Opowiadanie użytkownika Kasiobi

Lodowe serce 5

local_library2 comment0 thumb_up0
Męskie serca - część 5
19-08-2018 00:31

5
Nowy York przywitał Laurę drobnym deszczykiem i korkami. Wróciła do domu - na samą tę myśl uśmiechnęła się szeroko. Szybko powściągnęła uśmiech i podała adres dokąd ma ją zawieść taksówkarz. Jutro porozmawia sobie z "zorganizowanym " personelem. Co to jest, że mimo umówionego transportu nikt nie podjechał. nie po to płaciła krocie swoim pracownikom by ją ignorowali i robili co tylko zechcą. Jutro od rana zrobi porządek. Na szczęście wróciła myślami na chwilkę do Londynu i niesfornego pana krasnala, który zaczynał zaprzątać jej myśli częściej niż tego oczekiwała. W końcu po czterdziestu minutowej podróży dotarła do domu. W drzwiach zostawiła wszystko oprócz aktówki. Walizkami zajmie się później. teraz musiała prześledzić karierę Dylana Sparksa, nie mogła pozwolić sobie na jakikolwiek fałszywy krok. Biorąc butelkę wina z półki usiadła, nalała kieliszek i otworzyła wszystko wiedzącego google. Na pierwszych pozycjach były artykuły z brukowców. Nic nowego, co impreza to inna kobieta, typowy facet. Jej jednak nie interesowały kobiety z którymi sypiał a sukcesy jakie osiągał i jak wszystko się zaczęło. Powęszyła trochę tu i tam i już znała jego historię, przynajmniej tę oficjalną. Najlepszy student, już w trakcie uniwersyteckiej kariery zaczynał swoje interesy od korepetycji i pisania prac. pierwsze zarobione pieniądze zaczął pomnażać na giełdzie, gdzie po miesiącu był już o kilkaset tysięcy bogatszy. Inwestował w nieruchomości, kupował, remontował i sprzedawał z wielkim zyskiem. Tak zaczął prawdziwą przygodę. Zajął się wykupem opadających firm i stawianiem ich na nogi. Miał pod sobą kilka browarów, sieć restauracji skazanych na porażkę a teraz hulających aż miło, kilka fabryk mebli, odzieżówka. Od kilku lat zajmował się elektroniką, nowinkami technologicznymi i samochodami. Był majętnym człowiekiem, odnoszącym sukcesy na całym świecie. W Afryce zajmował się złotem i diamentami, w Azji gazem. Można rzec, wszechstronny. Co Laurze najbardziej się podobało w całym tym jakże pięknym, wręcz sielankowym obrazie, to to ze nigdy nie odniósł porażki. Przez jej szare komórki przebiegła myśl że zawsze musi być ten pierwszy raz, jednak w razie co, stracą równo. Na szczęście z jej pozycją i jak zdążyła się już zorientować z jego równie, nie byłą to taka strata by ie móc sobie pozwolić na jakieś ryzyko. Zamknęła komputer i racząc się pysznym winem rozłożyła się na kanapie nie wiadomo nawet kiedy zasypiając. Ranek przyszedł szybciej niż się tego spodziewała. Działała metodycznie nastrajając się na obroty pracy w biurze. Prysznic, garderoba, dodatki, fryzura, śniadanko w locie i fruwającym krokiem pognała do biura. Na miejscu było o siódmej trzydzieści. Nikogo z pracowników jeszcze nie było. Zaparzyła sobie kawę i ruszyła do swojego gabinetu. Zaraz po ósmej zawołała Michaela z kadr i nakazała przygotowanie dokumentów współpracy i wysłanie ich kurierem do Blue Moon Company do rąk Dylana Sparks. Przejrzała zaległe wiadomości, obdzwoniła kilka działów i kilka fabryk produkujących dla jej firmy i o jedenastej podniosła się od biurka by rozprostować nogi. Wyciągnęła z szuflady zdjęcie i przypatrywała się mu przez nieokreśloną ilość czasu. Otrząsnęła się ze wspomnień i ruszyła dalej z pracą. Nagle zadzwonił intercom
- Tak... - zapytała
- Gość do Pani, Pani Drew. Mówi że to pilne
- Mówi? Kto mówi... - usłyszała zapytanie recepcjonistki o godność przybyłego gościa i gdy usłyszała głos w oddali już wiedziała
- Pan Sparks, proszę pani...
- Konferencyjna, zaraz będę... - rozłączyła się i odetchnęła.
Wychodząc z gabinetu jej telefon się rozdzwonił. Zgarnęła go z biurka i idąc korytarzem odebrała. Dzwonili z działu technologii czasoprzestrzennej. Mieli problem z odnalezieniem odpowiednich ścieżek do instalacji nowego programu. Laura przewróciła oczami i zaczęła wykładać jak i co mają zrobić. Szła spokojnym krokiem jednak jej ton robił się coraz twardszy i widać było że zaczyna jej brakować cierpliwości od osoby po drugiej stronie aparatu.
Dylan stał przy oknie w sali konferencyjnej. Ubrany w dopasowany granatowy garnitur, szarą koszulę, ciemny granat krawat czekał na Laurę. Podziwiał widoki. Widział swoje biuro z tego miejsca i central park. Nagle odwrócił głowę do otwartych drzwi bo usłyszał Laurę. Jednak nie taką jak w Londynie. Twardo coś tłumaczyła i słyszał dokładnie że jej cierpliwość jest wyczerpana. Uśmiechnął się sam do siebie bo już wiedział, jaka potrafi być bezwzględna. Twarda sztuka, takie kobiety lubił i cenił. Słuchał co mówi i z każdym nowym zdaniem rosło jego zdziwienie. Faktycznie nie ściemniała mu ze sama wszystkim się zajmuje. Z satysfakcją przysłuchiwał się rozmowie i parametrom, jakimi rzucała Laura z szybkością karabinu. W pewnym momencie prawie wybuchł śmiechem słysząc " Ja chyba zwariuję! Za co, kurwa, bierzesz pieniądze? Mam cię cholernego alfabetu uczyć? Litości!! Weź się do roboty albo się pakuj. masz pół godziny na decyzję!" po czym opanował uśmiech na twarzy i przybrał maskę twardziela gdy w drzwiach stanęła ona.
- Witam panie Sparks...
- Pani Drew, miło mi panią widzieć. Otrzymałem dokumenty.
- Coś z nimi nie tak? - zapytała i już chciała dzwonić do kadr gdy Dylan ją powstrzymał.
- Wszystko w porządku, tak jak w propozycji współpracy którą otrzymałem na spotkaniu w Londynie. Pozwoliłem sobie osobiście stawić się tutaj na podpisanie dokumentów. Nie można tak ważnych umów pozostawiać w rękach kurierów.
- Rozumiem. Kawę? - spojrzała łagodniej niż jeszcze minutkę temu.
- Z przyjemnością. - rozsiadł się w fotelu. Laura przycisnęła intercom na ścianie i zażyczyła sobie dwie kawy do sali konferencyjnej na już
- Więc... mam nadzieję ze kontrakt jest według pańskich oczekiwań - spojrzała na niego i przeszła przez całe pomieszczenie siadając naprzeciwko mężczyzny. jego wzrok topił ją jak lawa skały. Czuła drżenie w najgłębszych zakamarkach swojego ciała i napięcie mięśni o których nie miała jeszcze chwilę temu pojęcia że je ma. Dylan przyglądał się jak sunie do fotela, siada, zakłada nogę na nogę i ledwie utrzymał jęk w sobie. Było to tak przepyszne zjawisko, dawno nie widział kobiety która z taką siłą, pewnością siebie i seksapilem poruszała się w jego towarzystwie. Zazwyczaj kobiety tryskały seksapilem i wieszały się mu na szyi. Były uległe i posłuszne. Nie warczały, nie klęły i robiły czego tylko od nich chciał. Wszystko dzięki pieniądzom jakie posiadał. Natomiast istota naprzeciw niego, godna schrupania, z zielonymi, szczerymi i szeroko otwartymi oczami, z rumieńcem na policzkach i piegami w takiej ilości że zajęłoby mu stulecie na ich zliczenie, na pewno nie oczekiwała jego pieniędzy. Sama miała ich tyle co on. Więc ten rumieniec i szmaragdowe, błyszczące oczy oznaczały ze była zainteresowana nim jako nim, człowiekiem z krwi i kości a nie potencjalnym sponsorem luksusowego życia. Wyciągnął się na fotelu, założył nogę na nogę. Lewą ręką stukał w kolano, prawą trzymał swój podbródek i z minimalnym, chytrym uśmieszkiem obserwował. Laura siedziała z nogą na nogę i bawiła się piórem. Nie mogła nic poradzić na to że Dylan miał na nią i jej fizyczność taki wpływ. Miała ochotę się zastrzelić a przynajmniej spoliczkować za ten rumieniec który, jak się spodziewała czując gorąco, kwitł na jej policzkach./ Nie wiele brakowało a sapnęła by przy nim albo co gorsza jęknęła przeciągle. Bała się potworzyć usta, nie ufała sobie na tyle by teraz to zrobić bo wiedziała, jak tylko je uchyli wszelkie niekontrolowane dźwięki wypłyną z nich jak bomba atomowa. W końcu Cassie, recepcjonista, przyniosła zamówioną kawę. Laura odprawiła ją tylko spojrzenie i zwróciła się do Dylana.
- A więc, podpisujemy, panie Sparks?
- Oczywiście pani Drew. Proszę mówić mi po imieniu. W końcu nawiązujemy partnerstwo.... - specjalnie nie dopowiedział, widział jak dziewczyna na sekundę traci wyrazistość
- Jasne, krasnalu... - zaśmiała się i podała mu podpisane dokumenty.
Dylan je podpisał, oddał kopię dziewczynie. Swoje włożył do aktówki i spojrzał na nią.
- Teraz, gdy już nie grozi mi oskarżenie o korupcję, czy możemy udać się na kolacje, do kina, na spacer... co sobie zażyczysz maleńka...
- Teraz, maleńki, bierzemy się ostro do roboty. Zgodnie z umową, którą podpisałeś, za trzy dni ruszamy na podbój europy i nie będzie to wycieczka krajoznawcza a ciężka praca. W związku z zakwaterowaniem w tych samych hotelach, będzie kolacja, bo będzie trzeba czasami coś zjeść. Ale nie obiecuj sobie za dużo... nie mamy czasu na głupoty - chciała sobie uciąć język, ale nie miała wyboru. Praca była jej priorytetem. Gdy osiągnie zamierzony cel, będzie mogła pomyśleć o urlopie, jednak do tego czasu trzymać się musiała zamierzonego planu. I z całych sił nienawidziła się za to. Przed nią siedział bóg w ludzkiej postaci, marzenie każdej zdrowej kobiety na świecie, ciacho jakich mało a ona musiała skupić się na pracy.... Cholera jasna !

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany