Opowiadanie użytkownika Multivariate Ego


Umówiłam się z Ferrisem na wieczór. Rozmawiałam z nim zaraz po moim spotkaniu z Valdrianem. Zastałam go w kuchni, kiedy porcjował dzika przyniesionego w nocy z lasu. Kiedy zapraszałam go na spotkanie, jego nozdrza drżały; myślę, że czuł na mnie zapach księcia, bo w końcu ten musiał mnie dotknąć, żeby dokonać umowy. Zanotowałam w myślach, żeby koniecznie wykąpać się przed randką, bo nie ma nic gorszego niż zapach mężczyzny na sobie, kiedy próbuje się uwieść innego mężczyznę.

Spędziłam na obowiązkach dość pracowite popołudnie. Musiałam wyrobić się z wszystkim przed wieczorem. Jak na złość imigranci wciąż forsowali nasze granice, a ich liczba łapana w portach, na brzegach i w centralnych częściach kraju zwiększała się z dnia na dzień. Wkrótce powinna osiągnąć apogeum. Przez nadmiar roboty strażnikom umknęło parę dzieci Kontynentu Dantego, których następnie część znajdowała się w mieście, a reszta znikała bez śladu. Gdy już udawało im się wyrwać z łap łapaczy, chowali się tak dobrze, iż niemożliwością było odnalezienie ich. Uważam, że jakiś tam odsetek obywateli chował uciekinierów, po czym dokarmiani w zaciszu domowym, egzystowali sobie z daleka od „odoru strachu”.

Było po szóstej, gdy zjadłam skromną kolację – uprzedziłam Nestę, żeby przygotowała w moim jadłospisie na ten dzień przekąski: truskawki, czekoladę, delikatne ciasta, które mogłam wziąć na spotkanie z Ferrisem. Następnie wzięłam kąpiel w gorącej wodzie. Moje ciało zaróżowiło się, a ciepło pozwalało mi na bezbolesną toaletę. Dawno nie leżałam w balii, z której unosiłaby się para. Przyjemnie było się oprzeć o kamienny rant, zamknąć oczy i chłonąć całą sobą wzlatujące w powietrze zapachy. Wdychałam je, ale i namaczałam się w nich. Chciałam pięknie, kusząco pachnieć. Umyłam włosy. Wyszłam z wanny wpuszczonej w podłogę z niechęcią. Dawno nie miałam okazji, żeby przeżyć taką kąpiel. Pocieszałam się, że po tej nocy powinno się to zmienić; że wkrótce odzyskam permanentnie to, co utraciłam. Wcześniej lub później. Wolałam wcześniej.

Dokładniej niż zwykle przygotowałam swoje ciało, cały czas za uszami słysząc mój własny wewnętrzny głosik: to dla Ferrisa, dziś się mu oddasz. Uśmiechałam się podczas każdego zabiegu, czując przy okazji rumieńce kwitnące na policzkach. Tyle przygotowań dla jednej nocy… Nie. Nie jednej nocy, poprawiłam się, dla kolejnych lat, dziesięcioleci. Starłam włoski z każdego centymetra mojego ciała, aby odświeżyć efekt jedwabistości; tarka przy okazji wygładzała naskórek, czyniąc go doskonale miękkim. Później natarłam się olejkiem kwiatowym, nadając skórze zdrowy blask. Lekko się ostatnio opaliła, bo starałam się jak najwięcej czasu spędzać z Ferrisem – wyjątkowo na świeżym powietrzu – zaciskając zęby i wytrzymując bolesne pocałunki słońca. Racjonalnie rzecz wyjaśniając – to, że czułam poparzenia, nie znaczyło, że one powstają. Ciepło nie czyniło mi krzywdy, jednak powodowało spory dyskomfort. Aż do dzisiaj. Dzisiaj ciepło jego ciała, buchający żar, mogło sprawić mi tylko przyjemność. Przygryzłam wargę na tę myśl, susząc ręcznikiem włosy. Rozczesałam długie do pasa, czarne pasma, zostawiając je do naturalnego wyschnięcia.

Przeszłam z mojej prywatnej komnaty łaziebnej do sypialni. Stanęłam w drzwiach garderoby; szeroka i głęboka, stanowiąca praktycznie osobne pomieszczenie mieściła w sobie dziesiątki sukienek, tunik, getrów, spodni, koszul, butów, dodatków – miałam tutaj praktycznie wszystko. Przez okno do pokoju przesączało się rozgrzane upałem powietrze. Niebo przybrało barwę pomarańczy. Wkrótce miał nadejść zmrok. Zapowiadała się ciepła noc, więc postanowiłam skompletować krótką do kolan letnią sukienkę, do tego kardigan z koronek oraz sandały. W razie ochłodzenia mogłam się owinąć. W razie ochłodzenia! Ostatnio nie przejmowałam się temperaturą na zewnątrz, chyba że była faktycznie niska.

Usiadłam przed lustrem. Uśmiechnęłam się do siebie pokrzepiająco. Dasz radę. Obie połowy mówiły to samo, nawet ta, której nie lubiłam odsłaniać. To… On na pewno dziś zdejmie moją maskę. Jej konstrukcja niespecjalnie pozwalała na pocałunki; dało się w niej jeść, ale intymność mogłaby sprawić pewien problem. Wybrałam na ten wieczór najprostszą. Wyciągnęłam ją z szuflady, gdzie poukładane w trzy rzędy półmaski czekały na swój dzień. Czasem co ranek ubierałam inną, czasem, gdy nowy model wyjątkowo się mi spodobał, nie rozstawałam sie z jedna konkretną przez tygodnie, a nawet miesiące. Zostawiałam ją wtedy na biurku, na stojaku. stamtąd mnie pilnowała, gdy spałam. Często zastanawiałam się, co zrobię z nimi wszystkimi, gdy już odzyskam urodę. Doszłam do wniosku, że wciąż je będę ubierać. Półmaska stała się moją cechą szczególną, czymś, co mnie wyróżniało; jeśli miały zostać tylko kolejnym elementem garderoby, niech i tak będzie. Polubiłam je nie tylko dlatego, że zakrywały blizny, ale także, bo nadawały mi tajemniczości, a podczas rozpraw pomagały mi zachować neutralność.

Tym razem postawiłam na bardzo delikatny makijaż – tylko wytuszowane rzęsy, róż na policzku oraz balsam na ustach. Nie wątpiłam, że mocniejsze akcenty tak czy siak by się rozmazały podczas uniesienia.

Byłam gotowa. Pierwszy raz przygotowywałam się do spotkania, myśląc o daniu głównym. Te myśli – grzeszne, goniące jedna za drugą, przynoszące wyobrażenia, sprawiły, że zaczęłam pachnieć sobą. Tej woni Ferris nie mógł zignorować.

***

 Na mój widok wziął głęboki wdech, a następnie powoli wypuścił ustami powietrze. Jego oczy przesuwały się leniwie centymetr po centymetrze mojego specjalnie przygotowanego dla niego ciała. Chłonął mnie, prześwietlał, zapamiętywał – nie wiem – cokolwiek robił, wywoływał tym gęsią skórę oraz dreszcze biegnące wzdłuż kręgosłupa. Już był mój; szybko go kupiłam. Jego nozdrza drgały, kiedy bez udziału świadomości badał mój zapach. Co czujesz Ferrisie? Kwiaty? To na pewno. Olejek? Mhym… Mój pot? Feromony? Tak. Ale uwagę przyciągnęła i najmocniejsze wrażenie zrobiła na nim piżmowa nuta, charakterystyczny zapach gotowej na zbliżenie kobiety. Widziałam wyraźnie jego zadowolenie z obietnicy, którą złożył mu mój organizm. Ten wieczór miał zaprowadzić nas w objęcia, doprowadzić do aktu, sfinalizować uczucia między nami. Przywiązać wilkołaka do partnerki.

 Zatrzymałam się nieopodal. W rękach trzymał koszyk wypełniony słodkimi afrodyzjakami; jego palce zacisnęły się mocniej na wiklinowej, skręconej rączce. Nie uśmiechał się, ale wyraz jego twarzy odzwierciedlał skupienie na mojej osobie, a zwłaszcza sygnałach wysyłanych bez udziału mojej woli.

 Przestąpił z nogi na nogę, lekko odchylając się do tyłu.

 – Promieniejesz – stwierdził niskim, podnieconym tonem. – I nie mam na myśli wyłącznie tego duchowego blasku, który z ciebie emanuje, ale również energię cieplną. Czuję ją wyraźnie. Rano pachniałaś Valdrianem – przypomniał sobie – już wtedy wyczułem zmianę, ale przy tylu palnikach nie mogłem zrozumieć, co się stało. – Nie mogłam mówić, więc kontynuował swój wywód. – Spotkałaś się z nim, żeby ściągnął tę lodową klątwę z ciebie. Jak widać się zgodził. Nie powiesz mi, czy dałaś mu coś za to. Myślę, że takie umowy mają swoją cenę. – Odsłonił zęby w zadowolonym uśmiechu. – Mniemam, iż zrobiłaś to dla mnie. Dla nas. – Parsknął. – Jeszcze nigdy nie otrzymałem od kobiety tak oczywistego zaproszenia do łóżka.

 Ja również się uśmiechnęłam. Byłam usatysfakcjonowana, że wydedukował te wszystkie fakty. Nie zaprzeczyłam, nie potwierdziłam. Nie mogłam. Ale jemu musiał wystarczyć mój brak reakcji.

 – Zaprosiłam cię na wspólny wieczór pod gwiazdami – odparłam. – Seks… to tylko dodatek.

 – Deser?

 – Yhym. Deser.

 Szczeknął śmiechem, jak to wilkołaki miały w zwyczaju, kiedy podstawił swoje ramię. Opuściliśmy zamek i skierowaliśmy się na plac treningowy, gdzie wysokie żywopłoty mogły zapewnić nam jako taką prywatność.

***

 Szczęśliwie tego wieczoru imigranci sobie odpuścili. Wolałam wierzyć w to, niż brać pod uwagę jeszcze jedną możliwość – że to Valdrian przejął wszystkie zgłoszenia od stolika Dadarena, stwierdzając, iż podaruje mi wolną noc. To byłby dla mnie cios.

 Niebo iskrzyło się nieskończoną ilością gwiazd. I pomyśleć, że nasi przodkowie latali maszynami na inne planety. Oni mogli tego doświadczać z pierwszego rzędu. Ja wiedząc, jak piękny jest świat, za wszelką cenę starałabym się go uratować, lecz oni skupili się na czymś zgoła innym – ratowali siebie. Ich marzeniem była nieśmiertelność i cielesna samowystarczalność. Dostosowanie się do paskudnych, śmiertelnych zmian klimatycznych. Robili mieszanki, koktajle genowe, stosowali terapie, szczepili się wirusami, zmieniali swe ciała w stopy styków, metali i tkanek. Ostatecznie stali się hybrydami. A te hybrydy – my dzieci nowego świata – posiadaliśmy szerokie zdolności wykraczające poza możliwości zwykłych ludzi. Sukces, jak to nazywali, osiągnęli dopiero w przeddzień apokalipsy, którą na świat zesłał Stworzyciel.

 Niektórzy nazywali go terrorystą, my jednak wiedzieliśmy, że postąpił słusznie, zerując ziemię.

 Leżeliśmy obok siebie – dwójka hybryd, sztucznie wytworzonego życia – wilkołak i przedstawicielka serafinów. Dwie odrębne rasy. Razem. Spletliśmy palce dłoni ze sobą. Czułam jego ciepło. Teraz jego temperatura była tylko odrobinę wyższa od mojej. W najśmielszych wyobrażeniach nie dopuszczałam możliwości, że moją bestią okaże się wilkołak. Myślałam, że zakocham się w serafinie. Życie bywa przewrotne i pełne niespodzianek.

 Spędziłam z nim godny zapamiętania czas. Utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że naprawdę go pokochałam.

 Jak zwykle nasze spotkanie zaczęło się niewinnie. Temat gonił za tematem, wprawiając nas w doskonały nastrój. Karmiłam go słodyczami, a on się odwzajemniał. Tak dobrze było wreszcie poczuć te wszystkie smaki, jednak najbardziej byłam ciekawa mojego partnera.

 Przewróciłam się na bok, podpierając się na jednym łokciu. Jego oczy potoczyły w górę, a jego szyja lekko się wygięła, gdy patrzył na mnie z tej perspektywy. Jabłko Adama wybijało się ponad poziom, tworząc miniaturową górę.

– Dlaczego przybyłeś na mój kontynent? – zapytałam.

Od dawna byłam ciekawa powodów. Jeśli nie chodziło o „odór strachu”, musiał zrobić to z osobistych pobudek, co zreszta juz dawno zasugerował.

– Chcesz znać prawdę, co? – wymruczał.

– Wyłącznie.

Poniósł się, siadając z jedną nogą zgiętą i utrzymując ciężar ciała na wyprostowanej ręce.

Przekrzywił twarz w bok, przyglądając się mi z dziwnym zaciekawieniem. Dziwił się, że pytam? Zresztą… on był synonimem niecodziennych odruchów. Już przywykłam do jego nieadekwatnych do sytuacji reakcji, zwłaszcza, że część z nich bywała przesadna, rozdmuchana, teatralna.

– To może ci się nie spodobać – odparł. – Ale chcę być z tobą szczery. Wyjawię ci tajemnicę, a ty się odwzajemnisz.

– Ciemne tajemnice? – zachichotałam zachęcająco.

– Tak jakby. – Jego oczy przesunęły się z góry na dół mojej sylwetki, po czym wróciły do oblicza. – Więc jak? Zawieramy układ?

– Co tylko zechcesz.

Kiwnęłam głową. Czegokolwiek zażąda w zamian, mogłam mu to darować. Ufałam mu.

Poprawił swoja pozycję, spoglądając najpierw gdzieś na bok. Może układał w głowie słowa. Wreszcie przemówił, patrząc na mnie. Dokładniej na mój wyraz twarzy. Na mimikę, która miała się pojawić po wyznaniu. A było ono wyjątkowo osobliwe.

– Przybyłem na Skrawek Wieczoru, ponieważ tutaj mieszka serafin, który zamordował moich rodziców podczas pacyfikacji wilkołaków. – Pauza. Długa, ale nie za długa. Taka na zaczerpnięcie powietrza. – Zamierzałem go zabić.

Tego się nie spodziewałam.

– Och… – jęknęłam – to… – Serce waliło w mojej klatce jak młotem. Przed oczami mi pociemniało. Zapewne moja mimika mówiła o kilkunastu uczuciach, które właśnie walczyły o dominacje w mojej jaźni. – Wiesz, kim on jest?

Jeszcze bardziej przekrzywił głowę. Oczekiwał kolejnych reakcji.

– Tak – przyznał. – Nie mogę się jednak do niego dostać.

– To chyba dobrze – powiedziałam ostrożnie, ważąc każde słowo. Nie potrzebowałam teraz kłótni. To jedno wyznanie mogło zniszczyć wszystko, co pielęgnowałam prawie od trzech miesięcy. – Gdybyś go zamordował, straciłbyś życie. Zapewne ja bym cię sądziła.

Uśmiechnął się jak drapieżnik.

– Nie dbam o to.

Jak zawsze szczery.

– Kim on jest? – dopytałam, czując, że zasycha mi w gardle. Może mogłam coś zaradzić na ten konflikt?

– Nie powiem ci. – Uparł się; w jego wypowiedzi nie było miejsca na polemikę. – Kiedyś wreszcie będę mógł go dostać w swoje łapy.

– Może zmienisz zdanie.

– Nie – twardo zaprzeczył. – Czy wciąż jesteś mną zainteresowana? – zwrócił się do mnie spokojniejszym, bardziej uczuciowym tonem.

Tyle przygotowań, tyle godzin poświęconych na poznawanie Ferrisa, żeby przekreślić to wszystko dla jakiegoś wyznania? Może był wciąż sfrustrowany i zły za tamtą wojnę, ale wątpiłam, żeby nie dało się go odwieść od zamiaru.

Był wilkołakiem. Jego lud kierował się innymi zasadami. Na Kontynencie Dantego codziennością były samosądy i nikt nie robił o nie większego rabanu, jeśli faktycznie miały słuszne podstawy. Terytorialne wilkołaki wiele załatwiały siłą i przemocą. Dla niego chęć zemsty wpisana została w geny. Podobno wilkołaki miały stać się żołnierzami doskonałymi. Po apokalipsie zostały idealnymi drapieżnikami. Podobne zachowanie więc miało podstawy w jego naturze. Podobnym, nieakceptowalnym zachowaniem było uwielbienie kattów do męczenia zwierząt, zanim łaskawie decydowały się wreszcie je dobić i pożreć.

Uważałam, że jestem w stanie nad nim zapanować. Ponadto… Nie mogłam go ukarać za samą chęć dopełnienia zemsty. Prawo nie działało w przód. Nawet dokładnych wskazań jasnowidzów nie brano na poważnie, gdyż przyszłość nigdy nie stanowiła pewnego elementu życia. Wizje ukazywały najprawdopodobniejszy przebieg wydarzeń. Więc jak ja miałabym się gniewać, a także osądzać coś, co realnie jeszcze się nie wydarzyło?

– Nic jeszcze nie zrobiłeś – rzekłam. – Nie zabiłeś tego serafina. Być może nigdy tego nie zrobisz.

– Jeśli nie będę miał okazji… – mruknął, spoglądając na swoje paznokcie. Zaraz uniósł głowę, wwiercając we mnie zielone ślepia. – Nie boisz się mnie, Morrigan? Po tym, co powiedziałem?

– Wierzę, że jesteś dobry.

– Ach tak. – Odsłonił kły. – Jestem. To dobrze, że tak mówisz. Zależy mi na tobie. Wyjawiłem ci moją tajemnicę, coś za co książę nocy by mnie wypatroszył. – Zaśmiał się mało optymistycznie. – Ty… to zaakceptowałaś. Wzięłaś pod rozwagę. Nie uciekłaś. Nie zaatakowałaś.

Usiadłam po turecku i wzruszyłam ramionami obojętnie, chociaż ciągle w głowie tłukły się jego słowa: zamierzałem go zabić.

– Może jestem zdesperowana?

To akurat miało wiele wspólnego z prawdą. Został tydzień. Brakowało mi czasu. Ostatnio nastawiałam się wyłącznie na Ferrisa, usprawiedliwiając się wewnętrznie, że kiedy tylko powie, że mnie kocha, odwzajemniając moje uczucia, dostanę nieskończoną ilość czasu, aby zająć się Skrawkiem Wieczoru. W pewnym sensie stałam się półślepa na wszystko inne. Dostosowałam się do niego. I już pomijając kwestię lekcji, naprawdę lubiłam spędzać z nim czas; działał na mnie jak magnes, ciągle mnie przyciągając.

– Na mnie? – Wydawał się rozbawiony. Zaraz przybrał inny wyraz twarzy; bardziej wygłodniały. Zmienił także pozycję, siadając na swoich piętach. Lekko sie pochylił w moja stronę, tak, że mój węch doskonale wyłapywał jego intensyfikujący się godowy zapach. – Zdesperowana, by mnie posiąść? Jak bardzo?

Był tak blisko… Moje spojrzenie skakało od jednego zielonego oka do drugiego.

– Traktuje cię jak najbardziej poważnie, Ferrisie. Ufam, że z twojej strony mogę liczyć na to samo.

– Zdradziłem ci tajemnicę – przypomniał. – Chcę twojej tajemnicy. Mogę sobie wybrać?

– Wybrać tajemnicę?

– Taaak – przeciągnął. – Masz jedną, o której wiem, ale chciałbym się jej lepiej przyjrzeć. Zdejmij maskę. – Pauza. – Proszę.

– Prosisz.

Ta chwila nadeszła szybciej niż się spodziewałam. Może w ogóle nie zamierzałam o niej myśleć, mimo iż doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że będę musiała wreszcie ją zdjąć… A może gdzieś podświadomie sądziłam, że obędzie się bez tego. No w końcu aż tak nie przeszkadzałaby w całowaniu. Może trochę… Kogo ja oszukuję? Przeszkadzała okropnie.

– To nie ubranie, żebym mógł je z ciebie zerwać. I na to mam ochotę, ale mogę zaczekać. – Przerwa na wdech. – Jeszcze chwilę.

Całe jego ciało się przygotowywało. Obiecywało. Myślami wybiegał w przyszłość, ale jeszcze postanowił chwilę pozostać w teraźniejszości.

– Dobrze… zdejmę… Chciałam tylko powiedzieć… Nikomu się jeszcze tak nie pokazywałam, prócz… – Pokręciłam głową na wspomnienie Valdriana. – Nieważne.

Odchylił się, jakby miał zamiar dokładniej się mi przyjrzeć. Z jednej strony to zachowanie peszyło, ale z drugiej zachęcało, abym wreszcie ściągnęła maskę. Umieściłam dłoń, wygiętą niczym łódeczkę, na rozgrzanej przez moją skórę wypalonej i pomalowanej cienkiej glinie. Czar puścił, a ciężar osiadł na śródręczu. Odsunęłam go od twarzy, wydychając rwąco powietrze z płuc. Położyłam ją obok, na kocu.

Sięgnął do mnie, a ja przymknęłam powieki, jakbym obawiała się tego dotyku. Zwolnił swój ruch, ale go nie zatrzymał. Wkrótce jego palce pogładziły pofalowaną, wypukło-wklęsłą powierzchnię. Jego opuszki łaskotały, kiedy sunęły wzdłuż grzbietów sztucznego poparzenia. Mały palec musnął wargi, a ja zaraz je zacisnęłam, gdyż delikatna skórka nie znosiła zbyt lekkiego, drażniącego dotyku. One wolały stanowczość.

Nie wydawał się zaskoczony, zniesmaczony, czy w jakikolwiek inny sposób poruszony. To, co kryło się pod maską, nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia. Równie dobrze mógłby patrzeć na obraz w galerii; był zainteresowany, ale nie wychwalał, ani nie odrzucał.

– Uważam – odezwał się wreszcie, nie przerywając łagodnej pieszczoty – że przy mnie nie musisz jej nosić. Nie powiem, że jesteś piękna. To byłby paskudnie zakłamany komplement. Mogę za to powiedzieć, że jesteś w połowie piękna. Sama o tym wiesz.

Zaschło mi w gardle. I czego ja się obawiałam?

– Wiem.

– Pożądam cię. – Przybliżył się, zsuwając dłoń za moją potylicę. Oparł czoło nad moimi brwiami, przyciągając mnie do siebie. – Chcę cię pocałować. W usta. W te wreszcie wolne usta. Chcę całować twoją szyję. – Każdy jego oddech gorącem ślizgał się po moim nosie, rozchodził na policzki i odpadł w stronę dekoltu. – Lizać sutki, a także krocze. Chcę cię później zerżnąć.

– Twoja bezpośredniość czasem odbiera mi głos – odparłam przez ściśnięte gardło.

Jego słowa, bliskość, woń, buchający żar, dotyk – działały na mnie, sprawiając, że nie musiał robić nic więcej, żeby wywołać we mnie pożądanie. Wyraźnie czułam ciężar kumulujący się gdzieś w dole. I czułam ciepło. Własne ciepło spuchniętych, wypełnionych krwią tkanek. Między udami zbierała się wilgoć.

Usłyszałam, jak Ferris się zaciąga moim zapachem. To takie zwierzęce… A zarazem podniecające; ukazujące więcej uczuć niż niejedne słowa.

– Nie będziesz go potrzebowała, chyba że po to, aby jęczeć… krzyczeć. – Oblizał brązowe wargi różowym językiem; naparł dłonią mocniej na kark. – Lubisz być głośna?

– Może się przekonasz?

Białe zęby błysnęły na krawędzi widzenia.

– Może zawczasu uprzedzimy medyka o twojej jutrzejszej niedyspozycji?

Głośno westchnęłam.

– Cholera, Ferrisie…

– Idziemy do ciebie? – zapytał.

Zamrugałam. Myśl… co on od ciebie chciał? A tak.

– Jesteś tak… chętny, że myślałam, że zrobimy to… tutaj.

Puścił mnie, podnosząc się z zaskakującą prędkością. Wyciągnął do mnie dłoń, zachęcając, abym ją chwyciła. Patrzył na mnie z góry, mówiąc:

– Obawiam się, że po wszystkim nie będziemy mieli siły, aby wrócić do swoich sypialni. Względy praktyczne.

Nie odrywałam od niego wzroku, pozwalając mu sobie pomóc.

– Chodźmy – zgodziłam się.

***

 Pozwolił mi iść przodem. Tak właściwie to w pewnym momencie się wycofał. Przypominał drapieżnika podążającego za ofiarą. Korytarze były puste, ale wypełniało je światło świec i lamp naftowych. Tylko ja i on. Jego gra. Gdy się obracałam, gdy na zakrętach dostrzegłam go kątem oka, traciłam dech, a moje serce nagle przyspieszało. Brakowało tylko tego, żebym zaczęła się rumienić pod wpływem spojrzenia, jakim mnie pożerał. Zrobiło się gorąco, więc w towarzystwie dziwnego uczucia zmieszania, ściągnęłam kardigan, odsłaniając gołe ramiona. Dosłownie czułam mrowienie w miejscach, które aktualnie podziwiał. To zasługa szóstego zmysłu, dzięki któremu tak dobrze orientuję się na polu bitwy i sprawnie unikam ciosów w plecy. Zatrzymywał najdłużej wzrok na karku i pośladkach, ale i często zaszczycał uwagą talię oraz smukłe więzadła nad stopami.

 Z ulgą przywitałam drzwi sypialni, myśląc, że wreszcie pozbędę się tego nienaturalnego niepokoju, jaki powodowała obecność wilkołaka za moimi plecami.

 Przekroczyłam próg, i jeszcze nie zdążyłam się do niego odwrócić, kiedy drzwi trzasnęły – sprawiając, że niemal podskoczyłam ze strachu – a on złapał mnie za ramiona, naciskając na połączenia nerwowe, o których nie miałam pojęcia. Jego kciuki ześlizgnęły się łukiem wzdłuż grzbietu łopatki, silnym i dość bolesnym uciskiem rozluźniając plecy. Jęknęłam, odnajdując w tym odczuciu zarówno przyjemność, jak i krzywdę.

 Ustawił mnie twarzą do siebie, jednak nie pozwolił na dłuższą przerwę, czy chwilę zastanowienia. Wpił się agresywnie w moje wargi, prawie je miażdżąc. Cholerny wilkołak. Przygryzł delikatną skórę, a ja jęknęłam, rażona satysfakcją. Niespodziewanie podsadził mnie na swoje biodra, a ja objęłam go udami w pasie, mocniej zaplotłam ramiona na jego szyi, aby się przypadkiem nie zsunąć.

 Wszystko co mówili o wilkołakach – ich porywczości, agresji, niezaspokojeniu – okazało się prawdą, a ja musiałam dopiero to przeżyć, żeby faktycznie w to uwierzyć.

 Przycisnął mnie do ściany. Cholernej zimnej ściany! Gorączkowo przylgnął do mnie tułowiem, wyciskając ze mnie powietrze. Był silniejszy, niż jak dotąd pokazywał. Może energii dodawała mu żądza? Naparł biodrami, a ja przez cienki materiał bielizny mogłam doświadczyć jego pokaźnej męskości; twardej niczym skała – taranu, który torował sobie drogę do mojego wnętrza, nieznośnie boleśnie, ale i pobudzająco masując nabrzmiałą łechtaczkę. Westchnęłam w jego usta, gdy pociągnął za koronkowy materiał – nici trzasnęły jak bicz, zerwane jednym sprawnym ruchem. Zaraz potem sprzączka od paska trzymającego jego spodnie zabrzęczała, a skórzane ramię uderzyło o skórę mojego pobrzusza, gdy Ferris szarpnął. Syknęłam przeciągle, czując pieczenie. Zsunął spodnie do ud i – nie przejmując się pozostałą garderobą – wbił się w moje krocze. To był chyba jedyny moment, gdy zwolnił, a i tak nie trwał dłużej niż parę urywanych oddechów. Mościł się pierwszym pchnięciem między tkankami, robiąc sobie dostateczna ilość miejsca, przyjemnie napierając każdym centymetrem swojej długości. Było go naprawdę dużo. Zostawił moje usta w spokoju, zsuwając wargi i język niżej – do obojczyka. Tam westchnął, a przerwa się skończyła. Delikatni przygryzł miejsce nad kością. Zaczął mnie posuwać – inaczej się tego nazwać nie dało. Zero finezji. Zero uczucia. Tylko cielesność i to pieprzone klaskanie ciała o ciało, w towarzystwie uderzeń pleców o ścianę oraz zduszonych jęków wraz z poszarpanymi, wypychanymi siłą wydechami, poprzedzonymi świszczącymi łapczywymi wdechami.

 Prędko się znudził tą pozycją.

 Nagle złapał mnie w tali, ściągając mnie z siebie, unosząc w górę i przerzucając przez ramię, jak worek ziemniaków. Zawirowało i wnet zrzucił mnie na łóżko, które zaprotestowało jękliwym skrzypnięciem desek. Wpadł na materac za mną, przesuwając moje biodra wyżej i wręcz zmuszając do przyjęcia półsiedzącej pozycji z kolanami niemal pod nosem, a wszystko to w akompaniamencie zgrzytów. Nieprzytomnie omiótł wzrokiem moje ciało. Sukienka była podwinięta, zmięta, a miejscami wilgotna. Uśmiechnął się z zadowoleniem, zanim klęknął i ściągnął z siebie bluzę; jego spodnie opadły do kostek. Zzuł buty, a upierdliwy, krępujący ruchy ciuch strząsnął z nóg. Pochylił się nade mną, traktując moją sukienkę z szacunkiem godnym szmaty od podłogi. Jej strzępy wylądowały za łóżkiem. I przy tym wszystkim byłam tak oszołomiona i napalona, że nawet nie zaprotestowałam, gdy zniszczył moją własność. Ot… element gry wstępnej.

 Złożył kilka łapczywych pocałunków na moich piersiach, gryząc sutki, ssąc je i liżąc. Poruszał się w dół, zostawiając po sobie błyszczącą ścieżkę ze śliny. Wreszcie zatopił się między moimi nogami, na co czekałam z niecierpliwością, odczuwając drażniącą pustkę. Przylgnął do mnie całymi ustami, sunąc lekko szorstkim językiem tak sprawnie, że moje ciało wręcz rozpłynęło się pod tą pieszczotą. Cholerne wilkołaki. Cholerny Ferris. Co on ze mną robił? Serce wyrywało się z piersi, kiedy ekstaza wzbierała, aby wreszcie znaleźć ujście. Mimo że nie byłam dziewicą, zaskoczyłam samą siebie, pozwalając sobie na odruchy, które zawsze powściągliwie powstrzymywałam. Jęknęłam. Krzyknęłam. Chyba równocześnie uwolniłam z siebie jedno i drugie, jakbym nie mogła się zdecydować, co lepiej pasuje do przyjemności rozszarpującej mnie na kawałki. Cholerny Ferris i jego język.

 Jak wezwanie po więcej, słyszalna satysfakcja podziałała na wilkołaka jak płachta na byka. Jeśli przedtem nie był delikatny i dopiero się rozkręcał, to teraz puściły mu wszystkie hamulce. Błyskawicznie znalazł się między moimi nogami, bez problemu wślizgując się po swojej ślinie oraz moich kobiecych sokach. Złączył się ze mną w prawie odbierającym dech uścisku. Przyciskał mnie do siebie mocno, jakby pragnął stopić się ze mną w jedność. Poruszał się szybko, automatycznie, penetrując, ale i sunąc po wzgórku.

 Szczytowałam. Wielokrotnie. A gdy wziął mnie od tyłu, czułam łaskoczące strumienie wilgoci spływającej po wnętrzu moich ud. Przyciskał mnie do materaca, dominował nade mną. Nie miałam wiele przeciwko, a wręcz pragnęłam, żeby to on przejął nade mną kontrolę.

 Po pierwszym razie, kiedy skończył we mnie, zalewając mnie gorącem od środka, myślałam, że bardziej się nie da zmęczyć. Myliłam się, bo po niespełna pół godziny wziął mnie ponownie. A później jeszcze raz. I kolejny.

 Po wszystkim, kiedy już definitywnie moje ciało odmówiło posłuszeństwa, leżałam walcząc ze snem, żeby jeszcze przez chwilę na niego popatrzyć. On opierał się na łokciu i zerkał na mnie z góry z lubieżno-zachwyconym uśmiechem. Mrugałam wolno, odganiając zasnuwającą obraz mgłę. Bolał mnie każdy skrawek ciała, a zwłaszcza obite krocze i pośladki; pozacierana twardym zarostem skóra piekła. Położył się wreszcie, przyciągając mnie – drżącą, bezbronną, wykończoną – do swojej piersi. Jego zapach wędrował aż do mózgu, sprawiając, że pod czaszką wirowało. Schował mnie w ramionach, opierając brodę na czubku mojej głowy.

 – Ferris… – mruknęłam cicho w jego mostek. Te powieki tak ciążyły. Nieznośnie. A oczy… Oczy uciekały w głąb czaszki. Tak bardzo byłam śpiąca… jakbym dopiero wróciła z pola bitwy. – Ja… kocham cię… – wyznałam słabo.

 Coś odpowiedział, ale cholera, moja świadomość właśnie zrobiła sobie wolne.

***

Wrzask. Głośny. Rozdzierający. Dziki. Pełen niedowierzania. Wypełnił moje uszy i usta. Należał do mnie.

 Byłam nieprzytomna. Jeszcze jedną nogą tkwiłam we własnym wnętrzu, żegnając sny, których nie miałam prawa zapamiętać. Zasnęłam snem prawdziwym. Z czarnej nieświadomości wyrwał mnie ogromny strach. Moje ciało wiedziało wcześniej od psyche, że należy się bać. Wołało do mnie, żebym wróciła.

 Otworzyłam oczy. Nade mną wisiał cień – ogromny, o poszarpanych krawędziach. Wrzask, który mnie zbudził, gdzieś zaginął. Zamiast niego w środku mojego gardła coś bulgotało i charczało. Sięgnęłam do szyi, a palce zatoneły w czymś lepkim. Bolało? Nie bolało. Nie wiem. Nie rejestrowałam. Pod dłońmi znajdowały się kratery, których być nie powinno.

 Umierałam. Nie na polu wśród walczących, a we własnym łóżku. Śmierć niegodna serafina. Wykrwawiałam się, czerń zalewała obraz. Gorąc ślizgał się po karku i rozpływał wzdłuż pleców. To ja się topiłam.

 – Mówiłem, że gdy tylko będę miał dostęp do tego… – zachichotał ochryple, jakby głosem, który nie należał do niego – tej serafiny – poprawił się – zamorduję ją.

 Ferris mówił o mnie. Od początku chodziło o mnie; a ja… ja wpuściłam wilkołaka do swojej sypialni, jak ślepy hodowca pozwala lisowi wejść do kurnika.

*

KONIEC CZĘŚCI 1 TOMU I

*

Liczę na komentarze. Liczę na krytykę.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany