Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

16. Squealer

local_library1 comment0 thumb_up0
Czarnołuska - część 16

– Żarcie przyniosłem! – Postawny mężczyzna otworzył ciężkie drzwi, z trudem lawirując zastawioną metalową tacą. Stęknął, zaklął, zawadziwszy ramieniem o futrynę...

Trach! Niemal wyrąbał się na plecy, gdy identyczna taca pierdzielnęła we framugę tuż obok jego głowy. Schował się szybko za masywnym skrzydłem, bluzgając w dziwnie śpiewnym języku, którego nie potrafiłam skojarzyć z żadnym ze słyszanych.

– Cholera, nie trafiłam – jęknęłam z autentycznym żalem w głosie. – Obiad postaw na podłodze i wyjdź.

– Ty mała... – Ponownie wparował do środka, czerwony z gniewu. Zapowietrzył się, szukając odpowiedniego epitetu.

– Postaw tacę i opuść pomieszczenie – powtórzyłam uprzejmie.

– Już ja cię utemperuję, pieprzona...

– Mam jeszcze miskę. – Pozwoliłam, by oczy błysnęły smokońskimi czerwienią i bielą, i uniosłam naczynie, by lepiej je widział.

Facet poprzeklinał jeszcze chwilę, walnął tacę na podłogę, aż zabrzęczało, i wyszedł, z całej siły trzaskając drzwiami. Musiał się wrócić i je poprawić, gdy zamek w pierwszej chwili odskoczył. Szczęknęła zakładana od zewnętrznej strony kłódka.

Wstałam spod ściany, wzięłam tacę i wróciłam na swoje miejsce. Jedzenie może i nie było szczególnie podobne do tego, jakie serwowano w Hiltonie, gdy byłam tam na konferencji z rodzicami, ale miało jedną zaletę: dało się je zjeść. Nieskończona pojemność smoczego żołądka już dawała mi o sobie znać z pełną mocą, więc nawet kanapki z chudym serem, pozbawiony smaku krupnik i najbardziej sucha surówka z marchewki, jaką kiedykolwiek jadłam, stawały się dla mnie aż do przesady cenne. Byłam cholernie głodna.

I tak wściekła, że aż mnie skręcało.

Po tym, jak przeżyłam dość nieprzyjemne lądowanie i w walkę w lesie wtrącił się szczelnie opakowany w czarną zbroję wielki smok, nie miałam szczególnie wiele do gadania w kwestii swojej wolności. Można wręcz powiedzieć, że nie miałam nic do gadania. Jeden z wnerwiających gostków umiał posługiwać się dość skomplikowaną magią, bo skutecznie uśpił mnie na kilka minut, podczas których zdołał związać mnie jak baleron i zawinąć czymś ślepia, bym nie widziała, gdzie tak naprawdę mnie prowadzą. Ich pupilek był na tyle duży i silny, że przeniesienie mnie w powietrzu na znaczną odległość nie sprawiło mu żadnego problemu. Nawet się nie zasapał, skubany. Choć klęłam, szarpałam się ile wlezie i mimo zawiązanego pyska próbowałam ziać ogniem, cedząc go przez zęby, nikt nie sprawiał wrażenia szczególnie przejętego. Gdy dotarliśmy na miejsce (chociaż oczywiście nie miałam pojęcia, gdzie to całe miejsce się znajduje, choćby i w przybliżeniu), zamknęli mnie w celi, rozwiązali i zwiali czym prędzej, zanim ochłonęłam na tyle, by przypiec parę tyłków, tak dla czystej satysfakcji.

No i siedziałam tu do teraz.

Nie miałam pojęcia, ile mogło minąć czasu. W wielkiej komnacie z czarnego kamienia, w której bez trudu mieściłam się również jako smok, nie było okien. Mój żołądek nie był za to najlepszym czasomierzem, skoro głodna byłam nieustannie. Jeśli dobrze się orientowałam, pięć posiłków przynieśli w różnych odstępach. Może zależało im na tym, bym straciła poczucie upływającego czasu.

Nie zabrali mi niczego, co miałam w kieszeniach, mogłam więc bawić się telefonem do woli. Szkoda tylko, że nie było zasięgu, więc na żaden przysłowiowy telefon do przyjaciela nie miałam co liczyć.

Chociaż... czy ja wiem, czy miałabym do kogo zadzwonić, nawet gdybym mogła? Jakoś wątpiłam, by zajęty pieprzoną Sylwią Kurt zechciał ruszyć swój szanowny, wnerwiający, wredny, doprawdy bezczelny i niestety całkiem apetyczny tyłek, żeby ratować mi skórę. Znowu. Złapali mnie jacyś kolesie, którzy prawdopodobnie współpracują z naszym największym wrogiem? E, co tam, przecież ta głupia Nihal i tak się tylko pod nogami plątała. Żadnego pożytku z niej nie było, a tak przynajmniej jeden problem mniej.

No ale babcia to by się mogła pofatygować, nie obraziłabym się.

Cholernie mi się tutaj nie podobało. Pomieszczenie, jak wspominałam, było ogromne – mogłam w nim swobodnie rozłożyć skrzydła, a nawet przelecieć parę metrów z jednego końca na drugi. Ściany z czarnego kamienia wyglądały tak, jakby ktoś swego czasu próbował rzeźbić je na kształt smukłych, gotyckich kolumn, lecz zrezygnował z przedsięwzięcia, gdy tylko zaczęło nabierać odpowiednich kształtów. Być może było to wtedy, gdy postanowili przerobić komnatę na więzienie. Światło dawało kilka przymocowanych do ścian pochodni, które sama pozapalałam, gdy zostawili mnie w spokoju. Miałam jakieś takie wrażenie, że nikomu tu nie przeszkadzałoby, gdybym kisiła się w całkowitej ciemności. Sklepienie i tak niknęło w mroku, przez co nie byłam do końca pewna, jak wysoko się znajduje. Odkąd przemieniłam się w człowieka, trwałam w tym ciele uparcie, jakby od tego miało zależeć moje życie. W sumie nie wiem, skąd miałam takie wrażenie.

Tak, przez jakiś czas chciałam zgrywać przed nimi wściekłego prawdziwego smoka, którego musieli z kimś pomylić. Warczałam, ryczałam, gdy próbowali do mnie podchodzić, plułam ogniem i płonącym jadem, machałam szponami i ogonem, łopotałam skrzydłami, ale zasadniczo zbyt dużo tym nie osiągnęłam, wolałam więc przemienić się w człowieka, bo jednak w tej skórze głód wydawał się mniej dotkliwy. Żołądek w końcu był mniejszy, bardziej dostosowany do przynoszonych porcji... I tak nie wiedziałam, do czego niby im jestem potrzebna. Oprócz tego, że jakąś godzinę po tym, jak mnie tu wsadzili, przyszedł gostek z aparatem i spróbował zrobić mi parę zdjęć, nie interesowali się mną w żaden sposób. Przynosili tylko żarcie – za każdym razem ten sam wnerwiający strażnik – i tyle.

Ta bezczynność i niewiedza były może frustrujące, ale przede wszystkim... przez nie coraz bardziej bałam się momentu, w którym sobie o mnie przypomną, bo miałam naprawdę dużo czasu, by nad nim pomyśleć i zbudować w głowie milion przerażających scenariuszy. Nie miałam nawet najmniejszych podejrzeń, co takiego mogą mi szykować. Pranie mózgu, jakie zrobili pewnie również mojemu bratu, by do nich bez problemu dołączył? Tortury? A może miałam robić za jakiegoś królika doświadczalnego? W końcu takiej jaszczurki jeszcze w swoich szeregach na pewno nie mieli, nie? Pewnie mogą się zainteresować tym, co można ze mnie wydusić i do czego wykorzystać.

Kurde, z każdą godziną problem wydawał mi się coraz większy.

Ciekawe, jakiego pierdzielca dostaną rodzice na tę moją nieobecność. Być może już wychodzą z siebie. Dopiero co zaginął im syn, więc kontrolowali mnie dość mocno – każde nieodebranie telefonu wytykali mi bezlitośnie, złościli się, gdy się spóźniałam i znikałam bez zapowiedzi. Nie, nie dziwiłam się im – dlaczego bym miała, skoro sama jestem przez to wszystko przewrażliwiona? Martwiłam się o nich. Martwiłam się, bo wiedziałam, że choć pewnie jak zwykle próbują maskować się wściekłością, tak naprawdę przeżywają piekło. Ale czy już się dowiedzieli?

A babcia? Chyba powinna zacząć mnie szukać, prawda? Tylko niby jakie ma szanse mnie znaleźć, skoro mój trop urywał się bez śladu wszędzie tam, gdzie wzbijałam się w powietrze? Smokoni przecież nadludźmi nie są, swoje ograniczenia też mamy. Nie da się wytropić smoka, który leciał, bo w powietrzu zapach utrzymuje się zbyt krótko. Musiałaby lecieć tuż za nami, w co wątpiłam.

Chyba żeby Kurt...?

Nie, nie ma opcji. Nawet nie próbuj się oszukiwać. Przecież dobrze widziałaś, że jesteś dla niego tylko w gruncie rzeczy niechcianym obowiązkiem. Widziałaś...

Nie mam bladego pojęcia, dlaczego zechciał mnie uczyć, skoro aż tak go denerwowałam, ale przecież widziałam gołym okiem, jak patrzył na Sylwię. Tak, jak nigdy nie spojrzałby na mnie... Jak mówił o niej z dumą w głosie, gdy wspominał, że jest kandydatką na Egzekutorkę...

A może by dołączyć do tych cholernych buntowników Lodricka Drake'a? Przynajmniej miałabym okazję skopać lasce tyłek...

Ale to nie jest jej wina, do cholery.

Szkoda, że właściwie nie miałam nawet co się zastanawiać, którą ze stron obrać, skoro nikt nie raczył mi nigdy zdradzić, o co właściwie ci cali buntownicy walczą. Wiem, że tworzą armię ze smokonów po praniu mózgu i atakują resztę, której nie udało im się podporządkować... ale po co? Chyba nie dla szacunku na dzielnicy i ogólnoświatowej popularności?

Kij ich tam wie. Może właśnie po to to robili. Żeby pstrykać sobie selfiaczki na tle krwawej smoczej bitki i wstawiać na portale społecznościowe...

Pomimo beznadziejnego położenia, dosłownie ryknęłam śmiechem, gdy sobie to wyobraziłam.

Śmiejesz się w takiej sytuacji? – Dagon prychnął z niedowierzaniem. Od samego początku kręcił się niespokojnie w mojej głowie, warcząc głęboko, pobudzony jak nigdy dotąd. Gdyby był istotą materialną, pewnie chodziłby w kółko po komnacie, powoli wydeptując w kamiennej podłodze ścieżkę.

Wiesz, smoku, gdybym nie umiała śmiać się ze wszystkiego, to pozostawałoby mi tylko kulić się w kąciku i płakać nad niegodziwością świata. Nie odbieraj mi tej wątpliwej przyjemności – mruknęłam, nieco już skwaszona.

Powinnaś zastanawiać się, jak się stąd wydostać...

– Zastanawiałam się. Stąd nie da się wydostać. Sam przecież widziałeś.

– A gdybyś rzuciła się na nich, gdy otworzą drzwi? Na przykład wtedy, gdy przyniosą ci następną porcję jedzenia?

– Ale wtedy jedzenie mi się zmarnuje.

Przez chwilę panowała nieprzenikniona cisza. Wreszcie smok wykrztusił z tępym niedowierzaniem:

Że co?! Ty właśnie...

– Dobra, dobra, bo ci żyłka pęknie. – Wywróciłam oczami, choć nikt nie mógł mnie widzieć. – Mogę spróbować. Ale naprawdę w to wątpię i naprawdę przepadnie mi przez to posiłek, jeśli się nie uda. A pewnie się nie uda.

Warknął coś bliżej niezrozumiałego, obrażając się jak różowa panienka, i zaczął myśleć o czymś innym.

No okej. W sumie mogłam spróbować. Raczej bardziej mi to już nie zaszkodzi, co nie?

Trochę martwi mnie to, że musiałam dodać do tego stwierdzenia słowo „raczej”...

Czekałam. Siedziałam cierpliwie w swoim ciepłym miejscu pod ścianą, obserwując dogasające pochodnie, i bawiłam się jednorazową plastikową łyżką, jaką dołączali do krupniku. Była tak beznadziejna, że ledwo dało się nią nabierać większe porcje zupy, więc na narzędzie do czegokolwiek bardziej ambitnego się nie nadawała. Mogłam co najwyżej połamać ją w palcach i próbować się nią pociąć, a i o to byłoby trudno. Co innego taca – jeśli wzięło się porządny zamach, można nią było pięknie pierdyknąć w łeb strażnika. Oczywiście jeśli przy okazji miało się nieco lepszego cela, niż ja. Udało mi się raz, co i tak mogłam uznać za pewien sukces, ale zaraz za nieszczęśnikiem pojawiło się sześciu następnych, więc i tak średnio na tym skorzystałam. Choć satysfakcję miałam ogromną, gdy we trzech wyciągali ogłuszonego kolegę na korytarz...

Dosłownie zerwałam się z ziemi w panice, gdy w kłódce po drugiej stronie drzwi zachrzęścił klucz. Zatoczyłam się, podparłam dłonią o ścianę, gdy zakręciło mi się w głowie. Słyszałam jakieś stłumione głosy. Ktoś ewidentnie wybrał się do mnie w odwiedziny. I to więcej niż jeden ktoś.

Gdy tylko drzwi uchyliły się na ułamek centymetra, rzuciłam się w ich stronę.

Ryknęłam wściekle, zionęłam ogniem. Uniosłam szponiastą łapę, machnęłam nią, wyrywając jedno z metalowych skrzydeł z zawiasów – okazało się, że otwarte są wręcz śmiesznie delikatne. Drugim machnięciem wywróciłam jak domino idącą na czele moich gości uzbrojoną czwórkę i rzuciłam się w stronę otwierającego przede mną korytarza, szybko jak mgnienie. Skok wykonałam naprawdę nieprawdopodobnie długi, wylądowałam w znacznej odległości za ludźmi i, nie mogąc rozłożyć skrzydeł na ograniczonej przestrzeni, puściłam się galopem.

Pierwszy promień zielonkawego światła rozbłysnął centymetry od mojego łba. Nie zastanawiając się wiele, wbiegłam na ścianę korytarza, mocno wbijając ostre pazury między stare cegły. Okręciłam się do góry nogami, przebiegłam po suficie, wylądowałam na drugiej ścianie, jak szczur biegnący wąską rurą...

Kurde, strzelec był całkiem dobry.

Następny promień trafił mnie z czymś, co można było określić mianem fajerwerków. Rozbłysło, posypały się iskry, poczułam swąd palonego mięsa – swojego, przez co z miejsca zrobiło mi się niedobrze; potworny ból rozszedł się wzdłuż kręgosłupa, niemal całkiem mnie paraliżując. Upadłam na wyłożoną nierównymi cegłami podłogę, zaskowyczałam, gdy zobaczyłam zbliżających się żołnierzy. Szarpnęłam się ostatni raz, zionęłam w ich stronę ogniem, nie przejmując się, że poczułam, jak coś zaciska mi się na rogach...

A powinnam.

Nie, nie wiem, jak możliwe jest skuteczne złapanie na lasso szarpiącego się zdesperowanego smoka. To znaczy wiem, że to niemożliwe. Ale biegnącemu za mną gostkowi jakimś cudem się udało. W końcu pieprzyć fizykę, co nie?

Aż trzasnęło mi w karku, gdy zdołał zatrzymać mnie podczas następnego skoku. Przez mocne szarpnięcie obróciłam się w powietrzu, uderzyłam bokiem o ścianę, straciwszy równowagę. Dostałam czymś ostrym w nos, trysnęła krew, zalewając mi ślepia. Przez chwilę zupełnie nic nie widziałam.

Ranna i obolała, całkowicie straciłam wolę walki, gdy dostałam kolejnym zielonym promieniem. Co to było, do cholery?

Skuli mnie. Jak słowo daję – błyskawicznie skombinowali skądś metalową obrożę, którą zapieli mi wysoko na długiej szyi, tuż za miejscem, w którym kończą się kości czaszki, a łapy spętali grubymi łańcuchami. Poprowadzili mnie jak potulnego szczeniaczka z powrotem do celi, gdzie zrobili użytek z przykutych do jednej ze ścian metalowych pierścieni, wiążąc mnie do nich. A ja dopiero co zastanawiałam się, do czego też mogą służyć...

Praktycznie unieruchomiona, straciłam ochotę na cokolwiek. Nawet przemienić się w człowieka z niewiadomych przyczyn nie mogłam.

I jednak szlag trafił mój posiłek, chamie prosty – warknęłam do Dagona, ale miał na tyle godności, by nie skomentować zarzutu.

Kilku strażników od razu rzuciło się naprawiać wyważone drzwi. Jeden z ubranych po cywilnemu wziął się do robienia mi zdjęć, inny zbliżył się bardziej, jakby chciało mu się porozmawiać. Nie patrzyłam na niego. Miałam go gdzieś.

– I po co to zrobiłaś? – odezwał się do mnie tonem, jakim zwykle karci się nieposłuszne dzieci. – Chciałem zapewnić ci tutaj dobre traktowanie, ale nie dajesz mi wyboru.

Idź się paść, koleś – burknęłam, nie wytrzymawszy już dłużej. Oczu jednak nie otworzyłam. Jeszcze by sobie pomyślał, że jakkolwiek mnie interesuje.

– Chętnie, ale niestety nie mogę. – Przez wąską szparę między powiekami mignęło mi, że rozłożył bezradnie ręce w przepraszającym geście. – Widzisz, muszę jeszcze z tobą porozmawiać.

A co, jeśli powiem, że nie jestem zbyt rozmowna? – prychnęłam. Z nosa uniosły mi się dwa symetryczne kłębki dymu.

– Ach, czyli naprawdę jesteś kobietą?

Teraz na niego spojrzałam, oniemiała. Telepatyczny głos przecież miałam identyczny jak w swoim ludzkim wcieleniu – kobiecy. Koleś miał coś ze słuchem, czy...?

– Wybacz, ale ciężko mi było uwierzyć, że Dagon naprawdę wybrał na swojego Dziedzica dziewczynkę – powiedział zaskakująco uprzejmie. Faktycznie brzmiał, jakby mu było przykro przez taką pomyłkę.

Patrzyłam na niego chwilę, oddychając ciężko. Wreszcie machnęłam lewym skrzydłem – skrzydeł w końcu mi nie związali.

Wystarczyło, żeby zrobił jeden krok w tył, a bez trudu znalazł się centymetry poza maksymalnym zasięgiem machnięcia do przodu. Kurde, gość wiedział, jak się obchodzić ze smokami, musiałam mu to przyznać. Napluć mu ogniem w twarz również nie mogłam. Stał w czymś w rodzaju mojej martwej strefy.

Mężczyzna odetchnął, rozluźnił się, widząc, że zupełnie nie mam jak go skrzywdzić. Spuścił wzrok, rozłożył trzymany do tej pory pod pachą zeszyt, przerzucił w nim kilka stron, nie wydając się szukać czegoś konkretnego. Kliknął kilka razy długopisem, zastanawiając się, co powinien napisać. Niestety nie dojrzałam, co ostatecznie nabazgrał, bo charakter pisma miał typowo lekarski.

– Dobrze, posłuchaj mnie – westchnął wreszcie z nutą zrezygnowania w głosie. – Sprawa jest dość poważna i skomplikowana, a ty pewnie zdążyłaś się już w tym zorientować. Prawda jest taka, że muszę z tobą porozmawiać. Muszę zadać ci kilka pytań, a ty musisz mi na nie odpowiedzieć. Im szybciej się z tym uporamy, tym lepiej zarówno dla mnie, jak i dla ciebie. Uwierz, że ten układ mi też się nie podoba.

No co ty nie powiesz – sarknęłam i wywróciłam oczami. – Nie zamierzam odpowiadać na żadne cholerne pytania. Nie, dopóki nie będę przynajmniej wiedzieć, po jaką cholerę mnie porwaliście. Do czego niby jestem wam potrzebna?

– Obawiam się, że nie wolno mi udzielać takich informacji.

Jeszcze zanim na dobre skończył mówić to jedno zdanie, ja już obnażyłam zębiska i pozwoliłam, by spomiędzy nich wypłynęło trochę różnobarwnych płomieni. Nie eleganckich, pomarańczowych, znanych i ugłaskanych, jakie można było zobaczyć u każdego smoka. Te płomienie były lekko fioletowe, czerwonawe, niebieskie na krańcach. Niemal niemożliwe do ugaszenia, jeśli padłyby na coś konkretnego. Takimi płomieniami pluły wyverny.

Kim ty tak właściwie jesteś, koleś? – syknęłam.

Przypatrywał mi się dłuższą chwilę, zamyślony. Stukał końcówką długopisu w zeszyt, co zaczynało mnie poważnie denerwować.

– Niestety nikim ważnym – wyznał wreszcie, co oczywiście cholernie dużo mi powiedziało. – Ciekawe. Nie wiedziałem, że tak umiesz. – Krótkim gestem wskazał w stronę mojego pyska.

To dużo rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz. – Parsknęłam trochę jak zdenerwowany koń. – I – ach, jaka szkoda! – raczej się nie dowiesz.

– Wiesz, że taką postawą tylko sobie szkodzisz?

O, to już koniec z miłym wujaszkiem? – zaśmiałam się złośliwie. – Pokazuje się prawdziwa twarz? Grozisz mi, człowieku?

Dopiero po chwili zorientowałam się, jak to musiało głupio zabrzmieć. No, nie ma to jak zgrywać dumną i niepokonaną, gdy dopiero co przykuli cię do ściany i zasadniczo ledwo możesz ruszyć głową tak, by spojrzeć na rozmówcę. Spokojnie mógł mi grozić. I to nawet bez pokrycia, żeby po prostu mnie wnerwić. Bo jedyne, co mogłam mu zrobić, to napluć pogardliwie mniej więcej w kierunku, w którym by się znajdował. Kurde...

No i gdzie ta babcia? Z jednej strony to wcale nie dziwiło mnie to, że mogło wydarzyć się coś, co pochłonie ją na tyle, że zapomni o Bożym świecie – w końcu jakby się trafił jakiś maraton „Wspaniałego stulecia” lub jednej z meksykańskich telenoweli, jakie oglądała całymi dniami, naprawdę ciężko byłoby ją zachęcić do oderwania się od telewizora – ale jakoś wątpiłam, by takie głupoty pochłonęły ją na tyle, by mogła nie zauważyć, że jej wnuczkę gdzieś wcięło. To, że Kurt nie przejmie się jakoś szczególnie, jeszcze mogłam zrozumieć.

Szlag, strasznie chciałam, żeby się przejął. I strasznie chciałam pozbyć się tej idiotycznej nadziei, która wykańczała mnie powoli od środka, sprawiając, że cała sytuacja z koszmarnej zamieniała się w piekielną...

Uspokój się, Czarnołuska – zamruczał Dagon. – Na pewno już cię szukają. To twoja rodzina...

– A ty znasz w ogóle pojęcie rodziny? – jęknęłam, przerywając mu wpół słowa.

Znam je na tyle, na ile znasz je ty. Czyli wystarczająco. – Głęboki warkot odbił się zwielokrotnionym echem od ścian mojego umysłu. – Więzy rodzinne są u was niezwykle silne.

– Co i tak nic nie znaczy – westchnęłam. – Co z tego, że mogą zacząć mnie szukać, skoro i tak nie mają jak się zorientować, gdzie w ogóle jestem?

– Bądź dobrej myśli.

– Ta – roześmiałam się nieco histerycznie. – Ty zdajesz sobie sprawę z tego, komu to powiedziałeś?

– Smokonko?

Wewnętrzny dialog przerwał nam gostek od zeszytu. Spojrzałam na niego ze złością, warcząc głęboko, ale nie wyglądał, jakby szczególnie się tym przejął.

– Proszę, porozmawiajmy – powiedział łagodnie. – Tylko w ten sposób będę w stanie ci pomóc.

Ciekawe w czym? – zachichotałam jak pomylona. Kurde, jeszcze tego brakowało, by z tego wszystkiego złapała mnie czarna głupawka z prawdziwego zdarzenia. Niestety moje ciało ma to do siebie, że lubi się w nią wpędzać w najmniej sprzyjających momentach. – Wypuścisz mnie, jeśli zechcę jednak z tobą porozmawiać?

– Tego nie mogę zrobić...

Więc z czym do ludzi? Nie masz mi nic do zaoferowania.

– Tego akurat nie powiedziałem.

Ciekawie przechyliłam łeb na tyle, na ile pozwalały mi obroża i doczepiony do niej napięty łańcuch.

Zamieniam się w słuch.

– Najpierw pytania.

Kpisz sobie ze mnie? – Obnażyłam kły i zawarczałam potwornie. – Nie przyjmę propozycji, dopóki nie dowiem się, jak na niej wyjdę.

Cisza po moich słowach trwała irytująco długo. Znowu przymknęłam oczy, nie widziałam więc dokładnie, co działo się dookoła. Wiedziałam, że strażnicy skończyli naprawiać drzwi i wyszli z pomieszczenia co do jednego, jakby wcale nie przejmując się bezpieczeństwem mężczyzny z zeszytem. A być może wiedzieli doskonale, że w razie czego świetnie mógł sobie ze mną poradzić, gdyby zaczęło się coś dziać... Nie miałam pojęcia, co o tym myśleć. Z jednej strony taka ewentualność była całkiem ciekawa, bo nie czułam od człowieka ani strzępka magicznej mocy, ale z drugiej przywodziła mi do głowy miliony nowych przerażających scenariuszy. Bo może nie był mocy pozbawiony, tylko na tyle potężny, by być w stanie ją przede mną ukryć...

Mężczyzna po dłuższej chwili westchnął ze zrezygnowaniem. Poruszył się, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, wreszcie zdecydował się usiąść po turecku na kamiennej posadzce. Wciąż poza moim zasięgiem.

– No dobrze, smokonko – odezwał się cichym głosem. – Widzę, że inaczej niczego nie osiągnę. Zrobimy tak: ja zadaję ci jedno pytanie, a ty, jeśli mi odpowiesz, możesz zadać jedno pytanie mi. Nie obiecuję, że na wszystkie odpowiem, bo musiałem złożyć przysięgę milczenia w niektórych kwestiach, ale może akurat trafisz na coś, czego jesteś ciekawa... Próbujemy?

Cóż. To już była całkiem ciekawa opcja. Nie mogłam powstrzymać się od szerszego otwarcia oczu i czujnego postawienia uszu.

Mogę... wziąć to pod uwagę – skapitulowałam dość niechętnie. W środku aż mnie skręcało z ciekawości, ale przecież nie pokażę mu, jak cholernie mi na tym zależało...

Uważaj, Czarnołuska – syknął Dagon.

Oczywiście, że będę uważać. Za kogo ty mnie masz?

To świetnie! – Człowiek zauważalnie się ucieszył i odetchnął z ulgą. Ponownie otworzył zeszyt i znalazł zapisaną kartkę z nową energią. – Tylko nie kłam. Zorientuję się, gdy będziesz to robić.

Ciekawe jak? – prychnęłam.

– Naprawdę chcesz zmarnować na to swoje pierwsze pytanie?

No... niezbyt. – Przymknęłam się.

– Dobrze, więc przejdźmy do rzeczy. – Człowiek kliknął długopisem i przytknął go do kartki, przygotowując się do szybkiego notowania. Miałam jakieś takie głupie wrażenie, że jeszcze się rozczaruje kwiecistością moich wypowiedzi. – Naprawdę jesteś Dziedziczką Dagona? Masz z nim kontakt, jak zwyczajny smokon ze swoim smokiem?

To więcej niż jedno pytanie – zaznaczyłam całkiem uprzejmie.

– Wiem, ale nie oszukujmy się. Inaczej odpowiadałabyś mi tylko „tak” lub „nie. A ja naprawdę muszę się czegoś dowiedzieć.

Powarczałam chwilę na niego, żałując, że w obecnym położeniu nie zdołam choćby wytrącić mu zeszytu z rąk, tak dla samej złośliwej satysfakcji. W sytuacjach, gdy nie mogłam nic zrobić, nachodziły mnie same dziecinne pomysły.

No to masz: tak i tak – wycedziłam wreszcie. Nie zamierzałam się rozdrabniać. – To teraz ja?

– Chyba muszę zupełnie inaczej formułować te pytania. – Tym razem to on przewrócił oczami. Dopiero podczas tego gestu, gdy na chwilę zdjął maskę uprzejmego, profesjonalnego wujaszka, uderzyło mnie, że był bardzo młody. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. – Teraz twoja kolej.

Po co ci to wszystko?

Spojrzał na mnie dziwnie.

– Nie wszystko mogę ci powiedzieć, ale... zbieram wywiady od nowych smokonów. Badam ich przydatność na podstawie szeregu pytań, żeby „góra” mogła ocenić, do czego ich wykorzystać. Jestem jakby... hm... psychologiem. I niczym więcej. Więc możesz być pewna, że akurat z mojej strony nie spotka cię żadna krzywda, bo nie od tego tutaj jestem. Ja chcę tylko pogadać.

Jasne, w porządeczku – rzuciłam przesłodzonym tonem. – Nie podoba mi się, w jakim kontekście użyłeś słowa „akurat”. Czyli co, reszta może już nie być taka wujciowata, jak ty, panie psychologu?

– To już następne pytanie – zaznaczył spokojnie. Nie widać po nim było żadnych negatywnych emocji. Chyba wnerwiało mnie to jeszcze bardziej – jeszcze nie spotkałam nikogo, kogo prędzej czy później nie wyprowadziłabym z równowagi. – Co daje ci bycie pół-wyvernem? Masz jakieś dodatkowe moce, może ograniczenia?

Ja pierdzielę, na to nie dało się odpowiedzieć „tak” lub „nie”.

Smokoni mnie nie lubią. Zwłaszcza ci z samego szczytu – wyznałam, całkiem niedyskretnie zgrzytając zębami. – Umiem ziać kolorowym ogniem, jak sam widziałeś. Mam proporcjonalnie większe skrzydła, anatomicznie takie jak wyvern. Więc mogę dłużej szybować, latać szybciej i ciszej, ale za to ciężej mi się przez nie porusza na lądzie. Możliwe, że jako smok jestem ognioodporna, ale wolałam tego nie sprawdzać. – Za późno dziabnęłam się ostrym kłem w język. Jak na złość, trafiłam jeszcze tym jadowym – zaszczypało jak marzenie, aż jęknęłam boleśnie.

Pięknie żeś się zdradziła, dziewczyno. Ciekawe, co zrobisz, jak zechcą przetestować tą twoją wytrzymałość na płomienie...

– Coś jeszcze? – Po smoczym psychologu nie widać było, żeby ta informacja zrobiła wielkie wrażenie.

Mam matowe łuski i prążkowane rogi, jak wyvern...

– A coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka?

Nie podobały mi się te spytki.

Mogłabym najpierw dowiedzieć się, po co tej waszej „górze” to wiedzieć? Do czego ja wam jestem potrzebna?

Na sekundę uniósł wzrok znad kartki.

– Słyszałaś o Lodricku Drake'u?

Trudno nie słyszeć...

– No to masz odpowiedź.

Zajebiście. To się dowiedziałam...

I ty chcesz dla takiego drania pracować? – mruknęłam.

– Nie jesteśmy tutaj, żeby rozmawiać o mnie – zgasił mnie bez wahania. – Przeszłaś smokońskie szkolenie?

Nie. – W jednej sekundzie zamieniam się w naburmuszony kłębek. To od zawsze dość drażliwy dla mnie temat...

– Ale i tak mianowali cię Strażniczką Berlina? – Znowu na mnie spojrzał, tym razem z błyskającym w oczach szczerym zainteresowaniem. – A to ciekawe...

Już miałam palnąć coś o brakach kadrowych, ale znowu się ugryzłam.

– Umiesz posługiwać się wyższą magią? – kontynuował.

Ej, ej, a moja kolej? – zaprotestowałam szybko, jednak opanowało go takie podekscytowanie, że aż zerwał się z miejsca, nie przejmując niczym.

– Czyli nie umiesz? A i tak zrobili cię Strażniczką? To musi być... – urwał, uśmiechnął się szeroko sam do siebie. – Przepraszam na moment.

Odmaszerował szybko do drzwi. Spróbowałam jeszcze splunąć za nim ogniem, ale wiąż pilnował się, by nie wejść w mój zasięg. Niezły był, musiałam mu to przyznać.

Tylko co go tak ucieszyło...?

Czekałam więc dalej. Było cicho, smutno, całkiem zimno. Nudno. Powoli drętwiałam, nie mogąc zmienić niewygodnej pozycji. Poruszałam się na tyle, na ile pozwalały krótkie łańcuchy, ale i tak wiele to nie dawało. Mogłam tylko leżeć na brzuchu z podkurczonymi łapami, jak kot w legendarnej pozycji bochenka, lub stać, mocno zgarbiona. Coś tak czułam, że to wykończy mnie szybciej niż każde tortury...

Nie wiem, ile minęło czasu. Przysypiałam, chwilami odpływałam całkowicie, by budzić się, gdy któryś z więzów zbyt mocno się wrzynał lub gdy przestawałam na dobre czuć jedną z kończyn. Męczyłam się. Całkowicie straciłam poczucie upływających chwil. Równie dobrze mogło minąć parę godzin, jak i dni. Tym razem nie przynosili mi jedzenia. Upewniałam się w przekonaniu, że to „przepraszam na moment” w ustach psychologa mogło być formą pożegnania, bo wszystko jak na razie wskazywało na to, że przestałam go interesować...

Albo czekał, aż będę na tyle zmęczona, by łatwiej dało się mnie wciągnąć w dialog.

Trochę się rozbudziłam, gdy usłyszałam poruszenie za drzwiami. Nieprzyjemne uczucie deja vu sprawiło, że już całkowicie odechciało mi się żyć, jednak gdy tylko usłyszałam coś, czego zdecydowanie nie powinnam tutaj usłyszeć, zerwałam się na równe nogi na tyle, na ile pozwalały przykrótkie łańcuchy. Wrota do jakiegoś stopnia były dźwiękoszczelne, więc zamarłam, strzygąc uszami. Już zaczynałam myśleć, że mi się przesłyszało, gdy...

Tak, były tam. Za drzwiami, oprócz strażników, musiały znajdować się przynajmniej trzy smoki.

Mimowolnie zadrżałam ze strachu, gdy drzwi zaczęły się uchylać, a w coraz szerszej szparze dojrzałam świecące przez szczeliny w czarnych zbrojach kolorowe ślepia...

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany