które szukały pary na siłę, cieszyłam się, że jestem sama, wzdrygałam się na myśl, że kiedyś mogłoby mnie tak trafić. Miałam nadzieję, że nigdy mnie nie trafi. Chciałam być sama.

A moje życie kolejny pieprzony raz powiedziało, że ma dla mnie zupełnie inne plany. Jego przecież nie obchodzą moje obiekcje.

To było o ten jeden raz za dużo. Tylko dlaczego cierpienie musiało być też fizyczne? Dlaczego nie mogłam się odwrócić i odejść? To był tylko facet. Mało który związek jest udany. Mało kto spotyka miłość na całe życie za pierwszym razem, jak tylko się rozejrzy. Każdy umie się pozbierać, jeśli coś okaże się być nie tak... ale ja nie mogłam. Nie potrafiłam.

Bo los znowu pokazał, że to nie dla mnie.

A ja tylko chciałam być szczęśliwa...

Ile może znieść jedna osoba? Po zniknięciu Volkera myślałam, że nie spotka mnie już nic gorszego. Pech w tym, że wszystkie nieszczęścia nałożyły się na siebie, tworząc ciężar niemożliwy do udźwignięcia nawet dla smoka.

Wszyscy wokół mnie nienawidzili. Rada Smoków obarczała winą za wojnę sprzed milleniów, o której nawet nie wiedziałam wystarczająco wiele, by móc uważać się za eksperta. Ścigała mnie, gnębiła, poniżała... traktowała jak wyrzutka i odpychała tylko dlatego, że wybrał mnie niewłaściwy smok. A ja przecież nie miałam na to wpływu. No bo jak?

Przyjaciela nie miałam. Ludzie odwracali się ode mnie błyskawicznie, a nawet jeśli się nie obracali, byli tacy jak Paulina. Widzieli jedynie siebie.

Ja nie wiedziałam choćby tego, kim tak naprawdę jestem. Byłam niczyja. Nie byłam smokonką. Nie byłam wyvernem. Byłam... chyba po prostu nikim.

I miałam tego tak cholernie dosyć, że aż chciało mi się wyć.

Wiecie, czego pragnęłam najbardziej na świecie? Tego, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Szkoda tylko, że jak na razie miałam wrażenie, że szczęście innych odbywa się kosztem mojego własnego...

Boże, jak ja wszystkich przez to nienawidziłam. Jak ja chciałam, by mój pech, by to moje cholerne fatum przeszło na kogoś innego. Tyle było przecież osób, którym należało się stokroć bardziej niż mnie...

Chciałam, by przynajmniej raz kogoś zabolało mocniej, niż bolało mnie.

Nie wiem, ile tak trwałam. Minuty? Godziny? To nie było ważne. Mogłam tak moknąć w nieskończoność. Krople deszczu łaskotały w ledwo już widoczne blizny na grzbiecie, gdzie nadal nie odrosły mi łuski po ataku Kurta.

Cokolwiek się nie działo, i tak musiało mi go przypominać.

Trwałam. Milczałam. Jak kamień. Jak głaz. Nawet w mojej głowie panowała rozkoszna cisza...

Dopóki idealnej symbiozy z otoczeniem nie zakłócił dźwięk, który nie powinien się tam rozlec.

Nie jestem pewna, co to tak właściwie było. Delikatny szelest wdarł się w jednostajny szum deszczu, ledwo słyszalny na jego tle, lecz na tyle nieoczekiwany, by wyrwać mnie z odrętwienia. Drgnęłam lekko, ruszyłam łbem na centymetry, by móc lepiej ustawić się w kierunku nieprawidłowości, zastrzygłam uchem. Czekałam, aż się powtórzy... i nie umiałam wytłumaczyć, dlaczego tak mnie to zainteresowało. Zbyt wiele widziałam ostatnio niewiadomych.

Dźwięk powtórzył się znacznie bliżej. Na tyle blisko, by definitywnie wyrwać mnie z żałosnej strefy komfortu, jaką z najwyższym trudem wokół siebie wybudowałam, i wprowadzić w coś, co w przypływie czarnego humoru zwykłam określać mianem „trybu killera”.

Każdy smokon tak naprawdę ma w sobie bestię. To nie ulega żadnym wątpliwościom i nikt nigdy nie próbował ubierać tego w ładniejsze słowa. Jako ludzie jesteśmy w stanie się kontrolować bez najmniejszych problemów, lecz gdy przywdziewamy skórę smoków... Smoki nie są w końcu jak ludzie. Mogą być inteligentne, mogą potrafić posługiwać się wszystkimi językami, mogą czytać z ludzkich myśli jak z otwartej księgi, mogą być dostojne, władcze i piękne... lecz tak naprawdę są przecież zwierzętami. Ogromnymi bestiami, żywymi fortecami, którym ulegają całe armie. I w każdym smoku, obojętnie jak miły i sympatyczny by się wydawał na pierwszy rzut oka, ta dzikość drzemie. Łatwo się zapomnieć i dojść jej do głosu, a dzisiaj kontrolowałam się nadzwyczaj słabo.

Powoli wciągnęłam powietrze, dłuższą chwilę smakowałam je na języku. To byli ludzie. Dwójka dorosłych mężczyzn, których może i zostawiłabym w spokoju mimo tego, że całkiem ciekawe było, dlaczego kręcili się tutaj w taką pogodę i o takiej porze, ale... cóż, kwaśny zapaszek magii aż mnie szczypał w gardło.

Coś tu było nie tak.

Spięłam się, poruszyłam ledwo zauważalnie, przechodząc w stan wzmożonej czujności. Stanęłam, uważając, by nie nastąpić na żadną gałąź. Wątpiłam by dla ludzkich zmysłów było to wyczuwalne, gdy dookoła panował hałas spowodowany ulewą, ale ostrożności nigdy dość. Czasem stosuje się ją zupełnie odruchowo... i to chyba jest dobre. Nie wiem. Wciąż niczego nie wiedziałam. I nadal było mi wszystko jedno.

Tylko że instynkt działał w odłączeniu od śpiącego głębokim snem zdrowego rozsądku i w zupełnym odłączeniu od mózgu. Dagon również nie spał, a jego zdenerwowanie zaczynało mi się udzielać.

Ludzi było więcej. Dwójka, którą usłyszałam na samym początku, zdawała się zatoczyć wokół mnie nierówne koło – teraz słyszałam ich gdzieś za sobą, od strony przekrzywionego drzewa, o które się do tego czasu opierałam. Nie wiedziałam, czego mogli ode mnie chcieć, byłam więc po prostu cicho, mając nadzieję, że pójdą dalej, ale gdy wyczułam kolejnych dwóch gdzieś z przodu, nie miałam już żadnych wątpliwości, że coś tu się musi dziać. Mimowolnie obnażyłam zębiska, lecz powstrzymałam się szybko. Wolałam tak trwać – zupełnie czarna, nieruchoma, ot kolejny cień na plamie nieprzeniknionego nocnego mroku w gęstym, starym lesie. Ludzkie zmysły są słabe. Są żałosne – podczas gdy ja z każdym momentem lepiej słyszałam bicia zbliżających się serc, tak oni pewnie nie do końca wiedzieli, że tu byłam...

A przynajmniej tak sobie wmawiałam. Pech chciał, że działania grupy wydawały się na to zbyt celowe.

Cóż, podczas ataku szału hałasu narobiłam przedniego, a i ślady wokół zostawiłam niemożliwe do przegapienia nawet deszczową nocą. I siedziałam w samym ich centrum.

Tylko dlaczego ludzie mieliby...?

Łowcy smoków. Lodrick Drake. Magiczna afera, o której wciąż nie wiedziałam tyle, ile bym sobie życzyła. Wnioski dla mnie były jasne, choć wciąż miałam nadzieję, że są tylko objawem histerii, a całość okaże jedynie głupim zbiegiem okoliczności...

Ta, wmawiaj sobie, panno naiwna. Na pewno w czymś ci to pomoże. Przed chwilą chciałaś zdechnąć, co nie? Z pewnością jeśli dalej będziesz ich ignorować, w szybkim tempie znajdziesz się znacznie bliżej Bozi, niż byś sobie życzyła...

Kurde, jak tak wzięłam to pod uwagę, to nagle mi się zachciało żyć. Tylko troszeczkę, ale wystarczająco, by adrenalina zaczęła mi na dobre krążyć w żyłach.

Podnieś się, czarnołuska – warknął jeszcze raz Dagon.

A więc się podniosłam. I to był jeden z tych błędów, za które płaci się całkiem porządnie.

Zerwałam się z ziemi, błyskawicznie gotując skrzydła, by móc natychmiast wzbić się w powietrze. Niestety pech już tam na mnie czekał... Ludzie wyskoczyli właściwie jednocześnie, a było ich zdecydowanie więcej i bliżej, niż mi się zdawało. Pułapka. Cholerna pułapka. Podczas gdy oni maskowali się magią, tamci, których słyszałam, mieli posłużyć za wabik.

Ryknęłam, gdy tuż przede mną jak spod ziemi wyskoczył ubrany na czarno mężczyzna. Mogło się wydawać głupotą, rzucać się na smoka w pojedynkę, jednak o tym, że jak najbardziej powinnam się go bać, przekonałam się stosunkowo szybko. Człowiek wykonał dziwny ruch ręką, w powietrzu błysnęła stal, uskoczył i zniknął w mroku, zanim zdołałam uderzyć go pazurami.

Ogólnie rzecz biorąc, smocze łuski są całkiem wytrzymałe. Poważnie, mało co jest je w stanie zarysować, a tym bardziej nie powinien poradzić sobie z tym rzucony sztylet. Nie wiem, jak to możliwe, że jego ostrze wycięło mi w szyi całkiem głęboką, mocno krwawiącą i bolącą jak jasna cholera ranę, ale grunt, że tak właśnie się stało. Gdybym się nie ruszyła, pewnie wbiłby mi się w krtań.

Ryknęłam wściekle, machnęłam ogonem, kilku ludzi upadło, trafionych. Zionęłam ogniem, przez chwilę stało się jasno jak w dzień. Rozległy się przekleństwa – podrażnione ludzkie oczy powinny jeszcze przez jakiś czas nie nadawać się do niczego. Jak tylko wokół stało się odrobinę luźniej, rozłożyłam skrzydła i machnęłam nimi, mocno odbijając się od ziemi. Właściwie tyle wystarczyło, bym znalazła się na poziomie czubków drzew, gdzie mogłam rozłożyć skrzydła całkowicie...

Tylko że życie ponownie postanowiło wtedy uznać, że byłoby mi zbyt łatwo.

Ja nie mam bladego pojęcia, skąd oni wzięli tak wielką sieć, a tym bardziej jakim sposobem zdołali ją na mnie zarzucić. Grunt, że w pewnym momencie się na mnie znalazła. Skrzydła się zaplątały, a kamienne odważniki w jednej sekundzie pociągnęły w kierunku ziemi.

Choć prędkość zdążyłam osiągnąć niewielką, moja masa i wysokość zdołały zrobić swoje. Runęłam w dół, połamałam kilka drzew, uderzyłam w ziemię, sunęłam jeszcze na niej przez chwilę, zostawiając po sobie ścieżkę połamanych pni i wzburzonej ziemi.

Zabolało całkiem porządnie. Dłuższa chwilę nie wiedziałam, jak się oddychało, i widziałam do góry nogami. Rana na szyi krwawiła coraz mocniej – powinnam ją ucisnąć... Szkoda tylko, że zupełnie nie mogłam się ruszyć. Zaczęłam się szarpać, próbując rozerwać sieć, lecz musiał ją zrobić ktoś, kto znał się na rzeczy – tylko zaplątałam się mocniej. Jedynym, co jako tako mi wychodziło, było turlanie się, ale podejrzewałam, że daleko im w ten sposób nie ucieknę.

Gryzłam, drapałam, spróbowałam zionąć ogniem. Liny chyba naprawdę były niezniszczalne. Ryczałam i warczałam z bezsilności.

Pomiędzy drzewami zamajaczyły ciemne sylwetki. Zbliżali się do mnie pewnym krokiem. Nie bali się. Nie mieli czego.

– Coś łatwo poszło – zaśmiał się jeden z mężczyzn, lecz w niewygodnej pozycji miałam problem z rozróżnieniem który. I tak musiałam zezować, by ich widzieć.

– Ciekawe, co na to szef powie – odezwał się ten, który znajdował się najbliżej. Rozpoznałam, że to on rzucał sztyletem. – Trochę mała, ale ten kolor... Nie kojarzę żadnego czarnego smoka.

Lepiej dla ciebie by było, gdybyś nie musiał nigdy się dowiedzieć! – rzuciłam w złości. Miałam nadzieję, że nie blokował umysłu i zdołał usłyszeć zbiór piętrowych przekleństw w trzech językach, jakim go po tym obrzuciłam.

Zamarłam, gdy gdzieś nade mną rozległ się trzepot ogromnych skrzydeł.

Człowiek uśmiechnął się złośliwie.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany