Opowiadanie użytkownika Multivariate Ego

R13: Co w głębi siedzi

local_library0 comment0 thumb_up0
Pani z lodu [fantastyka/romans][+18][I tom trylogii "Czerni i bieli"] - część 13

 Nadszedł ostatni dzień miesiąca. Minął tydzień od ataku Ferrisa na Morrigan. Nie spodziewałem się, że podczas codziennej rutyny sądzenia spraw przybędzie Torian, aby przekazać mi nowinę.

Morrigan się obudziła.

Zawiesiłem rozprawę, w której aktualnie sędziowałem, żeby jak najszybciej się udać do księżnej. Przestało się liczyć dla mnie cokolwiek, co nie było Morrigan lub chociażby z nią powiązane.

Zmaterializowałem sie pod drzwiami jej sypialni i zamarłem. Co teraz? Tyle czekałem na tę chwilę, a kiedy nastąpiła, byłem gotowy stchórzyć. Wystarczyło nacisnąć klamkę i popchnąć skrzydło. Dawno nic nie sprawiło mi takiej trudności, jak ta jedna prosta czynność. Nasze stosunki ostatnio były napięte. Potraktowałem ją chłodno i z pretensjami, kiedy widziała mnie przed wypadkiem. Mogła wcale nie chcieć mnie widzieć. Ale ja potrzebowałem jej. Musiałem się upewnić, że jakoś się trzyma. Że wreszcie żyje.

W końcu nacisnąłem. Ciemny korytarz wypełniło światło z pokoju. Dużych okien, za którymi znajdował się balkon, nie przysłaniały zasłony. Ktoś je odsunął na bok, wpuszczając słońce. Witała ją piękna pogoda.

– Morrigan… – szepnąłem, dając znać, że przybyłem.

Siedziała na podłodze, opierając się o ramę przeszklonych drzwi. Obejmowała rękami kolana, tuląc samą siebie. Wpatrywała się w niebo, ale kiedy mnie usłyszała, przeniosła na mnie wzrok. Oczy wypełniała różowa poświata, powieki zajmowały więcej miejsca niż na co dzień, tworząc małe szparki dla tęczówek nad zaczerwienionym nosem. Policzki lśniły od łez. Obrzuciła mnie obojętnym spojrzeniem, po czym wróciła do podziwiania bezchmurnego nieboskłonu. Lekki wiaterek z zewnątrz poruszał czarnymi kosmykami. Falowały, jakby były żywe, a przynajmniej żywsze niż ich właścicielka.

Zamknąłem za sobą, powoli wchodząc głębiej.

Łóżko nie było pościelone. W powietrzu wciąż unosił się zapach ziół. Nie miała na szyi opatrunku, co znaczyło, że Torian już zeń zrezygnował i tylko posmarował świeżą ranę. W jednej z dłoni ściskała haftowaną chusteczkę.

– Tak mi przykro, Morrigan – mówiłem, zbliżając się ostrożnie. Przypominała mi wystraszone zwierzę; gotowa w każdej chwili uciec lub zaatakować w samoobronie. Ona raczej należała do tego drugiego rodzaju istot w obliczu niebezpieczeństwa. – Sprowadziłem to na ciebie. Wszystko przeze mnie. Przepraszam, Morrigan. – Stanąłem blisko. Patrzyłem w dół, na nią, a ona mnie ignorowała. – Mówią, że nie są w stanie tego naprawić. Że nie odzyskasz głosu. Nie potrafią… Sprowadziłem najlepszych medyków. Zrobię wszystko, żebyś znów mówiła. Rozumiesz? – Spojrzała. – Wszystko.

Zmarszczyła brwi. Sięgnęła w bok, gdzie czekały kartki wraz z ołówkiem. Kiedy ona pisała, ja przyglądałem się czterem czerwonym pręgom, lekko wzniesionym nad poziom jej skóry. Te blizny z pewnością zostaną z nią do końca życia.

Pokazała mi stronę, na górze której napisała dla mnie krótką wiadomość za pomocą swojego ładnego, równego, pełnego zawijasów pisma.

„Atak Ferrisa na mnie nie był twoją winą.”

Pokręciłem głową. Nie mogłem się z tym zgodzić.

– Nie, Morrigan. To moja wina, bo ja dałem ci lekcję.

Morrigan gniewnie stuknęła tępą końcówka ołówka o ziemię, po czym wzięła się za pisanie. Tym razem wiadomość zajmowała więcej miejsca i nie była już tak dbale wykaligrafowana. Pisała ją w pośpiechu, zapewne zmagając się z emocjami. Od czasu do czasu pociągała nosem.

Podsunęła mi swoją odpowiedź.

„Nie mogłeś przewidzieć, że Ferris mnie zaatakuje. Ferris zemścił się za rodziców, których zamordowałam w czasie pacyfikacji wilkołaków. Od początku chodziło mu o morderstwo. Włamał się do mojego domu, bo chciał mnie zabić lub przygotować się do zabójstwa. Ja zaś byłam naiwna, udając, że jego zaborczość względem ciebie była wywołana zazdrością. On się ciebie bał, bo mogłeś mnie obronić lub go ode mnie odsunąć.”

– Zemsta – mruknąłem.

Wzięła kartę sprzed moich oczu, aby dopisać kolejne krótkie zdanie. Wykrzywiła się, pokazując mi je.

„Takie typowe wśród samców.”

Ja zemściłem się za odrzucone zawiązki, a on za śmierć rodziców podczas pacyfikacji. Tak myślała. Ja jednak wiedziałem, że z mojej strony ta zemsta wyszła niemal przypadkiem. Nie chciałem jej krzywdy. Po prostu popełniłem błąd. Tragiczny w skutkach błąd.

– Najwyraźniej – odparłem. – Niemniej jestem tak samo winny jak on.

Ołówek zaskrobał o papier.

„Przynajmniej teraz mówisz z sensem. Nie przyjmuj na siebie całej winy, nawet jeśli to ty wszystko zapoczątkowałeś. To niesprawiedliwe.”

Nie wiedziałem, co mam powiedzieć.

Trawiłem jej wypowiedź. Zaplanował zabójstwo, a ja mu wszystko ułatwiłem. Był bardzo młody, kiedy walczyliśmy z buntem wilkołaków. Miał może z dziesięć lat? Piętnaście? Na pewno nie więcej niż dwadzieścia. Chyba każdy z nich wtedy kogoś stracił. Można powiedzieć, że byliśmy w tamtym czasie jak myśliwi, którzy dostali pozwolenie na odstrzał zbyt bujnie rozmnożonej zwierzyny. Z setek tysięcy wilkołaków zrobiliśmy tysiące.

Byłem dla niego zagrożeniem. Pojawiałem sie w najmniej odpowiednich momentach i mogłem przybyć do zamku na zawołanie. Z jakiegoś powodu wybrał oczekiwanie. Wydawało mu się, że nie zdążę? Zaatakował Morrigan, dopiero gdy była bezbronna. Miał nadzieję na szybkie zakończenie jej życia. Gdyby zrobił to, podczas gdy zachowywała świadomość, nie dość, że miałby z nią pod górkę, to i ja bym się przyłączył. Wszystko planował. Był sprytny, lecz coś na końcu go zgubiło.

Poczułem, że Morrigan trąca mnie poniżej kolana. Przeniosłem na nią wzrok, który dotąd ślizgał się po ogrodowych roślinach.

„Dziś moje urodziny. Nie spełnię lekcji.” – przeczytałem.

Przełknąłem ślinę. Miała rację. Nie było szans, żeby w jeden dzień wszystko naprawić.

– Wiem – przyznałem niechętnie. – Przemyślałem to wszystko. Lekcja pozbawi cię tronu i mocy z nim powiązanych, jednak ja mogę podarować ci coś innego w zamian. Wiem, że mnie nienawidzisz. – Morrigan otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale z gardła wydobył się tylko jęk. – Nie próbuj zaprzeczać – uspokoiłem ją. Nie musiała kłamać w tej kwestii. Po balu stało się to dla mnie oczywiste. – Nienawidzisz mnie, nie chcesz tutaj przebywać, ale chciałbym zaproponować ci stanowisko mojego generała. – Długo myślałem nad alternatywami. Pragnąłem dać jej jak najwięcej, żeby zrekompensować stratę. – Przynajmniej odzyskasz utracone moce. Nie będziesz władać Skrawkiem, ale myślę, że to chociaż częściowo… Chciałbym ci zadośćuczynić za wyrządzone krzywdy.

Żadnego tak albo nie. Napisała odpowiedź pośrednią.

„Zastanowię się.”

– Chciałem ci też powiedzieć, że nie będę się spieszył z szukaniem dla ciebie partnera do zawiązków. Może nawet o tym zapomnę w natłoku obowiązków?

Wpatrywała się we mnie obojętnie. Opuściła wzrok na kartkę.

„Jest już nowy władca Skrawka Wieczoru?”

Zapewne właśnie się pakował, albo już leciał. Moje spotkanie z nim zostało zaplanowane na jutrzejszy poranek na dworze Skrawka Wieczoru. Miałem go przywitać w naszych szeregach, zanudzić gadką motywacyjną, po czym wzmocnić jego moce. Niedługo go poznam.

– Tak. Stworzyciel szkolił go, odkąd dowiedział się o twojej lekcji – wyjaśniłem. – Na wszelki wypadek. Gdyby ci się udało, dostałby na nowo wydzielony Skrawek Północy. – A ja miałbym mniejszy teren do pilnowania, dodałem w duchu.

Kiwnęła głową, odłożyła ołówek, a kartkę zmięła w kulkę. Na powrót objęła ramionami nogi, kładąc policzek na szczycie kolan. Wróciła do czynności, którą przerwałem – rozmyślania oraz podziwiania widoków. Wyraźnie dała mi do zrozumienia, że nasz rozmowa dobiegła końca.

Przestąpiłem z nogi na nogę. Nie chciałem jej zostawiać. Nie, kiedy była załamana. Rozumiałem niestety, że ona nie zamierza korzystać z mojego towarzystwa. Wyraźnie pokazywała mi, że mam sobie pójść. Powoli się wycofałem. Kolejne noce spędzę u siebie. Nie będę jej już mógł obserwować przez sen. Źle by to odebrała. Ta… to byłoby co najmniej dziwne.

– Potrzeba ci czegoś? – zapytałem jeszcze zanim dotarłem do drzwi.

Nie spojrzała na mnie. Tylko pokręciła głową.

Dotknąłem klamki.

– W razie czego… sama wiesz.

Opuszczanie jej sprawiło mi podobną trudność, co jej odwiedzenie.

***

 – Wiem, dlaczego próbowałeś ją zabić – tymi słowami przywitałem Ferrisa parę minut później.

 Wilkołak podniósł łeb, przyglądając się mi z zaciekawieniem. Jego uszy zastrzygły, kierując się w moja stronę. Przekrzywił głowę. W żaden sposób nie skomentował mojej długiej nieobecności. Zapewne moje wahanie w kwestii dalszych przesłuchań było mu na rękę. Jego wilcza skóra wydawała się nietknięta, co oznaczało, że miał dość czasu, aby się zregenerować.

 Otworzyłem drzwi celi, wchodząc do środka. Nikt nie przygotował go na moje przybycie, więc żadne łańcuchy nie krępowały jego ruchów. Nie bałem się, że mnie zaatakuje lub, co bardziej prawdopodobne, było mi to kompletnie obojętne.

 – Obudziła się? – zapytał z pewną dozą ekscytacji. – Tęskni za mną? Wciąż mnie… – pauza – kocha?

 – Po co ci było to wszystko, kundlu? – zagrzmiałem, stając nad nim. Siedział po turecku, unosząc w górę swój trójkątny pysk, żeby mnie dobrze widzieć. – Po co doprowadziłeś to tak daleko? Mogłeś spróbować wcześniej. Czemu akurat…

 – Po tym jak ją zerżnąłem? – wciął się. – Och… Val… – westchnął. – Może chciałem sobie użyć przed śmiercią? W końcu napaść na księżną lub księcia to misja samobójcza. Może chciałem ją upokorzyć… – zawiesił zdanie w próżni. – Bądź co bądź wszystko poszło gładko, prócz zakończenia. Nie przewidziałem, że pojawisz się w jej sypialni. – Skrzywił się, odsłaniając kły. – Zauważyłem, że dostęp do niej ma tylko ona. Widocznie coś przegapiłem – ostatnie zdanie powiedział do klepiska.

 Wydawał się bardziej rozmowny niż poprzednim razem.

 – Masz dziś ochotę na rozmowę? – zapytałem go o to.

 Podniósł wzrok. Wlepił we mnie zielone ślepia, zanim odpowiedział. Okrasił wypowiedź wzruszeniem ramionami.

 – Zrozumiałem, że nie zobaczę Morrigan przed moją egzekucją. – Czy ja słyszałem żal? Zaraz potem poprawił swój ton, jakby sam zauważył niechcianą emocję. – Na pewno będzie chciała ze mną być… ten ostatni raz. Przecież mnie pokochała.

 Wyszczerzył zęby w parodii uśmiechu. Wolałem go w ludzkiej postaci. Przynajmniej miałem pewność, kiedy szydzi, a kiedy mówi poważnie. Większości wypowiedzi wychodzących z paszczy wilkołaka towarzyszyła mimika godna kiepskiego aktora z najgorszego teatru. Ferris na pewno brał to za plus.

 – Powiedziała ci, że cię kocha?

 Szczerze się zdziwiłem, słysząc tę nowinę. Jej żal mógł mieć źródło nie tylko w samym akcie przemocy oraz fakcie utraty zdrowia, ale także w cierpieniu po zawiedzionej miłości. Przedtem nawet przez myśl mi nie przeszło, że ona mogłaby pokochać tego wilkołaka. Ale dlaczego? Przecież to właśnie było warunkiem lekcji. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że zakochała się w kimś, kto nie był mną?

 – Ta – przytaknął leniwie. – Czy to takie dziwne? Hmm? – Nieporadnie uniósł miejsce, gdzie w ludzkiej postaci widniałaby brew. – Fakt, kto by pokochał na wpół dziką bestię? Ale wiesz co? – Wychylił się do mnie, podpierając na dłoniach. – Ja ją rozumiałem i dostrzegłem krzywdy, które jej wyrządziłeś. W ostatecznym rozrachunku wcale nie jesteś ode mnie lepszy, ani ja od ciebie gorszy. – Moje skrzydła zaszeleściły, dając ujście nerwowemu tikowi. – Tak, Val, mój przyjacielu, rozgryzłem zagadkę. Odebrałeś jej urodę, skrzydła, ciepło i wolność, a to wszystko z powodu zemsty, bo cię nie chciała. – Oparł się o ścianę, dodając nonszalancko: – Może nie byłeś mną.

 – Nigdy by na ciebie nie spojrzała w ten sposób, gdyby nie ja – rzekłem.

 – Czyżby?

 Spoglądał na mnie, przechylając łeb na jedną ze stron. Jego uszy, wyłapujące dźwięki wszystkiego wokół, nagle wyjątkowo zainteresowały się właśnie mną.

 Postanowiłem mu wszystko wytłumaczyć. Dlaczego miałbym tego nie robić? I tak niedługo miał stracić życie, zabierając tajemnicę do grobu. Tajemnicę, którą już i tak częściowo rozgryzł. Byłem pod wrażeniem jego spostrzegawczości. Zapewne dysponował małym zasobem wskazówek, a mimo wszystko się mu udało. A może to ja byłem zbyt pewny siebie i mało ostrożny? Mniejsza z tym. Czasu nie cofnę.

 Podeszłem bliżej. Życie było mi miłe, więc nie pochyliłem się nad nim, ani nie usiadłem obok, jednak znalazłem się w wystarczającej odległości, żeby móc szeptać. Nie potrzebowałem kolejnych świadków mojej historii. Wartownicy, niby zajęci kolejną karcianą grą, wciąż mogliby coś usłyszeć, gdybym nie ściszył tonu wypowiedzi.

 – Miała do wypełnienia lekcję. Są to metody nauki aprobowane przez Stworzyciela. Mają cele i warunki – zacząłem. – Kazałem jej zakochać się w kimś, kto odwzajemni jej uczucie, a utrudniać wszystko miały rzeczy, które jej zabrałem. Warunkiem było to, że Morrigan ma czuć urazę do tej osoby. Gdyby zawiodła, oddałaby koronę. Sam też jej zasugerowałem, gdy cię złapała, że mógłbyś jej z tym pomóc. Niestety zawiodła, a dziś po północy mija termin. Straci koronę.

 – To przykre. Zasugerowałeś mnie?

 – Tak, a co?

 Wyprostowałem się, zakładając ręce na pierś.

 – To wiele tłumaczy. Taa… – przeciągnął. – Wiele. Szkoda, że przegapiłeś inną opcję. Jesteś sprytny, ale ja sprytniejszy. Wiesz, co zrobiłbym na twoim miejscu? Gdyby cię znienawidziła, mógłbyś ją przeprosić, a później powoli… powolutku… rozkochać ją w sobie. – Zwrócił uwagę na coś w mojej twarzy. Na pewną emocję. – Och! – wyrzucił triumfalnie. – Ty myślałeś o tym! – Spojrzałem gdzieś w bok, aby ukryć złość. – Ha! Brałeś to pod uwagę. Ale co? Dlaczego nie? – Podniecił się, naciskając na mnie. Poruszył się, zmieniając pozycję. Teraz klęczał na jednym kolanie i bezczelnie wgapiał się w moją twarz, pragnąc dojrzeć wszystko. – Nie milcz tak. Rozmawiamy. Myślę, że się bałeś. Myślę, że nie miałeś na tyle pewności siebie, żeby zaryzykować. Bo już raz cię odtrąciła. A później pojawiłem się ja. Zacząłem ci zagrażać. Wziąłeś ją na ten głupi bal, gdzie się pokłóciliście. Była na ciebie wściekła. Czyżbyś pod koniec postanowił spróbować?

 Warknąłem, robiąc krok w tył. Doskonale mnie wyczuł. Wiedział wszystko, a łatwość z jaką przyszło mu rozwiązanie mnie przerażała.

 Byłoby to dziwne, gdybym przez wiek nie wpadł na pomysł z postawieniem siebie w roli jej wybawiciela. I tak – bałem się jej stracić. Bałem się stracić jej zaufanie. Co by pomyślała, gdybym od razu jej powiedział, że się pomyliłem? Za kogo by mnie wzięła? To i tak wyszło na jaw, ale wtedy… byłem zdesperowany. Zazdrosny o Ferrisa. Być może na tym pierdolonym balu wszystko zepsułem. Pomysł ze skrzywdzeniem jej odkładałem tak długo, że ostatecznie sam nastawiłem na siebie sidła. Zareagowała gorzej, niż to sobie wyobrażałem.

 Ta cała sprawa sprawiała, że nie potrafiłem myśleć o sobie, jako o dobrym człowieku. Zapewne słusznie. Wielokrotnie brzydziłem się sobą, swoimi pomysłami, a także zabezpieczeniami, jakie podjąłem. Najbardziej jednak wstydziłem się tego, że byłem tylko pospolitym tchórzem.

 Miałem dość tej rozmowy. Kolejnego głosu, który wykładał mi prawdę na mój temat. Ja o tym wszystkim – o swoich błędach i niedoskonałości – doskonale wiedziałem.

 – Mam wszystko, czego potrzebuję – oznajmiłem, wycofując się.

 – Nie chcesz już ze mną rozmawiać? – szczeknął ubawiony Ferris. – Bylibyśmy dobrymi kumplami, Val. Tak samo zepsuci i źli. Planujesz, jak i ja. Po trupach dochodzisz do celu. Powiedz, że ty też to widzisz.

 – Zobaczymy się wkrótce.

 Obróciłem się, ale on powiedział coś, co kazało mi się zatrzymać. Słuchałem go, wpatrując się w korytarz i puste cele naprzeciwko.

 – Lubiłem Morrigan. Lubię ją. Prawie ją pokochałem – wyznał, a jego głos się zmienił. Wciąż należał do wilkołaka, jednak zawierał w sobie więcej ludzkich nut. Był przesycony uczuciami. Prawdziwymi uczuciami, a nie tymi udawanymi. Był smutny i rozżalony, w dodatku pojawiło się w nim coś przypominającego skruchę oraz tęsknotę. – Obiecałem sobie jednak dawno temu, że zamorduję serafina, przez którego musiałem żyć na ulicach. – Tym razem usłyszałem przykrą determinację. – Wiesz, co to za życie? Zostań, Val. Wysłuchaj mnie ty, jeśli Morrigan nie chce mnie widzieć. Nie dziwię jej się. Wcale…

Zerknąłem nań przez ramię. Nie patrzył na mnie. Jego głowa zwisała smętnie, a on sam jakby się w sobie skurczył. Niespokojnie gładził swoje udo, jakby to miało pozwolić mu się uspokoić.

Postanowiłem zostać jeszcze chwilę. Tylko chwilę. To te uczucia mnie zaciekawiły. Uczucia i zapewnienie o swojej miłości. Nie pojmowałem, dlaczego, prawie ją kochając, mógł chcieć jej śmierci.

– Pod koniec – kontynuował, wiedząc, że go słucham – gdy tuliła się z zaufaniem do mojej piersi, żałowałem, że to jej przysiągłem śmierć. Kurewsko tego żałowałem. Usypiając, powiedziała, że mnie kocha, a ja… też to powiedziałem, tylko… – Wtedy pociągnął nosem. On płakał. Wpatrywałem się w niego, jakbym zobaczył nieznajomą osobę. Kogoś, kto nagle zajął jego miejsce. Nie mogłem pogodzić sceny rozgrywającej się przed moją osobą z tym, co dotychczas mi pokazał. – Tylko, że powiedziałem to wyłącznie po to, aby spokojnie usnęła. Musiała spać, żebym mógł ją zabić… Musiała być nieświadoma. Ja chyba nie byłbym w stanie tego zrobić, gdyby na mnie patrzyła. Uwierzysz, Val, że ona jedna zobaczyła we mnie coś wartościowego?

 – Mogłeś… – odezwałem się, ale zaraz mi przerwał.

 Chciałem powiedzieć, że przecież mógł się powstrzymać.

 – Mogłem – przyznał, wiedząc, co mam na myśli. Podniósł łeb. Jego oczy lśniły, a futro na pysku zlepiały łzy. – Może gdyby to wydarzyło się później. Gdyby moje uczucie zdążyło dojrzeć. Gdybym nie był tak zaślepiony. Tego się już nie dowiem. – Pokręcił łbem. – Ale, Val, ja tęsknię za nią. Ja bym ją pokochał.

 – Ciężko mi w to wszystko uwierzyć.

 – Ale to prawda. – Iskry pojawiły się w jego ślepiach. – Kłamałem. Kłamstwo jest dla mnie drugim językiem. Żeby przeżyć, musiałem kłamać. Od małego. Umiem to robić. Każdy daje się nabrać. Udawać też potrafię. Myślisz, że jak zarabiałem na żarcie, gdy jeszcze byłem zbyt słaby, żeby polować i samemu o siebie zadbać? Dawałem dupy tym wszystkim obszczymurom za marne miedziaki i jeszcze udawałem, że sprawia mi to przyjemność. Nawet mnie lubili. Kradłem i byłem w tym całkiem dobry. Słuchałem i zdobywałem informacje, aby następnie je sprzedawać. Manipulowałem tyloma ludźmi. Nic dziwnego, że przyleciała do mnie jak ćma do ognia.

 – I co z tego? Spierdoliłeś. Ja też spierdoliłem. Czasu nie cofniemy.

 – To prawda. – Kiwnął mi, zgadzając się. Wyszczerzył kły, jakby chciał się uśmiechnąć. Domyśliłem się, że na jego ludzkiej twarzy zakwitłby zgorzkniały, oskarżający mnie uśmiech. – Nie wierzyłeś w nią, zleciłeś jej trudne zadanie. Chciałem tylko zwrócić twoją uwagę na fakt, iż jej się prawie udało. Zabrakło jej jednego, może dwóch dni, żeby mnie usidlić. – Fakt, prawie jej się udało. Nie przeszkodziłem jej. Dałem jej narzędzie, które później przyniosło jej zgubę. I tu pojawia się pytanie: czy gdybym jej odmówił, faktycznie rozkochałaby w sobie wilkołaka? Twierdził, że tak; że to było możliwe. Pomyliła się, myśląc, że Ferris potrzebował cielesnego złączenia, aby się przywiązać. – Szkoda, że tak późno pojąłem, że mógłbym być dla kogoś wart więcej niż kawał mięsa, za które zapłacił. Byłem zaślepiony i może zbyt podniecony celem, który wreszcie znalazł się w moim zasięgu, żeby to dojrzeć. To tyle. Tylko tyle. Chciałem, żebyś jej to powiedział, ale… zmieniłem zdanie. Niech to zostanie między nami. Niech ma mnie za bestię. Będzie jej łatwiej. Zostałem w tej skórze, bo myślałem, że ona do mnie przyjdzie. Chciałem, żeby nie widziała we mnie tamtego człowieka. – Uspokoił się, jakby wyznanie pomogło mu uporządkować myśli. Potem znów zwrócił się do mnie zdrobniale: – Val…

 Wypuściłem głośno powietrze ustami.

 – Co?

 – Zróbcie to szybko – poprosił. – Dziś; jutro. Nie każ mi czekać.

 Mówił o egzekucji. Pragnął śmierci. Był na nią gotowy. To kazało mi zweryfikować wszystkie przekonania, jakie miałem na temat Ferrisa. To dało mi do myślenia.

 – Zobaczę, co da się zrobić – rzuciłem, zanim zamknąłem za sobą celę.

***

 Gdyby nie powiedziałby mi o kiełkującym uczuciu, gdyby nie okazał skruchy, wreszcie – gdyby nie wytknął mi, że nie pozostawałem bez winy – byłoby mi łatwiej go zabić, a tak…

 Piłem, lecz tym razem nie z zamiarem zapomnienia, ale aby zebrać myśli. Czasem alkohol pozwalał wejść umysłowi w stan kreatywnej koncentracji. Nie bez powodu wielu pisarzy sięgało po trunki, pisząc swoje dzieła. Bez alkoholu z pewnością nie powstałyby „Szemrane sprawki” Goethego, ani „Oszukać los” Draagonysa. Obaj upijali się swoimi ambicjami doprawionymi krwawą Marry lub wódką z lodem.

 Zastanawiałem się, co począć z Ferrisem. Żal – nie spodziewałem się go dzisiaj. Sądziłem, że jest zimnym, wyrachowanym zabójcą. Nie. On po prostu był wilkołakiem. Dawno wszczepiona w jego geny predyspozycja do agresji kierowała nim w sposób, który wyrywał się z ram moralnych. Odróżniał dobro od zła – każda istota rozumna powinna to potrafić – jednak mając świadomość konieczności popełnienia zbrodni i tak się na nią decydował. To zew. Był silniejszym bodźcem niźli rozsądek.

 Był gotowy na śmierć. Jak sam określił zamach na Morrigan – dążył do wykonania misji samobójczej. Czy w tym wypadku pójście na rękę jego oczekiwaniom było sprawiedliwe? Wykazywał brak zainteresowania kontynuacją własnego życia. Miał je za nic. Twierdził, że dużo wycierpiał w młodości, więc dlaczego miałoby mu zależeć? Może tylko chęć zemsty powstrzymała go przed podcięciem sobie żył w czasach, gdy było mu zbyt ciężko? Jeśli tak… To trzymała go dość długo na tym świecie.

Co jednak miałem z nim zrobić, jeśli nie zabić? Trzymać do końca życia w celi, aby marnował moje zasoby? Nie byłem nigdy zwolennikiem utrzymywania darmozjadów, dlatego pomysł Tali z wysyłaniem agresywnych imigrantów do więzień przyjąłem z wielkim dystansem. A gdybym powtórzył działania Morrigan?

 Przysunąłem kieliszek do warg, jednak nic z niego nie wypłynęło. Zamrugałem, otrząsając się z zamyślenia. Nie zauważyłem, kiedy wino w szkle się skończyło. Dolałem sobie jeszcze połówkę, nie mając zamiaru siedzieć w salonie całą noc. Nowy fotel był całkiem wygodny. Stolik Dadarena lśnił niemal idealną czystością; wygląd całości wiele tracił z powodu mojego paskudnego nawyku gaszenia papierosów o blat. Zmieniono dywany, a wraz z nimi kolorystykę wnętrza; teraz królowała świeża zieleń w otoczeniu kremowych ścian oraz karmelowych podłóg i odrobinę ciemniejszych drewnianych mebli.

 Powróciłem do przerwanego wątku. A gdybym powtórzył działania Morrigan? Czy nie popełniłbym tego samego błędu co ona? Wydawało mi się, że Ferris ostatecznie stanowił zagrożenie wyłącznie dla niej. Odebrałbym mu sporo wygód, wyznaczył do kilku nudnych prac i, oczywiście, magią wyrwałbym jego kły i pazury. Miałbym na niego oko. Ten typ najlepiej czuł się w lesie, polując – tego nigdy by ode mnie nie otrzymał.

 Ostatecznie wiek w zamknięciu jawił się mi jako cięższa kara niż szybka śmierć. Postanowiłem więc, że dostanie ode mnie dużo czasu na rozmyślania o swoim postępowaniu.

***

 Następnego ranka postanowiłem odwiedzić Morrigan. Po pierwsze musiałem się dowiedzieć, jaki się czuje, po drugie powinna dowiedzieć się o mojej decyzji jako pierwsza, a po trzecie – medycy zawiedli, nic nie mogli zrobić, w związku z tym podjąłem decyzję, iż muszę udać się do Stworzyciela. Tylko on mógł jej pomóc, a przynajmniej taką miałem nadzieję.

 Dziś zastałem ją, gdy siedziała przed lustrem, rozczesując włosy. Wciąż miała na sobie jedwabną koszulkę nocną na ramiączkach. Klątwa wygasła – z jej pleców wyrastały złoto-czarne skrzydła, a jej twarz wróciła do wyglądu sprzed wieku. Nie raczyła się odwrócić, gdy za nią stanąłem; patrzyła na mnie przez taflę, nie przerywając gładzenia hebanowych, lśniących niebieskim refleksem włosów. Uniosła jedną z ciemnych, wygiętych w łuk brwi, jakby pytała, czego chcę.

– Morrigan... – Ponowiła ruch brwią, pospieszając mnie. Jej widok mnie uderzył, gdyż myśląc o Ferrisie, kompletnie zapomniałem, że zastanę ją taką… zwyczajną. – Chciałem ci o czymś powiedzieć. Mam nadzieję, że zrozumiesz moją decyzję. – Uspokajający wdech. To wyznanie stało się cięższe, gdy tak patrzyła na mnie turkusem swoich oczu. Wiedziałem, że jej reakcja może być daleka od pokojowej. – Postanowiłem, że nie będziemy sądzić Ferrisa. – Zamarła. Natychmiast odłożyła szczotkę z włosia dzika i zwróciła się do mnie całym ciałem, strącając przez swoją nieostrożność lotkami buteleczkę perfum z toaletki. Skrzywiła się tylko na dźwięk tłuczonego szkła, po czym skupiła na mnie uparty wzrok. Zacisnęła dłonie na słupkach krzesła, między którymi jeszcze przed chwilą falowały jej skrzydła. – Ja tego nie zrobię. Nie mogę. Rozmawiałem z nim i uważam, że gdybym wydał na niego wyrok śmierci, musiałbym go wydać także na siebie. – Zaciśnięte palce pobielały. – Wiele mu ułatwiłem – dodałem.

Zerwała się z miejsca, rzucając się na łóżko. Skrzypnęło, gdy jej ciężar wgniótł materac. Grzebała w szufladzie szafki, szukając notatnika i ołówka. Przerzucała kolejne szpargały.

Nie zamierzałem jej zdradzać, co tak naprawdę popchnęło mnie do podjęcia takiej decyzji. Nie musiała wiedzieć, że Ferris żałował, ani że wyznał, iż brakowało jej jednego, góra dwóch dni, żeby zapobiec tragedii, a także pozostać na tronie Skrawka Wieczoru. Nie musiałem się jej tłumaczyć.

Stęknęła, pisząc pospiesznie jedno, krótkie zdanie.

 „Jest złym człowiekiem i powinien umrzeć.” – przeczytałem.

 Częściowo powinienem się zgodzić z tym stwierdzeniem, jednak nie o to tutaj chodziło.

 – Nie sądzę, żeby... Znaczy… Jest zły, ale nie do końca – poprawiłem się. – Powiedział mi coś… – Przeczesałem palcami w zdenerwowaniu włosy. – Po prostu zrozum, że to byłoby niesprawiedliwe, gdybym go zamordował. Uważam, że w jego przypadku lepiej sprawdzi się kara więzienia. Resocjalizacji. Przymusowych robót.

 W odpowiedzi rzuciła notatnikiem i ołówkiem o ziemię. Ten drugi odbił się od paneli, łamiąc końcówkę. Trudno było zignorować jej wściekłość. Wpatrywała się na mnie rozszerzonymi ze złości i strachu oczami, jakbym właśnie gołymi rękami zamordował całą jej rodzinę. No cóż… zapewne w jej odczuciu zrobiłem coś dokładnie tak złego, nie wydając na Ferrisa wyroku śmierci. Jej pierś falowała, gdy chrapliwie wciągała i wydychała powietrze. Włosy – jeszcze przed chwilą gładkie i uporządkowane – naelektryzowane kleiły się do jej twarzy.

 Dyskusję na temat wilkołaka uznałem za zamkniętą, a przynajmniej z mojej strony. Pozostała jeszcze jedna kwestia.

 – Przyszedłem do ciebie jeszcze z jednego powodu. Nie będzie mnie tutaj cały dzień. Może wrócę do jutrzejszego poranka. – Parsknęła zirytowana, opadając na krzesło przy toaletce. Co ją to obchodziło? Tylko jej się naprzykrzałem. – Uzdrowiciele zawiedli, więc mam zamiar szukać pomocy u Stworzyciela. Wrócę szybko. Chociaż pewnie cię to nie obchodzi.

 Odwróciła się do mnie plecami, rozkładając skrzydła niczym paw swój ogon. Żeby uniknąć ewentualnego mojego spojrzenia w zwierciadle, opuściła głowę, chowając twarz za murem z przedramion.

 Zasłużyłem sobie. Przestąpiłem z nogi na nogę. Miałem zamiar jeszcze odwiedzić Ferrisa oraz udać się na dwór Skrawka Wieczoru, aby przywitać nowego księcia przed tym, jak skoczę na tereny Szczytu Świata.

– Tak myślałem. Do zobaczenia, Morrigan – pożegnałem się z nią.

Naturalnie... nie wykonała najmniejszego gestu, żeby się odwzajemnić.

***

 Ferris porzucił wilkołaczą postać. Jego rany się zagoiły, jak zauważyłem poprzedniego dnia, jednak – czarne na jego brązowej skórze – siniaki pozostały.

– Ociągałeś się – rzucił do mnie opryskliwie. Wcale się nie ociągałem. Nie minęła nawet pełna doba od mojej ostatniej wizyty w lochach. – Myślałem, że jesteśmy kumplami.

Parsknąłem śmiechem. Wiedziałem, że zaraz zepsuję mu dzień.

 – Jesteśmy.

 Wsadziłem klucz do zamka i otworzyłem szeroko drzwi.

 – W co ty pogrywasz?

 Omiótł mnie spojrzeniem od stóp do głów. Raczej nie podobał mu się mój dobry humor. Mimo przeprawy z Morrigan, potrafiłem wykrzesać z siebie odrobinę optymizmu, wiedząc, że zaraz zniszczę wszelkie nadzieję Ferrisa na szybkie zakończenie sprawy.

 – Nie będę cię sądził – poinformowałem bez zbędnych wstępów. – A przynajmniej nie oficjalnie. Uznałem, że resocjalizacja w murach tego zamku dobrze ci zrobi.

 – Ty…

 Ruszył się, jakby chciał na mnie skoczyć, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał. Cudownie było widzieć grymas wściekłości na jego ludzkiej twarzy. Przy jego wilkołaczej postaci nie miałbym z tego tyle satysfakcji.

 Głucho zawarczał, odsłaniając kły. Tak jak się spodziewałem – wizja resocjalizacji dobiła go bardziej niż obietnica egzekucji.

 – Co? – wyszczerzyłem zęby, ciesząc się z jego nerwowej konsternacji. – Już nie jesteśmy kumplami? Wytłumaczę ci to, zanim zaczniesz rzucać kurwami na prawo i lewo. Przed tobą jeszcze co najmniej siedemdziesiąt lat życia, o ile coś nie ukatrupi cię w drodze do mogiły. Powiedziałeś, że prawie pokochałeś Morrigan i że było ci żal. Chcę, żebyś żałował do końca swojego życia. – Sam od wieku przeżywałem własną żałobę nad popełnionymi błędami, doskonale więc zdawałem sobie sprawę, jak wyrzuty sumienia potrafią zatruć nawet najbardziej dostatnie życie. – Zabicie cię… byłoby zbyt proste i niesprawiedliwe. Wiele w życiu cierpiałeś i jestem w stanie zrozumieć kogoś takiego jak ty, a nawet posunę się do stwierdzenia, że ci współczuję.

 Milczał. Opuścił głowę i milczał. W środku zapewne przeklinał mnie i dziesiątki pokoleń mojego rodu wstecz.

 No dobrze… czas kończyć tę rozmowę, zwłaszcza, że mój rozmówca się wykruszył. Miałem dziś jeszcze sporo do zrobienia, nie zamierzałem więc marnować czasu na przyglądanie się wilkołakowi.

 – Jeszcze nie przemyślałem do końca, co z tobą zrobić – oznajmiłem – ale znajdę ci zajęcie i wymyślę sposób na uprzykrzenie życia.

 Odwróciłem się, a wtedy on nabrał odwagi.

 – Nie jesteś moim kumplem, Val – syknął ze swojego klepiska.

 – Nigdy nie byłem, Ferr – odwdzięczyłem mu się, zerkając na niego z góry ostatni raz.

*

Liczę na komentarze. Liczę na krytykę.


Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany