Opowiadanie użytkownika Greedi_Lady_Foxie

Agentka K9

local_library3 comment0 thumb_up2
Agentka K9 - część 8

ROZDZIAŁ 8 

Ćwiczenia były ciężkie, a ciągłe kłucie igłami zaczynało mnie powoli drażnić. Codzienne treningi w laboratorium, gdzie za każdym razem sprawdzali naszą wytrzymałość i zwracali uwagę na co zużywamy za dużo energii mocno wkurzały, ale dawały swoje efekty. W ciągu dwóch tygodniu schudłam siedem kilo, co jest moim największym osiągnięciem w życiu. Zaczęłam się lepiej czuć sama ze sobą i dzięki temu nie byłam już taka skrępowana, gdy miałam ćwiczyć przed innymi albo się przebierać.

Napięty grafik dawał w kość. Rano laboratorium, po południu ćwiczenia na boisku, teoria i apel. Co prawda rutyna daje się we znaki, ale czasami zabierają nas do lasu na jakieś gry z innymi patrolami, raz pojechaliśmy do miasta w ramach „Co miesięcznego dnia wolnego” i do tego praktycznie co tydzień spotykamy się w „Hangarze”. O dziwo po ostatniej potyczce jaka zaszła między mną, Charlesem i Jakiem, Ann nie zabroniła nam wstępu tylko podziękowała, że jej niczego nie zniszczyliśmy. Także grafik na każdy dzień miałam zapełniony, ale mimo to znajdowałam czas dla siebie. Dowiedziałam się od Alexa, że jeden z oficerów prowadzi dodatkowe zajęcia ze strzelania. Oczywiście mamy takie lekcje dwa razy w tygodniu, ale co mi szkodziło trochę się podszkolić?

- Ręka wyżej. Rozluźnij się. Nie możesz być taka spięta, bo wtedy na stówę spudłujesz.

- To nie takie proste. Zdecydowanie lepiej strzelało mi się z łuku.

- Niestety łuk trochę ciężko schować podczas misji zwiadowczej. Nie marudź i stań żeś normalnie! Jesteś cała spięta.

- Nie uspokoję się, jeśli będzie Pan tak na mnie ciągle krzyczał.

- Ja jeszcze nie zacząłem krzyczeć. Na razie jestem bardzo spokojny... Do cholery jasnej, strzelaj! - wysoki mężczyzna po 40-tce z początkiem siwych włosów stanął za mną i nacisnął mój palec, który cały czas spoczywał na spuście Glocka 17. Broń wystrzeliła, a moją dłoń odrzuciło lekko do góry. Patrzyłam jak pocisk leci i uderza praktycznie w sam środek tarczy.

- Widzisz? Im mniej się zastanawiasz tym celniej trafisz. Zrozum, że ja nie powtarzam tobie o rozluźnieniu się, bo mi się tak podoba, tylko dlatego żebyś lepiej strzelała. Rozumiem, że łuk leżał ci bardziej, bo nie wydawał takich okropnych dźwięków, ale musisz się do tego przyzwyczaić. Na polu bitwy nie zaznasz ciszy.

- Ja to wszystko wiem, ale to nie jest takie proste, żeby się na komendę odprężyć i przestać myśleć.

- Tego nie możesz zrobić. Trzeba myśleć podczas strzelania, bo bez skupienia trafisz swojego kolegę i wtedy będziesz miała przejebane. Chodzi o to, żeby nie rozmyślać nad wszystkim tak gorączkowo. Masz postawić sobie w głowie jeden, prosty cel. Muszę trafić tu i tu. Tyle. Bez zbędnego pierdolenia. Masz na prawdę dobrego cela, ale za bardzo się spinasz.

- Ja wiem. Staram się. Na prawdę.

- Wierzę ci. Dobra. Ostatnia seria i kończymy. - Pan Olaf nacisnął coś na panelu sterowania i nowa tarcza ustawiła się na swoim miejscu.

- Zaczynaj. - rozkazał. Na jego komendę sprawdziłam magazynek, rozstawiłam szerzej nogi, ręce wyprostowałam w prawej dłoni trzymając pistolet, lewą przytrzymując ją od dołu i skupiłam się na czarno białej sylwetce imitującej tarczę. Jeszcze ani razu nie udało mi się trafić środka. Moje pociski ciągle latają na boki, bo ręce mi się trzęsą albo za długo zastanawiam się czy trafię.

- Znowu się spinasz. Zwlekaj z tym dłużej i to będzie twoja ostatnia lekcja.

- Już się poprawiam. - wzięłam głęboki wdech i oczyściłam głowę ze zbędnych myśli. Skupiłam wzrok na tarczy, wyrównałam oddech i odbezpieczyłam broń. Palec wskazujący spoczywał spokojnie na spuście. Pięć naboi. Tyle mam szans na „zaliczenie” dzisiejszych zajęć.

- Lecimy. - nacisnęłam lekko na spust, a naboje same wylatywały z lufy. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Koniec. Wypuściłam powietrze spokojnie z płuc, zabezpieczyłam broń i odłożyłam na blat przed sobą. Ściągnęłam okulary ochronne i spojrzałam wyczekująco na P. Olafa.

- Ja nie znam wyniku. Zaraz się okaże czy mnie posłuchałaś. - brunet poszedł do tarczy i odpiął ją z wieszaka, po czym przyniósł z powrotem.

- Sama spójrz. - popatrzyłam na papierowy plakat w kształcie człowieka i sama nie mogłam uwierzyć. Co prawda nie trafiłam czystego środka, ale jedna kula musnęła go z lewej strony. Inne dziury znajdowały się dalej od celu, ale przeważnie mieściły się w zasięgu klatki piersiowej. Wcześniej znajdowałam ślady na rękach i nogach.

- Dobra robota. Mówiłem ci, że trzeba to brać na spokojnie? Przy tej robocie nie wolno się denerwować, bo jeszcze zabijemy samych siebie.

- Rozumiem. I będę to miała na uwadze.

- No ja myślę. - mężczyzna dał mi tarczę i poszedł schować pistolet.

- To znaczy, że widzimy się w sobotę o tej samej porze? - uśmiechnęłam się szeroko i niewinnie.

- Zobaczymy czy nie wkurzysz mnie do tego czasu.

- Ja? Ciekawe czym.

- Dobry. - w tym momencie do strzelnicy wszedł Charles. Ostatnio często po mnie przychodzi, gdy kończyłam tu zajęcia.

- Dobrze, że jesteś. Zabierz stąd tą swoją dziewczynę, bo dłużej nie wytrzymam. - burknął stary dziad.

- Nie jestem jego dziewczyną. - obroniłam się szybko.

- Jeszcze. - dopowiedział Charles szeroko się uśmiechając.

- Zamknij się. - zagroziłam i zaczęłam zbierać swoje rzeczy.

- No weź, kotku. Nie musisz już dłużej udawać. Wydało się.

- Zaraz ci walnę.

- Lubię, gdy grasz niedostępną.

- Pożałujesz.

- Błagam idźcie już stąd. Zachowujecie się, jak stare małżeństwo. No już. Wynocha. - P. Olaf wyrzucił nas ze strzelnicy i zatrzasnął drzwi. Za nimi usłyszeliśmy jeszcze ponure: „Ta młodzież mnie wykończy” i oboje parsknęliśmy śmiechem.

- No i? Od tygodnia przychodzisz po każdych moich zajęciach i zatruwasz mi życie. - weszliśmy schodami na parter głównego budynku i skierowaliśmy się do wyjścia. Jest 17.40 czyli mam dwadzieścia minut, żeby zanieść plakat do pokoju i ogarnąć się do apelu.

- Tak bardzo ci przeszkadza, że interesuję się twoją edukacją?

- Słucham? Co to miało być? Zabrzmiałeś teraz, jak mój tata.

- No co? Nie mogę popatrzeć, jak strzelasz? Widziałem cię z łukiem i chciałem zobaczyć co jesteś w stanie zrobić z automatem.

- Obserwowałeś mnie? Cały czas?

- Nie cały. Kilka razy.

- Jebany stalker.

- Wypraszam sobie. Skoro moja troska o ciebie cię nie interesuje, to w takim razie uznaj to za rekonesans. Sprawdzam czy stwarzasz dla mnie jakieś zagrożenie w przyszłości.

- A co? Boisz się, że dziewczyna spuści ci łomot?

- W strzelaniu? Proszę cię. Chcesz to możemy się założyć. Zrobimy sobie mały konkurs. W sobotę na twoich zajęciach.

- Wiesz, że ja dopiero zaczęłam, prawda?

- Wiem i dlatego jestem pewny, że wygram.

- To skąd ta pewność, że się zgodzę?

- Wiem, że tak. Znam cię.

- Aha. Akurat. Tu się zdziwisz.

- No weź. Wiem, że chcesz.

- A jeśli powiem tak, to o co chcesz się założyć?

- To będzie niespodzianka.

- Nie ma tak! Nie wejdę w coś czego nie znam zasad.

- Spodoba ci się. To ci mogę obiecać.

- Zapomnij. Dopóki mi nie powiesz, to się nie zgadzam. - przyspieszyłam kroku w stronę baraków.

- Dobra! Powiem ci. Tylko się nie obraź, okey?

- Ponoć miało mi się podobać?

- Bo będzie. Ale później.

- Jak ty mącisz. Wykrztuś to z siebie.

- A nie będziesz zła?

- Niczego nie mogę obiecać. No już. Gadaj. - ponagliłam szatyna, żeby się streścił bo staliśmy teraz przed wejściem do „Szóstki” i chciałam się szybko przebrać na apel. Charles przez chwilę się wahał, aż w końcu wyszeptał mi na ucho.

- Prześpij się ze mną. - przez kilka sekund patrzyłam na niego zszokowana. Gdy dotarło do mnie co powiedział, parsknęłam śmiechem i resztkami woli powstrzymałam się, żeby nie dać mu w twarz.

- Ciebie chyba pojebało. Nie ma mowy. Nie będę się zakładać o takie pierdoły.

- Skoro to pierdoła, to się zgódź.

- Nie! I koniec tematu. Żegnam. - weszłam do chatki i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.

- Co za kretyn. - odetchnęłam i weszłam schodami do pokoju. Po drodze uświadomiłam sobie, jak bardzo piekły mnie policzki.

~* ~

Feralny dzień nadszedł szybciej niż chciałam. Trzydzieści okrągłych dni minęło niczym dłuższe mrugnięcie okiem. Jakimś cudem udało mi się ukończyć całe szkolenie z zaskakująco dobrymi wynikami, każde bardziej skomplikowane i bolesne badanie przechodziłam coraz lepiej.

Dzisiaj pierwszy raz znowu byliśmy całą piętnastką i szliśmy w ciszy prowadzeni przez grupę lekarzy do specjalnego laboratorium, które przeznaczone jest tylko do wprowadzania obcego DNA. Znajduje się poziom niżej, niż te w których spędziliśmy ostatni miesiąc. Mimo wielu przygotowań, symulacji i testów wciąż czułam niepokój i wahanie czy na pewno wszystko pójdzie dobrze. Zostaliśmy uprzedzeni, że mogą występować skutki uboczne, że każdy organizm przyswaja czynnik inaczej. Wiemy, że pierwsze godziny po zakończeniu wszczepiania zwierzęcych komórek są kluczowe, bo wtedy już wiadomo czy pierwsza faza przebiegła prawidłowo. Pamiętam, jak Charles opowiadał, że jakoś tydzień później można się spodziewać pierwszych oznak przemian. Oprócz tego uprzedził mnie, że wszystko cholernie boli i będę błagać, żeby mnie zabili. On w każdym razie tak miał. I wielu przed nim też. Nie powiem, żeby mnie specjalnie uspokoił i pocieszył przed wielkim dniem.

Weszliśmy przez szklane drzwi do wielkiej sali, gdzie po lewej, prawej i naprzeciwko stało rzędem ustawionych po pięć foteli. Każdy był wyposażony w skórzane pasy bezpieczeństwa i monitory, na których zespół będzie mógł kontrolować nasze parametry. Po środku stała okrągła wyspa wyposażona w komputery i jakieś narzędzia.

Alfabetycznie przydzielili nas do poszczególnych stołów i trochę mnie to zaniepokoiło, bo nie mogłam być blisko Coco, która przez ten krótki okres czasu stała się dla mnie bardzo ważną i bliską osobą. Ona leżała na pierwszym fotelu po lewej stronie, a ja na środkowym naprzeciw wejścia. Lekarze po kolei po przypinali nas pasami do siedzeń, podłączyli kablami do monitorów, pozakładali jakieś diody na głowę i przygotowali kroplówki, przez które wprowadzą nam serum.

Oprócz nas i grupy dziesięciu lekarzy w sali była Angela - nasza mentorka, która wyglądała na równie zdenerwowaną co my i oczywiście Pani Catherina - CEO całego przedsięwzięcia. Obie stały przy wyspie, pilnie obserwując każdą czynność wykonywaną przez doktorów. Gdy wszyscy byliśmy już przypięci i gotowi do zabiegu, do sali wszedł młody mężczyzna pchając przed sobą metalowy stół z piętnastoma kroplówkami pełnymi jasno zielonego płynu.

- Zaraz podłączymy wam serum i będziemy wprowadzać je przez pół godziny. Proces będzie bardzo bolesny, ale nie możemy podać wam żadnych anestetyków, ponieważ mogą one zafałszować wyniki badań. Przeszliście długie, męczące treningi, które miały was w mniejszym stopniu przygotować na dzisiejszy proces. Chcę wam powiedzieć, że jestem z was bardzo dumna. Cała grupa dzielnie zniosła ciężkie dni i razem dotarliście do końca pierwszej fazy. Możecie być z siebie dumni, ponieważ udowodniliście tym samym swoją odwagę, możliwość poświęcenia i przede wszystkim wytrwałość. Będę z wami przez cały czas. Nie wyjdę stąd dopóki nie upewnię się, że każde z was wyszło z tego cało i nie okazuje oznak jakiegokolwiek odrzutu serum. Możecie zaczynać. - na rozkaz Catheriny dwójka młodych naukowców zaczęła coś energicznie klikać na klawiaturach komputerów, reszta lekarzy wzięła po jednym woreczku i zaczęła go podłączać do naszych kroplówek. Czułam jak serce zaczyna mi walić, gdy plastikowy wężyk był podłączany do mojej żyły.

- Zaczynajcie. - z zapartym tchem patrzyłam, jak zielony płyn powoli spływa w dół prosto do mojego ciała. W momencie kiedy serum zaczęło krążyć w moim krwiobiegu poczułam ogień. Prawdziwy, intensywny ogień. Jakby moja krew zaczęła się we mnie palić. Zrobiło mi się gorąco i okropne pieczenie w szybkim tempie zaczęło rozchodzić się od mojego prawego ramienia do reszty ciała. Zacisnęłam mocno oczy i przygryzłam wargę z całych sił. Czułam spływające po policzkach łzy i krew cieknącą po mojej brodzie. Przez szum w uszach słyszałam krzyki. Przeraźliwe, pełne bólu krzyki. Nie odważyłam się spojrzeć co się dzieje z innymi. Gdybym tak zrobiła, to pewnie bym do nich dołączyła.

Ból, który zastąpił uczucie pieczenia i gorąca był nie do zniesienia. Miałam wrażenie, jakby coś mnie rozrywało od środka. Jakby każda tkanka w moim ciele wybuchała i tworzyła się na nowo. Zaczęłam się niekontrolowanie rzucać na fotelu. Usilnie próbowałam się uwolnić z pasów. Chciałam wyrwać kroplówkę, skulić się gdzieś na podłodze i umrzeć. To bolało. Tak cholernie bolało. Nie zauważyłam, kiedy zaczęłam krzyczeć. Moja wrzaski zlały się w jeden wielki jazgot reszty moich kolegów. Ktoś błagał, żeby przestali. Ktoś chciał, żeby go zabili. Ja po prostu nie chciałam, żeby bolało.

Wiedziałam, że mam otwarte oczy, ale nic nie widziałam. Biała plama i oślepiające światło. Krzyki powoli cichły tak samo, jak moja świadomość. Czułam, że tracę przytomność. Wciąż czułam ból, ale z okropnego, przeszywającego zamienił się na taki pulsujący. Uderzający mnie z każdym biciem serca. Serum płynęło teraz razem z moją krwią. Żyło we mnie. Zanim zemdlałam usłyszałam głos Pani Catheriny. Mówiła ze proces się udał, że wszystko poszło pomyślnie. To dobrze, prawda? Zamknęłam oczy i dałam się pochłonąć ciemności.

~* ~

Obudziła mnie czyjaś ręka delikatnie głaskająca mnie po głowie i cichy, głęboki głos.

- Lizzy? Słyszysz mnie? - jęknęłam głośno i powoli odwróciłam głowę w stronę głosu. Powoli docierało do mnie co się działo i kim była tajemnicza osoba.

- Hej. Jesteś z nami?

- Tak. - wyjęczałam. Gardło mnie bolało, a brzmiałam, jakby ktoś mi przejechał szkłem po krtani.

- Jak się czujesz?

- Jakbym miałam zajebistego kaca. - w końcu otworzyłam oczy i momentalnie oślepił mnie blask zapalonych lamp na suficie.

- Czemu one zawsze są włączone? - mruknęłam i zakryłam oczy ręką. Wszystko mnie bolało. Nawet włosy.

- Nic dziwnego. Będziesz trochę zmęczona, ale za kilka godzin poczujesz się lepiej.

- Gdzie ja w ogóle jestem? - podniosłam się do pozycji siedzącej i rozejrzałam się po sali.

- W szpitalu. Przenieśli was, gdy padliście nieprzytomni na stołach.

- Jak długo tu jestem?

- Trzy godziny.

- A jak długo muszę tu być?

- Wieczorem powinni was puścić.

- Super. - westchnęłam i oparłam się o poduszkę. Między nami nastała chwila ciszy, w której czułam się nieswojo.

- Jak było? - szatyn spytał patrząc się na mnie uważnie.

- A jak ty to pamiętasz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

- Źle. Wręcz fatalnie.

- To pomnóż to razy dziesięć. Wszystko mnie boli.

- Przejdzie ci. Poczekaj do pierwszej przemiany. To też boli.

- Świetnie. Kiedy mogę się tego spodziewać?

- Nie wiem. Każdy przechodzi ją inaczej. W różnych odstępach czasu. Ale jeśli chcesz, to mogę być wtedy z tobą.

- Nie wiem czego się spodziewać, więc nie jestem pewna czy chcę byś to widział. Chyba wolę się z tym zmierzyć sama.

- Jak chcesz. Z tego co wiem, to wiele osób panikuję przed samym przejściem i jednak chciałby kogoś do towarzystwa. Ale zrobisz, jak uważasz.

- Obiecuję, że do ciebie przyjdę jeśli będę potrzebować pomocy. - uśmiechnęłam się lekko i chłopak to odwzajemnił.

- Jak długo tu siedzisz?

- Od początku.

- Czyli?

- Od momentu, kiedy weszliście do laboratorium.

- Serio? Dlaczego cię nie widziałam?

- Może dlatego, że byłaś zbyt przerażona całym procesem? Nie wiele osób myśli o czym innym, gdy ma zaraz być zamieniony w mutanta. - Charles się zaśmiał. Nie był to szczery gest, ale taki na rozluźnienie atmosfery.

- Będziesz czekał, aż mnie wypuszczą?

- Chciałbym, ale mam kilka rzeczy do załatwienia. Ale przyjdę, gdy was wypiszą.

- Okey. To do zobaczenia.

- Pa. - szatyn wyszedł z sali i w pokoju od razu zrobiło się cicho, pusto i jakoś smutno. Białe ściany przypomniały mi o wypadku rodziców i o tej kostnicy na dole. Gdzieś w tyle głowy czułam wielką chęć sprawdzenia czy na pewno nie jestem w tym samym szpitalu.

- To było miesiąc temu. Daj spokój. - powtarzałam sobie, aż uspokoiłam szalejące nerwy. Stwierdziłam, że nie ma sensu dłużej siedzieć samej, więc wyszłam z pokoju i zaczęłam szukać Coco.

~* ~

- Nareszcie! Myślałam, że już cię nie znajdę. - wydyszałam, gdy weszłam do setnego pokoju i zobaczyłam znajome fioletowe włosy.

- Lizzy? Coś się stało?

- Nic. Przeszukałam cały szpital zanim znalazłam twój pokój. Równie dobrze mogli cię zamknąć w piwnicy. - usiadłam na krześle obok jej łóżka.

- Nie wiem. Nie dawno się obudziłam. Jak się czujesz?

- Jakoś. Zmęczona, ale poza tym nic się nie zmieniło. A ty?

- Tak samo. Myślałam, że tam umrę. Byłam przerażona.

- Ja też. Te krzyki były okropne.

- Serio? Ja słyszałam tylko siebie. Miałam wrażenie, że zaraz wybuchnę, a potem zemdlałam.

- Ja tak samo. Mam nadzieję, że nigdy więcej czegoś takiego nie przeżyjemy.

- Dokładnie.

- Był ktoś u ciebie? - spytałam, patrząc na pojedynczą różę stojącą w szklance z wodą.

- Alex mi ją przyniósł. Nawet nie wiem skąd ją wziął.

- Miło z jego strony.

- Tak. A co z Charlesem? Przyszedł?

- Tak. Ponoć widział wszystko od momentu, kiedy przykuli nas do foteli.

- Na prawdę? O matko. Ja bym nie mogła na takie coś patrzeć.

- Dlatego przez cały czas miałam zamknięte oczy.

- Ja pamiętam tylko jakieś urywki, ale cieszę się, że wrócimy dzisiaj do baraków. Nienawidzę szpitali.

- Ja też. - poczułam, jak po plecach przebiega mi zimny dreszcz i wzdrygnęłam się lekko.

- Udało się. - Coco wymruczała pod nosem, że ledwo mogłam dosłyszeć.

- Możesz powtórzyć?

- Udało się. Przeżyłyśmy szkolenie i teraz to? Zakończyłyśmy pierwszy etap! To domaga się porządnej imprezy.

- Tobie tylko zabawy w głowie. - zaśmiałam się opierając wygodniej o twarde, plastikowe krzesło.

- A nie? Powinniśmy zorganizować dzisiaj przyjęcie w „Hangarze”.

- Nie wiem. Nie nam o tym decydować.

- A komu? To my przeszliśmy przez piekło. Należy nam się chwila relaksu.

- Jak chcesz to zagadaj do chłopaków. Ale i tak możemy wyjść dopiero wieczorem.

- Idealnie. Powiem Alexowi co planuję, oni to ogarną, a my wyjdziemy i będziemy mieć całą noc na popijawę.

- Zdajesz sobie sprawę, że jutro idziemy normalnie na trening? Co z badaniami, krwi? Jak wykryją alkohol...

- Zegarków już nie ma. Ściągnęli nam je gdy byliśmy nieprzytomni. Catherina mówiła, że są tylko na okres pierwszego etapu. Zapomniałaś? - faktycznie, kiedy Coco o tym wspomniała, zauważyłam, że mój nadgarstek jest pusty. Została tylko mała, czerwona plamka po igle.

- Czyli idziemy się najebać?


Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany