Opowiadanie użytkownika faravandel

Kiedy gasną światła

local_library4 comment0 thumb_up0
DETROIT: SLAVES - część 1

DETROIT, 12 PAŹDZIERNIK 2038

Godzina siódma rano, wokół było czuć zapach porannej kawy. Michael jeszcze raz zaczerpnął powietrza. Sypana kawa, ulubiona jego matki. Ojciec zawsze pił ją przed pracą. Rozglądnął się po mieszkaniu. Stał pośrodku salonu, w którym grał telewizor, a akwarium wbudowane w ścianę świeciło jasnym światłem. Na stole pojawiły się chryzantemy. Nie widział ich od dawna, ale to może dlatego, że nie chciał ich pamiętać, a w szczególności żółtego koloru. Źle mu się kojarzył. Chryzantemy pojawiały się wtedy gdy pan Crawford czuł się lepiej po poprzednim złym dniu.

Przesunął rękę po broni, chociaż pewnie tylko po to, by wiedzieć, żeby w razie zagrożenia mieć się czym bronić. Niebieskimi oczami wędrował po ścianach, aż w końcu wzrok przystanął na androidzie, który lał kawę do porcelanowej filiżanki, postawił na srebrzystej tacy, po czym ruszył ku balkonowi z uśmiechem jakby dzień zapowiadał się obiecujący. Android AM740, płeć żeńska o nietuzinkowej urodzie. Jasnobrązowe włosy i niebieskawe oczy. Pełne usta, nigdy nie zaschnięte, za to bardzo urodziwe. Śniada cera i prosty, szczupły nos. Zawsze miał wrażenie, że CyberLife tworzy kogoś w kim można się bez zarzutu zauroczyć. Jednak Michael miał inne priorytety. Nie interesowały go androidy służące ludziom, by robili za nich to co powinni robić sami, ani romanse w jakimkolwiek znaczeniu. Miał zadania do wykonania, a ojca odwiedzał tylko w konieczności. Tym razem poszedł na balkon, gdzie postanowił zjeść śniadanie skromny ojczulek o białej brodzie, łysinie, na której marszczyła się skóra ubrany w czarny sweter z golfem i spodniami od garnituru. Michael oparł łokcie o poręcz, spoglądając na Detroit tętniące życiem, a tam gdzie sięgał wzrok dostrzegł przedmieścia i puste, brudne domy zamieszkiwane niegdyś przez ludzi, którzy mieli pracę ─ a ją stracili przez androidy.

─ Witaj, synu. Co cię sprowadza?

─ Komisarz się mną wysługuje i każe wysyłać raporty ludziom od CyberLife. ─ Michael mruknął niechętnie, po czym wyciągnął z aktówki plik dokumentów i raportów. ─ Chodzi o androidy, które są wysyłane na zwiad. Parę zostało zaatakowanych przez miejscowych rzezimieszków, a to opis strat jakie wyrządzili.

Niebieskooki szatyn wskazał palcem na druk, aby upewnić ojca, że powinien zacząć nosić okulary. Jego niechęć była widoczna gołym okiem. Czym to było spowodowane? Pan Crawford doskonale wiedział dlaczego, jednak wolał nie tracić nerwów już na początku dnia. I tak widział Michaela wystarczająco rzadko.

─ Przyślemy nowe modele do centrum ─ skinął głową. ─ Tymczasem zjedz ze mną śniadanie, Inka przygotuje ci zaraz świeżą jajecznicę.

─ Zjem śniadanie w kawiarni. Umówiłem się ze Spencerem.

─ Ach, Spencer… Pracujecie razem? ─ dopytał.

─ Spencer jest sierżantem i siedzi na dupie w biurze ─ wzruszył ramionami ─ czasami tylko jak go poproszę załatwi mi dostęp do archiwum.

─ Detektywi nie mają dostępu do archiwum?

─ Tylko ci grzeczni ─ wyjaśnił uniósłszy brew.

Pan Crawford zaśmiał się niewymownie, a Michael skrzywił wargi marszcząc przy tym brodę.

─ To wszystko. Jakbyś miał sprawę, nagraj się na pocztę głosową ─ machnął ręką kierując się do wyjścia.

Poczuł się obrażony, skrytykowany, choć sam strzelił sobie w kolano, komentując to w ten sposób, jednakowoż spodziewał się innej reakcji. Mimo wszystko na starość robi się coraz gorszy, pomyślał Michael. Nadto odechciewało się kolejnych odwiedzin. Nacisnął strzałkę w dół, która po chwili zaświeciła się niebieskawym światłem, wówczas zaczepiła go Inka. Android, który intrygował go za każdym razem, gdy mijali się w domu. Emanowała od androida ciepło. Przypominało mu to ramiona matki, gdy był małym nieśmiałym chłopcem, a uśmiech Inki kojarzył mu się z beztroskim okresem, gdy nie istniało nic oprócz zielonej polany, a drzewa trzeszczały wraz z podmuchem wiatru. Leniwie płynął strumyk, wokół którego pałętały się zwierzęta.

Wyciągnęła do niego rękę, w którym trzymała stare zdjęcie jego matki tuż po skończeniu szkoły.

─ Znalazłam to, gdy czyściłam ostatnio rzeczy w twojej sypialni ─ uśmiechnęła się. ─ Zatrzymałam je, bo pomyślałam, że gdybyś wrócił to ci je dam.

─ Po co?

─ Dla przestrogi.

Michael uniósł kącik ust w górę, po czym zmierzył Inkę wzrokiem.

─ Dziękuję, Inka.

─ Odwiedzaj nas częściej. Twój ojciec… bardzo za tobą tęskni.

─ Mam ważniejsze sprawy na głowie, nie mam czasu. Do widzenia.

Chwilę później, Michael wsiadł do windy i zniknął z zasięgu wzroku androida. Mrugnęła kilkakrotnie, a dioda zamigotała jasnożółtym kolorem. Uśmiech z jej ust zniknął, a następnie odwróciła się w kierunku pana Crawforda, aby sprawdzić, czy śniadanie, które mu przyniosła zostało skonsumowane. Pochyliła się nad właścicielem. Poczuła wewnętrzny niepokój, jednak program kazał jej robić to co do niej należy. Jestem AM740 i moim zadaniem jest służyć, powtarzała wewnątrz siebie. Wiedziała, że jest tylko niewolnicą w rękach ludzi i zakazane jej było choć pisnąć.

Wytarła panu Crawfordowi kąciki ust.

─ Smakowała panu jajecznica? Dzisiaj rano przyniosłam świeże jajka.

─ Dobre, moja droga. Możesz posprzątać ten bajzel, gdy ja pójdę do pracy.

─ Co jeszcze mam zrobić? ─ dopytała.

─ Pojedź odebrać mój garnitur do pralni na dzisiejszy wieczór. Idę dzisiaj na bankiet organizowany przez CyberLife.

─ Oczywiście, jak pan sobie życzy ─ ukłoniła się, trzymając w dłoni srebrną tacę.

Zabrała rzeczy do kuchni, a brudne naczynia włożyła do zmywarki. Miała jedynie nadzieję, że nie będzie musiała uczestniczyć w tym bankiecie, a sama pod nieobecność pana Crawforda będzie mogła chociaż przez chwilę poczuć, że żyje.

Tymczasem Michael siedział w kawiarni i czytał wiadomości na tablecie. Wkrótce potem dołączył do niego czarnoskóry Scott Spencer będący sierżantem w biurze lokalnej policji. Zauważył przyjaciela, po czym podszedł do niego siadłszy naprzeciw.

─ Chce pan złożyć zamówienie? ─ zapytała androidka, która stała nienaturalnie prosto.

─ Kawę tylko ─ mruknął.

─ Jaką kawę? ─ dopytała.

─ Zwykłą, pieprzoną kawę.

─ Czarna kawa dla tego pana na mój rachunek ─ dopowiedział zniecierpliwiony Michael.

─ Zamówienie będzie gotowe za dwie minuty i dwadzieścia trzy sekundy ─ oczy androida zamigotały, a następnie odszedł w przeciwnym kierunku.

Michael nie spojrzał na kolegę, więc nadal czytał tablet z nagłówkami o zwiększającym się bezrobociu w Stanach Zjednoczonych. Ponoć największe bezrobocie jest w Nowym Jorku, a na Manhattanie rozpoczęły się liczne strajki. Niestety Michael miał już przypadki bójki strajkujących z policją, podczas których parę drani kopnęło w kalendarz.

─ Byłeś u ojca?

─ Mhm ─ mruknął, popijając kawę.

─ I co? Dał ci w pysk?

─ Szybciej ja bym mu dał ─ dodał. ─ Dałem mu te papiery i mam nadzieję, że nie zobaczę się z nim już nigdy więcej.

─ Nigdy nie mów nigdy, jak to mówią ─ zagruchał Spencer. ─ Coraz więcej mówi się o zaginięciach. I to ludzi.

─ Masz na myśli defekty? A tak… słyszałem.

─ Jeśli chcesz załatwię ci dostęp do informacji ─ oparł się o czerwony fotel.

Wówczas android przyniósł zamówienie i podał je Spencerowi, który z niesmakiem obserwował na wymuszony uśmiech maszyny. Sam nie tolerował ich w społeczeństwie, a miał do tego powody. Michael wiedział o tym, bo sam był świadkiem jak jego ojciec został wyrzucony z firmy budowlanej tylko dlatego, że zastąpił go sam android. Teraz to Spencer jest jedynym żywicielem rodziny.

─ Płaci pan gotówką czy kartą?

─ Kartą, oczywiście ─ żachnął się szatyn.

Wyciągnął z portfela kartę, którą zeskanował android. Słychać było dźwięk przyjęcia karty, a android pochylił się i pożyczył im miłego dnia. Wtem Michael spojrzał na kolegę, który odprowadzał maszynę burzliwym wzrokiem.

─ Nic ci nie da boczenie się na tę kupę złomu, wiesz?

─ Przez te ścierwa mój ojciec stracił robotę ─ pochylił się ku Michaelowi mówiąc nieco ciszej. ─ A teraz ja muszę harować, by mój młodszy brat, matka i ojciec mogli co do gara włożyć. Nie daj Boże, Sam zacznie bawić się w handlarkę prochami, a wtedy ja będę musiał za to zapłacić. Jestem marnym sierżantem, bo androidy zabrały posadę wykształconym ludziom bez jakiejkolwiek szansy na godne życie.

─ To przejdź się do CyberLife i powiedz, żeby przestali je produkować ─ zaproponował z sarkazmem w głosie. ─ Ja wiem, że jest ci ciężko. Jeśli ci na tym zależy pożyczę ci trochę kasy i weźmiesz chłopaka do Aquaparku, a rodziców wyślesz do SPA.

─ Nie rozumiesz. Twój ojciec ma androida w domu?

─ Tak, bo co?

─ Miej na niego oko.

─ Co ci znów strzeliło do głowy? ─ zdziwił się Michael.

─ Chcesz te dokumenty, czy nie? ─ uniósł brwi.

Michael spojrzał na Scotta z niemałym zaskoczeniem na twarzy. To znaczy wiedział, że jest burzliwy konflikt między ludźmi a androidami, ale nie mógł się spodziewać, że na taką skalę.

Pojawili się obydwaj w biurze o właściwym czasie. Jak Scott obiecał wysłał mu w załącznikach dokumenty w sprawie morderstw. Morderstw androidów na ludzi, a to bardzo zaniepokoiło samego Crawforda. Zmarszczył nos ze zdziwienia.

„SPRAWA J.J. HECKLEYA

ZNALEZIONY MARTWY 1 PAŹDZIERNIKA 2038 ZADŹGANY NOŻEM KUCHENNYM 15 RAZY W KLATKĘ PIERSIOWĄ.[…]”

„[…]ŚMIERĆ PRZEZ UDUSZENIE.”

„KRWAWA NAPAŚĆ ANDROIDA NA CZŁOWIEKA. […]”

Rozglądnął się dookoła biura. Poczuł wewnętrzny niepokój i nagłą troskę o okrutnego ojca. Ten skurwiel mnie lał, jakby go zabili, przestałby mnie dręczyć po nocach ─ taka myśl przeszła przez głowę Michaela, jednak wiedział, że to nieprawda. Jednak nie spodziewałby się ataku, a w szczególności Inka nie wykazywała nigdy objawów nieposłuszeństwa. Poza tym, pytanie wysuwało się same ─ dlaczego tak się dzieje?

Tuż po tym jak pan Crawford opuścił mieszkanie, Inka zdążyła włożyć pranie do suszarki, a sama skończyła sprzątać w kuchni i myć podłogi. W chwili gdy powinna stanąć przy ścianie i wejść w tryb spoczynku, dioda zamigotała jasnożółtym kolorem. Odwróciła głowę w stronę balkonu. Wysunęła stopy na zimną marmurową powierzchnię. Spojrzała na oświetlone, kolorowe miasto i przez chwilę poczuła, że żyje. Wzięła głęboki oddech czując mieszaninę zapachów: benzyna, zimny wiatr, płyny do mycia podłóg, a nawet perfumy pana Crawforda. Weszła z powrotem do środka, rozglądając się po mieszkaniu. Znała na pamięć każdy kąt tego domu, wiedziała co gdzie leży, gdzie pan Crawford trzyma broń, w której szufladzie są jego leki i na jakiej półce stoją zdjęcia małego Michaela. Dokładny odcień mysiego koloru ścian pokoi, jakiej Michael słucha muzyki, jego ulubione czekoladki, ale przede wszystkim pamiętała, że to on nadał jej imię Inka, do którego tak bardzo się przywiązała. Pokochała go zatem od momentu, gdy powiedział: „Od tej pory jesteś moją Inką”.

W myślach odtworzyła to wspomnienie, a potem zaczęła nucić piosenki z playlisty chłopaka. Czuła się rozdarta kiedy odszedł i wyprowadził się do swojej kawalerki. Za każdym razem gdy ich odwiedzał czuła się szczęśliwa i bardzo liczyła na to, aby spotkanie dłużyło się z sekundy na sekundę. Niestety napięta relacja między panem Crawfordem a Michaelem w ogóle nie pomagała, a Inka starała się za wszelką cenę to zignorować. Za każdym razem było bardzo ciężko. Nic nie mogła poradzić na taką sytuację. Nie pamiętała zaś dlaczego tak było.

W najmniej oczekiwanym momencie usłyszała otwierającą się windę. Ujrzała w niej nietrzeźwego pana Crawforda, którego natychmiast zebrała zsuwającego się po ścianie. Pomogła go przenieść na łóżko gdzie ściągnęła mu buty, płaszcz i rozwiązała krawat. Przyniosła z łazienki miskę, jednak pan Crawford odrzucił ją z hukiem, przez co spadł kryształowy wazon na podłogę.

─ Panie Crawford, niedawno skończyłam sprzątać mieszkanie! Próbuję panu pomóc ─ oznajmiła.

─ Zamknij się ─ machnął ręką w taki sposób, że dziewczynie zamigotała dioda.

Zdzierżył ją płaską dłonią w twarz. ─ Precz stąd, kurwa… precz stąd.

─ Moim zadaniem jest służyć panu, panie Crawford. Proszę dać sobie pomóc!

─ Ty kurwo… ─ mężczyzna wykonał pierwszą próbę do stanięcia na prostych nogach, jednak padł jak worek ziemniaków z powrotem na łóżko. ─ Przez ciebie… przez ciebie mój syn mnie nie odwiedza.

Inka przemilczała to. Jednak wiedziała, że to brednie. Inka kochała Michaela i również za nim tęskniła, podobnie jak jego ojciec. Jednak czym zasłużyła sobie na takie oszczerstwa?

Pan Crawford podjął drugą próbę, która okazała się tą właściwą. Oparł się o framugę drzwi, a potem przeczołgał w stronę muszli klozetowej. Zaczął wymiotować. Inka wstała na równe nogi i wyciągnęła z komody świeżą pidżamę w granatową kratę i położyła na łóżku. Następnie włączyła chłodnawą wodę w kabinie prysznicowej.

─ Pomogę panu wstać. Żeby móc wytrzeźwieć musi pan wejść do kabiny.

Pan Crawford zabełkotał coś pod nosem, lecz dał się namówić. Inka rozebrała właściciela do naga, aby następnie popchnąć go do kabiny prysznicowej gdzie lała się zimna woda.

─ Kurwa! ─ krzyknął.

─ Robię to tylko dla pana dobra, panie Crawford. Przygotowałam już dla pana pidżamę, a rano specjalnie zrobię smażony bekon, żeby poczuł się pan lepiej.

Wymusiła uśmiech, choć tak naprawdę zmagała się z tym niemal codziennie. Nadmierne picie i znęcanie się nad Inką nie przynosiło pozytywnych skutków. Przyczyną była śmierć żony, następnie odejście syna, który z jakiejś dziwnej przyczyny go nienawidził.

Otuliła mężczyznę grubym ręcznikiem, wytarła mokrą skórę i nasmarowała kremem. Podała szklankę zimnej wody, którą wypił duszkiem, więc mogła go przygotować do spania.

─ Ubiorę się sam! ─ warknął.

─ Jak pan sobie życzy ─ przytaknęła. ─ Mam coś jeszcze dla pana zrobić?

─ Przyprowadź mi syna ─ mruknął cicho, niemalże niezrozumiale.

─ Teraz to jest niemożliwe, ale zadzwonię z samego rana, jeśli pan chce.

Nie doczekała się odpowiedzi, bo usłyszała głośne chrapnięcie. Wstała z miejsca i zamknęła drzwi od sypialni.

Stanęła przy chłodnej ścianie i przed wyłączeniem systemu pomyślała o dzisiejszym uśmiechu Michaela, który tak jak ona był nieszczęśliwy na swój własny niewyjaśniony sposób.



OPOWIADANIE PRZENIESIONE Z: WATTPAD.COM/USER/FARAVANDEL

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany