Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Prolog

local_library2 comment0 thumb_up1
Nie ufaj demonowi - część 1

Wiem, że dzieje się ze mną coś niedobrego.

Wiem, że to coś, co siedzi w mojej głowie. Coś mrocznego, przerażającego, coś toczącego mnie jak śmiertelna choroba, cicho, nieubłaganie... skutecznie, brutalnie.

Wiem, co z tego będzie. Doskonale to widzę.

Jestem martwa. Umarłam za życia. Umarłam tak, jak żyłam, jak kochałam i jak się urodziłam. Umarłam w samotności, tonąc we własnym cierpieniu i szaleństwie, zatykając uszy i krzycząc, by nie słyszeć, jak głupcy się ze mnie śmieją.

Umarłam. Lecz wciąż muszę żyć. I nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak mnie to boli.

Zawsze uważałam się za całkiem twardą. Uparcie dążyłam do swoich celów, kochałam swoje pasje, kochałam swoją inność – wręcz chełpiłam się nią jak największym skarbem. Ta odrobina szaleństwa siedziała we mnie od zawsze, a ja dbałam o nią, karmiłam, patrzyłam, jak rośnie, ciekawa, jaki ostatecznie zyska kształt... kochałam ją, bo właśnie ona sprawiała, że byłam sobą. To ona definiowała mnie jako osobę, to ona kształtowała przede mną wszystkie ścieżki, to przez jej pryzmat patrzyłam na swoją przyszłość i wszystko wokół. Moje szaleństwo było mną... a ja ostatecznie w nim utonęłam. Trochę to ironiczne, nie uważacie?

We wszystkim, co widzę, są jedynie cierpienie i zło. Widzę słabość, widzę żłobiące blizny w ciałach łzy, widzę ludzką rozpacz i nieszczęście... Tak, mojej duszy nie ruszą skały i kamienie. Moją duszę ruszą łzy.

I ruszyły. Na tyle, by całkowicie mnie złamać.

A głupcy śmieją się, szydzą, głupcy siedzą w mojej głowie.

Wierzę w to, że możecie być lepsi. Ja mam przed sobą konkretną drogę, którą chcę podążyć. A wy? Czy jest w was cokolwiek więcej prócz okrucieństwa, egoizmu, bezmyślności i czystej głupoty? Jak wiele musi się stać, żebyście przejrzeli na oczy?

Wierzę, że gdybyście ujrzeli krew między tymi słowami, stalibyście się lepsi. Lecz żeby ją ujrzeć, musielibyście przestać udawać ślepców...

Gdybyście stali się lepsi, wasze nienarodzone dzieci być może miałyby szansę na to, by bawić się kiedyś beztrosko, bez obawy, że za ich plecami może czaić się śmierć. Bez wrażenia, że to może być ostatni raz, gdy śmieją się tak szczerze...

Ignorujcie ślepotę...

Brzmię na szaloną, prawda? Obojętnie, czego nie zrobię, wy i tak będziecie się z tego śmiać. Będziecie śmiać się nawet wtedy, gdy ogień zeżre wasze resztki. Głupcy śmieją się nawet gdy umierają.

A ja... Ja się boję. Jest tak wiele rzeczy, na myśl o których odczuwam panikę, że aż sama zaczynam się zastanawiać, czy te emocje nie są jedynie wytworem mojego chorego umysłu.

Boję się przyszłości. Boję się tego, że już nigdy nie będzie dobrze. Boję się, że nigdy nie spotkam kogoś, kto czułby to samo, co ja. Boję się, że świat zmieni się w plastikową zabawkę, której każda część zaczyna się od przedrostka „smart”. Boję się, że prawdziwe zagrożenie zostanie zignorowane na rzecz obezwładniającej głupoty. Boję się, bo mam niezrozumiałe, niemożliwe do opisania przeczucie, że powinnam wam wszystkim pomóc, ale zupełnie nie wiem jak...

Boję się własnych myśli. Boję się tego, jak właściwie sama wpędzam się w szaleństwo. Boję się swoich zbyt realistycznych snów. Boję się ideałów, które obracałam w palcach wyobraźni tak wiele razy, że ich brak stał się zbyt bolesny i niemożliwy do zignorowania. Boję się, że pozwoliłam się tym ideałom tak oślepić, że teraz nie jestem w stanie bez nich żyć. Boję się tego, że nikt nie dostrzega, co dzieje się w mojej głowie. Boję się samotności. Boję się samej siebie. Boję się dziwnej nostalgii, która ogarnia mnie za każdym razem, gdy spoglądam w stronę Kordonu...

Boję się. Ba! Jestem wręcz przerażona. Tyle pozornie życzliwych osób wokół, a ja wciąż nie mam komu tego wykrzyczeć...

Boję się maski normalności, jaką muszę przywdziewać na co dzień. Boję się tych chwil, gdy udaje mi się własne szaleństwo przegnać do kąta i stłamsić, bo wiem, że nie będą trwać w nieskończoność. Boję się samej siebie... bo nie jestem pewna, czy to jedynie kwestia tego, że powoli wariuję, czy może jednak faktycznie kryje się za tym coś więcej.

Boję się przeciętności. Boję się, że zostanę sama i zapomniana. Boję się tak wielu pozornie zwyczajnych rzeczy, że nie jestem w stanie ich nawet zliczyć...

Boję się tego, że nigdy nie będę szczęśliwa.

Boję się. Bogowie, jeśli jacykolwiek istniejecie, pomóżcie przegnać mi ten strach... pozwólcie mi być po prostu szczęśliwą...

Dlaczego według was nie zasłużyłam sobie na to? Do czego ja wam jestem potrzebna?

Boję się, że faktycznie wiem coś więcej...

Świat nigdy nie rozumiał mnie, choć ja świat rozumiałam doskonale. Rodzice krzyczeli na mnie, mama rwała sobie włosy z głowy, zarzucała mi, że na siłę doszukuję się powodów do depresji, że unieszczęśliwiam się, że cuduję, że przesadzam, bo przecież nie dzieje się nic takiego...

A ja po prostu wiem, że się dzieje.

I boję się, że głupcy będą się śmiać nawet wtedy, gdy sami się zabiją...

Myślę o tym wręcz natrętnie. Zastanawiam się, planuję, choć wiem, że i tak nic mi z tego nie wyjdzie. Pogrążam się w swoich marzeniach, w których jest mi o wiele lepiej, niż w rzeczywistości. Bo tam przynajmniej wszystko idzie po mojej myśli. Tam przynajmniej mogę czuć się ważna, doceniona... kochana. Mogę mieć poczucie, że cokolwiek ode mnie zależy. Że jednak trochę bardziej, niż śmieszna, jestem jednak potrzebna.

Ale obojętnie, czego nie zrobię, myśli prędzej czy później uciekają mi w stronę Kordonu.

Często zastanawiam się nad tym, jak by to było, gdybym potrafiła się upić. Nie wiem, jak to jest możliwe, ale alkohol zwyczajnie na mnie nie działa – prędzej stanę się pełna, niż choćby zaszumi mi lekko w głowie. Podejrzewam, że gdybym mogła choć raz się prawdziwie upić, znalazłabym w tym przynajmniej chwilową, złudną ulgę. Nigdy nie miałam szacunku dla rozpijających się kobiet, ale często sama po prostu tak bardzo nie mogę ze sobą wytrzymać...

Były dni, gdy mogłam jedynie siedzieć w jakimś miejscu, z którego widziałabym dobrze Kordon, pić ciemne, gorzkie piwo, obracać w palcach długopis nad pustą kartką w notatniku i chłonąć niezdrowe gorące powietrze. Pozwalać, by pomarańczowe słońce lizało moją bladą skórę. Wciągać w płuca zapach nienazwanego, zapach choroby toczącej świat...

Czasem musiałam tak po prostu siedzieć i patrzeć, bo inaczej bym oszalała.

Rodzice wielokrotnie prosili mnie, żebym przeprowadziła się wraz z nimi w „bezpieczniejsze miejsce”. Odkąd zaczęło dziać się naprawdę źle, odkąd demonom przestał wystarczać mały las daleko za miastem, żyliśmy w ciągłym niepokoju – strefa objęta Kordonem powiększała się błyskawicznie i nieubłaganie zbliżała w stronę granicy miasta, na której znajdowało się nasze osiedle. Mama już lata temu zaczęła budować elegancki dom na przedmieściach, mając dosyć mieszkania w bloku, i właśnie tam rodzice ostatecznie się przenieśli. Zdecydowana większość ludzi z okolicy poszła w ich ślady... lecz ja zostałam. Nie byłam w stanie opuścić mieszkania, w którego każdym kącie czaiły się moje wspomnienia. Szczęśliwe wspomnienia z czasów, w których nie byłam szalona aż tak bardzo...

Byłam tu sama. Jedna z nielicznych na osiedlu, a jedyna, która nie odczuwała lęku na myśl o tym, jak blisko Kordonu mieszka. Siedziałam właściwie na tykającej bombie, bo strefa mogła w każdej chwili połknąć kolejne kilometry, ale... nie bałam się. Być może w głębi ducha naiwnie wierzyłam, że akurat mnie nie jest to w stanie dosięgnąć. Idiotyczne poczucie nieśmiertelności, które opuści mnie pewnie jak ręką odjął, gdy faktycznie coś się wydarzy.

A więc niemal cały wolny czas spędzam na dachu bloku. Plując na lęk wysokości, siedzę na rozgrzanej papie, obracam w palcach bagnet od kałasznikowa, piję gorzkie ciemne piwo i patrzę w Kordon...

Patrzę i walczę z przedziwną tęsknotą, jaka ogarnia mnie za każdym razem, gdy wyczuję choćby smak płynącego stamtąd wiatru, a która rośnie do niemożliwego do zniesienia bólu w piersi, gdy odważam się zerknąć przez lornetkę w ciemne okna opuszczonych bloków.

Kordon przedziela moje osiedle na pół. I w każdej chwili może odebrać mi wszystko to, co kiedykolwiek się dla mnie liczyło.

Potrafię jednocześnie płakać, śmiać się i zaciskać pięści z determinacji, gdy kolejny raz ogarnia mnie ta tęsknota. Tęsknota niemożliwa do pokonania, niemożliwa do ugaszenia, bo dobrze wiem, że jej źródło jest właśnie gdzieś tam...

Proszę, ludzie, bądźcie dobrzy, bo ja już nie mogę.

Są dni, gdy nie mogę wytrzymać sama ze sobą. I pomyśleć, że nikt nie powiedziałby, że jest ze mną aż tak źle...

Nie, nikt nie ma mnie za tak całkiem normalną. Jak w końcu mogłabym być normalna, skoro wybrałam sobie taką przyszłość? Ale dla nich jestem jedynie małą Leą. Tą chudą, niziutką blondynką o urodzie ostro wymalowanej, ale jednak słodkiej małej dziewczynki. Tą delikatną, czasem przesadnie dziewczęcą laską o kolczastym poczuciu humoru, złośliwości przekraczającej ramy zdrowego rozsądku, kilku dziwnych zainteresowaniach i przesadnej miłości do starego hard rocka. Tą małą, często roztrzepaną dziewczynką, którą fascynuje wszystko to, co innych zwyczajnie odrzuca. Tymi czterdziestoma trzema kilogramami słodkiego wdzięku, który zjeść potrafi jak przysłowiowy chłop od pługa, zgasić ciętą ripostą dosłownie każdego i powstrzymać się od wulgaryzmów w każdej sytuacji, uparcie uważając, że kobietom to nie przystoi.

Nikt nie wie – nikt nawet się nie domyśla! – co może się za tym kryć. Bo nie chcę, żeby ludzie wiedzieli. Moje szaleństwo bywa czymś na tyle osobistym, bym za wszelką cenę broniła go przed ciekawskimi spojrzeniami.

Jednocześnie lubię to, jaka ta moja maska jest skuteczna, i cierpię przez to, że tak naprawdę jestem z tym wszystkim całkiem sama. Bo nikt nie jest ze mną szczerze, skoro tak naprawdę nie ma pojęcia, że w rzeczywistości jestem potrawką z jadowitego węża.

Ktoś kiedyś mi powiedział, że jestem twardą laską. Że uważa mnie za osobę szczęśliwą, zdecydowaną, pewną siebie, która dosłownie taranem idzie przez życie i nic jej nie powstrzyma...

Bo nic mnie nie powstrzyma. Oprócz prywatnego koszmaru rozgrywającego się w mojej głowie.

Uśmiecham się. Wiecznie się uśmiecham, rozmawiając z ludźmi. Śmieję się, rzucam żartami... bo naprawdę mam takie usposobienie. Naprawdę jestem kimś, kto jest – a przynajmniej powinien być – radosny. Gdyby wszystko poszło dobrze, przecież cały czas bym na taką wyglądała.

A wiecie, czego pragnę najbardziej na świecie? Co jest dla mnie tak ważne, że aż nie mogę spać, co sprawia, że moje szaleństwo niemal mnie obezwładnia?

Pragnę miłości. Pragnę znaleźć kogoś, przy kim nie musiałabym być silna. Pragnę znaleźć kogoś, w kogo cieniu mogłabym się schować i przynajmniej na chwilę wmówić sobie, że to nie ode mnie wszystko zależy. Że to nie w mojej głowie się tyle dzieje...

Świecie, dlaczego tego nie widzisz? Przecież to chyba normalne, że młoda dziewczyna potrzebuje takich rzeczy. Dlaczego odmawiasz mi czegoś, co jest dla wszystkich wokół więcej niż oczywiste?

A świat nie odpowiada. Nigdy.

A ja muszę żyć, choć w rzeczywistości mam wrażenie, że jestem martwa już od dawna.

Muszę żyć... muszę pracować... bo ta praca to jedyne miejsce, w którym czuję się po prostu dobrze. W którym czuję, że jestem na swoim miejscu.

Muszę pracować, bo jak nie pracuję, jestem bezsilna wobec swoich demonów.

A tak naprawdę płaczę. Umieram...

I wciąż mam naiwną nadzieję, że jednak się zmienicie.

Świecie, spraw, żeby oni w końcu przejrzeli na oczy...

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany