Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 50

local_library2 comment0 thumb_up0
Uszkodzona dusza 1: The Loner - część 51

Zasadniczo gotowa jestem uznać, że nie byłam szczególnie zadowolona.

Mam wrażenie, że obudziłam się z czymś na kształt zaawansowanego kaca psychicznego. Czułam się po prostu tak, jakbym mogła w każdej chwili zwyczajnie zdechnąć.

Gdy tylko zadzwonił budzik, moją pierwszą myślą było „cholera, coś tu chyba jest nie tak”. Choć przez całą noc spałam po prostu beznadziejnie – nowe miejsce, nie zapominajmy, więc nawet pomimo cudownej ciszy dookoła nijak mi nie wychodziło nic ponad wysiloną, żałośnie płytką drzemkę – to tuż nad ranem, pewnie jakąś godzinę przed budzikiem, zasnęłam nareszcie porządnie. I to tak w kij porządnie, jak to tylko ja zasnąć potrafię – z całym pakietem popierdzielonych snów, od których to można mieć kaca psychicznego przez blisko tydzień, a które są tak wyraziste, że właściwie nie ma opcji, bym w ich trakcie miała przynajmniej cień świadomości, że śpię. Gdy mnie z czegoś takiego obudzić, będę zachowywać się jak zombie. A przede wszystkim przez dłuższy czas nie będę miała pojęcia, co takiego się stało, że nagle rzeczywistość dookoła uległa zmianie… bo w tych cholernych snach rzeczywistość bywa wyraźniejsza od tej prawdziwej. Beznadzieja, mówię wam.

No więc jak zadzwonił ten cholerny budzik, poważnie nie miałam bladego pojęcia, co takiego się dzieje. Gdy oprzytomniałam już na tyle, by się zorientować, że to jednak faktycznie ode mnie czegoś chcą i że wypadałoby coś z tym zrobić, wpadłam na to, że najlepszym rozwiązaniem będzie wypierniczenie telefonu za okno, bo uparta ikonka z czerwonym krzyżykiem zdawała się zupełnie odporna na dotyk. Gdy wreszcie udało mi się wcelować w nią palcem, wyłączyłam po prostu natrętną, radosną melodyjkę w diabły, walnęłam telefon na podłogę, zapominając, że nie mam tu wcale magicznej półeczki na niego i picie, jak w poprzednim mieszkaniu, i przewróciłam się na drugi bok, znowu zamykając oczy.

Kilka minut mi zajęło, zanim się skapnęłam, że budzik nie był ustawiony bezcelowo.

Nie wiem, jak wyszykowałam się do szkoły. Coraz częściej zdarzają mi się takie czarne dziury w pamięci i powoli zaczyna mnie to niepokoić… W sumie całkiem to zabawne, bo ostatnio spałam więcej niż zwykle, a nie czułam się szczególnie wypoczęta. Ba! Jeśli zaszła jakakolwiek zmiana, to jedynie na gorsze, bo chętnie zadomowiłabym się w łóżku na dobre. Rany, ja często byłam tak śpiąca, że z entuzjazmem bym przywitała kolejne zapalenie wyrostka, byleby tylko móc pospać kilka dni w szpitalnym łóżku bezkarnie. Okropieństwo. Co to było? Jakaś reakcja obronna organizmu nie mającego ochoty na obcowanie z marnie działającym systemem edukacji? Czy wreszcie napięcie po zakończonej sprawie z Ladonem zaczęło ze mnie schodzić? Ech, kij wie. Grunt, że tak się działo. I nie wiedziałam, co z tym zrobić, bo zasadniczo drugiego wyrostka nie miałam. Zafundować sobie wolne i przespać kryzys, czy próbować go zwalczyć? Najmocniej oczywiście kusiła mnie pierwsza opcja, ale gdzieś tam głęboko ukryty zdrowy rozsądek podpowiadał, że to może jedynie pogorszyć.

Poza tym nie miałam aż tak dość szkoły, by sprezentować sobie teraz wagary. Kto wie, kiedy te nieobecności mogą się jeszcze przydać…

Zlazłam na dół, dobitnie przekonując się, że schody nie są dobrym pomysłem dla porannej wersji mnie. Było domagać się pokoju na parterze… Dowlokłam się jakoś do kuchni, a tam…

Chaos to, jak podejrzewam, spore niedopowiedzenie.

Mama szukała czegoś w lodówce, jednocześnie żaląc się z tego, że zaraz pewnie spóźni się do pracy. Akurat gdy weszłam, potrąciła łokciem karton z sokiem (skąd u nas w domu sok z kartonu, skoro żadne z nas takiego nie pije?) i wywaliła go na podłogę. Jak można się łatwo domyślić, karton zakrętki z niewiadomych przyczyn nie miał, a kolorowa plama na deskach wyszła całkiem malowniczo. Tata chyba próbował zrobić placki, ale coś średnio mu szło, co poznałam po tym, z jakim trudem i desperacją usiłował okiełznać patelnię z leniwie palącą się zawartością. Mleko kipiało radośnie na palniku tuż obok, nie mogąc doczekać się reakcji z żadnej strony.

– Pytać, jak tam poranek, chyba nie ma sensu? – mruknęłam od wejścia.

– Jedz szybko, bo się spóźnisz! – Zostałam obdarowana talerzem z jeszcze niespalonymi plackami i odepchnięta w stronę stołu. Z pewnym trudem odnalazłam miejsce wśród rozprowadzonej po blacie zawartości torebki mamy i postarałam się z całych sił nie przeszkadzać.

To nie zapowiadało się dobrze.

No więc doszłam do szkoły. Czy dojechałam… Nie mam pojęcia, grunt, że znalazłam się tam tylko dziesięć minut spóźniona. I czekało mnie całkiem mocne zaskoczenie, gdy to się okazało, że dzisiaj trafił się jeden z tych dni, gdy to nie tylko ja nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co się dookoła dzieje.

Poważnie, nauczyciele też wyglądali jak zombie. Z tym tylko, że zamiast „mózg, mózg”, jęczeli „kartkówka z niemieckiego, kartkówka z matematyki”.

Cholera, już ten mózg bym wolała. Przynajmniej dałoby się o jego kwestii podyskutować…

Niemiecki zasadniczo nie sprawia mi problemów. Poważnie, to jest sprawa, można powiedzieć, wręcz magiczna – nie uczę się go wcale w domu oprócz odbębnienia obowiązkowej pracy domowej, bo kobitka lubi ją sprawdzać na wyrywki, a i na zajęciach tak nie do końca uważam, jak to ja, a wszystko umiem. Błyskawicznie chwytam nowości i zapamiętuję starsze rzeczy ot tak. I nie mam żadnej oceny słabszej niż piątka. Ja. Czujecie to? Egzamin gimnazjalny będę z niemieckiego zdawać, zamiast angielskiego, bo mogę to zrobić o wiele mniejszym kosztem. Angielskiego trzeba by było się jednak uczyć. Ktoś tam wspominał, że mam do niego talent, ale ja sama nigdy go nie uświadczyłam…

Kartkówka z niemieckiego poszła jak zwykle. Kartkówka z matematyki właściwie też. Bo oddałam pustą kartkę. Rodziców szlag trafi, to już kolejna jedyneczka do kolekcji będzie. Jakoś tak po ostatnich wydarzeniach – ściganiu półdemonów, magicznych anomaliach i wilkołakach chcących mnie zeżreć – nie miałam serca do zastanawiania się nad rzeczami tak błahymi, jak szkoła. Co mi po cyfrze wpisanej długopisem do dziennika, skoro o mało nie straciłam ostatnio życia…

Miałam wszystko gdzieś. Snułam się po szkole, bezwolnie chodziłam od klasy do klasy tak, jak mi kazano, notowałam nawet, gdy nauczyciele coś dyktowali, i sprawiałam wrażenie, jakbym ich słuchała, w rzeczywistości gapiąc się w jeden punkt w przestrzeni i nie mając siły na utrzymanie myśli w jednym miejscu. I tak mi się całkiem dobrze żyło. Próbowałam przetrwać, bo w domu czekało na mnie łóżko. A z każdą lekcyjną godziną było mi do niego coraz bliżej.

Czułam się kijowo. Wegetowałam. Cierpiałam nad brakiem energii, co przerwę robiąc sobie nową kawę. A wiecie, co w tym wszystkim było najgorsze?

– Hejka, Leiczku!

No właśnie to.

Gabrysia nie zamierzała wpisywać się w senne otoczenie. Oj nie… Powiedzieć, że tryskała entuzjazmem i niezdrową chęcią do życia, to jak nic nie powiedzieć. Od samego początku próbowała mnie złapać, ale za każdym razem przezornie uciekałam przed nią w najbardziej odosobnione miejsca pod pretekstem a to wycieczki do sekretariatu w bliżej nieokreślonej sprawie, a to wybrania się do łazienki, a to przejścia się do biblioteki, lecz na czwartej przerwie bezpowrotnie brakło mi pomysłu, którego miejsca jeszcze nie odwiedziłam, i zadekowałam się koło nieczynnego wyjścia ewakuacyjnego. Miałam dwadzieścia minut, zaanektowałam więc jedyną ławkę koło grzejnika, bo jak zwykle było mi cholernie zimno, podczas gdy wszyscy inni narzekali, że coś w tym roku przesadzają z grzaniem w tej szkole, i zamierzałam zająć się książką, by czas mi szybciej zleciał. Nie przewidziałam, że w ten sposób pozostanę wystawiona na atak… a ta raszpla od rana wyglądała tak, jakby bardzo chciała o czymś ze mną porozmawiać.

– Dlaczego ty się ze mną za każdym razem witasz? Przecież widzimy się od ósmej rano – jęknęłam, zanim zdołałam się powstrzymać. Niewyspana, nie potrafię sięgnąć do swoich głęboko ukrytych pokładów uprzejmości i nigdy nie pierdzielę się ze słowami. A to, że lasce zdecydowanie się od jakiegoś czasu należało…

Ta, jeszcze jakby się tym przejęła, co nie?

– A dlaczego mam się nie witać? Przecież do ciebie podchodzę, nie? – Zmarszczyła brwi. Dopiero teraz zauważyłam, że ma w oczach te soczewki, których używała do tłumaczenia rodzicom, że jest wilkołakiem – czerwone z nadmiernie rozszerzoną źrenicą, przez które wyglądała jak naćpana.

Moment, ona zawsze tak wygląda.

– Dobra, kij z tym, nic nie mówiłam. – Ukryłabym twarz w dłoniach, gdybym się nie bała, że całkiem sobie tapetę rozmażę. W razie czego jedynie zamknęłam oczy i oparłam się bezwładnie o gorący grzejnik za plecami, mając dziecinną nadzieję, że jak tak zrobię, to nie będzie mnie widać.

– Oj, coś ty taka dzisiaj nie w humorze? – Emosia przysiadła się obok i niby troskliwie pogłaskała mnie po ramieniu, zasługując tym sobie na spojrzenie z repertuaru „zeżrę cię, tylko jeszcze nie wiem, w jakim sosie”.

– Bo życie jest beznadziejne. Bo ludzie są jacyś dziwni. Bo kiepsko spałam. Bo wszystko, na co nie spojrzę, jest po prostu do dupy. Mam wymieniać dalej? – prychnęłam i sięgnęłam po odstawiony na parapet kubeczek termiczny z kawusią. Tylko kawusia sprawiała, że jako tako trzymałam się jeszcze w pionie, zamiast leżeć gdzieś w kącie i płakać, że nie mam siły podnieść ręki nad głowę.

– Przesadzasz. – Dziewczyna zacmokała zdegustowana i wywróciła oczami. Jakimś dziwnie zamaszystym gestem odgarnęła o dziwo czystą czarną grzywkę bardziej na bok, by niemal zasłaniała jej jedno z oczu. – Słuchaj, bo ja mam do ciebie sprawę, Leiczku. Musimy pogadać.

Czy tylko ja mam wrażenie, że zawsze, gdy zaczyna w ten sposób, mam dokumentnie przesrane?

– Taa… Wal jak w mur – burknęłam. Poważnie było mi już wszystko jedno. I tak gorzej nie będzie…

– Mogłabym do ciebie wpaść po szkole?

Kurde, a jednak.

– Ale ja nie mam dzisiaj czasu – wykaszlałam, gdy już udało mi się w miarę ogarnąć po zakrztuszeniu fusami od kawy. – Mam zajęte całe popołudnie i…

– Ale to zajmie tylko chwilkę. Proszę! – Zrobiła wielkie oczy i zamrugała prosząco pozlepianymi rzęsami. Wciąż mnie dziwi, w jaki sposób nakłada tusz, że osiąga aż taki efekt. To wygląda tak, jakby z powieki wyrastały jej cieniutkie pajęcze nóżki…

Dobra, nieważne.

– Skoro to tylko chwila, to nie możemy pogadać teraz? Mamy jeszcze piętnaście minut do dzwonka – jęknęłam, machając jej przed nosem telefonem z odblokowanym ekranem. Godzina wyświetlała się na nim tak chamsko wprost, że nie było możliwe, by jej nie zauważyła.

– Wolałabym nie. Chyba nie powinno się rozmawiać o tych sprawach, gdy tyle ludzi dookoła… – Rozejrzała się znacząco.

Te sprawy? Ona miała na myśli wilkołaki czy – za przeproszeniem – pierwszą inicjację seksualną, czy jakąś inną cholerę? A jeśli tak… to Boże, kto ją chciał?!

Kurde, a może miała na myśli mojego biednego brata?

Nie, nie wiem. Nie myślę. W takim stanie lepiej, żebym nie używała mózgu, bo wyjdą mi z tego same wyobrażenia nieco niesmacznych ekscesów (sekscesów?) z udziałem wilków i Ladona. Ble. Kurde, nie zdołam już dojeść tej kanapki…

– No proszę cię, no! – zawołała w końcu rozpaczliwie, łapiąc mnie obiema rękami za ramię i wykonując taki gest, jakby zamierzała przede mną uklęknąć.

– Ożesz…! Dobra, dobra, możesz przyjść! – wydarłam się, z trudem powstrzymując ją od gestu. Ja pierdzielę, tego mi brakowało, no… Ale trzeba jej przyznać, że jest, cholera, skuteczna.

– O, to super! Serio nie sprawię problemów, sama potem wrócę do domu – przyrzekła z dłonią na sercu, a ja prychnęłam tylko. Jakbym w ogóle planowała ją potem odprowadzać…

Szlag.

– To chyba nie będzie możliwe, mieszkam na kompletnym zadupiu. Ale najwyżej ci taksówkę zamówię – mruknęłam.

– Przecież taksówki są strasznie drogie – zaprotestowała.

No tak. Gdy masz dzianych rodziców, nigdy nie umiesz w życie.

– To rodziców poproszę, któreś się na pewno zgodzi, żeby cię odwieźć. – Machnęłam lekceważąco dłonią. Skoro i tak nie mam wyboru… Raczej nie umrę, jeśli ten jeden raz zachowam się uprzejmie.

– Ale zaraz, zaraz. – Tym razem stała się podejrzliwa. – Ty znowu mieszkanie zmieniłaś? Co było z tamtym nie tak?

– Tylko je wynajmowaliśmy – jęknęłam. Kurde, ona ma Alzheimera, czy jak?! Chyba że ten głupi Ladon wywołał na niej aż takie wrażenie, że wszystko inne wywiało jej z główki. – Opowiadałam ci, że rodzice chcą kupić dom. No i kupili. Na odludziu.

– Dlaczego nic mi wcześniej nie powiedziałaś? – zarzuciła, zanim na dobre skończyłam mówić.

– Dopiero wczoraj się wprowadziliśmy, nie widziałyśmy się przecież od tego czasu…

– Mogłaś zadzwonić!

Ta, bo ja nie mam na co przeznaczać wolnych wieczorów, tylko gadać z tobą i zbierać ochrzany od mamy za zbyt wysokie rachunki za telefon…

– Zmęczona byłam. Tak, tak, obiecuję poprawę i w ogóle… – Tym razem to ja wywróciłam oczami. Tak świetnie się trzymałam w postanowieniu nierobienia tego, a tu masz… Źle na mnie dziewczyna wpływa. – Możemy już iść? Dzwonek zaraz będzie.

Widziałam, że nabrała podejrzeń, gdy tak nagle zaczęłam się spieszyć na fizykę, ale na szczęście nie odezwała się więcej. Jej, w przeciwieństwie do mnie, na szkole zależało.

Gdy już minęło to siedem zupełnie bezsensownych godzin, mogłam wyjść wreszcie na świeże powietrze i odetchnąć czymś więcej, niż smrodkiem starej kamienicy i taniej pasty do podłóg. Niestety pojawiła się kolejna kwestia, której nie przewidziałam…

– I co, jak dostajesz się do tego swojego nowego domku, co, Leiczku? Rany, ale jestem go ciekawa! – trajkotała Gabrysia, a ja poważnie zaczęłam się zastanawiać…

No właśnie. No bo jak ja planowałam się tam dostać? Chyba nie na pieszo…?

– Y… Daj mi minutkę – rzuciłam w miarę opanowanym głosem i szybko poprosiłam o pomoc wujka Google.

Mapa satelitarna jasno, okrutnie i mało dyskretnie mówiła mi, że w pobliżu mojego odludzia nie znajduje się żaden przystanek kolejowy. Był wprawdzie autobusowy, ale i tak trzeba było przejść z niego spory kawałek, a w takim stanie cyfra oznaczająca odległość wydała mi się nieskończona.

– Em… No bo jest w tym problem – odezwałam się po dłuższej chwili, podczas której usiłowałam zaczarować wyświetlające się dane, by w jakiś magiczny sposób zmieniły się na przystępniejsze. – Planowałam jechać autobusem – ta, jasne, ale uznajmy, że tak faktycznie było… – ale nie przewidziałam, że odległość z przystanku może być dla ciebie nieco za duża…

– A nie możesz mnie przewieźć? – Nie wyglądała, jakby szczególnie się przejęła, ale sama nie wiedziałam, czy to oznaczało jej twardość, czy raczej to, że zwyczajnie mnie nie słuchała.

– Jak ja mam cię przewieźć? Czym? Prawa jazdy jeszcze nie mam, roweru zresztą też…

– Miałam na myśli, że na grzbiecie.

Potknęłam się o wystającą płytkę chodnikową.

Że jak? Kurde, przecież nieuleczalną kontuzję rdzenia kręgowego miałabym murowaną…

– Oj, mam wrażenie, że palnęłam jakąś gafę… – zachichotała, zakrywając dłonią pomalowane na czarno usteczka.

Naprawdę miałam aż tak przerażoną minę?

– Nie… To znaczy… Wiesz, właściwie to nigdy nie miałam nikogo na grzbiecie, nie wiem, czy nawet bym udźwignęła. Jestem dość… nieduża – wyjaśniłam szybko. Mało brakło, a dodałabym coś odnośnie jej solidnej tuszy.

– Z tego, co widziałam, wydaje mi się, że jesteś ogromna przecież – zdziwiła się. – Jesteś Alfą, prawda?

– E… niezbyt. Później ci wytłumaczę.

Ruszyłyśmy niekoniecznie raźnie na przystanek.

Autobus, który podjechał, był po prostu przerażający i dokładnie przypomniał mi wszystkie powody, dla których do tej pory unikałam komunikacji miejskiej jak ognia. Rozklekotany rzęch ledwo wtoczył się na przystanek, wyjąc umęczonym silnikiem, kopcąc jak porządna lokomotywa i sypiąc odpryskami rdzy. Dosłownie. Strach było do niego wsiąść, a co dopiero pokornie uwierzyć, że jest szansa, że dowiezie kogokolwiek na miejsce w stanie nienaruszonym, nie zahaczając po drodze o odział intensywnej terapii. Kupiłam bilety u kierowcy, nie do końca orientując się w tym, jak powinnam się do tego zabrać, i zajęłam miejsce mniej więcej pośrodku, mając nadzieję, że tam skutki ewentualnego wypadku będą najmniej odczuwalne. Nie podobało mi się. Ni cholery mi się nie podobało.

Jechałyśmy bitą godzinę, podczas której Gabrysia niemal bez ustanku truła mi nad uchem, właściwie nie robiąc nawet przerw na oddech. Chciało mi się nieco rzygać, wyglądałam przez okno, usiłując wytłumaczyć flakom, że wskazane by było, gdyby jednak się nie uzewnętrzniały, i słuchałam piąte przez dziesiąte, myśląc nad tym, czy mam ewentualnie zapas jakichś proszków na ból głowy (dupy w sumie też). Dowiedziałam się kolejnych arcyciekawych faktów z życia ulubionej koleżanki. Dowiedziałam się, dlaczego przeniosła się do naszej szkoły (podobno w poprzedniej koleżanki z klasy jej nie lubiły – ciekawe dlaczego, co nie? Niebywała zagadka), dowiedziałam się, że ostatecznie zerwała ze swoim chłoptasiem, gdy to już otwarcie się okazało, że od niej wolał jej ulubionego kolegę, dowiedziałam się, że zapisała się do harcerstwa, czego choć próbowałam, nie potrafiłam sobie wyobrazić. Poważnie, gdy tylko stanęła mi przed oczami w harcerskich bezkształtnych spodenkach, skarpetach podciągniętych nad kolana i koszuli, w której nie da się nie wyglądać na kwadrat, mało brakło, a zakrztusiłabym się podjadanymi ciastkami ze śmiechu.

Gdy wysiadłyśmy z autobusu w środku niczego, mina mojej koleżanki była dość… zabawna.

No dobra. To nie był taki znowu środek niczego. To były w miarę zwykłe, nieco już bardziej wiejskie przedmieścia – i to wcale nie tak daleko od centrum. Przystanek znajdował się niedaleko cmentarza, wokół wznosiły się nowoczesne wille dla bufonów. Z czasem, gdy szłyśmy asfaltową drogą bez wyraźnego podziału na lewy i prawy pas, odległości między rezydencjami stawały się coraz większe, a same rezydencje mniejsze i coraz mocniej przypominające domy na wsi. Pojawiły się kury, kaczki, gęsi.

– O matko, to ty na niezłym odludziu mieszkasz – wysapała Gabrysia. Jak się okazało, ta odległość zaczynała być dla niej zabójcza. Ciekawe, że dwa razy większą ode mnie z bloku na cmentarz pokonała bez najmniejszego trudu.

– Czekaj, to jeszcze nic – zapewniłam z tajemniczym uśmiechem. Poważnie zaczynałam się cieszyć jej przyszłą reakcją.

Idąc utwardzoną drogą, nadkładałyśmy nieco trasy, ale nie było wyboru. Ziemia po deszczu stała się mokra, pójście na skróty na przełaj pewnie skończyłoby się upierniczeniem błotem po pas. Gdybym była sama, prawdopodobnie faktycznie bym się przemieniła w wilka i polazła błotem, ale tak… Kurde, poważnie nie chciałam sprawdzać, czy byłabym w stanie tego kloca udźwignąć.

Gdy dotarłyśmy na miejsce, porządnie zmęczone, Gabrysia rozejrzała się wokół. Dostrzegłszy w pobliżu domu kompletne nic, pokręciła głową jakby z naganą i jęknęła:

– Faktycznie straszne odludzie.

– Co nie? – odparłam z dumą.

– Jak ty się musisz tutaj nudzić. – Obejrzała się na mnie ze współczuciem.

– Czy ja wiem? Nie jestem szczególnie towarzyska. Wolę takie klimaty od miasta.

– Ale przecież tutaj nic nie ma. Jak będziesz chciała wyskoczyć na jakąś imprezę, to co zrobisz?

– Po prostu nie wyskoczę. Na szczęście nikt mnie na imprezy więcej nie zaprasza. – Mimowolnie wzdrygnęłam się na wspomnienie nieszczęsnego przyjęcia urodzinowego u Agnieszki i balangi na cmentarzu.

Otworzyłam furtkę, teatralnym gestem puściłam gościa przodem. Może Ladon ma gorszy dzień i ją zeżre…

Nie zeżarł. Szlag.

Weszłyśmy do środka, przywitałyśmy się z moją mamą, oczywiście wielce uradowaną tym, że integruję się z jakąś koleżanką, i poszłyśmy na górę do mojego pokoju. Odpowiedziałam od niechcenia na kilka pytań z rodzaju „a dlaczego nie chciałaś czarnych ścian”, w miarę się ogarnęłam, usiadłam na podłodze.

– No to co się niby stało, że nie mogłaś o tym ze mną pogadać w szkole? – spytałam, mając nadzieję wcielić w życie zasadę „im szybciej zacznie, tym szybciej skończy”.

– Bo wiesz… – zawahała się w ostatniej chwili, zauważywszy coś bardzo zajmującego za oknem. Całą jej pewność siebie nagle wywiało. – Chciałabym, żebyś opowiedziała mi coś o wilkołakach – wydusiła wreszcie.

Kurde. I tylko o to chodziło? Poważnie zaczynałam mieć nadzieję na jakieś fajerwerki…

Poza tym co ja jej miałam powiedzieć? Nie miałam pewności, czy jest wilkołakiem, a wręcz zaczynałam w to wątpić. Nie będę przecież zdradzać wszystkiego człowiekowi – dziadek by mnie chyba za to zamordował. Jeśli nie chcę skończyć jako skórka nad kominkiem, powinnam zamknąć gębę na kłódkę i udawać głupią…

Tylko że przy niej się nie da.

– Widzę, że znowu nie chcesz mi czegoś powiedzieć – zdenerwowała się. – Leiczku, dlaczego mnie okłamujesz? Przecież jestem taka jak ty. Muszę coś wiedzieć, zwłaszcza że znalazłam swojego mate.

– Boże, czy ja ostatnio powiedziałam mało wyraźnie, że nie ma czegoś takiego jak więź mate? – niemal zapłakałam. O ile jej reakcja na okolicę nieco mnie ciekawiła, o tyle wolałabym, żeby po jej poznaniu laska wzięła się w cholerę i nie pokazywała mi więcej na oczy. Nie chciałam z nią rozmawiać. Chciałam po prostu iść spać lub w spokoju poużalać się nad tym, że jutro też musiałam wstać przed siódmą.

– Dlatego mówię o okłamywaniu – zarzuciła mi stanowczym tonem. – Przecież ja to czuję, Leiczku. Nie możesz mi wmówić, że czegoś takiego nie ma, skoro ja to czuję. To boli, wiesz? Wciąż traktujesz mnie jak jakąś gorszą. Jak ja mam się bronić, skoro nic mi nie mówisz?

– Przed czym ty się chcesz bronić? Przed mate? – nie zrozumiałam.

– Przed niebezpieczeństwami. Przecież świat wilkołaków jest strasznie brutalny. Te ciągłe wojny między watahami… Właśnie, jak nazywa się twoja wataha?

Dłuższą chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć, ani jak zmusić usta, by się wreszcie zamknęły. Gdybym siedziała na krześle przy biurku, co pierwotnie planowałam, pewnie właśnie bym się z niego zrąbała.

– E… Co? O jakich ty wojnach mówisz? – wydukałam tępo. Coś jej świtało o sforze Aresa, czy...?

– No przecież wilkołacze watahy ciągle toczą wojny o dominację i o to, która z Alf jest potężniejsza.

– Kurde – wyrwało mi się. – Wiesz, nie do końca…

Nie słuchała mnie. Typowe.

– No więc muszę się jakoś do tego przygotować, prawda? Pewnie codziennie macie jakieś treningi. I jak ta twoja wataha się nazywa w końcu?

– Watahy nie mają nazw – jęknęłam. Na tylko tyle było mnie stać. Cały mój cięty dowcip i wrodzona złośliwość poszły spać. O ile nie straciły przytomności…

– Jak to nie mają? Przecież w opowiadaniach często się jakieś przewijają. Jedną taką fajną słyszałam… Wataha Krwawego Księżyca. Strasznie mi się spodobała.

– Jezu – pisnęłam.

– A, no i wracając. Jak ja mam się bronić, skoro nic nie mówisz? Przecież watahy muszą otaczać opieką też tych członków, którzy nie umieją się przemieniać.

– Jak ktoś nie umie się przemieniać, to przecież nie należy do watahy – zaprotestowałam słabo.

– Jak to nie należy? A mate wilkołaków? Przecież nie zawsze znajduje się mate wilkołaka, czasem to są zwykli ludzie.

– Nie ma czegoś takiego…

– A ty nadal swoje? – Spojrzała na mnie z wyrzutem. – Nie rozumiem cię. Przecież wszyscy wiedzą, że mate istnieją. To przecież dobry sposób na przetrwanie gatunku, znalezienie osoby, z którą chce się mieć dużo dzieci i którą się tak strasznie kocha, że nie widzi się poza nią świata.

– Boże – zaskamlałam. Od kiedy ja się taka religijna zrobiłam? – A na kij komuś dzieci?

– Co? Ty nie chcesz mieć dzieci? Przecież wszystkie wilkołaczyce chcą mieć dzieci. – Zamurowało ją. – I do tego już mówiłaś, że nie do końca jesteś Alfą. Więc pewnie Luną? A Luny uwielbiają opiekować się dziećmi i ogólnie są strasznie opiekuńcze.

– Kurna, dziewczyno, mogłabyś ty mnie przez chwilę posłuchać? – przerwałam szybko. – Nie jestem Luną. Jestem wnuczką Alfy, ale nie mogę być Alfą, bo jestem mała i słaba i zwyczajnie się do tego nie nadaję. Czyli jestem Alfą, ale nie będę Alfą. – Zawahałam się na kilka sekund z obawą, że teraz już nieźle namieszałam. Taki móżdżek mógł tej wypowiedzi nie pojąć. Trzeba używać prostszych konstrukcji. – Nie zostanę Alfą, bo nie jestem na tyle potężna, by wzbudzić w innych wilkołakach posłuszeństwo. Mogę w bardzo ograniczony sposób posługiwać się mocą Alfy, ale tylko jeśli się bardzo skupię lub bardzo zdenerwuję, a z inną Alfą i tak bym nie miała szans. Z Betą prawdopodobnie też, jeśli byłaby odpowiednio zmotywowana. Właściwie to niemal każdy wilkołak jest w stanie przerobić mnie na mielone. Luna to partnerka Alfy, ale to tylko nazwa. Jest nieco wyżej niż inne samice w stadzie, ale to nie zmienia jej w żaden sposób charakteru. Są Luny, które zachowują się jak suki, więc…

– Przecież to niemożliwe! – wykrzyknęła, ale szybko mówiłam dalej:

– Nie ma czegoś takiego jak mate. To tylko wymysł popkultury, coś, na co wpadł jakiś człowiek z nudów i co stało się cholernie popularne, bo brzmi ciekawie. Chodzą plotki, że wilkołaki faktycznie kochają mocniej, ale zakochujemy się jak zwykli ludzie. Żadnych cudów, wybuchów i gromów z jasnego nieba.

– Ale ja to czuję…

– Nie wiem, co ty czujesz, okej? A wilkołaczyce wcale nie muszą lubić dzieci. Ja nie lubię. I nie polubię. I tylko spróbuj powiedzieć, że mi kiedyś przejdzie, a przysięgam, że…

– Dobra, spoko, bo widzę, że strasznie cię te tajemnice denerwują. – Uniosła obie dłonie, jakby próbowała mnie zatrzymać. – Nie wiem, kto zabronił ci mówić prawdy ani dlaczego, ale…

Zaklęłam tak, że aż mnie samą podziw złapał, i położyłam się na dywanie, tym razem nie mając żadnych oporów przed ukryciem twarzy w dłoniach. Przysłowiowe ręce tak mi opadły, że nawet ewentualne rozmazanie makijażu wydało mi się sprawą niegodną większej uwagi. Co z tego, że będę wyglądać jak panda, skoro tutaj dzieją się takie rzeczy…

– No co, Leiczku? – Nagle znowu zrobiła się troskliwa. – Ciągle mam wrażenie, że oni cię tam krzywdzą.

– Krzywdzisz to ty siebie, próbując udawać głupszą, niż jesteś – burknęłam, ale chyba nie usłyszała, bo kontynuowała niezrażona:

– Chciałabym ci pomóc, ale jak mam to zrobić, skoro nie wiem jak? Jeśli nic mi nie powiesz, nie będę w stanie nic zrobić.

– Nie potrzebuję żadnej cholernej pomocy. Chyba że chcesz za mnie pisać kartkówki z matmy.

– Nie ma problemu.

O, to faktycznie było takie proste?

A kij z tym. Kij z matematyką. Kij ze wszystkim…

– Widzę, że już nie porozmawiamy o tym – westchnęła ze smutkiem. – Może przynajmniej zmienimy temat? Bo mam jeszcze jedną sprawę.

Bałam się pomyśleć, co jeszcze tam dla mnie szykowała, ale mruknęłam coś bliżej nieokreślonego na znak, że ją słucham. A nie powinnam.

– Bo pamiętasz, wspominałam ci, że niedawno dołączyłam do harcerstwa. Za kilka dni jedziemy na krótki wyjazd integracyjny. Jedna z koleżanek się rozchorowała, więc może dołączysz na jej miejsce? Będzie strasznie fajnie.

– O – wypowiedziałam się. Chwilę mi zajęło, zanim zdołałam wykrztusić coś więcej: – Wiesz, mam strasznie dużo nieobecności w szkole. Rodzice mi nie pozwolą.

– Ale tylko dwa dni byś musiała opuścić, bo pozostałe dwa to sobota i niedziela.

– Pewnie każą mi się uczyć. Wiesz, jakie mam stopnie z matmy…

– Ale to przecież świetny pomysł!

Poważnie, ja moją mamę to kiedyś uduszę. Od zawsze wiedziałam, że ma wybitny talent do podsłuchiwania akurat wtedy, gdy nie powinna, i zdobywania informacji, których za nic nie powinna zdobyć, co niejako potwierdziło się przy zaproszeniu na nieszczęsną urodzinową imprezę, ale teraz to już było przegięcie. Naprawdę trzeba było wparować z talerzem z ciastkami akurat teraz?!

– Ale… – spróbowałam niepewnie.

– No Leah, nie daj się prosić. Poznasz nowych ludzi, będzie fajnie, odpoczniesz trochę. Nic się nie stanie, jeśli opuścisz te dwa dni.

– To super! – Gabrysia zaklaskała. – Pakuj się, bo to już w tym tygodniu. Rany, jak fajnie!

Nie no, zajebiście.

– Ale dostałam dzisiaj kolejną jedynkę z matmy – spróbowałam, choć wiedziałam już, że to jak próba wskrzeszenia umarłego. A nawet gorzej.

– Zapiszemy cię na jakieś korepetycje. W cztery dni i tak tego nie nadrobisz, a nie wiesz, kiedy będzie poprawa.

– Może akurat w piątek…

– Wątpię. Zwykle były w środy. Musisz jechać, to brzmi na super sprawę. Zobaczysz, może kilka koleżanek znajdziesz, w harcerstwie zwykle są fajne osoby. Z pasją, takie jak ty.

Ta, jasne. Ja też chciałabym paradować w ciuchach, w których wyglądałabym jak ostatnia ofiara losu, bawić się w zabawy, które śmieszą jedynie siedmiolatki, kolekcjonować dobre uczynki, co już samo w sobie brzmi mi na integracyjną grę z zakładu dla obłąkanych, i nocować okazyjnie w namiocie, razem z pająkami, komarami, załatwianiem się w krzakach i całą resztą. Nie no, brzmi jak zabawa. Jedyne przyjemne wspomnienie z harcerzami, jakie potrafię odgrzebać w odmętach pamięci, to to, jak w ramach jakichś pokazów szermierki mogłam bić ich piankową szablą.

– Ale wy nie jedziecie pod namiot? – spytałam szybko. W sumie gdyby jechali, mogłabym użyć ostatecznego argumentu – tego, że i tak jest mi cały czas zimno, a po takiej szkole przetrwania na pewno nabawiłabym się zapalenia płuc, gruźlicy i cholera wie czego jeszcze…

– Nie, no coś ty, o tej porze roku pod namiot? – oburzyła się emosia. – Mamy nocleg w jakimś internacie, nie pamiętam dokładnie.

Boże. Jestem skończona.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany