Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Epeisodion IX: Wilczyca, która zbyt długo patrzyła w księżyc

local_library0 comment0 thumb_up0
Radosna kompania - część 10

Księżyc był ogromny, nienaturalny i całym sobą kojarzył się z wymalowanym kiepskim flamastrem sennym marzeniem. Zajmował niemal pół nieba, zwieszając się nisko nad światem, jakby próbując zagarnąć go we władanie, przyćmić, być może przed czymś ochronić, a barwą przypominał wyrzucone na brzeg morza kości. W jego ostrym świetle, również dziwnie przerysowanym, chorobliwie bladym, przytłaczającym i tak intensywnym, że nie sposób było się przed nim ukryć, wszystko wyglądało jak pokryta szronem kartonowa wycinanka dla dzieci. Wszelkie krawędzie stały się nadmiernie ostre, jak odrysowane niewprawną ręką, kolory zniknęły, ustępując miejsca szarościom i bieli. Czarne niebo wchłonęło blask gwiazd, jak pożerająca biel kartki plama rozlanego atramentu.

Niepokój. To było jedyna z emocji, którą Mojra potrafiła nazwać. Coś było w tej nocy, coś, co sprawiało, że po całym ciele przebiegały jej lodowate dreszcze, a mięśnie same się napinały, stawiając ciało w stanie gotowości do obrony.

Przed czym?

Nienawidziła takiego światła. Nienawidziła, gdy nie mogła ukryć się przed obserwującą ją z nieba okrągłą tarczą pełni. Nienawidziła być odkryta, nienawidziła czuć się bezbronną w obliczu ogromu i potęgi wszechświata. Nienawidziła swojego znieczulenia na większość uczuć, nienawidziła tego, jak nieraz żyjąc miała wrażenie, jakby stała z boku i oglądała jedynie kiepski film.

Czasem nienawidziła nawet siebie samej.

A przede wszystkim Mojra bała się pełni. Bała się utraty kontroli nad własnym ciałem, bała się amnezji, bała się szeregu uczuć, których echo pozostawało gdzieś tam w jej ciele, gdy budziła się w zupełnie przypadkowym miejscu, nie pamiętając, jak się tam znalazła. Bała się znajdować śladów krwi na twarzy i pod paznokciami, bała się wzroku rodziców, gdy nie rozpoznawała ich, chciała gryźć i drapać, a zamiast mówić, potrafiła tylko wyć i skamleć...

Tak, Mojra nienawidziła wielu rzeczy. I równie wielu się bała. Ale jej ciało zwykle pozostawało na to zupełnie obojętne.

Nie miała pojęcia, co nakłoniło ją do wstania z łóżka. Może to był jakiś dźwięk zasłyszany na krawędzi jawy i snu, może wołanie, może niewytłumaczalny impuls, który sterował nią podczas nocy takich jak ta.

Ale ta noc była jednocześnie podobna do poprzednich, jak i zupełnie inna.

Była świadoma. Przesadnie wręcz świadoma. Kontrolowała swoje ciało, słuch miała wyostrzony, dotyk cienkiego materiału koszuli nocnej wręcz bolał, oczy szczypały od blasku, choć na pozbawionym okien korytarzu starego drewnianego domku powinna być zupełnie ślepa. Lodowata podłoga parzyła w stopy, nos zatykał się od natłoku atakujących go woni. Było ich tyle, że zupełnie nie potrafiła żadnej rozpoznać.

Wszystko było ostre. Ale jednocześnie nic nie było prawdziwe...

Jeszcze raz dokładnie się rozejrzała, powoli i delikatnie, jakby każdy gwałtowniejszy ruch miał nieść ze sobą nieszczęście. Świat wokół, choć tak przerażający i nienaturalny, zdawał się senny i spokojny. Choć czuła się tak, jakby została w nim zupełnie sama, nie opuszczało jej wrażenie, że coś jest nie tak. Skóra cierpła od czyjegoś palącego wzroku, w nosie kręciło od zapachu obecności... Kogo?

Wroga. To jedno było pewne. Ktoś, kto znalazł się na tyle blisko, by była w stanie go wyczuć, musiał być wrogiem. A wroga należało przepędzić. Sama w głębi ducha dziwiła się, jakie to było oczywiste, logiczne i proste.

Wróg był gdzieś tu obok.

Drzwi delikatnie skrzypnęły, gdy otworzyła je szerzej, wychodząc na popękane drewniane stopnie małej werandy. Nie czuła zimna, choć miała na sobie jedynie cienką koszulę nocną. Soczyście zielona barwa tkaniny odznaczała się jasno na tle wszechobecnej kościanej szarości.

Tak, światło miało kolor kości.

Niespokojnie przesunęła czujnym wzrokiem po podwórzu i na dłużej zatrzymała się na stojącej w jego rogu budzie. Pies kulił się w jej najdalszym kącie, drżąc mocno. Napotkawszy jej spojrzenie, zaskamlał przejmująco i czym prędzej odwrócił wzrok.

W nieodległej stodole coś trzasnęło. To było właśnie to – już wiedziała, że właśnie podobny dźwięk musiał wyrwać ją z niespokojnego snu. Spięła się, długie dziewczęce palce mimowolnie złożyły się w kształt szponów. Ruszyła powoli w tamtym kierunku, starając się stąpać lekko i bezszelestnie.

Światło księżyca miało w sobie moc. Jej kruche ludzkie ciało zdawało się czerpać z niego siłę. Energia pulsowała w żyłach, czekając, aż będzie potrzebna.

Och, jak chciała nareszcie ją wyzwolić!

Powoli oparła dłonie na spękanych deskach bramy. Stodoła była niewielka, stara i już od lat przekrzywiała się coraz mocniej na lewą stronę, grożąc rychłym zawaleniem. Od śmierci dziadka nie było w niej wielu zwierząt, służyła jedynie jako schowek na wszelkiego rodzaju przedmioty, których od dawna się nie używało, lecz szkoda było ich wyrzucić, bo a nuż jeszcze kiedyś będą potrzebne. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ktoś miałby zainteresować się tymi kilkoma przedawnionymi rzeczami...

Ale ktoś tam był.

Przypadła do ziemi, ukucnęła, pociągnęła nosem. Człowiek. Ostry, kwaśny, wyciskający łzy z oczu smród ludzkiego potu nie pozostawiał wątpliwości, a odcisk buta w rozmiękłym od deszczu błocie mówił chyba sam za siebie.

Znowu coś trzasnęło, tym razem o wiele bliżej i głośniej. Drgnęła, uniosła wargi, zawarczała gardłowo.

Intruz. Nie kryje się, jest pewien siebie, jest głośny, jest obcy...

Przepędzić. Przegnać, gonić, rozszarpać! On nie miał prawa tutaj być!

Bez dłuższego wahania weszła do ciemnego budynku. Czarny cień wyskoczył w jej stronę, długie ręce pochwyciły za wątłe ramiona, poczuła, że traci równowagę, a w głowie zakręciło się od ludzkiego odoru. Błysnęły błękitne oczy.

– Spływaj, panienko – szepnął człowiek, pchając ją na uchyloną bramę. Zatoczyła się, zupełnie straciła równowagę – och, ludzkie kończyny były tak beznadziejne! – i upadła, uderzając głową w pordzewiały, nieużywany od kilkudziesięciu lat rygiel. Pod powiekami rozbłysły dziesiątki sztucznych ogni, ciało jak sparaliżowane osunęło się na pokryte kurzem klepisko.

Człowiek w tym czasie zdążył wybiec ze stodoły. Przebiegł przez podwórko, nie oglądając się za siebie, lekkim skokiem przesadził niski płot z bielonych desek i zniknął między drzewami rozciągającego się tuż za gospodarstwem lasu, niemal roztapiając się w panującym mroku. Nawet ostre światło ogromnego księżyca nie było w stanie przeniknąć przez gęste modrzewiowe igliwie.

Ucieka. Goń!

Z łatwością otrząsnęła się z chwilowego zamroczenia, zerwała z ziemi i rzuciła za cieniem.

Była silna. Była szybka, zwinna, była potężna i niezwyciężona. Tylko dlaczego ten człowiek o tym nie wiedział? Dlaczego uciekał, skoro i tak nie miał najmniejszych szans przed nią umknąć? Jedynie odwlekał w ten sposób nieuniknione... i przysparzał jej frajdy.

Coś w głębi wciąż dziewczęcego serca zaśpiewało triumfalnie, zapiało z radości, zalewając całe ciało trudną do zniesienia euforią. Człowiek uciekał, a ona go goniła! Ona za nim pędziła, ona się tym napawała, ona pławiła się we władzy, jaką nad nim miała. Ona chciała się z nim zabawić... Skoro dał jej ku temu pretekst, dlaczego by nie spróbować tego tak rozegrać? Chciał zagrać w polowanie? Proszę bardzo. Ona przecież uwielbiała grać w polowanie.

Bo zawsze wygrywała. Tacy jak ona nigdy nie przegrywają. Prawda?

Zaśmiać się? Nie, lepiej było zawyć. Gardło, choć wciąż ludzkie, wydawało się niezdolne do wydawania takich dźwięków.

Sucha, ostra gałąź zaplątała się w zieloną koszulę nocną. Mojra targnęła się wściekle, zawarczała ze złością, gdy pod wpływem szarpnięcia obróciło nią i niemal posłało na usianą martwym igliwiem ziemię, wreszcie jednak zdołała się oswobodzić. Ostre pazury u dłoni idealnie nadawały się do tego, by rozerwać nimi delikatny materiał.

Mięśnie poruszały się pod skórą, kości trzeszczały delikatnie w zapowiedzi czegoś wielkiego i wspaniałego. Nie potrafiła określić, co to mogło być, nie mogła nawet skupić się na tych odczuciach wystarczająco, by sformułować jakiekolwiek domysły, ale to nie było ważne. Skoro jakimś dodatkowym zmysłem wyczuwała, że to będzie coś dobrego, nie miała się czego obawiać. Wiedziała, że dzięki temu będzie w stanie pobiec szybciej, że stanie się jeszcze silniejsza, a polowanie jeszcze przyjemniejsze, i to wystarczało. Pozostawało tylko pędzić, częścią myśli badać własne ciało w wyczekiwaniu na odpowiedni moment i wyzwolić to, co w niej narastało, gdy osiągnie krytyczną wielkość. To nie brzmiało na trudne.

Był tam! Był niedaleko, przedzierał się niezdarnie przez roślinność, robiąc wręcz śmiesznie dużo hałasu. Jakiż był słaby, jaki beznadziejny, jaki rozczarowujący, gdy przyjrzeć mu się z bliska... Już zorientował się, że coś jest nie tak – czuła na języku kwaśny posmak ludzkiego strachu. Jeszcze chwila, jeszcze jeden moment, jeszcze jeden drobny wysiłek...

Energia niemal rozrywała ją od środka. Uznawszy, że to musi być właśnie ten moment, otworzyła się na nią całkowicie, pozwalając, by rozlała się na zewnątrz, by...

Zabolało. Zabolało tak bardzo, że aż zaskowyczała, przewracając się na ziemię. Wilgotna ziemia częściowo zamortyzowała upadek, kilka pojedynczych kamieni rozdarło delikatną skórę, w nozdrza zakłuł przenikliwy zapach własnej krwi. Uciekający człowiek zatrzymał się na chwilę, obejrzał przez ramię, zaniepokojony...

Ale wtedy ból zniknął. A świat zapłonął miliardem nowych barw, których nie byłaby w stanie nawet nazwać.

Była jeszcze silniejsza, jeszcze szybsza, jeszcze wspanialsza. Była wreszcie sobą.

Błyskawicznie zerwała się z ziemi, warcząc potwornie i szczerząc ostre zębiska, skoczyła wprzód, znacznie dalej, niż mogła tego dokonać jeszcze przed chwilą. W ludzkich oczach ofiary błysnęło przerażenie, lecz nie zamierzała się przejmować – nareszcie tu był, nareszcie był jej, a ona była głodna, tak bardzo głodna...

Człowiek odwrócił się i ponownie rzucił do ucieczki, z gardła wyrwał mu się zdławiony, żałosny jęk. Krzyknął potępieńczo, gdy potworne pazury wbiły się w jego plecy, upadł na twarz, wył i płakał, gdy wilcze kły rozrywały mu kark.

Krew była słodka, rozkoszna, najważniejsza. To, jak trysnęła ciepłą strugą do gardła, było najwspanialszym, czego kiedykolwiek doświadczyła. Szarpnęła jeszcze kilka razy, wydzierając z drżącego ciała ostatki życia; przepełniona siłą i zapierającym dech szczęściem – szczęściem bezbrzeżnym, niemal bolącym w piersi i tak pięknym, że w ślepiach błysnęły srebrzyste łzy – uniosła się lekko, wyprężyła z lubością i zawyła, nie mogąc powstrzymać rozrywającego serce uczucia. Zawyła, bo miała wrażenie, że jeśli choć chwilę dłużej będzie z własną radością sama, ta ją zadusi, przytłoczy, rozerwie na strzępy... Musiała się nią podzielić. Ze światem, z nocą, z pięknym księżycem w pełni, z roślinami i zwierzętami, które powinny wiedzieć, że muszą się z nią liczyć. Gdy starczyło jej tchu, oblizała z lubością spływające słodką posoką kły...

Kły?

Zaskamlała i odskoczyła. Obudziła się...

Obudziła?

Nie było tak jak zwykle. Nie znajdowała się sama w środku miasta. Nie marzła, nie męczyła się z czarną pustką w miejscu ostatnich wspomnień, nie widziała nigdzie przerażonych spojrzeń rodziców, nie miała na sobie podartej piżamy.

Koszmar się nie kończył, a u jej stóp leżało ociekające krwią ludzkie ciało.

Stóp?

Zaskowyczała, przewróciła się. Ciało zupełnie przestało ją słuchać...

Bo to nie było jej ciało. Stopy w równym stopniu przypominały ludzkie kończyny, jak i wilcze łapy, a palce dłoni kończyły się ostrymi jak brzytwy czarnymi pazurami. Jej głowa miała inny kształt, zęby stały się ostre, a...

Na Boga, czy to był ogon?

Uniosła się ostrożnie, z trudem usiłując zachować równowagę. Dziwne ciało było silne i zwinne – wiedziała o tym, pamiętała przecież ze wszystkimi szczegółami, czego przed chwilą dokonało – lecz ludzki umysł wydawał się kompletnie nie wiedzieć, jak powinien nim władać. Czuła się tak, jakby na nowo uczyła się chodzić, jakby musiała dogłębnie wczuć się w każdy mięsień po kolei, by być w stanie prawidłowo go użyć.

I co teraz?

Ciało było znacznie wyższe, potężniejsze, porośnięte szarą sierścią i posklejane cuchnącym, lepkim szkarłatem.

Nie patrzyła w stronę mężczyzny. Nie chciała. Było jej niedobrze.

Niewielki strumień znajdował się w pobliżu domu. Zdecydowanie za blisko, by mogła czuć się z tym bezpiecznie, lecz nie miała wyboru. Nie ufała sobie, ale musiała natychmiast się umyć. Smród krwi sprawiał, że zaczynało kręcić jej się w głowie.

Woda była krystalicznie czysta, lodowata i na tyle wartka, by swoją niedelikatnością przypomnieć o wszystkich drobnych skaleczeniach, jakie kryły się pod warstwą gęstego futra. Pozbawionym emocji wzrokiem obserwowała, jak czarna w słabym srebrzystym świetle krew spływa wraz z zimną wodą między lśniącymi jak drogocenne minerały kamieniami. Księżyc patrzył na to wszystko z góry, wielki, dumny i nieubłaganie spokojny. W głowie narastał głos...

No właśnie, głos. Z początku brała go jedyne za spowodowane szokiem dudnienie krwi w uszach, lecz z każdą chwilą nabierał coraz wyraźniejszego brzmienia. Bała się go.

Bogowie, pierwszy raz w życiu czuła coś tak mocno. Zupełnie jakby zablokowane przez lata emocje naraz przerwały tamę i zalały ją z całą swoją nagromadzoną przez ten czas mocą...

To bolało. To po prostu bolało, i to tak, że miała ochotę chwycić się na wpół wilczymi dłońmi za całkowicie wilczy łeb i wyć, i płakać, dopóki starczyłoby jej łez.

Tyś jest wybrana...

Nie jestem wybrana! Czego ode mnie chcesz?!

Mojra nigdy nie uważała siebie za normalną osobę. Nikt jej za taką nie uważał i nikt nie śmiałby choćby w dobrej intencji jej tego powiedzieć. No bo dlaczego, skoro nie stwarzała nawet pozorów?

Mojra nie miała uczuć. To było dziwne i sama zastanawiała się nad tym od zawsze. Podczas gdy wszyscy cierpieli, cieszyli się, bali, płakali, śmiali się, w niej wciąż była jedynie lodowata obojętność. Wiedziała, była pewna, że powinna coś czuć, i potrafiła bezbłędnie określić, jaka emocja byłaby odpowiednia dla sytuacji, w których się znajdowała. Ale... ale nie czuła. Uczucia były gdzieś głęboko w niej, skąd nie potrafiła do nich dosięgnąć. To dlatego nie rozpaczała po śmierci dziadka, dlatego wyjechała z domu bez słowa wyjaśnienia, dlatego nigdy nie miała przyjaciół czy choćby zwyczajnych znajomych, z którymi mogłaby porozmawiać. To dlatego nie bała się absurdalności i odrealnienia Nocnego Dworu, to dlatego nie bała się jednookiego Allana, w jej obecności obracającego w palcach nóż, jak morderca z kiepskiej powieści. Nie bała się. Wiedziała, że powinna, strach gdzieś tam był, wyczuwała jego delikatne echo... ale nigdy ani on, ani żadne inne uczucie nie zalało jej tak dogłębnie. Potrafiła je wszystkie ignorować, potrafiła odepchnąć je tak głęboko, by zupełnie o nich zapomnieć.

Jeden z licznych psychiatrów, z którymi miała styczność, powiedział kiedyś jej rodzicom, że byłaby doskonałym najemnikiem. Pozbawionym sumienia, nie zastanawiającym się nad słusznością czynów, po prostu wykonującym rozkazy... bo dlaczego by nie?

Ale nie chciała tego. Jedyne, czego chciała, to święty spokój. Chciała odciąć się od świata i ludzi, którzy oczekiwali, że będzie zachowywać się tak jak oni.

Jedyną osobą, która cokolwiek dla niej znaczyła, była babcia. Bo nawet sama Mojra nie była ważna. Ot, była. I co z tego?

To jednak nie było wszystko. Mojra miała sny. Wilcze sny. I wszystkie one pojawiały się w jej pustym umyśle niezmiennie podczas pełni. Od zawsze, za każdym razem, bezbłędnie i precyzyjnie, a ciągnął się za nimi cały szereg konsekwencji. Ucieczki z domu, brak kontroli nad własnym ciałem... Podobno podczas pełni gryzła, drapała i wyła. Nie rozpoznawała znajomych lekarzy, a nawet członków rodziny. Potrafiła wymknąć się niezauważenie z domu.

I nie pamiętała niczego z tamtych wydarzeń.

A teraz... No cóż, coś takiego nie przytrafiło jej się jeszcze nigdy. A emocje...

Emocje były wszędzie. Były potężne, przerażające i za nic nie dawały się zagonić w bezpieczne miejsce, w którym trzymała je do tej pory, szczelnie zamknięte i bez prawa głosu.

Czyli tak właśnie musieli czuć się zwykli ludzie na co dzień? Tak słabi, beznadziejni, tak pozbawieni kontroli, tak... żałośni?

Muszę stąd iść! – niemo krzyknęła w stronę księżyca.

Księżyc milczał. A bestia, którą się stała, skomlała i cierpiała.

A szept w jej głowie narastał. Ochrypły, ociekający wysiłkiem, jednocześnie słaby i tak głośny, że aż niemożliwy do zniesienia, raniący... potworny.

Tyś jest wybrana...!

Do czego? Czego ode mnie chcesz?!

Im dłużej patrzyła w księżyc, tym mocniejsze miała wrażenie, że zaraz rozpadnie się na kawałki.

Nie wyczuła, w którym momencie okrągła tarcza zaczęła w jej wilczych ślepiach rosnąć. Gdy już zajęła niemal całe pole widzenia, było za późno, by mogła odwrócić wzrok. Zakrztusiła się, drgnęła w panice, lecz coraz słabiej czuła własne ciało, a kościanej bieli było z każdą sekundą więcej. Stawała się wszechobecna, nie do zniesienia...

Wszystko tu było nie do zniesienia.

Tyś jest wybrana...!

Zawyła potwornie, próbując przepędzić głos. Chciała zacisnąć powieki, by odciąć się od blasku, lecz okazało się, że to też znajduje się poza jej możliwościami. Zupełnie jakby zapomniała, jak to się robiło...

Co to było? Jakaś cholerna wizja? Jakby mało jej było fantastyki na dzisiaj?

Skamlała, drżała, napinała mięśnie i sama nie wiedziała, ile tak trwała, zanim blask zaczął się rozpraszać. W pewnym momencie po prostu przerzedził się, jak mgła zalegająca na samym szczycie góry, i tak rozwiewał się z każdą chwilą coraz mocniej, aż nie pozostał po nim żaden ślad. Lecz okazało się, że pod nim nic już nie było takie samo...

Ujrzała mokrą od deszczu, spękaną skałę, wysoką i potężną, pradawną i kipiącą potęgą niemal zapierającą dech w bolącej od przyspieszonego oddechu piersi. Przykute do niej łańcuchy – a właściwie łańcuszki, tak kruche i eteryczne się zdawały – lśniły niczym najwspanialsze srebro, niczym delikatna powłoka najdoskonalszej bańki mydlanej. Sprawiały wrażenie tak kruchych, że zerwać mógł je jeden nieostrożny ruch, lecz to, co oplatały i unieruchamiały, zaprzeczało temu całym sobą.

Bo to był wilk. Ogromny, czarny jak noc, o oczach czerwonych i lśniących bólem. Wychudzony, osłabiony, szarpał się w więzach wrastających w kark – srebrzystą obrożę z nieznanego metalu musiano wykuć gdy był jeszcze szczeniakiem, zaś okowy na łapach nie pozwalały mu się w pełni wyprostować. Musiały uniemożliwiać też wygodne położenie, gdyż widoczne pod skórą mięśnie drgały z wysiłku, grożąc, że zwierzę, jeśli tylko ktoś odważyłby się je uwolnić, padłoby natychmiast bezwładnie i prawdopodobnie nie zdołało już się podnieść. Między rozwartymi wilczymi szczękami tkwił skorodowany pręt, lepki od lejącej się krwi i ropy.

Cierpiał. Cierpiał tak niewyobrażalnie, że aż sama miała ochotę paść na miękki mech u jego łap i wyć, wyć, dopóki starczyłoby jej tchu.

Bracie, braciszku, kto ci to zrobił?

Nazwy przychodziły same. Monumentalna skalna ściana zwała się Krzyk. Łańcuch nie był metalowy – wiedziała, że wykonano go z odgłosu stąpania kota, brody kobiety, strachu niedźwiedzia, korzeni skały, śliny ptaka i oddechu ryby, i choć jakaś jej cząstka wciąż dziwiła się absurdalności tych stwierdzeń, cała reszta przyjmowała je jako jasne i oczywiste. Nie mogłoby być inaczej, bo wtedy wilk zdołałby się uwolnić. Nie mógł się uwolnić, bo to on pragnął przecież pożreć słońce.

Fenrir Wilk. Fenrisulfr. Fenrir.

Łzawiące czerwone oczy skierowały się w jej stronę, jakby zwierzę w jakiś sposób potrafiło dosłyszeć, jak nazwała je w myślach. Zamarła całkowicie, bojąc się choćby odetchnąć. Wciąż nie czuła ciała, ale i tak miała wrażenie, że sierść na wpół ludzkim karku stanęła jej dęba.

Tyś jest wybrana! – rozległo się w jej głowie, znacznie głośniej i potężniej niż do tej pory.

Czego ode mnie chcesz? Co to znaczy?

Wilk, przemógłszy potworny ból, uniósł ociekający krwią łeb i zawył ochryple. Po całym jej ciele przebiegły lodowate dreszcze. Nie wiedziała, jak to możliwe, że w następnej chwili znalazł się tuż nad nią. Potworne ślepia, w których czaiło się okrucieństwo świata, błysnęły przerażająco, a zmieszana z ropą krew kapała na jej sierść, przyprawiając ją o mdłości. Nie śmiała się ruszyć. Nie śmiała odetchnąć. Nie śmiała mrugnąć.

Tyś jest wybrana, czy tego chcesz, czy nie – wychrypiał głos.

Wybrana do czego? Odpowiedz wreszcie!

Zrozum. Ja po prostu... my po prostu nie chcieliśmy być sami. – Czerwone oczy zamknęły się powoli.

Co? – Poczuła opanowującą ciało panikę, gdy obraz zaczął się rozmywać i bieleć. – Zaczekaj! Powiedz mi!

– Po prostu nie chcieliśmy być sami, moja Wybrana. Kiedyś... kiedyś zrozumiesz.

Zakrztusiła się. Zerwała na nogi, zachwiała, zapomniawszy o tym, że nowe ciało nie działało tak, jak by sobie tego życzyła, upadła, z trudem wyczołgała się na brzeg strumienia. Chwilę dyszała z otwartym szeroko pyskiem, drżąc spazmatycznie. Jakim cudem zdołała się podtopić? W wodzie, która nawet jako człowiekowi sięgała jej ledwie do kostek?

I co to miało być?

My po prostu nie chcemy zostać sami... – Głos ostatni raz szepnął w jej głowie i zamilkł całkowicie.

Nie chcecie być sami? A to dopiero. A ja do czego wam jestem potrzebna? Z wyrzutem ostatni raz spojrzała na idealnie okrągły księżyc i wreszcie pozbierała się z błotnistego brzegu, otrząsając jak pies.

I co miała teraz niby zrobić? Przecież nie mogła tak wrócić do domu...

Do żadnego domu nie mogła teraz wrócić. Nie tyle nawet dlatego, że nie mogła nikomu się tak pokazać. Bała się, że wyrządzi komuś krzywdę...

Tylko przecież nie mogła zniknąć tak całkiem bez słowa. Co z babcią? Babcię to przecież zabije...

Powie babci. Zostawi kartkę, list, cokolwiek, a potem ucieknie...

Dokąd? Jeszcze raz krótko popatrzyła na księżyc, jakby to on był wszystkiemu winien.

Do domku podkradła się jak złodziej. Nowe półwilcze ciało wciąż nie chciało całkowicie jej słuchać – chwiała się, miała problemy z przejściem przez płot, gdy furtka okazała się zamknięta na klucz. Pies na jej widok rozszczekał się potwornie, lecz wystarczyło, że spojrzała w jego stronę, a zaskamlał i schował się czym prędzej. Podeszła do drzwi, uchyliła je jak najostrożniej, w duchu dziękując, że szponiaste dłonie okazały się zaskakująco chwytne, właściwie jak ludzkie. Wsunęła się ostrożnie do środka, uderzyła łbem w nadproże.

Spróbowała zmienić się w człowieka. Usiłowała sobie przypomnieć potężną energię, która ją opanowała podczas polowania na człowieka – rozpierającą euforię, potęgę, której nie umiała nazwać. Wyobraziła ją sobie dokładnie, kilkukrotnie obróciła w myślach, spróbowała następnie wciągnąć w głąb siebie. Spróbowała wciągnąć pod skórę sierść, spróbowała stępić zęby i paznokcie, spróbowała nadać ciału całkowicie ludzkich kształtów... Nie udało się.

– Mojro, wejdź do środka, nie stój w drzwiach.

Skamieniała. Babcia. Ale dlaczego nie spała? Dlaczego...? I co teraz?! Przecież nie mogła...

– Wejdź, nie bój się. Wiem wszystko.

Nie wierzyła. Nie mogła w to uwierzyć. No bo babcia...? Skąd miałaby o tym wiedzieć? Grzeczna, trochę wycofana staruszka, z roku na rok coraz mocniej żyjąca w swoim własnym świecie, a coraz mniej w tym prawdziwym?

Poruszała się bardziej na czterech łapach niż dwóch. Ciężko było w tej formie zachować wyprostowaną sylwetkę, zwłaszcza gdy strop znajdował się tak nisko, a ona urosła do takich rozmiarów. Weszła powoli do niewielkiego saloniku, tuląc uszy do czaszki i stukając pazurami w stare, malowane drewno podłogi. Ogon podkuliła pod siebie – wciąż nie wiedziała, jak to się dzieje, ale posługiwanie się nim stanowiło dla niej najmniejszy problem z tego wszystkiego.

Babcia siedziała przy chybotliwym starym stole, okutana kwiecistą chustą, którą założyła bezpośrednio na białą koszulę nocną. W powykręcanych reumatyzmem palcach bawiła się długopisem, na nosie miała okulary, a na przeżartym przez korniki blacie przed nią leżała wypełniona schludnym pismem kartka.

Uśmiechnęła się na jej widok.

Mojra zamarła. Ponownie całkowicie ją sparaliżowało.

– Nie martw się. Ja wszystko wiem – odezwała się staruszka. Drżącymi dłońmi złożyła kartkę na pół i schowała do pożółkłej ze starości koperty. – Wiesz, może ciężko ci w to uwierzyć, ale... naprawdę ładna jesteś w tej postaci.

Nie mogła uwierzyć. I to tak bardzo, że aż zadrżała i postawiła czujnie uszy. W głowie kłębiło się tyle pytań, których nie mogła zadać...

– Wszystko się wyjaśni, nie bój się już. Rano wszystko wróci do normy. Wbrew pozorom wiem trochę o takich jak ty... – Staruszka zaśmiała się krótko. Zgasiła słabą lampkę, widząc, że jej blask drażni wrażliwe wilcze oczy, i wyciągnęła w stronę wnuczki zapieczętowany list. – Weź to. Koło drzwi masz plecak, spakowałam ci kilka potrzebniejszych rzeczy, ale wątpię, żeby się przydały. Jeszcze kilka godzin i wszystko będzie dobrze. Uwierz mi. Na razie idź do Nocnego Dworu. Wiesz, gdzie to jest?

Powoli skinęła wielkim łbem. Dziwne uczucie. Równie absurdalne jak ta sytuacja.

– To dobrze. Idź do von Lahmanów, oni wiedzą o wiele więcej niż ja. To niedaleko; jak już będzie dobrze, Allan pewnie zgodzi się odwieźć cię z powrotem. Napisałam do nich list, w nim jest wszystko, co wiedziałam, że się z tobą działo... więcej sama nie mogę pomóc.

Przyjęła z wahaniem list. Pomimo ostrych pazurów, porośnięte szarą sierścią dłonie były tak samo precyzyjne, jak ludzkie. Gdyby chciała, mogłaby otworzyć kopertę i odczytać zawartość.

– No, idź już. Im szybciej tam się dostaniesz, tym lepiej. Oni wszystko ci powiedzą.

Skąd to wszystko wiesz? Dlaczego nie jesteś tym przerażona? Jakim cudem zorientowałaś się, że z von Lahmanami jest coś nie tak? Kim ty jesteś...?

Nie mogła mówić. Pewnie mogła pisać, lecz nie odważyła się podejść bliżej. Pokornie przyjęła kopertę i wycofała się lekko, bojąc odwracać tyłem.

– No, śmiało. Byłaś tam już przecież, nie zjedzą cię.

Złapała plecak. Przez pazury miała problem z poluźnieniem sprzączek, zarzuciła więc go ostatecznie na szyję.

– Kocham cię, Mojro. Wszystko będzie dobrze – dobiegło jeszcze z salonu.

Zaskomlała. Nie mogła przecież nic więcej.

Wyszła na zewnątrz. Ponownie przeszła przez płot, nie zastanawiając się nad tym, czy babcia spakowała jej klucze. Lasem skierowała się w znajomym kierunku.

Tak nie chciała opuszczać Nocnego Dworu, a teraz na samą myśl o powrocie czuła ściskającą w gardle gulę strachu.

Las, choć jeszcze ledwie godzinę wcześniej wydawał się piękny, wspaniały i kuszący, teraz jedynie ją przerażał. Modrzewie w mdłym świetle księżyca były zupełnie czarne, a ich suche gałęzie, choć trzaskały pod najlżejszym dotykiem, wyciągały się w jej stronę jak chciwe dłonie, chcące ją zatrzymać. Bała się ich. Jak wielu rzeczy teraz się bała... Tkwiła w ciele nadludzko silnej półwilczej istoty, a drżała ze strachu przed drzewami i czającym się między nimi cieniem. Czuła, jakby w tych drzewach drzemało coś dziwnego, jakaś potężna magia, która usiłowała ją przepędzić, zatrzymać... Nie miała pojęcia, czy to była kwestia histerii, w którą zaczynała popadać, czy faktycznie coś zmieniło się w sposobie, w jaki postrzegała świat.

No bo magia istniała. Chyba trzeba było to sobie wreszcie przyswoić. Jeśli nie magia, to co to niby było?

Może wokół Nocnego Dworu faktycznie czaiło się coś, co pilnowało, by nikt niepostrzeżony nie pojawił się w pobliżu? Skoro zamieniła się w bestię, z pewnością kwalifikowała się do tych niechcianych gości, prawda?

Ta. Allan i Mark von Lahman musieli być jakimiś istotami magicznymi, jakkolwiek to brzmiało. Ale skoro mieli jej w czymś pomóc... to oni musieli być tymi dobrymi, prawda? To ona była tutaj bestią.

Chyba.

W głowie kręciło się z nadmiaru wszystkiego.

Czuła się tak źle, że sama nie wiedziała, ile zajęło jej dotarcie na miejsce. Droga zlewała się w jedną wielką plątaninę zapachów, obrazów, dźwięków i oblewających je emocji, którym przestawała dawać radę, zaś pojawiający się na jej drodze kamienny mur zdawał się impulsem, dzięki któremu zdołała wyrwać się ze snu. Gdy cel stał się mniej odległy, mogła mocniej się na nim skupić. Podświadomie czuła, że powinna skręcić w prawo, by dostać się do bramy. Gdzieś tam w głębi czaił się lęk, że okaże się zamknięta, zdrowy rozsądek jednak podpowiadał, że była tak zardzewiała, że z pewnością trzeba było dysponować jakimiś super mocami, by ruszyć ją z miejsca.

Ech, a cholera wie, czy oni nimi nie dysponowali... Pewnie dysponowali.

Leśna droga była dokładnie tak samo błotnista i najeżona wybojami, jak to zapamiętała. Rozwarta na oścież brama zapraszała... ale wszystko inne odstraszało.

Na podjeździe spokojnie czekały srebrny phantom i czarny defender. Panowie domu musieli być na miejscu... Wzdrygnęła się, uświadomiwszy sobie, że miała wciąż nadzieję na to, że żadnego z nich nie zastanie. Mogłaby wtedy wrócić do babci, skuliłaby się gdzieś w kącie – być może na swoim łóżku – poczekała tak spokojnie do rana. Rano miało wszystko wrócić do normy... prawda? Babcia obiecała. A jakaś dziecinna cząstka duszy uparcie twierdziła, że jeśli babcia coś obiecała, to musiało się to spełnić. Musiało, choćby miało poruszyć niebo i ziemię.

Świtało. Potężny gmach Nocnego Dworu wznosił się przed nią w całej swej okazałości, posępny i nieprzyjazny, zupełnie inny niż ostatnio. Pierwsze promienie prześwitującego między gałęziami drzew słońca odbijały się w wypolerowanych przez deszcz oknach, a wręcz groteskowo spiczaste dachy wież rzucały na podjazd ostro rysujące się cienie.

Podświadomość szeptała, że nie powinna tego robić, że nie wolno jej się zbliżać, że nie chcą tu bestii, jaką się stała. Bo kto by coś takiego chciał? Ale coś innego przyciągało ją coraz mocniej i... zaczynało intrygować. Dopiero po pokonaniu kilku kolejnych kroków, gdy zbliżyła się do kamiennej ściany rezydencji na tyle, że mogłaby jej dotknąć, zorientowała się, co to było.

Wilcza istota. Tak bardzo do niej podobna...

Zawęszyła. Zignorowała wszystkie zapachy, które nie przywodziły jej na myśl niczego konkretnego, i skupiła się na tym jednym, delikatnie piżmowym. Podobnie pachniała jej własna wilcza sierść. Więc co to mogło być, jeśli nie...?

Przymknęła oczy i spróbowała skupić się na zmyśle, którego nie używała nigdy wcześniej.

Nie było to łatwe. Nie miała żadnego punktu zaczepienia, wahała się nad tym, czego powinna tak właściwie szukać, nie rozumiała, po czym pozna, że to znalazła, ale postarała się zaufać swojemu ciału i instynktowi bestii. Musiała mieć coś takiego. Przecież uruchomiło się nawet podczas polowania, więc dlaczego nie teraz...?

Była tam. Druga wilcza istota... Dziwna, nie dokładnie taka, jak ona sama. Podczas gdy Mojra była zimna, od jej siostry, jak zaczęła ją odruchowo nazywać, biło niewyobrażalne ciepło. Ciepło, tysiąc przeróżnych emocji – niektóre tak intensywne, że aż zapierające dech w piersi – ale przede wszystkim... życzliwość. Ta istota mogła zrobić wszystko dla tego, kogo pokochała. To był ktoś, kto potrafił być silny, kto cenił swoje terytorium, ale kto przede wszystkim uwielbiał dobro. Albo...

Nie, nie wiedziała, co to było. W każdym razie nie mogło wróżyć niczego złego. Ktoś, kto zabiłby ją za samo wtargnięcie na swoje terytorium, nie mógł emanować takimi emocjami.

Było w tym coś jeszcze – spokój osoby śpiącej, delikatność, wrażliwość, ale i...

O tak, to jest to. To jest właśnie ta delikatna struna, której za nic nie może poruszyć. Musi być ostrożna, bo jeśli struna drgnie, jeśli podrażni siostrę w ten sposób, wpadnie ona we wściekłość. A wściekłość siostry zapowiadała się równie ogromnie, jak jej życzliwość. Wściekłość mogła przybrać niemożliwe do wyobrażenia rozmiary, zalać ją, zdusić...

Ostrożnie. Ale jak tu być ostrożnym, jeśli czuło się tak niewyobrażalną ulgę i szczęście? Nie była sama!

Siostro, siostrzyczko...

Musnęła dłonią ścianę. Delikatnie, tak, że niemal tego nie poczuła, ale...

Siostra się przebudziła. A jej gniew był potworny.

Mojra, nie myśląc wiele, upuściła plecak i rzuciła się do ucieczki.

Oj tak, teraz miała przechlapane.

Czuła. Czuła naprawdę wiele – w tym również to, czym siostrę zdenerwowała. Bo siostra uważała ten dom za swój. Ona w jakiś sposób go czuła, ona z nim współgrała, ona była jego częścią... choć znajdowała się w nim na tyle krótko, że jej zapach nie zdążył się jeszcze utrwalić.

Mojra nie powinna była naruszać domu. Nie powinna była tak gwałtownie wdzierać się na terytorium siostry. Powinna być ostrożniejsza, skoro sama wyczuła, że siostra może...

Ona była już niedaleko. I nie zamierzała odpuścić...

Bo Leah nigdy nie odpuszczała.

Sama nie wiedziała, co właściwie wyrwało ją z głębokiego snu i ponownie wpędziło w ten dziwny stan między jawą a snem, w którym trwała przez kilka ostatnich godzin. Zdenerwowała się – chciała przecież spać, zmęczona i obolała, pamiętała, że z samego rana czeka ją pełna powtórka z rozrywki i nie mogła pozwolić sobie na podobne cuda, po których czuła się jeszcze gorzej, niż gdyby nie spała wcale, ale coś było na rzeczy. W półprzytomnym stanie nie do końca potrafiła sobie uświadomić, co konkretnie, ale ciężko jej było całkowicie się wybudzić. Nie pomagał nawet zachodzący już księżyc w pełni, który wciąż powinien napełniać ją energią...

A może już nie? Nie wiedziała, która jest godzina. Może to była już ta pora, gdy następowało zmęczenie?

Coś w głębi podpowiadało jej, że dom się zaniepokoił. Wciąż nie rozumiała tych dziwnych uczuć, które opanowywały ją w związku z tym budynkiem – zwykłym zlepkiem kamienia i drewna, uformowanym w konkretny kształt – ale jedno było pewne: uczucia te były potężne. Na tyle, by wyrwać ją ze snu, gdy aura choć minimalnie się zmieni.

A potem nagle w głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka opatrzona czerwonym napisem „intruz”.

Zerwała się na równe nogi, całkowicie przytomniała. Ktoś tu był. Ktoś kręcił się koło domu, ktoś, kogo nie powinno tutaj być. Ktoś, kogo musiała natychmiast przepędzić...

Kim jesteś, intruzie? Na twoje nieszczęście, że tu wlazłeś...

Nie wiedziała, skąd w niej taka wściekłość. Nigdy wcześniej nie czuła się aż tak – całkowicie podporządkowana wilczemu instynktowi, wręcz zmuszona przezeń do czegoś, czego jako człowiek za nic by nie zrobiła, co wolałaby zignorować i zostawić do załatwienia komuś innemu...

Ale to było. A ona nie umiała się temu nie poddać.

Wybiegła z domu przez wyjście w wieży i tuż za progiem przemieniła się w wilka. Wystarczyła sekunda, by wciąż wrażliwy po pełni nos wychwycił obcy trop, a ona rzuciła się nim, chcąc dorwać tajemniczą istotę.

Istotę, która pachniała całkiem podejrzanie... i wcale nie tak źle, jeśli się w nią wwąchało. Ale po co tu weszła? Gdyby nie przekroczyła granicy, wszystko byłoby w porządku. A tak... należało ją ukarać.

Pewnie i mocno odbijała się od ziemi. Choć jak na wilkokrwistą była niewielka – jej podobni, zarówno półdemony jak i wilkołaki, mają w końcu w kłębie dokładnie tyle, ile jako ludzie wzrostu, co czyniło z niej coś, co pogardliwie wielu określało wilczym karłem – zawsze mogła pochwalić się tym, że potrafiła poruszać się błyskawicznie. Ona w wilczym ciele czuła się doskonale, nieraz o wiele lepiej niż w ludzkim, od małego przyzwyczajona do przemian i nauczona życia w wilkołaczej sforze...

Zaś Mojra wciąż jeszcze poruszała się jak szczenię. I mimo wszystko nie miała czterech łap.

Mojra bała się. Sama nie pamiętała, czy kiedykolwiek w życiu bała się tak bardzo, jak tej cholernej nocy, której nic nie było w porządku. Potykała się, plątała w przerośnięte paprocie, ścielące w przestrzeni między drzewami, choć przecież musiały mieć tam niewiele światła, bała się przyspieszyć i wypróbować swoją prawdziwą siłę.

Być może bała się dlatego, że już raz to zrobiła. Wciąż czuła zaschniętą krew na pazurach w miejscach, gdzie nie zdołała domyć jej wodą ze strumienia.

Właśnie, strumień!

Gdzieś po prawej znajdowała się woda. Może jeśli do niej wejdzie, siostra zmyli trop? Przecież powinno to przynajmniej częściowo zamaskować jej zapach...

To nie był nawet strumień, a lejący się dnem maleńkiego wąwozu ciek wodny, wypełniony lekko pomarańczowym błotem, zapewne efekt ostatnich ulewnych deszczy. Gdy wskoczyła do wody, zapadła się w grząskim, lodowatym mule po kostki (czy to nadal były kostki?). Brnęła przez wodę z trudem, chwiejąc się i nie ufając własnemu ciału. Szybko zaczęła przeklinać siebie samą – przecież w ten sposób będzie słyszalna z kilometra. Jeśli siostrę zawiedzie węch, z pewnością odnajdzie ją po samym chlupocie...

Leah jedynie się ucieszyła. Węch jak na wilkokrwistą miała raczej słaby, lecz słuch fenomenalny. Natychmiast skierowała się we właściwą stronę. Ziemia osunęła jej się spod łap, gdy znalazła się na samym skraju błotnistej strugi, wpadła do lodowatej wody, lecz nie zamierzała długo się nad sobą użalać. Długimi skokami ruszyła za wilkopodobnym stworem, którego już widziała.

Wilkopodobnym? Zaraz, co to, u diabła, było?

Mojra wyskoczyła z wody. Zdołała wdrapać się na wzniesienie, lecz Leah dorwała ją na jego szczycie. Skoczyła jej na plecy, przewróciły się w plątaninie ostrych pazurów, wilczych zębów i dzikiego warkotu, stoczyły z niewielkiej, lecz stromej górki, zatrzymawszy dopiero po uderzeniu w pień wysmukłej sosny, tak bardzo nie pasującej do wizerunku ponurego modrzewiowego lasu. Tutaj było więcej światła – drzewa zmieniały się, modrzewie ustępowały kuzynom o rzadszym igliwiu, a światło słoneczne nie marnowało się, dzięki czemu mech lśnił świeżą zielenią, a w poszyciu pojawiało się sporo młodych drzewek o wciąż wątłych pniach.

Oszalałe wilczyce nie zamierzały jednak zachwycać się pięknem natury.

Wściekła Leah była pewna, że sprawa okaże się prosta. Czuła przecież strach dziwnej istoty, widziała, że tamta przed nią ucieka, nie przypuszczała więc, że spotka się z tak zaciekłym oporem. W Mojrze dosłownie włączyło się coś, co określić potrafiła jedynie mianem instynktu przetrwania – okręciła się szybko, wyrwała z żelaznego chwytu półdemonicznych szczęk i zaatakowała. Bardziej jak człowiek niż wilk, uzbrojonymi w pazury dłońmi zostawiając na skórze przeciwniczki obwicie krwawiące pręgi, ale całkiem skutecznie jak na coś, co jeszcze przed momentem poruszało się aż tak nieporadnie.

Leah chciała odpuścić. Ochota na polowanie przeszła jej niemal równie szybko, jak się pojawiła, zdrowy rozsądek ponownie zajął swoje miejsce, a wilczy instynkt został zepchnięty głęboko przez ludzką świadomość. Tylko jak tu odpuścić, skoro dziwna wilcza siostra nie miała już ochoty na negocjacje?

Leah gryzła, drapała, wyrywała się. Wygrywała. Była niewielka, była dość słaba, ale miała to, czego przeciwniczce brakowało – doskonałą władzę nad własnym ciałem. I lata wilkołaczych przepychanek za sobą, dzięki czemu nauczyła się walczyć. Może nie na tyle, na ile wymagał tego od niej Mark, ale wystarczająco, by poradzić sobie z szarpiącym się wilkopodobnym... czymś.

Leah miała przewagę doświadczenia. A Mojra miała chwytne dłonie.

Czarna wilczyca zakrztusiła się własnym warkotem, gdy silne, pokryte srebrną sierścią niemal ludzkie ręce zacisnęły jej się na krtani. Nie mogła oddychać, prawdopodobnie Mojra zdołałaby ją w ten sposób odetchnąć, lecz w ostatniej chwili zdołała sama złapać ją zębiskami za gardło. Już zdawało się, że zamarły w całkowitym stuporze, gdy...

– Co wy, do jasnej cholery, robicie?!

Magia szarpnęła, Leah zaskomlała, czując przymus rozwarcia szczęk. Silna męska dłoń złapała ją za luźną skórę na karku i odciągnęła od krztuszącej się półwilczycy z taką łatwością, jakby była jedynie niesfornym szczenięciem. Jednocześnie druga pchnęła na ziemię już podnoszącą się do ponownego ataku Mojrę, zaślepioną własnym strachem i szokiem.

– Już, siad, obydwie! – ryknął Loki.

O dziwo posłuchały. Obie. Idealnie synchronicznie. Leah nie wytrzymała i parsknęła śmiechem, co w przypadku nieprzystosowanej do wydawania podobnych dźwięków wilczej krtani wyszło co najmniej groteskowo.

– Nie za wesoło ci?! – Wyvern spojrzał na nią morderczo. – Co to ma znaczyć, ja się pytam?! Wyście się zjeść chciały, czy co?! O co wam poszło?! I coś ty za jedna?! – Zmrużył czerwone oczy, patrząc na Mojrę.

Półwilcza istota jedynie wzruszyła ramionami. Żadna z nich nie mogła przecież odpowiedzieć.

– To się dowiedziałem... – Upewniwszy się, że żadna z potarganych wilczyc nie ruszy się z miejsca, wyprostował się z bojowej postawy i potarł zmęczonym gestem skronie. Wyglądał absurdalnie w wyciągniętych spodniach od dresu i za dużej niebieskiej bokserce. Leah wciąż krztusiła się ze śmiechu. – Dobra, mogłybyście chociaż się przemienić? Tak sobie nie porozmawiamy.

Odpowiedziała mu cisza. Jedno wilcze spojrzenie wyrażało zagubienie, strach i niepewność. Drugie zaś pytało prosto: czy ty sobie ze mnie kpisz?

– Nie? Zajebiście. Nie no, o tym marzyłem o czwartej nad ranem! – Rudy sprawiał wrażenie takiego, który zaraz się rozpłacze. – To może chodźcie przynajmniej do domu? Ty chyba musisz się naszemu prawiczkowi pokazać. – Jeszcze raz zerknął na Mojrę, w jego oczach błysnął niepokój.

Prawiczkowi? Leah sama nie wiedziała, czy powinna dalej śmiać się po wilczemu, czy raczej jak najszybciej spoważnieć, bo działo się tu coś naprawdę podejrzanego...

Musiała wyglądać na zszokowaną, bo wystarczyło, że Loki jeszcze raz na nią spojrzał, a szybko się zreflektował.

– Znaczy Markowi. Znasz Marka, nie? To ten wredny chuj, co cię wczoraj obił mieczem. Znaczy się nie chuj, tylko przyjaciel nasz kochany. Prawiczek. Ta tutaj może być lekkim problemem, więc lepiej, żeby on to zobaczył. – Skinął krótko w stronę Mojry. Srebrzysta istota obchodziła go właśnie z drugiej strony, pilnując, by znalazł się między nią a Leą.

Problemem? Jakim znowu problemem? O co tu chodzi? – Leah mimowolnie przeszła na wilkołaczą mowę telepatyczną. Szkoda, że on nie mógł jej usłyszeć...

Ja cię słyszę. Dlaczego ja cię słyszę?

Zdębiała. Spojrzała na obcą wilczycę.

Właśnie, dlaczego ty mnie słyszysz?

– Nie wiem. Nie powinnam? Ja nic już nie wiem...

– To witaj w klubie, siostro.

Jednocześnie obejrzały się na czekającego na nie Lokiego...

Wyvern nie był już zdenerwowany. On był przerażony.

– Zaraz. Ty jesteś czarnym półdemonem – wydukał. – A ty, druga, jeśli jesteś tym, czym myślę, że jesteś... – urwał. Pokręcił głową. – Do wujka Marka. Już, migiem!

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany