Opowiadanie użytkownika Wolf_Houling

Królewski Posłaniec - 5. Granica

local_library1 comment0 thumb_up1
Królewski posłaniec - część 6

Drewniane schody pięły się wysoko w górę. Stopnie skrzypiały głośno pod jego butami. Stawiał kroki ostrożnie, starając się trzymać jak najbliżej ściany. Miał nieodparte wrażenie, że drewno było spróchniałe i od lat nikt tędy nie szedł, ale z pewnością tylko to sobie wmawiał. W końcu mieszkańcy musieli jakoś korzystać z dzwonnicy...

Dotarł na półpiętro i zauważył nieco postrzępiony, gruby sznur. Wychylił się odrobinę za balustradę i zaklął cicho. Najwidoczniej nikomu nie chciało się wchodzić na górę, więc przedłużyli sznur, który opadał po drugiej stronie dzwonnicy – dlatego nie zauważył go tuż po wejściu do budowli.

Westchnął ciężko, a dzwon uderzył po raz czwarty. Powiódł wzrokiem w górę i kontynuował wspinaczkę. Zdawał sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie postępował głupio i narażał się na niebezpieczeństwo. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie postanowił tego sprawdzić. W końcu w jego zawodzie śmierć czyhała na każdym kroku, toteż nie martwił się zbytnio tym, co czekało go na szczycie.

Zatrzymał się na ostatnim stopniu i wstrzymał oddech, rozglądając się uważnie dookoła. Poza wielkim dzwonem i konstrukcją, która go utrzymywała, nie znalazł nic ciekawego. Upewniwszy się, że jest sam, zrobił parę kroków do przodu. Na podłodze w kącie leżały jakieś szmaty pokryte kurzem.

Niemal podskoczył w miejscu, gdy rozległo się piąte uderzenie. Spojrzał szybko na dzwon, ale ten wciąż wisiał nieruchomo. Wzdrygnął się i podszedł do jednego z czterech okienek. Wyjrzał na zewnątrz. Choć dzwonnica nie była szczególnie wysoka, miasto również nie było zbyt rozległe, dlatego miał świetny widok na całe Borreau.

Podłoga zaskrzypiała i usłyszał kroki. Zdążył się przyzwyczaić do uporczywego swędzenia na przedramieniu jednak teraz, gdy przybrało ono na sile, poczuł niepokój. Spiął mięśnie, gotowy do samoobrony i obrócił się tyłem do okna, by zmierzyć się z napastnikiem.

Nikogo ani niczego jednak tam nie było.

Trwał tak przez chwilę nieruchomo w stanie gotowości, gdy jego wzrok padł na sznur zwisający z belki podtrzymującej dzwon. Podszedł bliżej i złapał za jego koniec. Był mocno postrzępiony.

Wychylił się nieco i spojrzał w dół. Centralnie pod dzwonem ziała pustka, a w tych ciemnościach nie był w stanie dostrzec, co znajduje się na jej dnie.

Szóste uderzenie dzwonu poczuł wręcz w kościach. Ogłuszający dźwięk niemal rozsadzał mu bębenki, dlatego też odsunął się od tego żelastwa, które jak wcześniej nie poruszyło się nawet o milimetr.

Podejrzewał, że nastąpi jeszcze jedno uderzenie i będzie ono ostatnim, które dziś usłyszy.

Skierował się z powrotem w dół, ale ciekawość nie pozwoliła mu opuścić wieży. Rozejrzał się uważnie na parterze, aż dostrzegł to, co chciał ujrzeć.

Niewielkie drzwiczki skrywały się w ciemnościach na prawo od wejścia do dzwonnicy. Wpierw kulturalnie pociągnął za klamkę. Co prawda miał cichą nadzieję, że skoro do samego budynku dostał się bez problemu, to w środku również wszystko pójdzie gładko. Tym razem nie miał tego szczęścia. Był jednak przygotowany na taką ewentualność.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął dużą wsuwkę do włosów. Wiele osób nie podzielało jego zdania, jednak on uważał, że był to wyśmienity wynalazek cudowny w swej prostocie.

Zgiął ją odrobinę i wsunął do zamka, szukając zapadek. Majstrował dłuższą chwilę, a gdy usłyszał charakterystyczny dźwięk, wyjął swój prowizoryczny wytrych i otworzył drzwi. Skrzypiały okrutnie, jakby od dziesięcioleci nikt ich nie oliwił.

Przestrzeń, w której się znalazł, była niewielka. Gdyby rozłożył ręce na boki, mógłby dotknąć palcami obu ścian naraz.

Przez jego kręgosłup przebiegł dreszcz. Schylił się nieco i podniósł z ziemi linę. Jeden z końców był tak samo postrzępiony jak ten, który widział u góry, natomiast całość tworzyła pętlę, której nie dało się pomylić z niczym innym.

Pętla wisielca.

Dzwon zagrzmiał po raz siódmy, a jego echo odbijało się od ścian, otaczając chłopaka z każdej strony.

Jakiś kształt mignął mu przed oczami, by następnie uderzyć z impetem o posadzkę.

Spiął się cały i zmarszczył lekko brwi, czekając na jakiś ruch, który nie nastąpił.

– Halo? Jest tu ktoś? – odezwał się pewnym głosem, nasłuchując. Nie sądził, aby ktoś o tej porze włóczył się po starej dzwonnicy, ale to samo mógł ktoś pomyśleć o nim.

Skrzywił się i podciągnął lewy rękaw płaszcza a następnie koszuli. Spojrzał na swój tatuaż, który piekł niemiłosiernie, a skóra wokół niego mrowiła. Zaczynało go to powoli irytować.

Był tak skupiony na sobie, że nie zauważył zagrożenia, dopóki nie było już za późno. Wpierw poczuł ból w krtani, a następnie falę zimna przebiegającą przez jego kręgosłup i rozlewającą się po całym ciele.

Spróbował odciągnąć od siebie napastnika, jednak jego palce trafiły tylko na powietrze. Otworzył szerzej oczy i spojrzał prosto w ciemne, niemal czarne tęczówki.

– Puść... – wychrypiał, a ciepło promieniujące od tatuażu zaczęło wspinać się po jego ręce, zastępując chłód. Miał wrażenie, jakby był kostką lodu wrzuconą w ogień.

Ku jego zdumieniu mężczyzna cofnął szybko dłoń i odsunął się dwa kroki.

Ren przyglądał mu się czujnie, pocierając bolące gardło. Choć nieznajomy wyglądał jak człowiek, odrzucił tę możliwość. Podejrzewał prędzej zjawę albo jakiegoś nieczystego ducha.

– Widzisz mnie? – Głos dobiegał ze wszystkich stron i tylko natarczywe spojrzenie ponurych oczu upewniało go, że należał on do istoty stojącej przed nim.

Skinął sztywno głową, nie pozwalając sobie choćby na chwilę nieuwagi. Zwykle nie popełniał dwa razy tego samego błędu. No... przynajmniej nie dwa razy pod rząd!

Mężczyzna zawahał się i spojrzał na sznur leżący u jego stóp, nim ponownie zwrócił na niego wzrok.

– Pomóż mi...

Te słowa wprawiły Renthara w osłupienie. Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego. Chłód zniknął z jego ciała, pozostawiając tylko niemiłe wspomnienie, jednak tatuaż nie przestawał piec.

– Chciałeś mnie zabić. – Zmarszczył brwi, robią powoli krok do tyłu w stronę drzwi. Chrząknął lekko, by pozbyć się chrypki.

– Nie, nie, nie! Poczekaj, proszę! – jęknął, wyciągając w jego stronę bladą dłoń. Nim ten zdążył zareagować, znalazł się za jego plecami, odgradzając mu drogę ucieczki. – Dość się wycierpiałem... Zlituj się, proszę.

Przez chwilę panowała cisza. Obaj uparcie patrzyli sobie w oczy, próbując wybadać intencje drugiego.

– Może gdybyś się na mnie nie rzucił, byłbym bardziej skłonny do pomocy – stwierdził w końcu gorzko Ren, rzucając szybkie spojrzenie w stronę drzwi. Zastanawiał się, czy potencjalnie udałoby mu się uciec.

– Przepraszam. Do tej pory nikt nawet tego nie poczuł – bąknął. Jego głos zdecydowanie nie był miły dla ucha. Brzmiał chropowato, jakby od lat go nie używał lub miał zniszczone struny głosowe. – Jesteś szamanem? Nekromantą?

Renthar uniósł brwi, zerkając przelotnie na szerokie ramiona rozmówcy i skomplikowane wzory namalowane na jego umięśnionym torsie.

– Ani tym, ani tym. Jestem zabójcą. – Spojrzał na niego znacząco, a następnie uniósł wzrok ku górze, a elementy układanki ułożyły się w całość. – To ty jesteś ten Amir?

– Ahmer – poprawił go, prostując się nieco – dowódca Cyryjskich wojsk – oznajmił chrapliwie. Ren spodziewał się ujrzeć chociaż dumę w jego oczach, jednak te ziały pustką.

– Powiesiłeś się, czyż nie? – spytał bez krzty współczucia. Skoro miał mu pomóc, chciał wiedzieć, z czym dokładnie ma do czynienia. Zresztą ten i tak już był martwy.

Ahmer skinął głową. W pomieszczeniu zrobiło się chłodniej, a obraz wojownika uległ zmianie.

W oczy rzucał się szeroki ślad okalający jego szyję, a twarz stała się napuchnięta. Ren widział już kilku wisielców i nie zrobiło to na nim zbytnio wrażenia. Przyjrzał się tylko spokojnie ranie i westchnął cicho.

– Jak mogę ci pomóc?

Na twarzy nieboszczyka odbiło się zdumienie, ale szybko wziął się w garść. Wolał nie ryzykować, że młodzieniec się rozmyśli.

– To bardzo proste – rzekł, gestykulując rękoma. Rentharowi przemknęło przez myśl, że jak na trupa gość stał się nagle bardzo ożywiony. – Spal ten kawałek liny, a następnie zakop moje kości przy grobie Ami... to znaczy mojej córki. Tylko tyle, proszę.

Brunet podniósł z powrotem sznur i zerknął na szkielet, a raczej kupkę szczątków, która została po byłym dowódcy.

Nie musiał pytać, by domyślić się prawdy. Mieszkańcy miasta najpewniej znaleźli zwłoki w dzwonnicy, a że należały do najeźdźcy, to zbezcześcili je i zostawili tutaj, nie zapewniając martwemu godnego pochówku.

Zacisnął usta i była to jedyna oznaka wzburzenia, jakie odczuwał w tamtej chwili.

– Pomogę ci – mruknął tylko pod nosem i skierował się do wyjścia, chowając pętlę do kieszeni płaszcza. – Niech bogowie mają cię w swojej opiece.

Gdy tylko opuścił dzwonnicę, mrowienie na ręce zaczęło słabnąć.

Słyszał wiele historii o odprawianiu dusz na drugą stronę, aczkolwiek sam nigdy nie miał okazji tego zrobić. Teraz, gdy nadarzyła się taka możliwość, czuł się zobowiązany, aby pomóc cierpiącemu mężczyźnie.

Gdyby to spotkało kiedyś jego ojca... Wzdrygnął się lekko i westchnął ciężko. Zapowiadała się nieprzespana noc.

~*~

Bellamy nie miał większych problemów, by zdobyć krew w butelkach. Czarny handel miał się tutaj całkiem nieźle.

Wracając do gospody, co i rusz zerkał na dzwonnicę, która wygląda ponuro o tej porze dnia, a właściwie nocy. Księżyc chował się za chmurami i tylko od czasu do czasu raczył mu oświetlić drogę.

W końcu znalazł się w ciepłym budynku. Główna sala opustoszała, jednak wciąż siedziało tu kilku mężczyzn, którzy rozmawiali z kuflami piwa w dłoniach. Mag tylko skinął głową, gdy na niego spojrzeli i skierował się na górę do pokoju, który dzielił razem z przyjacielem.

Spodziewał się zastać go w łóżku albo chociaż na fotelu ostrzącego broń, dlatego zdziwił się, gdy zastał puste pomieszczenie.

Po szybkim namyśle zdjął płaszcz, rzucił go na fotel i poszedł do pokoju obok, który zajmowały dziewczyny. Zapukał grzecznie i uchylił drzwi, zaglądając do środka.

– Panie jeszcze nie śpią? Wiecie, która to godzina? – spytał luźno, a że nikt go nie wyganiał, to przestąpił przez próg.

– Bardzo śmieszne, Bell – mruknęła Vesna i zerknęła na torbę, którą trzymał w ręku. – Czy to...

– Ah tak... Jasne, dla ciebie. – Położył ją na podłodze przy łóżku blondynki. – Nie widziałyście może Rena?

Wampirzyca zmarszczyła lekko brwi.

– Nie ma go u was w pokoju? – Gdy ten pokręcił głową, zacisnęła lekko usta zmartwiona. – Nie widziałam go od kolacji.

Szatyn spojrzał na księżniczkę , która czytała jakąś książkę w swoim łóżku. Wyczuwając na sobie jego wzrok, podniosła głowę i uniosła lekko brew.

– To duży chłopiec, pewnie wyszedł i świetnie się bawi. – Wzruszyła ramionami.

– Beze mnie? – prychnął cicho. – Nie sądzę.

Dziewczyna zaśmiała się niezbyt wesoło.

– Są pewne rodzaje zabaw, które wymagają czasem prywatności, magu. – Posłała mu znaczące spojrzenie.

– Nie rozu... – urwał i otworzył szeroko oczy. – No wiesz co?! Ren nie chodzi na dziwki! – rzekł oburzony tym pomysłem i pokręcił szybko głową, przez co włosy przesłoniły mu oczy. – Jeśli nie wróci do pierwszej, pójdę go szukać. Ves, zajmiesz się księżniczką? – Zerknął na wampirzycę, która bawiła się swoimi palcami. Nie musiał jej świetnie znać, by wiedzieć, że zmieszał ją ten temat.

– Oczywiście. Tylko Bellamy... Uważaj na siebie – poprosiła.

– O mnie się nie martw. – Puścił jej oko. – Poza tym, może wróci i nie będę musiał się szwendać po ulicach w poszukiwaniu jaśnie pana.

Rzucił ostatnie zniesmaczone spojrzenie w stronę Cerise i wyszedł.

Wróciwszy do siebie, usiadł na podłodze i wyciągnął ze swojej torby książkę. Otworzył ją mniej więcej w połowie i powoli, literka po literce, brnął przez tekst. Nie potrzebował wiele światła, koci wzrok wystarczył.

Był tak skupiony na czytaniu, że nawet nie zauważył, kiedy drzwi się otworzyły i do środka wszedł Ren.

Brunet zamarł na chwilę, przyglądając mu się w ciemności.

– Nie za późno na czytanie? – spytał, przysiadł na łóżku i zaczął zdejmować buty.

Bellamy zarumienił się mimowolnie i wstał, odkładając książkę na bok.

– Gdzie byłeś? Martwiliśmy się, że wpakujesz się w jakieś kłopoty – Zignorował pytanie przyjaciela.

– Powiedzmy, że nagła robota – wymamrotał i rozebrał się, zostawiając tylko spodnie.

– Jasne. Nie chcesz mówić, to nie – burknął nieco urażony mag i wgramolił się do łóżka po swojej stronie. – Myślałem jednak, że trochę bardziej mi ufasz. – Wtulił twarz w poduszkę i zamknął oczy.

– Oj Bell – jęknął i szturchnął go w plecy. – Ufam, po prostu to nie było nic ciekawego. Kupiłem matce i Ashley jakieś drobnostki.

Szatyn milczał przez chwilę, ale w końcu skinął głową, chociaż nie miał pewności, czy Ren to zobaczy.

– Kładź się już i śpij, w końcu z samego rana wstajemy.

– No nie burmusz się, ślicznotko – parsknął, ale grzecznie wykonał polecenie, żeby go jakoś udobruchać.

~*~

Dwa dni później zatrzymali się na granicy Endoven i Aladei, królestwa elfów.

Podczas ostatniego postoju w ludzkim mieście sprzedali konie. W tym lesie ciężko by się było na nich przemieszczać i prędzej czy później musieliby je zostawić na pastwę losu.

– Jesteśmy na miejscu? – Cerise spojrzała pytająco na Rena. Długie włosy miała związane w warkocz, a jej twarz jak zwykle wyrażała tyle co nic.

– Chciałbym, księżniczko – mruknął w odpowiedzi i uniósł kącik ust. – Tu dopiero nasza przygoda się zaczyna.

Przez chwilę miał wrażenie, że dziewczyna chociaż jęknie z niezadowolenia, jednak ta skinęła tylko głową.

– Długo będziemy musieli iść? – zadała kolejne pytanie. Przez myśl Rena przemknęło, że jest dzisiaj wyjątkowo rozmowna.

– Nie wiem, nigdy tam nie byłem. – Wzruszył ramionami. – Mam nadzieję, że potrafisz się posługiwać bronią. – Wskazał brodą sztylet wiszący u jej pasa.

Cerise zawahała się i przygryzła lekko wargę. W końcu westchnęła cicho i pokręciła głową, a w jej oczach pojawił się błysk. Chłopak dałby rękę uciąć, że ten temat musiał ją nieco rozdrażnić.

– Skoro nie, to po co ją nosisz? Dla ozdoby? – parsknął, drocząc się z nią.

– Ren, nie bądź wredny – skarciła go Vesna. – Też mam broń, a wiesz, że nie umiem jej używać. Zresztą Bellamy też nie.

– A więc nikt z was, oprócz Mare, nie potrafi walczyć? – Księżniczka uniosła brwi, a na jej twarzy po raz pierwszy można było ujrzeć zdziwienie.

– Walczyć można na różne sposoby – wtrącił się Bellamy. – Vesna jest w końcu wampirzycą, nie potrzebna jej stal, a ja mam magię...

– Której nie potrafisz używać – weszła mu w słowo, krzyżując ramiona na piersi. – Wiem, co obiecał wam mój ojciec. Nauka na Uniwersytecie Magii? Wyszkolony mag by tego nie potrzebował.

Ren spojrzał na przyjaciela, który się zarumienił nieznacznie i odwrócił wzrok. Zmarszczył brwi i wrócił spojrzeniem na dziewczynę.

– Przynajmniej ma ambicje i ciężko na nie pracuje, a nie wyręcza się innymi – warknął niezbyt przyjemnie. – Nie miał tego szczęścia urodzić się w królewskiej rodzinie. Wszyscy troje nadstawiamy dla ciebie karku, więc mogłabyś być milsza. – Kiwnął wampirzycy głową i skierował się na północny–wschód. – A tak w ogóle, to twoja wiecznie obojętna mina wygląda jak gówno, popracuj nad nią, księżniczko! – zawołał, nie racząc nawet na nią spojrzeć.

Tylko Vesna, która stała akurat obok Cerise, dostrzegła jej grymas i to, jak zaciska dłonie w pięści. I chociaż czuła wewnętrzną potrzebę, by załagodzić jakoś ten jawny brak szacunku dla królewskiej córki, to ugryzła się w język, po czym ruszyła za Renem, ignorując dziewczynę.

Przez następną godzinę szli we względnym milczeniu, od czasu do czasu wymieniając tylko parę słów. Pogoda była dość przyjemna, chociaż słońce ledwo przebijało się przez gęste korony drzew.

Ren przez cały czas nasłuchiwał, czy aby coś nie czai się w krzakach, dlatego odwrócił się gwałtownie, gdy za sobą usłyszał głośny trzask, pisk, a po nim jęk. Już trzymał dłoń na głowicy miecza, gdy dostrzegł, w czym leżał problem – dosłownie i w przenośni.

Bellamy właśnie pomagał wstać Vesnie, podczas gdy Cerise leżała nieco skulona na ziemi i zaciskała kurczowo smukłe palce na kostce. Miała zamknięte oczy, jednak Ren podejrzewał, że powstrzymywała łzy. Zmarszczka między jej brwiami pogłębiła się, gdy spróbowała poruszyć stopą.

Przewrócił w duchu oczami, westchnął cicho i kucnął obok niej.

– Zabierz rękę – wymamrotał, a gdy ta się ociągała, złapał ją za nadgarstek i sam odsunął jej dłoń na bok. Wziął się za rozwiązywanie sznurówek jej buta, zerkając przelotnie na jej twarz. – Bez przesady... Z takimi butami nie powinno to być nic poważnego. Co się w ogóle stało?

Jako że księżniczka najwyraźniej nie zamierzała zabrać głosu w tej sprawie, spojrzał pytająco na przyjaciółkę.

– Nie wiem – bąknęła wampirzyca, a na jej policzku Rentahr zauważył ślady zadrapania. – Szłam i w pewnym momencie... – Zawahała się. Głupio jej było mówić źle o potencjalnej dziedziczce tronu.

– Potknęłam się o gałąź i wpadłam na nią – odezwała się w końcu Cerise i syknęła cicho, zaciskając mocniej zęby, gdy chłopak zdjął w końcu buta z jej nogi. – Moja wina, przepraszam – bąknęła.

Ren nie skomentował tego w żaden sposób i podwinął nogawkę jej spodni, odsłaniając kostkę.

– Noż jasna cholera – syknął i przeczesał palcami włosy. Spojrzał dziewczynie w oczy, które wyjątkowo nie były takie bezduszne jak zwykle i uśmiechnął się krzywo. – Powiem ci, księżniczko, że naprawdę masz talent. Dawno nie spotkałem takiej ofermy. – Pokręcił głową, sięgnął po torbę i zaczął szukać bandaży.

Bellamy obserwował w ciszy, jak na twarzy poszkodowanej odbija się ciężki szok, który powoli przechodził w niedowierzanie, aż w końcu zmienił się w złość.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić? – warknęła oburzona, nawet nie kryjąc swojego niezadowolenia.

– Normalnie – wymamrotał w odpowiedzi, wyciągając opatrunki.

– Daj mi to. – Vesna wyciągnęła dłoń i zabrała bandaże, po czym przyklękła obok dziewczyny. – Może trochę zaboleć – ostrzegła i zaczęła ciasno owijać jej kostkę.

– Idę się rozejrzeć za jakimś miejscem na nocleg. Bellamy, idziesz ze mną – postanowił Ren i pociągnął przyjaciela za rękę.

Mag bez słowa podążył za nim i przez chwilę obaj milczeli, każdy pogrążony we własnych myślach.

– Nie boisz się, że coś im się stanie w międzyczasie? – odezwał się w końcu Bell. – No wiesz... Jesteśmy w lesie, one są same... – Urwał, gdy zobaczył spojrzenie towarzysza. – Nie patrz tak na mnie – burknął i schował dłonie do kieszeni, kopiąc jakąś gałązkę.

Ren prychnął cicho i pokręcił głową.

– Rozpieszczona smarkula. Jeśli książę Alan jest choć w połowie taki jak ona, zmieniam obywatelstwo.

Bellamy zaśmiał się cicho i szturchnął go łokciem.

– Trochę więcej empatii, stary. Spróbuj postawić się na jej miejscu.

– Na jej miejscu? – Uniósł brwi. – Mieszka sobie w wygodnym pałacu, a ta podróż to pewnie jej pierwsza w życiu. Nawet chodzić nie umie! – Wyrzucił ręce do góry w geście frustracji. – Jak można skręcić kostkę w tak porządnych butach?!

W głowie mu się nie mieściło, dlaczego król wysłał swoją córkę. Mógł posłać jakiegoś prawdziwego dyplomatę z pierwszego zdarzenia, a nie rozwydrzoną dziewuchę.

– Ty to czasem jesteś bardziej tępy, niż jednooka Marge. – Mag cmoknął teatralnie i zatrzymał się, krzyżując ramiona na piersi. – Ty wiesz jaka była afera, gdy okazało się, że pierworodna króla nie posiada mocy?

Ren wzruszył ramionami.

– Nie orientuję się w polityce, wiesz o tym – wymamrotał.

– Podobno wysłano ją gdzieś na trzy lata i próbowano siłą wyciągnąć z niej moc.

– To tak można? – Chłopak skrzywił się nieco, próbując to sobie wyobrazić. Nie miał pojęcia, jak mógł wyglądać taki proces, ale z pewnością nie należał do tych przyjemnych.

– Szczerze mówiąc, nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. – Bellamy podrapał się po karku.

– Przecież jesteś magiem...

– A wyglądam ci na kogoś, na kim robiono eksperymenty? – obruszył się. – Poza tym, nie mam problemu z uzewnętrznianiem swoich zdolności.

– No tak. –Ren pokiwał powoli głową z poważną miną, ale na jego ustach czaił się złośliwy uśmieszek. – Ty tylko nie potrafisz jej kontrolować i używać we właściwych momentach.

– Ej, idzie mi coraz lepiej! – zaprzeczył żwawo. – Poza tym, jestem samoukiem. Tygodnia byś nie przeżył, gdybyśmy się zamienili miejscami.

– To i tak nieźle, ty byś padł po dwóch dniach – parsknął i westchnął ciężko. – Dobra, wracamy.

– A miejsce na nocleg? – Bellamy uniósł brwi, ale bez sprzeciwu ruszył za nim w drogę powrotną.

– Rozbijemy się tam, gdzie się zatrzymaliśmy – odparł bez namysłu, a czując na sobie jego pytające spojrzenie, uśmiechnął się pod nosem. – Musiałem pobyć trochę w męskim towarzystwie. Nie przywykłem do ciągłego przebywania wśród kobiet – oznajmił szczerze.

– Mój drogi, nie wiesz nawet, co tracisz. – Zaśmiał się głośno, czochrając go po głowie.

Ren uchylił się i omal nie wyłożył się jak długi, gdy zahaczył nogą o wystający spod ziemi korzeń. W ostatniej chwili złapał równowagę.

– Ani słowa – syknął, widząc jak Bellamy otwiera usta. Zignorował jego śmiech i przyspieszył kroku.

Jeśli bogowie zamierzali się na nim mścić za wszystkie jego docinki wobec księżniczki, to czarno widział swoją przyszłość.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany