Opowiadanie użytkownika Marzycielka29

Człowiek widmo Rozdział 2

local_library9 comment4 thumb_up2
Człowiek widmo - część 3

Obrzydliwy zapach potu, strach, silny uścisk, potem szyderczy śmiech, który rozszedł się echem, i dźwięczał we mnie, prowokując do odzewu najdrobniejszy nerw. Dławiące poczucie bezradności i te oczekiwanie na nieuchronne. Obrazy, które niczym pokaz slajdów fundowała podświadomość, testują do granic możliwości moje emocje sprawiły, że obudziłam się, krzycząc.

Rozejrzałam się dookoła. Licha poświata dopiero wschodzącego słońca sączyła się do środka pomieszczenia przez nie duże okno, umożliwiając rozeznanie w otoczeniu. Z ulgą stwierdziłam, że jestem w swoim pokoju. Tylko do diabła, jak się w nim znalazłam?! – pomyślałam, łapiąc się za głowę, której skronie pulsowały w takt uderzeń serca. Ból był nieznośny do tego stopnia, że kiedy chciałam się podnieść zrobiło mi się słabo i natychmiast wróciłam do pozycji leżącej. Wciąż miałam na sobie dres, przy łóżku w najlepsze spał Benek z łapami wyciągniętymi ku górze, a klucze od mieszkania leżały na stoliku nocnym.

Oszołomiona zaistniałą sytuacją nie potrafiłam zebrać myśli. Pamiętałam, że zadzwonił Bartek. Pamiętałam, jak spacerowałam z psem, i pamiętałam, choć bardzo chciałam zapomnieć tych oprychów kierowanych chęcią skrzywdzenia mnie. Potem świat zaczął wirować. Przymknęłam powieki i wzięłam kilka głębszych wdechów. Te oczy, ich barwa. Niesamowity spokój, jaki z nich emanował. Nieme zapewnienie, że wszystko będzie dobrze i... koniec. Bezbrzeżna pustka, z której ziała czarna otchłań. Musiałam z kimś porozmawiać, upewnić się, że nie zwariowałam. Jak na złość telefon zostawiłam przed wyjściem z domu w kuchni. Chcą nie chcąc byłam zmuszona ruszyć tyłek, choćbym miała poruszać się na czworaka.

Ekran komórki migał na czerwono, co oznaczało nieodebrane połączenie. To Bartek. Ostatni raz o czwartej dwanaście. Sprawdziłam aktualną godzinę. Piąta czterdzieści trzy. Natychmiast wybrałam jego numer. „Abonament chwilowo niedostępny", usłyszałam po drugiej stronie. Może z kimś rozmawia – stwierdziłam i zaczęłam szukać proszków przeciwbólowych w szafce, która służyła za apteczkę. Kiedy dorwałam opakowanie z ulgą stwierdziłam, że ostały się dwie. Obficie popiłam je wodą i zadzwoniłam drugi raz. „Abo...". Przerwałam połączenie. Kuchnię a drzwi wejściowe dzielił wąski przedpokój, z którego dojrzałam Benia, wyciągającego przed siebie przednie łapy potem ziewną i potrzepał uszami.

- Cześć maluchu – powiedziałam, ale on był zabsorbowany czymś, co znajdowało się za drzwiami. – Benio – zawołałam. Zerknął tylko na mnie i zaczął drapać łapą w próg. – Benek do cholery! – podniosłam głos. Po tym co wydarzyło się wczorajszego wieczora nie czułam się pewnie, nawet w mieszaniu.

Pies piszczał. Podeszłam bliżej niego i kucnęłam, głaszcząc go po łebku.

- Co się dzieje, piesku?

Z zewnątrz dochodziły dziwne odgłosy, coś jak bulgotanie. Ktoś był po drugiej stronie. Na tę myśl oblała mnie fala gorąca. Podniosłam się z kucek i wróciłam do kuchni w poszukiwaniu czegoś, co nadawało się do obrony. W pierwszej chwili chwyciłam za nóz, lecz wiedziałam, że w razie konieczności użycia go zabraknie mi odwagi. Postawiłam na patelnie. Wróciłam do przedpokoju, stąpając na palcach i złapałam za klamkę. Gdy tylko zamek puścił zamachnęłam się.

- Gaja, to ja Bartek! – krzyknął przyjaciel, osłaniają twarz dłońmi. Siedział na wycieraczce, oparty o ścianę.

- Dzięki Bogu. – Rzuciłam się mu na szyję, ciągle trzymając za rączkę od patelni.

- Nie sadziłem, że aż tak się stęsknisz – zażartował, a ja dałam mu kuksańca w ramię. – Pozwolisz, że zapytam co miałaś zamiar zrobić? – Odsunęłam się od niego, czując, jak na twarz wypełzają mi dwa duże rumieńce.

- Myślałam, że to włamywacz – wybąkałam.

- Włamywacz? – powtórzył – tutaj? W Wilczynie nawet muchy zawracają – zaśmiał się i wstał, opierając o futrynę. – Biegałaś? – zapytał zdziwiony. Wiedział, że ja i sport to jak ogień i woda przy czym z pewnością nie byłam rwącym potokiem, a leniwie brnącym do przodu strumykiem.

- Nie. Dlaczego?

- Masz na sobie dres – zauważył.

- No właśnie. Muszę z tobą porozmawiać. Wczoraj wieczorem... – przerwał mi, unosząc rękę w górę, a drugą przyłożył do ust i pobiegł do łazienki. Westchnęłam zrezygnowana i poszłam zaparzyć kawę.

Zdążyłam wypić pół kubka czarnego napoju, kiedy nareszcie przyjaciel wyszedł z toalety. Blady jak ściana wsparł głowę o lodówkę i klną pod nosem.

- Nigdy więcej pieprzonego alkoholu.

- Dokładnie to samo mówiłeś dwa tygodnie temu po urodzinach Ady z księgowości, i po grillu firmowym, i po wyprawie na ryby z Jackiem – wymieniałam.

- Dobra, wystarczy. Masz rację znów przegiąłem, lepiej ci?

- To nie ja spałam pod drzwiami – dodałam kąśliwie. Zawsze się przekomarzaliśmy, ale dziś wyjątkowo go potrzebowałam.

- Dzwoniłem do ciebie. Gdybyś łaskawie odebrała, dawno odsypiałbym procenty w swoim łóżku. - Na te słowa zagotowało się we mnie.

- A więc to moja wina?! – wybuchnęłam.

Za dużo wydarzyło się w przeciągu tych kilku godzin. Za wiele złych emocji nawarstwiło się, gdzieś głęboko we mnie. Jedyne czego pragnęłam, to obecności kogoś bliskiego, możliwości wypłakania się, dając ujście nerwom. Ale nie, bo ten dureń musiał narąbać się akurat wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowałam i jeszcze miał pretensje do mnie!

- Idę się położyć, bo widzę, że coś ugryzło cię w tyłek – oświadczył, nadal stojąc przy lodówce.

- Idź, olej wszystko, olej mnie, a najlepiej pocałuj mnie w ten ugryziony tyłek! – Wyszłam z kuchni i poszłam do łazienki, trzaskając od niej drzwiami.

Gorący strumień prysznica działał cuda. Spięte do tej pory mięśnie rozluźniły się, dając uczucie odprężenia. Nalałam na dłoń odrobinę ulubionego szamponu i wtarłam go we włosy. Wiedziałam, że nie zdążą dobrze wyschnąć, ale nie miałam większego wyboru. Pragnęłam zmyć z siebie otoczkę wczorajszego wieczora. Pobudzający zapach cytrusów unosił się wraz z parą. Pozwoliłam sobie na chwilę zatracenia. Zamknęłam oczy, dając przyzwolenie wodzie swobodnie płynąc.

Kiedy wyszłam z pod prysznica, Bartek spał jak zabity w salonie. Mieszkanie posiadało trzy pokoje, co dawało ogromny komfort. Nie budząc go ubrałam się, dokończyłam picie zimnej już kawy i wyszłam do pracy. Dziwnie się czułam idąc tą dobrze znaną mi drogą, przez którą wczoraj biegłam ile sił w nogach. Co rusz oglądałam się za siebie. Najdrobniejszy szmer przyprawiał o gęsią skórkę. Każdy człowiek mijający mnie był potencjalnym napastnikiem. Popadałam w sidła obłędu. Dochodząc do latarni na zakręcie, stanęłam. Miałam nadzieję, że to pomoże mi przypomnieć sobie co stało się po tym, jak mężczyźni uciekli. Niestety retrospekcja nie zdała egzaminu,a tylko opóźniła.

Weszłam do budynku równo z dzwonkiem. Zasapana zerknęłam na rozpiskę, w której sali i , z którą klasą rozpoczynam zajęcia. Przyzwyczajenie się do nowego planu zawsze zajmowało mi około kilku dni. Znalazłam dziennik czwartej „b" i ruszyłam po schodach na pierwsze piętro, modląc się w duchu, żeby nie natknąć się na dyrektorkę. Uczniowie czekali pod klasą. Widząc mnie wydali z siebie głośne „Buuu" i chwycili za plecaki.

Pierwsze lekcje nie wymagały wielkiego nakładu pracy. Zazwyczaj miały na celu zapoznanie uczniów z materiałem na najbliższy rok szkolny. Miło było znów zobaczyć znajome twarze.

Kiedy dzieciaki były zajęte przepisywaniem z tablicy lisy lektur, spojrzałam na maleńki parking przed szkołą, który dobrze było widać z okna. Właśnie stanął na nim czarny, elegancki samochód. Wysiedli z niego dwaj dobrze zbudowani, ubrani w czarne garnitury mężczyźni i ruszyli w stronę wejścia do budynku.

Czasami widywałam te auto, ale nigdy nie zastanawiałam się do kogo należy. Ludzie mówili, że do Igora Brzezińskiego, „człowieka widmo". Nikt z mieszkańców Wilczyna nigdy go nie widział, stąd te przezwisko. Podobno przeniósł się tutaj z Wrocławia cztery lata temu. Wykupił od gminy stary pałacyk, którego świetność dawno minęła. Pamiętałam go jako zrujnowaną ruderę, aczkolwiek mającą duszę. Kiedy jeszcze mieszkałam z babcią, często tamtędy chodziłam, teraz obawiałam się zderzenia z przeszłością i omijałam te miejsce szerokim łukiem. Pamiętam, że jako dziecko wraz z Bartkiem wymyślaliśmy przeróżne historię o tym miejscu. Naszą ulubioną była ta o kruczej damie, która za dnia przybierała postać czarnopiórego ptaszyska, zaś w nocy straszyła nieproszonych gości. Jedyne co wiedziałam o panu Brzezińskim, to to, że nie zaliczał się do ubogich, a wszystkie swoje sprawy załatwiał za pośrednictwem adwokatów i innych zatrudnionych przez siebie pracowników.

Często zdarzało się, że nacisnął na odcisk niejednemu z mieszkańców, jednak nie miałam pewności czy historie przekazywane z ust do ust były prawdziwe.

Chwilę po tym, jak zadzwonił dzwonek na przerwę postanowiłam przywitać się z Martą. Zeszłam na parter i udałam się do sali, w której prowadziła wszystkie lekcje. Sądziłam, że choć ona mnie wysłucha, ale kiedy weszłam do klasy za biurkiem siedziała Aśka, pedagog szkolny. Na mój widok uśmiechnęła się serdecznie i zapytała:

- Cześć, szukasz Marty?

- Tak. Myślałam, że dziś zaczyna o ósmej. – Omiotłam spojrzeniem jej uczniów biegających na korytarzu.

- Przed chwilą pojechała do domu, źle się poczuła – wyjaśniła, chyba nie za bardzo zadowolona z tego faktu. Nie przepadały za sobą. Marta zazdrościła jej nienagannej figury i długich naturalnie jasnych włosów a Aśkę, jak na ironię drażniło powodzenie Marty u płci przeciwnej.

- Wczoraj czuła się dobrze – powiedziałam bardziej do siebie niż do niej i pożegnałam się jednocześnie chwytając za telefon.

„Nie mogę odebrać, zostaw wiadomość" włączyła się automatyczna sekretarka. Pewnie jeszcze nie dojechała do domu – pomyślałam i postanowiłam zatelefonować później.

Idąc do pokoju nauczycielskiego, natknęłam się na tych samych mężczyzn, których wcześniej widziałam z okna. Tuż za nimi szła Makowska. Jej twarz płonęła z wściekłości.

- Dajcie mi choć pół roku! – krzyczała za nimi. – Pan Brzeziński nie ma prawa w ten sposób traktować ludzi, nikt nie ma! – kontynuowała. Wszyscy obecni przy tym nauczycie wraz ze mną stali osłupiali, przyglądając się wszystkiemu. Wyższy z mężczyzn szepnął coś towarzyszowi po czym stanęli i odwrócili się do dyrektorki.

- Wszystko zostało powiedziane – zaczął szorstko. – Ma pani dwa miesiące i ani dnia dłużej, a teraz proszę wybaczyć, spieszymy się. Do widzenia.

Pomimo dzwonka nikt nie ruszył się z miejsca. Zorientowałam się, że stoję z rozdziawionymi ustami i natychmiast je zamknęłam.

- O czternastej w moim gabinecie - zwróciła się do wszystkich dyrektorka. - Co tak stoicie? Do roboty!

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zrobiło się pusto. Ten dzień jeszcze na dobre się nie zaczął, a już miałam go dość.

Moje ostatnie zajęcia kończyły się chwilę po trzynastej, co oznaczało prawie godzinę czekania. Nie sądziłam, abym mogła się z tego wykręcić, więc pozostało mi jakoś spożytkować ten czas.

W pokoju nauczycielskim było pusto. Zaparzyłam kawy i usiadłam w rogu pomieszczenia. Przez te całe zamieszanie zapomniałam, że miałam jeszcze raz zadzwonić do Marty.

- Hej Gaja – usłyszałam jej zmarnowany głos.

- Cześć. Jak się czujesz?

- Może być. Chyba złapałam grypę żołądkową. Mówię ci haftuję lepiej niż kobitki z Koniakowa – zażartowała. Po raz pierwszy tego dnia szczerze się uśmiechnęłam.

- Ale humor ci dopisuje. Szkoda, że cię nie ma – westchnęłam.

- Wszystko gra? – zapytała, chyba wyczuwając, że coś mnie trapi.

- Tak jakby... – zawahałam się – pogadamy jutro. Aha, zapomniałabym o najciekawszym. U Makowskiej byli ludzie Brzezińskiego. Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak wściekłej. Zwołała zebranie o czternastej.

- Poważnie? Ciekawe po co byli w szkole. Nie podoba mi się to – stwierdziła z powagą.

- Mnie też nie. Dobra, muszę kończyć. Odezwę się później – rozłączyłam się, widząc wchodzącego do środka Michała.

Nie spuszczał ze mnie wzroku małych świdrujących oczu.

- Dlaczego mi się tak przyglądasz? - Nie lubiłam, kiedy to robił, bo wtedy kojarzył mi się z bohaterem filmu „Obcy". Oczyma wyobraźni widziałam, jak otwiera usta, a z jego gardzieli wysuwają się ostre zęby ociekające kleistą mazią. Na tę myśl wstrząsnął mną nieprzyjemny dreszcz.

- Mówiłem, że tak będzie, ale nie chciałaś mi uwierzyć – zaczął swoją triadę i usiadł obok mnie.

- Jeszcze nie wiemy, co się stało.

- Ale ty naiwna jesteś – prychnął i wyciągnął z teczki batonika zbożowego.

Może to zatka jego otwór gębowy, choć na chwilę – pomyślałam i sprawdziłam godzinę. Do zebrania zostało dziesięć minut. Wstałam i wyszłam bez słowa. Pod gabinetem stała całkiem pokaźna grupka nauczycieli. Szeptali między sobą, jakby wypowiedzenie na głos swoich obaw czy przypuszczeń było zakazane. W końcu zostaliśmy zaproszeni do środka przez panią Teresę, szkolną intendentkę. Uwielbiałam ją. Ta starsza pani miała w sobie więcej ikry niż niejeden młodzik.

To, co usłyszeliśmy nie mieściło się w głowie. Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie sądziłam, że sprawa może być tak poważna. Dyrektorka wydeptywała dywan, chodząc w tę i z powrotem, a my ponownie tego dnia zaniemówiliśmy. Obróciłam się za siebie, żeby zerknąć na Michała. On jedyny nie wydawał się zaskoczony i musiałam w końcu przyznać mu rację.



Komentarze

świetny początek, opisy masz bardzo dobre :)

Bardzo dziękuję.

Przyjemnie się czytało, parę razy się uśmiechnęłam. Czekam na ciąg dalszy.

Dziękuję. Cieszę się, że przypadł Ci do gustu rozdział.

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany