Opowiadanie użytkownika Multivariate Ego

R12: Oczekując na zmianę

local_library0 comment0 thumb_up0
Pani z lodu [fantastyka/romans][+18][I tom trylogii "Czerni i bieli"] - część 12

Obudziłem się we własnym łóżku absolutnie bez pojęcia, czy sam się tutaj przyprowadziłem, czy mnie przenieśli. Od momentu powrotu do pustego salonu miałem kompletną pustkę w pamięci. Lukę tak gęstą, że nic nie mogłem z niej wydobyć.

 Otworzyłem oczy. Sufit pokryty rzeźbieniami wirował. Nie było dobrze. Zakląłem, gdy nagle mnie pociągnęło, a ja wylądowałem na skraju materaca, rzygając niczym kot. Nie zjadłem za wiele poprzedniego wieczora. Wolno, ostrożnie usiadłem, omijając stopami przetrawioną, marną kolację oraz ogrom płynów. Roztarłem zmiętą snem twarz. Rozprostowałem skrzydła i napotkałem opór. Co jest? Spróbowałem jeszcze raz, jednak się nie udało, a wręcz przeszło przez moje ciało bolesne porażenie. Wtedy wróciły wspomnienia. Morrigan. Ferris. Walka. I Torian nastawiający moje skrzydło.

 Zerwałem się; zbyt szybko. Po raz drugi tego ranka zgiąłem się wpół.

 Musiałem ją zobaczyć. Dowiedzieć się, jak się czuje. Najpierw jednak… Moje ręce dalej pokrywała zaschnięta krew. Spałem w ubraniu. Kurwa, po raz kolejny – nie było dobrze.

 Jakoś dowlokłem się do komnaty łaziebnej, po drodze luzując pas i rozbierając jedyną część garderoby, którą wczoraj miałem na sobie. Spodnie zostawiłem na podłodzę. Odkręciłem kurek, a do ogromnej wanny zaczęła napływać woda. Dobrze, że magia pozwalała nam na wygodę, gdyż nie wykazałbym sie cierpliwością, gdybym musiał czekać, aż mi tę wannę napełnią. Raz. Drugi.

 Za pierwszym razem spłukałem z siebie krew. Rozpływała się w wodzie, nadając jej pomarańczową barwę. Później, po kolejnym napełnieniu wanny, umyłem się dokładniej. Torian zreperował nie tylko moje skrzydło, ale również opatrzył zadrapania na policzku i czole oraz załatał drobne ranki rozsiane po całym ciele. Po kąpieli nie miałem na sobie ani jednego z opatrunków, którymi mnie obwiązał, a ten na skrzydle porządnie przesiąkł, nadając się tylko do zmiany.

 Po wszystkim czułem się lepiej. Bardziej świeżo, jakbym zmył z siebie cały koszmar poprzedniego dnia. Kąpiel zawsze orzeźwia, a po nocy wypełnionej kolejnymi drinkami – niemal otrzeźwia.

 Już pewniejszym krokiem udałem się na pierwsze piętro wschodniego skrzydła, po drodze mijając uwijającą się przy pracy służbę. Wchodząc na główny korytarz przed salonem, widziałem jak chmara serafinów sprząta. Niektóre meble z materiałowymi obiciami zostały przeniesione pod drzwi razem z dywanem. Miały zostać wyrzucone; w tym mój ulubiony fotel. Przeszedłem obok obojętnie. Ślady prowadzące korytarzem zostały starte.

 Zakładałem, że znajdę ją w którejś sypialni dla gości i wcale się nie myliłem. Błądząc, wchodząc do złych pokoi, wreszcie odnalazłem ten właściwy.

 Stanąłem w progu, nie zapukawszy nawet wcześniej. Nie czułem takiego obowiązku. To mój zamek.

Leżała na wznak na ogromnym, małżeńskim łożu. Spod kołdry wystawała jej tylko głowa, ułożona na miękkich poduszkach. Szyję miała przewiązaną opatrunkiem. Była czysta. Musieli ją wyszorować. Spała, albo wciąż nie odzyskała przytomności. Na toaletce porozkładano medykamenty – toniki, eliksiry, środki dezynfekujące, słoiki z suszem – a Torian mieszał właśnie świeżo zerwane zioła, utarte na bagnisto-zieloną papkę. Podniósł na mnie spojrzenie znad ceramicznej miseczki. Przywitał się ze mną standardowym pozdrowieniem, po czym wrócił do przerwanej czynności. Ja podeszłem bliżej, stając przy jej łóżku.

 Była taka bezbronna. Pachniała alkoholem, ziołami i krwią, a jej własny zapach wydawał się tylko tłem dla tych dominujących. Sięgnąłem do niej. Była lodowata. Jak zwykle lodowata. Jej twarzy nie osłaniała maska, więc w całej okazałości mogłem podziwiać swoje dzieło. Gdy ściągnęła maskę na balu, nie uderzyło mnie to tak, jak teraz. Zrobiłem jej krzywdę.

– Jest w ciężkim stanie, ale grunt, że się nie pogarsza – poinformował mnie Torian, stając po przeciwnej stronie łóżka. – Straciła bardzo dużo krwi, a organizm namęczył się, żeby jej nadprodukować.

– Ile to potrwa? – zapytałem, nie przestając gładzić jej policzka.

– Dzień, dwa… Tydzień… – Skrzywiłem się, słysząc tę nowinę. – Może nawet miesiąc. To wszystko zależy od niej. Jest silną kobietą, jestem dobrej myśli.

Będzie żyła, ale musieliśmy poczekać. Na to mogłem się zgodzić. Zsunąłem dłoń niżej, opuszkami trącając bawełniany bandaż. Delikatnie, żeby niczego nie uszkodzić.

Rozszarpał jej gardło. Tymi długimi, ostrymi pazurami. Z pewnością zostanie blizna. Ale czy… coś jeszcze?

– Czy… – odezwałem się po chwili ciszy – ma jakieś trwałe obrażenia?

Twarz medyka pobladła.

– Ach… tak… tak… – mamrotał. – Będziemy pewni dopiero po przebudzeniu, ale podejrzewamy, że bezpowrotnie utraciła głos.

– Kurwa – podsumowałem.

Zabrałem od niej dłoń. To przeze mnie. Przeze mnie.

– Bądźmy dobrej myśli.

– Dobrej myśli?! – warknąłem, piorunując Toriana nieprzychylnym spojrzeniem. – Jest serafinem. Chcesz mi powiedzieć, że nie powinienem się przejmować, że może już nigdy nie wypowiedzieć ani jednego słowa?

Moje słowa zmieszały medyka. Nie traktowałem go najlepiej. Powinienem być wdzięczny za to, że udało im się ją uratować, a ja… Nie potrafiłem inaczej. Często wyładowywałem złość na innych, doskonale zdając sobie sprawę z tego, iż jest to najgorsza z moich cech.

– Może posługiwać się językiem migowym. Brak zdolności do mowy to nie koniec świata, panie. – Próbował mnie uspokoić.

– Jest księżną. Często posługuje się głosem. Naprawcie to.

– Zrobimy, co będziemy w stanie… – odparł potulnie Torian.

– Zrobicie wszystko.

– Więc sugeruję sprowadzić specjalistów. Tylko oni zrobią wszystko.

Opuścił głowę, chowając przede mna spojrzenie.

Stopniowo odzyskiwałem kontrolę nad emocjami. Nie powinienem wybuchać. Nie powinienem tłamsić kogoś, kto chciał dla Morrigan dobrze. Moje skrzydła zaszeleściły. Wciąż były wilgotne po kąpieli. Powinienem poprosić o zmianę opatrunku na usztywnionej kości, jednak zrobiło mi się tak głupio, że postanowiłem po prostu się wycofać. Nie zasługiwał na moją złość.

Cofnąłem się do drzwi.

– Wybacz mój ton – przeprosiłem.

Już miałem się odwrócić i wyjść, kiedy Torian przemówił. Spokojnie, bez urazy, zachowując pełen profesjonalizm.

– Panie, jesteś zdenerwowany – zauważył. – Rozumiem. Nie widziałem cię takiego od tamtych urodzin Morrigan. – Wtedy także wyżywałem się na każdym, kto wszedł mi w drogę. – Może warto napić się ziółek na uspokojenie? Polecam rumianek i melisę. Z naszych ogrodów.

Nie odpowiedziałem. Po prostu wyszedłem.

***

 Po śniadaniu postanowiłem odwiedzić Ferrisa. Musiałem się dowiedzieć, co zaszło. Dlaczego próbował ją zabić. Wątpiłem, żeby zrobiła coś złego. Jego zachowanie poprzedniej nocy wskazywało raczej na zaplanowane działanie i satysfakcję z popełnionego czynu.

 Gdy pojawiłem się w lochach, strażnicy ze służbową dokładnością mnie przywitali. Zostawiłem ich za sobą i zatrzymałem się przy ostatniej celi. On, w odróżnieniu od Morrigan, się obudził, a przez parę godzin nieprzytomności jego ciało się zregenerowało. Pozostał w wilkołaczej postaci.

 Czekał na mnie. Uprzedzeni o moich odwiedzinach wartownicy przygotowali go do przesłuchania – jego łapy trzymały kajdany, rozpinając je dość szeroko, nogi łączył łańcuch nie pozwalając na długie kroki, a już na pewno nie na umyślne kopnięcie. Brakowało mu wyłącznie kagańca.

 Widząc mnie, wyszczerzył długie kły, kiedy mniej rozwinięte mięśnie mimiczne próbowały zmusić psie wargi do uśmiechu. Wyglądało to naprawdę karykaturalnie. Jego ślepia śledziły każdy mój ruch, do momentu, kiedy stanąłem z nim twarzą twarz; dość blisko, ale wciąż w bezpiecznej odległości. Jednym kłapnięciem paszczy mógł odgryźć połowę mojego oblicza.

 – Wyglądasz jak gówno – przywitał się ze mną ochrypłym basem.

– Ty również nie zachwycasz aparycją – odrzekłem. Szczeknął na to śmiechem. – Nie możesz się zmienić? – zapytałem.

– Wolę tę skórę. Jest wytrzymalsza. – Wytrzymalsza na ewentualne ciosy. W końcu przybyłem go przesłuchać, a on nie zamierzał mi tego ułatwiać. – Morrigan wyzdrowiała? – spytał niewinnie.

Spojrzałem na niego spode łba, po czym się wyprostowałem. Był bezczelny, żeby dowiadywać się właśnie o nią. Ale o co innego mógłby pytać, jeśli tylko to aktualnie mogło go interesować?

Odpowiedziałem mu niechętnie.

– Nie zdołałeś jej śmiertelnie skrzywdzić, jeśli o to ci chodzi.

Wykrzywił wargi, jakby próbował ułożyć usta w podkówkę. Naprawdę ciężko było czytać w mimice wilkołaka.

– Zbyt płytko się wbiłem… – mruknął, po czym dodał z sugestywną nutą, zerkając na mnie z satysfakcją, jakby wiedział, że to mnie zdenerwuje: – Przynajmniej jeśli o gardło chodzi. – I miał rację. – Czemu ona mnie nie odwiedzi? Chciałbym ją zobaczyć.

Zacisnąłem pięści, aż chrupnęło. Nawet gdyby się obudziła, nie pozwoliłbym jej na kontakt sam na sam z wilkołakiem. Nie uważałem tego za dobry pomysł. Nie miałem pewności, jak właściwie będzie się czuć po odzyskaniu przytomności. Może być załamana albo kompletnie nieporuszona. Morrigan od zawsze cechowała siła charakteru, lecz ekstremalne sytuacje nawet największego śmiałka potrafiły zmienić w płaczące niemowlę.

Rozluźniłem się, powstrzymując złość przed ujawnieniem swojej obecności. Schowałem dłonie za plecy wypinając klatkę piersiową. Niech wie, kto tutaj rządzi.

– Przybyłem cię przesłuchać – poinformowałem, nie zamierzając ciągnąć tematu Morrigan.

– Tak jak kiedyś?

Przekrzywił głowę.

– Bynajmniej.

Tamto przesłuchanie było prawie jak przyjacielska pogawędka, pomijając moją wyraźną niechęć do jego rasy. Wilkołaki od zawsze sprawiały kłopoty, jako ta najbardziej nieokiełznana i niepodporządkowująca się innym grupa społeczna. Dziś Ferris pełnoprawnie zasłużył na miano mojego wroga. Przeprowadzając zamach na księżną, stał się wrogiem całego Skrawka Wieczoru.

Warknął, potrząsając łbem. Nastroszył też futro, a jego psie uszy zastrzygły.

– Niech ona mnie przesłucha – marudził, jakby faktycznie miał coś do powiedzenia w swojej sprawie. – Chcę z nią rozmawiać, a nie z tobą.

I znów plątał w to wszystko Morrigan.

– Morrigan cię nie przesłucha – powiedziałem najdobitniej, jak tylko mogłem. – Nie zobaczy się już z tobą, chyba że na twojej egzekucji lub jeśli będzie miała takie życzenie; a wątpię, żeby je miała.

– Morrigan jest chyba miękka, co? Nie tylko na zewnątrz, ale i w środku. Nie umiałaby mnie przesłuchać.

Jego ton. Kolejna sugestia. Bawił się wyśmienicie, wyprowadzając mnie z równowagi.

Jedno mnie zastanawiało – czy wiedział, że czuję coś do Morrigan, podejrzewał mnie o to, a może rzucał aluzjami, bo takie miał widzimisię, kompletnie niezwiązane z moją osobą? Może twierdził, że jako jej przyjaciel będę się przejmował? Czy Morrigan kiedykolwiek powiedziała mu, co zaszło na ostatnim balu? Na razie zdradzał tyle, ile sam miał ochotę od siebie dać – czyli praktycznie nic.

– Morrigan zna wiele zmyślnych tortur, ale w porównaniu do tego, co ja ci zaserwuję, tortury z jej rąk byłyby pieszczotą – zagroziłem. – Tak cię urządzę, że ostatni kawałek, jaki z ciebie zostanie, będzie błagał o śmierć.

– Nic ci nie powiem. Chcę Morrigan.

– Zobaczymy, jak zaraz będziesz śpiewał.

– Tak właściwie… – ponownie przekręcił głowę – po co wam przesłuchanie? Możecie mnie skazać bez niego. Powiedziałem Morrigan wystarczająco… – Na wilkołaczej mordzie odbiło się zrozumienie. Jedna z niewielu emocji, które rozszyfrowałem bezbłędnie podczas naszej krótkiej pogawędki. – Ach… – westchnął. – Wiem… Ty nic nie wiesz. A jeśli nic nie wiesz, to znaczy… Żyje, ale się nie obudziła, czy tak właśnie jest?

Przestąpiłem z nogi na nogę.

Ciekawe. A więc powiedział jej, dlaczego próbował ją zabić. Teoretycznie mógłbym poczekać, aż Morrigan się obudzi, lecz praktycznie nie wiedziałem, kiedy to nastąpi. Jak powiedział Torian – mogło to trwać dni, tygodnie, a nawet miesiące.

Patrzył na mnie z góry, co w jego ludzkiej postaci nie miałoby miejsca. Mimo braku wyraźnej mimiki, wiedziałem, że triumfuje. Napawał się moim wahaniem. Możliwe, że rozumiał, o czym teraz myślę.

Przeszedłem półokręgiem od jednej ściany do drugiej, nie spuszczając z niego oczu. Uznałem ostatecznie, że nie ma sensu czekać na niewiadomą.

– Dlaczego próbowałeś ją zabić? – zapytałem spokojnie.

– Phi – on prychnął.

– Dlaczego próbowałeś ją zabić? – powtórzyłem pytanie, pozostając cierpliwym.

Tylko się na mnie gapił. Obaj nie mogliśmy oderwać od siebie wzroku, jakbyśmy się licytowali, kto dłużej wytrzyma, kto pierwszy się podda, kto jest silniejszy, kto z nas jest słabszy? Który z nas pierwszy się złamie?

Podciągnąłem leniwie rękawy tuniki nad łokcie.

Świetnie.

Jeden szybki krok i znalazłem się na tyle blisko Ferrisa, żeby uderzyć go w szczękę. Jego głowa odskoczyła, a szczecina podrapała skórę rozpiętą na kłykciach. Nie przygotował się na moją reakcję. Może nie brał mnie na poważnie.

Warknął i wypluł zabarwioną krwią strużkę śliny.

– Dlaczego próbowałeś ją zabić? – poczęstowałem go standardem.

Wyszczerzył kły. Naigrywał się ze mnie, rzucając mi jawne wyzwanie.

A więc dobrze.

Sprzedałem mu kolejny cios, tym razem w drugą stronę pyska. Tak dla równowagi.

– Dlaczego próbowałeś ją zabić?

Nic. Cisza.

Więc ucierpiała znów lewa strona.

Prócz jego krwi, na pięść wystąpiła i moja, gdy otarłem się o jego zęby.

Splunął mi pod nogi wcześniej charcząc.

– Dlaczego próbowałeś ją zabić?

Nie mógł wiecznie mnie ignorować, ale słowa, które wydobyły się z jego ust bynajmniej odpowiedzią na zadane pytanie nie były:

– Wal się, Valdrianie. Chcę rozmawiać z nią – wycedził.

Wyraźnie spuchł. A to dopiero początek. Stwierdziłem, że jeśli dziś nic nie powie, trzeba będzie wymyślić coś bardziej widowiskowego niż gołe pięści. Podtapianie? Rozgrzany pręt? Skórowanie? Niemniej w tym przypadku już tylko bym się przyglądał, zostawiając pole do popisu profesjonaliście. Kaci byli w tym lepsi.

Nie powiedział nic więcej. Jak sobie życzył.

Głuche uderzenie odbiło się od ścian celi, gdy tym razem walnąłem w jego brzuch, a następnie pognało dalej na korytarz, odbijając się echem. Stęknął, ciężko łapiąc powietrze. Jego mięśnie napinały się i kurczyły, gdy ból się rozchodził.

– Dlaczego próbowałeś ją zabić?

Strzeliło, gdy rozluźniłem rękę.

Nie sądziłem, że będzie tak uparty; trzeba mu przyznać, że trwał przy swoich postanowieniach, nawet jeśli były idiotyczne.

Jego głowa odskoczyła, po czym wróciła do frontalnej pozycji. Wargi miał nabrzmiałe, co widoczne było nawet pod futrem. Opuchnięta czerwień dziąseł wystawała spod spodu.

– Dlaczego próbowałeś ją zabić?

– Nie będę z tobą rozmawiał! – wrzasnął, rzucając się w moją stronę. Zawisł na łańcuchach.

Odskoczyłem.

– Kurwa! Mów! – poleciłem.

– Nie!

Ruszyłem na niego, wylewając całą furię w kolejne ciosy. Jeden za drugim padały na jego twarz oraz brzuch. Pryskała ślina i krew. Próbował uciekać przed uderzeniami, jednak metal skutecznie mu to utrudniał. Mógł tylko machać głową, aby mi utrudnić kolejne uderzenia oraz wykręcać tułów. To jednak zdawało się na nic. Trafiałem, czy to zadając pełne obrażenia, czy to ocierając się tylko o skrawek jego ciała.

– Dlaczego próbowałeś ją zabić? – pytałem pomiędzy kolejnymi łapczywymi wdechami. – Dlaczego?! Dlaczego?! No mów że!!!

Nie przerwałem okładania go pięściami. Gdzieś za głową słyszałem pospieszne kroki.

– Nie-e-źle-e c-iii-ę wzie-e-ło, księ-księ-księciuniu – wyrzęził Ferris, pomiędzy świszczącymi oddechami.

Do celi wpadł jeden ze strażników, zatrzymując się na progu. Z oczami rozszerzonymi strachem patrzył na mnie, moją uniesioną, gotową do zadania kolejnego ciosu pięść oraz na Ferrisa, który ledwo trzymał stojącą pozycję.

– Panie. Zaraz posuniesz się za daleko – wyjęczał przerażony furią, w jaką wpadłem.

Odsunąłem się. Kolejne razy mogły skończyć się rychłym zgonem więźnia. Nie zamierzałem go zabić, a przynajmniej nie teraz. Wolałem poczekać z tym na Morrigan, choćbym miał go więzić miesiącami. Przesadziłem, a gdyby nie interwencja wartownika, zatłukłbym skurwiela na śmierć. Morrigan, coś ty ze mna zrobiła? Nigdy nie posuwam się tak daleko. Rzadko przesłuchiwałem więźniów, zwłaszcza jeśli to ja miałem pobrudzić sobie ręce; żeby zająć miejsce w moim napiętym grafiku musieli się naprawdę wykazać. Wolałem zostawiać tę robotę katom, a i najczęściej odbywało się bez wymuszanych siłą zeznań.

Ferris okazał się silnym, upartym, bezczelnym bydlakiem, który nie dość, że za nic miał życie innych, to jeszcze własnego nie szanował. Tacy byli najgorsi, najbardziej oporni na ból. Upierdliwi od początku do końca. Z drugiej strony sprzymierzeniec tego typu wydawał się wręcz jednym z najbardziej pożądanych. Wilkołak miał swój cel i trzymał się postanowień kurczowo, nie pozwalając sobie na rozluźnienie.

Kiedy ochłonąłem, wycelowałem w niego palcem.

– Wrócę tu jutro. A potem pojutrze. Będę tutaj przychodził codziennie, póki nie powiesz, dlaczego chciałeś ją zabić – zapewniłem ostro. – Zrozumiałeś?! Pytam: czy zrozumiałeś?!

 Jego ciało miało dość. Z trudem podniósł łeb o centymetry, patrząc na mnie spod nabrzmiewających powiek. Spojrzenie to było mało przytomne; wydawało się, że wręcz z trudem skupia na mnie wzrok. Może widział podwójne, a może obraz zasnuwała mgła. Kiwnięcie okupił dużym wysiłkiem. Zrozumiał.

***

 Wcale nie odwiedziłem go ponownie. To były puste słowa. Nie odważyłem się do niego zejść. Przestraszyłem się siebie i tego, co mógłbym jeszcze zrobić. Nigdy nie chciałem takim być. Bywałem okrutny, owszem, ale nie pod względem fizycznym. Swoją siłę wykorzystywałem głównie w uzasadnionej walce na polu bitwy. Czasem zdarzały mi się złośliwości, jak wtedy gdy zakładając Ferrisowi smycz lekko poparzyłem go jednym z zaklęć. Jednak nigdy nie odczuwałem większej przyjemności z krzywdzenia innych.

 Próbowałem sprawować się tak, jak przed napaścią Ferrisa na Morrigan. Próbowałem dojść do siebie, chociaż świadomość, że ona się nie budzi i została trwale uszkodzona, odbierała mi wszelkie siły do życia. Nie było godziny, w której mój własny wewnętrzny głos nie sączyłby mi do ucha przypomnień o tym, że to ja jej to zrobiłem. Wilkołaka, jej oprawcy nie szczyciłem swoja obecnością, jednak do jej sypialni zaglądałem codziennie.

 Przesiadywałem obok jej łóżka całymi nocami i wychodziłem, dopiero gdy przygotowano dla mnie śniadanie. Zapadałem w drzemkę, półsen na fotelu w kącie. Ktoś ze służby wpadł na pomysł, żeby przynieść mi leżankę. Nie skorzystałem z niej ani razu. Z pozycji siedzącej miałem lepszy widok. Liczyłem na to, że nie przegapię jej pobudki.

 Do pałacu przybywali kolejni specjaliści, aby ocenić stan gardła Morrigan. Nie słyszałem dobrych wieści. Nie proponowano mi żadnego rozwiązania, wręcz odradzano mi jakąkolwiek interwencję. Najlepsi z najlepszych się bali, że mogą pogorszyć jej stan. Każda odmowa pogłębiała mój depresyjny stan. Ilekroć słyszałem zdanie – „nie da się” – moja frustracja rosła, podobnie do desperacji. Wysyłałem po kolejnych medyków, wydawałem coraz więcej złota. Jaką ono miało wartość wobec krzywdy ludzkiej? Oddałbym wszystkie skarby Skrawka Nocy, jeśli tylko zdrowie Morrigan by dzięki nim powróciło.

 Imigranci. Oni odrywali mnie od obowiązków i warty przy boku Morrigan nie tylko w nocy, ale i w dzień. Każda kolejna doba przynosiła ze sobą więcej i więcej przybyszów zza oceanu. Wysyłałem na wybrzeża kolejnych żołnierzy z rezerwy, a mimo wszystko rąk do łapania uciekinierów było niewystarczająco. Zajmowali mój czas. Interwencje bywały spokojne, ale i wyjątkowo męczące. Nasze więzienia były bliskie przepełnieniu, dlatego trzy dni przed końcem czwartego miesiąca podpisałem rozporządzenie mające rozwiązać ten problem. Kolejnych imigrantów po osądzeniu zsyłano na Ziemię Anarchii. Postanowiłem zadbać o rozgłos na temat nowego sposobu radzenia sobie z cwanymi ludźmi, którzy wymyślili sobie, że więzienia to lepsza alternatywa od pozostania na Kontynencie Dantego. To przeświadczenie sprawiało, że niebywała agresją wykazywały sie osoby, które dotąd nie sprawiały problemów – czyli rodziny z dziećmi. Rodzice lądowali w więzieniu, a dzieci w przytułku. Od wejścia w życie nowego rozporządzenia rodzice zostawali wygnańcami. Na każdy nowy sposób, należało znaleźć odpowiedź. Ziemii Anarchii bronił wysoki mur, objęty dodatkowo splotami magii. Nie łatwo było się przezeń i nad nim przedrzeć. Wraz z Tali ustaliliśmy także, że koniec z finansowaniem drogi powrotnej dla złapanych imigrantów. Zbyt długo byliśmy dla nich dobrzy. Ściągano z nich kwotę wystarczającą na bilet lub przez jakiś czas mieli intensywnie pracować na powrót do domu. Zero litości. Wszyscy byliśmy już tym zbyt zmęczeni.

 Ja jednak najbardziej byłem zmęczony sprawą Morrigan i Ferrisa oraz naprawianiem własnych błędów.

*

Liczę na komentarze. Liczę na krytykę.


Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany