Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

3. A to jest właśnie Stigh Schroeder!

local_library0 comment0 thumb_up0
The Pripyat Company - część 3

Trzeba przyznać, że, jak na bandę nadpobudliwych wiecznych dzieci, radziliśmy sobie całkiem nieźle.

A właściwie to całkiem nieźle radzili sobie moi dziani i nadopiekuńczy rodzice.

No dobra. Nie jestem jedną z tych słodkich buntowniczek, które swoich starych mają w głębokim poważaniu, chyba że akurat pilnie potrzebują kasy, to wtedy mogą stać się nagle do rany przyłóż. O nie! Ja uwielbiam moich rodziców. Mam z nimi świetny kontakt, chętnie spotykamy się, zapraszamy nawzajem, wyjeżdżamy gdzieś. No, ale co ja poradzę, że to tak wygląda? Nie moja wina, że w pewnym momencie stwierdzili, że mogą nas wszystkich utrzymywać, bo nie wypada, by tacy sympatyczni młodzi ludzie się przemęczali i marnowali swój potencjał w niesatysfakcjonującej pracy lub na męczących studiach, zamiast rozwijać kreatywność i zajmować się przyjemnościami? Zgodnie z tą zasadą, zgodzili się zafundować nam wszystko. Dowiedziawszy się o pomyśle zaistnienia The Pripyat Company, wpadli w istną euforię – można wręcz powiedzieć, że taką z jednorożcami, serduszkami i rzyganiem tęczą. Na nasze konta natychmiast wpłynęła taka sumka, że przez moment żadne z nas nie potrafiło pozbierać szczęki z podłogi. Podejrzewam, że żaden z chłopaków w życiu nie widział takiej kwoty na oczy. Ale cóż – to moi rodzice. Oni od oddania nam tej jedynki z kilkunastoma zerami na pewno nie zbiednieją. Może, ewentualnie, będą musieli zrezygnować z jednego z wyjazdów na Kretę.

No więc, z lekkim wspomożeniem pieniężnym, postanowiliśmy zabrać się za siebie. Kupiliśmy całe ostatnie piętro w najładniejszym apartamentowcu, jaki udało nam się znaleźć w Warszawie, przerobiliśmy je na jedno mieszkanie, zawaliliśmy swoimi gratami i zapuściliśmy w odpowiedni sposób, tworząc tym samym sprzyjający ekosystem, i tak sobie egzystowaliśmy, coraz częściej rozmyślając nad ewentualnością założenia kapeli. Wychodziło na to, że codziennie spotykaliśmy się na odgrzanej w mikrofalówce pizzy, cieszyliśmy jak małe dzieci z tego pomysłu i rozchodziliśmy, obezwładnieni marzeniami o wielkiej sławie. Często któreś z nas wychodziło z pomysłem poszukania klubu, w którym pozwoliliby nam coś zagrać, reszta przytakiwała ochoczo, obiecywaliśmy sobie, że od jutra bierzemy się ostro za siebie, a następnie każdy znajdował świetną wymówkę na to, by jednak nie podnosić się z kanapy.

Pierwszymi, którzy się ocknęli, byli Stigh i Jaro. Oni to, zniechęceni aparycją naszego pamiętającego jeszcze dinozaury sprzętu, kopnęli się do sklepu po coś lepszego, mając nadzieję, że to nas niejako zachęci do wytężenia wysiłków. Wiadomo – przyklasnęliśmy. Wszystko było tak piękne, że aż nie chciało się tego wypuszczać z rąk – moja czarna gitara, bordowy elektryk Tantala, wyglądający jak wykonany z sosnowego drewna bas Stigha, czerwono-srebrna perkusja Semena... Jedno z pomieszczeń w piwnicy przerobiliśmy na studio, cieszyliśmy się jak dzieci, że hurra, wreszcie mamy sprzęt, którego nie trzeba kleić szarą taśmą, że możemy teraz opracować własne kawałki, że nawet będzie nam się chciało gdzieś pokazać!

A kij z tym. Wszystkie nasze próby wyglądały dokładnie tak samo: przychodziliśmy, rozmawialiśmy o tym, co byśmy zagrali, gdyby nam się chciało, i wychodziliśmy. Czyli jakoś śpiewająco się to nie zaczęło.

Może dlatego właśnie takim zaskoczeniem było to, że Tantal pewnego dnia odmówił oglądania z nami kolejnych powtórek „Dr House”, zmył z twarzy nieodzowne ślady smaru, ubrał się w coś czystego i wybył z cwanym uśmiechem, nie zamierzając nas w nic wtajemniczać. Z początku byliśmy wściekli – no bo jak to tak?! Nic nam nie powiedzieć?! A gdzie solidarność?! Co on taki dyskretny?! Potem doszliśmy do wniosku, że pewnie musiał umówić się z jakąś dziewczyną.

To skutecznie uciszyło lecące jak z karabinu maszynowego obelgi. Doskonale pamiętaliśmy, że nasz kochany Grek, od czasu zerwania ze swoją narzeczoną Ayshą, dostawał drgawek na samą koncepcję umawiania się na randki. Musiał poznać kogoś wyjątkowego, skoro tak nagle mu się odwidziało. I jeszcze ta diametralna zmiana wyglądu – to było jak wybuch bomby atomowej. W naszych głowach narodził się taki natłok pytań, że aż dostaliśmy zbiorowego ataku migreny.

Stigh przyniósł szybko samoprzylepne fiszki, na których zaczęliśmy spisywać te kłębiące się niewiadome, by jakoś uporządkować to, co chcemy wydobyć z kolegi, gdy już wróci. Wypisaliśmy bodajże trzy długopisy.

Gdy Tantal ukazał się w drzwiach naszego gigantycznego, urządzonego z wręcz kiczowatym przepychem salonu, był tak obrzydliwie zadowolony z siebie, że aż nas zatkało. Semen z wrażenia upuścił trzymane fiszki, które zwartą falą utworzyły prawie metrową warstwę na czerwonej kanapie, dębowej podłodze i w misce z serowym popcornem.

– Wyglądacie, jakby was coś w jajca uchlało – skomentował nasz mechanik, wybuchając śmiechem na widok naszych min.

– Wypraszam sobie, nie mam jajec! – zaprotestowałam, grożąc mu pięścią. Mięśnie mam jak komar pięty, więc odpowiedniego wrażenia to, niestety, nie zrobiło.

– Ale masz jajniki – Jaro zaśmiał się jak przedszkolak, który właśnie opowiedział swój pierwszy zboczony dowcip.

– Załatwiłem nam koncert – powiedział Grek, ignorując nas.

– Jak... Jak... – dukał Semen.

– Jak? Normalnie. Poszedłem i porozmawiałem – zdenerwował się.

– Nie o to chodzi! – Rosjanin ze złością potrząsnął głową. – Jak ty wyglądasz?! Co się stało z twoją warstwą ochronną?!

Fakt, od tej strony Tantala nie znaliśmy – wszyscy zgodnie byliśmy pewni, że ślady smaru już na trwałe wżarły mu się w skórę i za nic ich nie doczyści. No cóż – każdy z nas skrywa jakieś mroczne sekrety. Na przykład ja nadal trzymam wszystkie swoje zabawki z dzieciństwa i nadal mam różowe ściany w pokoju w rodzinnym domu...

Tantal trzepnął albinosa czapką z daszkiem na tyle mocno, że ten zwalił się z kanapy, i usiadł na jego miejscu.

– Mamy jeszcze sporo do obgadania. Rozmawiałem z właścicielem klubu, ciężko było go przekonać do dania szansy. Musimy go jeszcze trochę urobić, bo nadal mu jakoś dziwnie z oczu patrzy. – Gitarzysta, mówiąc, sięgnął ręką do miski z popcornem, lecz zamiast jedzenia wyciągnął z niej garść naszych fiszek. Z zaciekawieniem spojrzał na jedną z nich i wykrztusił, przeczytawszy koślawy napis wykonany ręką Stigha: – Co?! „Ile wnosi w posagu”?!

– To nieistotne! – Jaro czym prędzej wyrwał mu pozostałe, pobrudzone tłuszczem karteczki. – Co zamierzasz jeszcze zrobić z tym koncertem, skoro tak opornie szło?

– Właściciel klubu powiedział, że chciałby nas poznać osobiście – wytłumaczył gitarzysta, nieufnie popatrując na zbierającego fiszki technicznego. – Musimy zrobić na nim możliwie jak najlepsze wrażenie, bo inaczej będzie czapa. Coś mi się zdaje, że jest uprzedzony do kapel metalowych. No to zaprosiłem go na herbatkę.

– Wiesz co... – zaczęłam niepewnie. – Jakoś tak wydaje mi się, że nie będzie zachwycony tym, co zastanie...

– Nie powiedział, że chce poznać CAŁY skład, więc nie musimy od razu rzucać go na głęboka wodę. – uśmiechnął się chytrze. – Semena zamknie się w piwnicy, a Stigha wyśle do teściowej na obiadek.

– No to, kto będzie rozmawiał? – skrzywił się Stigh.

– Ja i Sława, oczywiście.

– Dobra, Sławę to jeszcze zrozumiem, w końcu to mała dziewczynka, ale ty? – zdenerwował się Jaromir. – Nie czaję.

– Oprócz Sławy, to ja mówię najlepiej z was po polsku – przypomniał Grek.

– Szlag – westchnął Semen. – A myślałem, że będzie tak fajnie...

Wszyscy musieliśmy przyznać, że plan jest dobry. A może nie tyle dobry, co najlepszy z możliwych, ale to już wystarczyło, by uciszyć narzekania. No więc, z wielkim trudem posprzątaliśmy bałagan, choć każde z nas bało się go tknąć (kto wie, co się tam zalęgło w ciągu tych paru dni – na przykład ja jestem prawie pewna, że góra znoszonych skarpetek na mnie nawarczała). Następnie wysłaliśmy Jaromira do sklepu, Semenowi daliśmy do oglądania wszystkie części „Szczęk” i zamknęliśmy w jego pokoju, a Stigha wetknęliśmy do moich rodziców „na kawę i ciastko”. Tantal jakoś zdołał znowu schludnie się ubrać, ja zrobiłam nawet makijaż i założyłam kolorowe ubrania – łatwe to nie było, bo moja garderoba składa się głównie z różnych odcieni czerni. Usiedliśmy w salonie i, milcząc, czekaliśmy na tajemniczego Właściciela Klubu, którego imienia Tantal, oczywiście, zapomniał.

Wreszcie rozległ się dzwonek do drzwi. Grek zerwał się na nogi i, potykając na czystej podłodze, popędził otworzyć. Kolejny raz, nadludzkim wysiłkiem, opanowałam się przed obgryzaniem pomalowanych na niebiesko paznokci.

Do mieszkania wtoczył się oczekiwany gość. Od razu mogłam opisać go jednym słowem – pająk. Był wysoki, chudy jak szczapa i jakiś taki smutny. Cerę i zęby miał pożółkłe od papierosów, a jego spojrzenie kojarzyło się ze stałym bywalcem oddziału zamkniętego w szpitalu psychiatrycznym.

Tantal przyjął posłusznie płaszcz i staromodny kapelusz i powiesił je na wieszaku (dzisiaj kupiliśmy, specjalnie na tę okazję). Następnie przyprowadził zadziwiająco poważnego mężczyznę do naszego kompletu wypoczynkowego i, niemal kłaniając się w pas i całując przed nim podłogę, umieścił w skórzanym fotelu.

– No to tak, chciał nas pan poznać. Oto my – odezwał się, uśmiechając idiotycznie. Nie wiedząc, co zrobić z rękami, splótł je na kolanie, zakładając nogę na nogę. Wyglądało to tak iście pedalsko, że mało brakło, a pomimo całego napięcia parsknęłabym śmiechem.

– Miło mi. – Wyniosła mina mówiła coś zupełnie innego. – Nazywam się Hieronim Wąski.

– Fajna ksywka – palnęłam. Dopiero, gdy poczułam na sobie miażdżące spojrzenie Tantala, zorientowałam się, że to było nazwisko. – Zrobię kawę – mruknęłam, spuszczając wzrok i w podskokach uciekając w stronę aneksu kuchennego. Dwa razy wylałam wodę z czajnika, zanim udało mi się postawić go na podstawce.

– Tak, to właśnie była Sławomira Schroeder. Jest urocza, gdy tak się stresuje – Gitarzysta uśmiechał się tak obłędnie słodko, że aż mnie zgaga złapała.

– Dobrze, chyba możemy przejść do rzeczy – zadecydował gość. – Sprawa ma się tak. Mam spore obawy przed zatrudnieniem kapeli metalowej. Zrobiłem tak już parokrotnie i mocno się zawiodłem. Nie dość, że frekwencja była dość marna, to jeszcze mieliśmy potem sporo sprzątania...

– Znaczy się rozróbę zrobili? – zachichotałam, stawiając kubki na blacie stolika. – O rany, ja chyba naprawdę się zamknę – jęknęłam, siadając i całą uwagę poświęcając maślanym ciasteczkom. Miałam taką cholerną ochotę na to, by zacząć piszczeć i wpełznąć pod kanapę, że aż mnie skręcało.

– Czy moglibyście opowiedzieć o sobie trochę więcej? Co gracie, jak gracie, kogo tam jeszcze macie w składzie? – dopytywał Wąski, udając, że nie zauważył mojej gafy. Kolejnej.

– Gramy coś z pogranicza metalu i hard rocka. Lubimy innowacje, nie wzorujemy się na żadnym zespole – zaczął opowiadać Tantal. Az się zdziwiłam, że jest taki obyty – byłam pewna, że raczej powie coś w stylu „gramy z powodu przyczyny” i zamilknie. – W składzie mamy osoby z kompletnie różnych zakątków Europy. Sława jest Polką, ja z kolei pochodzę z Grecji. Nasz perkusista jest Rosjaninem, a wokalista Niemcem.

– Właśnie, apropo – zatrzymał go gość. – Ten cały Stigh Schroeder. Jako wokalista i basista chyba w pewien sposób tu rządzi?

– Można tak powiedzieć, ale nie mógł pokazać się na rozmowie z powodu drobnej niedyspozycji – wypalił bez wahania Grek.

– No dobrze. – Mężczyzna, jak rasowy psychopata, złożył dłonie w piramidkę. – Wszystko wygląda tak: mam dla was miejsce w piątkowy wieczór, bodajże od dziewiętnastej, ale to jeszcze będę się kontaktować. Macie równą godzinę, później wchodzi inna kapela. Słyszałem, że gracie głównie covery, tak więc nie będziecie największą atrakcją dnia, stąd tak mało czasu.

– Rozumiem. – Słyszałam, jak Tantal zgrzytnął zębami.

– No więc, to chyba wszystko. Szkoda, że nie mogłem poznać waszego pełnego składu, ale może...

Nie dane mu było dokończyć.

Drzwi otworzyły się pod wpływem mocnego kopniaka i uderzyły klamką w ścianę; na dębowy parkiet posypał się tynk. Mój kochany mężuś Stigh, ubrany w bojówki moro i czarną koszulkę z pokazującym środkowy palec Lemmy'm, wparował do środka, zglanował stolik na klucze tak, że mebel znalazł się w drugiej części korytarza, i ryknął:

Das ist doch unmöglich! Scheiße! Scheiße!

– Ojej. Jaka niespodzianka! To jest właśnie Stigh Schroeder – Tantal uśmiechnął się kretyńsko do oniemiałego Wąskiego.

Myślałam, że tragedia na tym się skończy, ale zza futryny wychynął wtedy Semen, widocznie przywabiony hałasem.

Szto ty diełajesz? – spytał z rozbrajającą miną zagubionego dziecka.

– Chcesz z glana, pomiocie Stalina?! Złaź mi z drogi! – wrzeszczał mój mąż, usiłując jakoś wyminąć albinosa.

– Co się stało? – spytałam cichutko, gdy już odzyskałam głos.

– Jak to co?! Twoja babcia, kurwa mać! – pieklił się Niemiec.

No cóż. Muszę przyznać, że moja kochana babunia nie jest jego fanką. Ostatnio niemalże rzuciła w niego półmiskiem pierogów, tata zdążył powstrzymać ją w ostatniej chwili. Zwykle Stigh ma do niej ogromne pokłady cierpliwości, udaje miłego nawet wtedy, gdy już nawet mi skacze ciśnienie, proponuje pomoc, uśmiech nie schodzi mu z twarzy... Co musiała zrobić tym razem, by doprowadzić go do podobnego stanu?

– Panie Schroeder, czy mógłbym... – zaczął Wąski.

– Nie mógłbyś! – W jasnoszarych oczach zapaliły się iskierki natychmiastowej żądzy mordu. – Co pan tu jeszcze robisz?!

– Stigh, błagam... – zaskamlał Tantal.

Na twarzy Stigha dopiero teraz pokazały się ślady zrozumienia. Jeszcze raz spojrzał na Wąskiego.

– Ja pierdolę – powiedział z istnym przerażeniem. Nagle uśmiechnął się szeroko i podrapał w zakłopotaniu po karku: – Eee... Dzień dobry! Dobry wieczór, znaczy się!

Jestem po prostu pewna, że właśnie ręce wam całkiem opadły. Że zdołaliście złapać się jedynie za głowę, jęcząc „bogowie, co za debile, taką szansę zaprzepaścili...!”. I tu się mylicie! Pan Hieronim Wąski był nami oczarowany. Jak to powiedział: „nigdy jeszcze nie widział kapeli, która zachowywałaby się tak naturalnie” i że „w tym przypadku miał okazję poznania nas od najgorszej strony, i to go uspokoiło”.

Koncert w piątek. Pietra mam jak stąd do Częstochowy, ale mam nadzieję, że jakoś to będzie. Jak na razie staram się skupić na wymyśleniu jeszcze przynajmniej jednego chwytliwego kawałka.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany