Opowiadanie użytkownika Multivariate Ego

R14: Mroczne zakamarki Kontynentu Dantego

local_library0 comment0 thumb_up0
Pani z lodu [fantastyka/romans][+18][I tom trylogii "Czerni i bieli"] - część 14

 Prosto z dworu nowego księcia Skrawka Wieczoru przeskoczyłem przed pałac będący centrum Stolicy Świata. Wkroczyłem w całkiem inny klimat nie tylko ze względu na chłodniejszą pogodę, ale również nagłe, niewyjaśnione uczucie niepokoju oraz wrażenie, że poruszam się w gęstej, niewidocznej mgle. Tej zmiany nie dało się nie zauważyć. Przestałem się dziwić tłumowi, który odeń uciekał.

Tereny, które zajmował budynek będący własnością Stworzyciela, odpowiadały wielkością małemu miasteczku. Broniły go wysokie mury, otoczone dodatkowo fosą, w których zamknięto największy zamek na globie, obok którego wyrastały uczelnia, klasztor, muzeum, parę chat gospodarczych, a wszystko to przeplecione wiecznie kolorowymi ogrodami. Całość utrzymywano w spójnej myśli architektonicznej, stawiając na barwy neutralne – odcienie kremowe, kawowe, żółtawe, wszystkie bez wyjątku jasne – przeplecione gdzieniegdzie czernią, w formie nadzwyczaj prostej i nowoczesnej, złożonej z kwadratów, trójkątów i trapezów. Okien ciężko było się doszukać, a te, które się jakimś cudem znalazły, nie miały przekątnej większej niż pół metra.

 Ruszyłem wzdłuż długiego basenu płytową ścieżką. Nie wypadało, abym pojawiał się nagle w holu bez zapowiedzi. Wdrapałem się po schodach, mijając dwunastkę strażników. Siedziba Stworzyciela była najlepiej strzeżonym budynkiem ze wszystkich na całym świecie. W szeregi wartowników wchodzili serafini oraz diabolce, jako rasy najgodniejsze zaufania oraz najsilniejsze. Masywne wrota uchyliły się przede mną same, rozpoznając mnie. Hol był ogromny, wysoki, a strop podpierały ozdobne, sześciokątne kolumny o lustrzanym połysku. Po prawej i lewej ustawiono ławki wraz z kanapami i stolikami, przy których goście mogli odprężyć się przy lekturze lub poczekać na audiencję. Przebyłem całą długość korytarza, aby dojść pod biurko recepcji. Siedziała przy nim aktualnie jedna serafina w szarej szacie z kapturem na głowie. Uśmiechnęła się do mnie, zamykając książkę; wcześniej zaznaczyła stronę, na której skończyła.

 – książę Valdrian – przywitała mnie kapłanka. – Nie spodziewaliśmy się tutaj księcia.

 – Witaj, kapłanko. – Skłoniłem głowę bez przesadnego szacunku. – Przybyłem, aby porozmawiać ze Stworzycielem.

 Kiwnęła mi, po czym wyszła zza lady.

 – Proszę zaczekać. Zapytam o audiencję.

 – Nigdzie się nie wybieram.

 Odwróciła się na pięcie, zmierzając do prawego wyjścia. Jej suknia – długa do ziemi – zamiatała nad podłogą w równym tempie. Wreszcie zniknęła za rogiem korytarza, kierując się w jego lewą odnogę.

 Moje spojrzenie padło na najbliższy stolik. Usiadłem na fotelu obitym czerwoną skórą. Prócz mnie czekało kilku wizytantów; część do Stworzyciela, a część do wysokich kapłanów. Może i byłem księciem, ale nie oczekiwałem, że zostanę wezwany poza kolejnością.

 Pochyliłem się nad impresjonistycznie wykonanym blatem – zapewne robotą Dadarena – sięgając po plik broszur informacyjnych. Pierwsza z nich – najbardziej wyświechtana – przedstawiała proces starania się o zawiązki, a następnie o dziecko, jaki trzeba było przejść krok po kroku z wyszczególnieniem wizyt w każdym urzędzie. Kolejna wzywała do proszenia o pomoc psychologów w razie depresji, pokazując przykre społeczne skutki samobójstw. Jeszcze inna twierdziła, że ciąża to nie tragedia, a dziecko można oddać w troskliwe, czekające na cud narodzin ręce. Po drugiej stronie wymieniono najlepsze sposoby na zapobieganie ciąży na czele z niebotycznie drogim preparatem zapewniającym bezpłodność mężczyzny lub kobiety (w zależności od wersji) na pół wieku. Ta była sponsorowana przez producenta.

 Miałem już wziąć się za czytanie czwartej ulotki, kiedy usłyszałem kroki. Odbijały się echem od wysokich ścian i sklepienia. Podniosłem oczy i zobaczyłem coś, co jednocześnie mamiło swym pięknem, ale również przerażało.

 Z lewego korytarza wyszła brzemienna wróżka. Niebieskoskóra istota powoli przechadzała się środkiem holu, poruszając się z taką lekkością i gracją, że trudno było uwierzyć w jej realność. Bardziej przypominała zjawę niż żywe stworzenie. Przez powłokę w odcieniu indygo prześwitywały fioletowe naczynia krwionośne, tworząc mozaikowaty wzór na całym ciele; sylwetkę kobiety zaś mogłem podziwiać w pełnej okazałości, gdyż jedyną częścią garderoby – prócz wiązanych sandałów – była w jej przypadku mieniąca się różowawa spódnica. Wróżki, jako istoty jajorodne, niekarmiące, nie posiadały sutków ani pępka. Pękaty brzuch uwypuklał się poniżej niemal płaskiej klatki piersiowej. Z jej pleców wyrastały szerokie skrzydła podobne tym motylim. Żywe witraże falowały, podkreślając każdy dostojny krok Ferenriel.

 Zwróciła na mnie uwagę, odwracając w moim kierunku swoją twarz. Urody wróżek nie sposób opisać słowami. Jej oblicze było szczupłe o wysokich kościach jarzmowych, nad wąskimi wargami górował niewielki nosek. Jednak największe wrażenie robiły duże, czarne, błyszczące oczy, otoczone białymi kropeczkami wymalowanymi przez naturę na wyciętych lekko skośnie powiekach. Podobne kropelki zrosiły jej nos oraz policzki, przypominając zbyt regularnie rozsypane piegi. Za wydłużone spiczaste uszy założyła granatowe włosy, wyglądające, jakby właśnie zostały zmoczone podczas kąpieli.

 Na ustach kobiety pojawiło się coś, co przypominało subtelny, uprzejmy uśmiech. Wstałem, jakby tym jednym miłym spojrzeniem mnie przywołała do siebie. Nie spostrzegłem się, kiedy już ku niej szedłem, a w następnej chwili znalazłem się niecały metr od niej. Działały na mężczyzn w niewyjaśniony sposób.

 – Ferenriel – przywitałem się z entuzjazmem, jakiego w normalnej sytuacji bym z siebie nie wykrzesał. – To zaszczyt panią spotkać.

 – Valdrian. książę Skrawka Nocy – wymieniła moje imię i tytuł, jakby musiała sobie o nich przypomnieć. – Co cię tu sprowadza?

 – Małe problemy w księstwie.

 – Małe problemy można rozwiązać samemu – zauważyła bez większych emocji. Wróżki nie należały do zbyt ekstrawertycznych istot, w dodatku sprawnie potrafiły maskować swoje uczucia (o ile w ogóle je posiadały). – Przerastają cię, inaczej nie szukałbyś pomocy.

 – Masz rację.

 – Zawsze mam rację.

 Jak żadną inną rasę ludzi wróżki cechowała niespotykana intuicja. Instynkt w większości przypadków wykazywał ponadprzeciętną skuteczność, sprawiając, że do Ferenriel oraz jej „sióstr” po porady zgłaszały się najważniejsze głowy naszego globu, łącznie z samym Stworzycielem. Zdanie wróżki stawiano ponad poradami zawodowo zajmujących się sprawami państwa doradców; nieraz na dworach zastępowały cały sztab specjalistów. Co ciekawe ich wiedza nie wynikała z wieloletnich studiów, a jak to niektórzy mówili: brała się z powietrza. Wieki temu udowodniono, iż energia skupiona w zwierzętach, roślinach oraz wszelkich skałach czy w powietrzu jest zdolna, aby przechowywać informację, a nieliczne osoby – właśnie fizjologicznie przystosowane wróżki – mogły czerpać z tej wiedzy. Fundamentem tej teorii jest założenie, iż my wszyscy jesteśmy tą energią i może teraz, w tym momencie mamy wrażenie jednoświadomości, lecz po śmierci, między kolejnymi odrodzeniami jesteśmy wszechświadomością. Ja nigdy specjalnie nie wierzyłem w reinkarnację; na dłuższą metę nie widziałem jej sensu. Bo przecież wszystko musi mieć sens; tak przynajmniej zakładam. Zgadzałem się z założeniem, iż sensem życia jest rozmnażanie – nic więcej – a emocje, talenty i świadomość ja to tylko błędy powielane w kolejnych pokoleniach.

 Dostałem od losu doskonałą okazję, żeby porozmawiać z Ferenriel. Musiała wiedzieć sporo, więc postanowiłem skorzystać z jej chwilowego towarzystwa. To zaszczyt, że pozwoliła mi do siebie podejść.

 Spojrzałem na jej brzuch – zapowiedź tragedii. Wróżki rozmnażały się wyłącznie, gdy instynkt podpowiadał im, że zbliża się śmiertelne zagrożenie. Przed wyruszeniem w bój, wystarczająco wcześnie ostrzeżone przez intuicję, znajdowały jednorazowego partnera – silnego o pożądanych cechach fizyczno-psychicznych – i płodziły z nim następczynię. Ferenriel i jej „siostry” mogły rozmnażać się z przedstawicielem każdej z ras, jeśli tylko uznały go za godnego. Rodziły wyłącznie kolejne kobiety.

 – Niebezpieczeństwo się zbliża? – zmieniłem temat.

 – Nie inaczej. – Jej dłonie zsuneły się na okrągły, przypominający piłkę fragment ciała. Pogładziła go z czułością, której bym się po niej nie spodziewał. One nie przywiązywały się do swoich dzieci, a także nigdy nie zajmowały się nimi osobiście. Wydawały je na świat i zostawiały na łaskę losu. Tylko silne miały prawo przetrwać. – Wraz z siostrami zadbałyśmy o następczynie. Wkrótce Armena przyjdzie na świat, aby walczyć o swoją kolej.

 – Kto jest ojcem?

 Właściwie zdziwiłem się, widząc brzemienna wróżkę. Nie słyszałem, żeby szukały ojców. Wieści do mnie nie dotarły. A może dotarły, tylko je zignorowałem? W każdym razie ja nie brałbym udziału w walce o miejsce między jej lub jej „sióstr” nogami. Podobno jednonocni kochankowie tracili zmysły po spełnieniu swojego obowiązku. Nazywano to „śmiertelnym pocałunkiem wróżki”. Słyszałem o mężczyźnie, który opętany żądzą zostawił swój dwór, aby wyruszyć na poszukiwania kochanki. Widział jej twarz w obliczu każdej napotkanej kobiety. Stracono go za wielokrotny gwałt. Przykra sprawa.

 – Orkan Hyperyon – wymieniła imię i nazwisko nieszczęśnika. – Znakomity wojownik ze sporymi ziemiami na południu Królestwa Ognia. Pokonał piętnastu śmiałków.

 Piętnastu facetów zdeterminowanych na tyle, aby rozsiać swoje nasienie nawet za cenę własnego życia. To była ewolucja. Geny przekazywali najsilniejsi, dzięki czemu każde kolejne pokolenie wróżek mogło się pochwalić lepszymi warunkami. Słodko-gorzka wygrana. Zapewne brakowało im rozsądku.

 – Piętnaście trupów – mruknąłem. – Czyż w obliczu zagrożenia nie powinniśmy dbać o dobrych wojowników?

 – Nie byli dobrzy – zaprotestowała. – Polegli. Zresztą… Ja zastąpię dwukroć tyle, a po osiągnięciu ostatecznej formy wystarczę za całą armię.

 – Tylko sugerowałem, że obyłoby się bez walk na śmierć i życie.

 – Nasze dzieci są warte poświęcenia. Szkoda, że te najdoskonalsze okazy samców są na tyle mądre, żeby nie próbować siać w nas swego nasienia.

 Popatrzyła na mnie dość wymownie. Ta… marzyłem o kopulacji z wróżką, po której zostanę zamknięty na oddziale dla obłąkanych lub zrobię coś na tyle głupiego, żeby zagrozić samemu sobie; w najlepszym wypadku zapewne chodziłbym w kółko po dziedzińcu powtarzając jej imię. Takie to popierdolone, że aż przerażające. Miałem dość instynktu samozachowawczego.

 – Miałem sporo obowiązków. Uznałem, że bardziej przydam się obywatelom Skrawka. – Dodałem jeszcze: – Nie sądziłem, że jestem najdoskonalszym okazem.

 Zmierzyła mnie karcącym spojrzeniem.

 – Następnym razem powinieneś odpowiedzieć na wezwanie.

 – Nieomieszkam – skłamałem, o czym ona doskonale wiedziała. Nie byłem typem samobójcy. Lubiłem życie. – Co wiesz o zagrożeniu? – zapytałem, zanim przyszło jej do głowy, aby zasypać mnie argumentami przemawiającymi za poświęceniem swojej psychiki w zamian za jednorazowy numerek. – To zagrożenie jest związane z „odorem strachu”?

 – „Odór strachu”? – powtórzyła tępo. – A co to?

 – Pewien wilkołak tak mówi na woń, która ostatnio nawiedziła ten kontynent. Odkąd tutaj jestem, czuję niepokój.

 Wciąż po moim ciele wędrowały niewytłumaczalne ciarki.

 – Tak, ten odór ma coś wspólnego z zagrożeniem, jednak nawet Stworzyciel nic nie wie.

 – Nie udało się kompletnie nic ustalić?

 – Prócz tego, że istnieje coś, co wzbudza niepokój? – Pokręciła głową. – Nie. Nic więcej nie wiemy. Szukamy wskazówek. Największe stężenie strachu kumuluje się na Ziemiach Anarchii. Oddziały przeczesują tereny wzdłuż i wszerz. Na nic nie natrafili – poinformowała mnie.

 – To dziwne.

 – Mamy tam ludzi. Jeśli coś się pojawi, natychmiast otrzymamy wiadomość. A na razie pozostaje nam oczekiwać. Jeśli tylko czegoś się dowiemy, damy wam znać. – Spojrzała gdzieś w bok, na chwilę tracąc kontakt ze mną, ale i z tym światem. Może słuchała podszeptów energii. Zamrugała, a między jedną a drugą powieką przesunęła się półtransparentna trzecia niczym u ptaka lub jaszczurki. Otrząsnęła się z zamyślenia i jak gdyby nigdy nic kontynuowała swoją wypowiedź. – To coś bardzo złego. Dawno nie słyszałam tak głośnego zewu mojej krwi. Jest wzburzona i żądna ofiar. Coś się wydarzy. To pewne. – Kąciki jej ust lekko drgnęły, a oczy błysnęły, gdy spojrzała gdzieś obok mnie. – Lilith, moja droga. Podejdź.

 Odwróciłem się, prowadząc spojrzeniem młodą diabolicę. Albo jeszcze była w trakcie okresu dojrzewania, albo dopiero go zakończyła. Jej cera była wyjątkowo gładka, a kolor skóry oscylował między szarością a srebrem. Ubrana została w kremową szatę – symbolizowała ona jej niedawne dołączenie w szeregi kapłanek. Nie wyróżniała się niczym szczególnym, gdyby nie liczyć dziwnych guzków wyrastających z kośćca jej skrzydeł, kryjących się pod cienką skórą. Przeciętna uroda ani nie odstraszała, ani nie przyciągała wzroku. W odróżnieniu od starszych kapłanek ona nie kryła głowy pod kapturem, dzięki czemu miałem okazję przyglądnąć się ogolonej czaszce o lekko stożkowatym kształcie.

 Dziewczyna zatrzymała się przy nas, pozostając w bezpiecznej, wskazującej na szacunek odległości. Bynajmniej nie chodziło o mnie, a o Ferenriel.

 – Lilith jest adeptką w klasztorze. – Wróżka przedstawiła kapłankę. – Pełni rolę mojej służącej podczas czasu brzemiennego. Lilith – zwróciła się tym razem do dziewczyny, jakby mówiła do ucznia, chcąc przekazać mu jak najwięcej mądrości – poznaj księcia Skrawka Nocy, Valdriana.

 Kiwnąłem jej uprzejmie.

 Wgapiała się we mnie szeroko rozwartymi żółtawymi oczami.

 – Słyszałam o księciu wiele. – Głos Lilith drżał, będąc przy tym niebywale wysokim. Stresowała się w mojej obecności. Widziałem to nie pierwszy raz; często wzbudzałem podobne reakcje. – Naprawdę wiele. Jest książę zasłużonym dla Kontynentu Obrońców Ludzi. To zaszczyt księcia poznać.

 Uśmiechnąłem się do niej, pragnąc dodać otuchy. Przecież nie byłem potworem. Po prostu byłem sławniejszy od innych. To nie zmieniało faktu, iż prywatnie po prostu byłem zwykłym, prostym człowiekiem.

 – Mi również jest miło, Lilith.

 Zadrżała. Młode dziewczęta chyba często drżały. Bywały bardziej płochliwe niż dorosłe kobiety.

 – Pani, kąpiel już czeka – powiedziała do Ferenriel, wciąż wgapiając się we mnie.

 Dziwne.

 – Zaraz przyjdę – zapewniła wróżka.

 Po szybkim ukłonie, Lilith jeszcze szybciej odwróciła się, podążając w stronę przeciwległego krańca holu, gdzie kryły się drzwi. Zniknęła za nimi, patrząc na nas podejrzliwie przez ramię.

 – Urocza dziewczyna – mruknąłem, zanim wróciłem uwagą do Ferenriel. Natrafiłem na jej zimny wzrok.

 – Doprawdy? – Lekko przekrzywiła głowę; powiedziałbym, że niemal nieznacznie, jakby prezentowała mi jeden z wyuczonych ludzkich odruchów. Wróżki były przerażające i nawet we mnie potrafiły zasiać niepokój; jakby sama atmosfera Kontynentu Dantego nie była wystarczająco ciężka. – Czemu tak sądzisz?

 Wzruszyłem ramionami.

 – Była bardzo skrępowana. Zawstydzona.

 Brwi Ferenriel uniosły się, marszcząc nad sobą czoło. Powiedziałem coś nie tak?

 – Raczej przerażona – oznajmiła, postanawiając najwyraźniej przedstawić mi sytuację. – Boi się mężczyzn. Została znaleziona na ulicy, po tym jak banda diabolców ją zgwałciła. Żeby tego było mało, połamali jej skrzydła. Nie może latać, bo źle się zrosły. Potrafi tylko wzbić się w powietrze i wykonywać dłuższe skoki.

 Źle odebrałem jej zachowanie. Idiota ze mnie. Więc te dziwne guzki pod skórą ramy skrzydeł były zrośnięciami na kościach. Morrigan straciła skrzydła na wiek, ale je odzyskała, a Lilith nawet nie zdążyła się nimi nacieszyć, tracąc je w wypadku bezpowrotnie.

 Moje skrzydła, jakby wiedziały, że myślę właśnie o nich, zaszeleściły.

 Zrozumiałem, że Lilith trzymała się na dystans nie z powodu szacunku, a strachu przede mną. Wolałem sobie nie wyobrażać, jaką trudność sprawiło jej pozdrowienie mnie, nie mówiąc o wypowiedzeniu paru pełnych zdań. Świadomość, że można kogoś przerażać, nie mając z nim wcześniej do czynienia, powodowała wyjątkowy dyskomfort. Czy w każdym mężczyźnie widziała potencjalnego gwałciciela? Kurwa… we mnie go widziała.

 – To przykre – powiedziałem.

 – Dla diabolców, serafinów i wróżek na pewno – zgodziła się ze mną, zapewne myśląc, że chodzi mi wyłącznie o jej skrzydła. Jakże się myliła… – Słyszałam, że macie nowego księcia. – Wieści szybko się rozchodzą, pomyślałem. – Księżna Morrigan abdykowała. Szkoda. – Nie sądziłem, żeby faktycznie przejęła się zmianami w naszych szeregach. Po prostu uprzejmie podtrzymywała rozmowę. – Nadawała się na to stanowisko.

 – To jej decyzja.

 – Naturalnie, jednak uważam, że powinieneś, jako jedna z dwóch najważniejszych postaci po waszej stronie globu, przekonać ją, że należy zostać. – Znów uraczyła mnie tym wszechwiedzącym tonem.

 – Jak mówiłem… podjęła decyzję – powtórzyłem dobitnie, nie chcąc wdawać się w szczegóły.

Najpewniej Stworzyciel nie zaznajomił jej z tą sprawą, a ona mogła słuchać jedynie podszeptów przeczucia, które wskazywało na moją winę w tym całym burdelu. Węszyła, szukając rozwiązania. Odechciało mi się z nią konwersować. Zawsze traciłem ochotę na rozmowy, kiedy wchodziłem na wyjątkowo grząski grunt.

 – Oczywiście. Na pewno starałeś się ją odwieźć od tego pomysłu. Przecież byś tego tak nie zostawił, prawda?

 Wiedziała swoje. Uparta bestia. Wyraźnie dawała mi do zrozumienia, że wie, że to moja wina, chociaż nie miała pojęcia, co dokładnie zrobiłem.

– Żałuję, że odeszła – zapewniłem – jednak zaproponowałem jej wysokie stanowisko, zaś Luther również został dokładnie wyszkolony do roli księcia.

– Ponoć dobrze włada mieczem – rzekła. – Poznałam go. To dobry mężczyzna. Mądry i odpowiedzialny. Wołali na niego Złotousty.

– Tak. Sporo gada. – Myślałem, że nie uda mi się opuścić Skrawka Wieczoru, gdy wpadł w słowotok.

Ferenriel odwróciła głowę, podobnie do jastrzębia słyszącego nieostrożny krok ofiary. Spojrzałem tam, gdzie i ona.

– Ktoś na ciebie czeka – oznajmiła, jakbym sam tego nie dojrzał.

W odległości kilkunastu kroków za jej plecami stała kapłanka, która wcześniej udała się do Stworzyciela, aby zapytać, czy ten mnie przyjmie. Trzymała przed sobą dłonie, zaciskając je szczelnie razem.

– Widzę. – Przeniosłem wzrok na twarz wróżki. Patrzyła na mnie bez wyrazu tymi pełnymi czerni oczami. Przypominała mi modliszkę czającą się na samca. Z pewnością nęciły ją moje geny i moc. One wyczuwały doskonałych ojców na kilometr. – Więc do zobaczenia, Ferenriel – Pożegnałem się, czując, że głaz wreszcie stacza się z mojego serca, pozwalając mu wreszcie bić bez strachu. – Zapewne wkrótce znów się zobaczymy.

– Tak. Zapewne nie będą to miłe okoliczności. – Niestety i tutaj miała rację. – Do następnego, Valdrianie.

Minęła mnie bezszelestnie. Od jej postaci biła energia. Chcąc nie chcąc odprowadziłem ją spojrzeniem pod same drzwi. Piękna, kusząca i zabójcza.

Słyszałem legendy o wróżkach uwodzących mężczyzn. Nie były prawdziwe. Wróżki były na to zbyt praktyczne. One czekały, aż samce sami się pozabijają, aby posiąść tego najsilniejszego. Słyszałem także, że same biorą to, czego pragną. To również była bzdura. Mimo celu, który im przyświecał, mimo desperacji w szukaniu najlepszego nasienia, nigdy nie posuwały się do czarów i oszustw. One zawsze pytały. Brały tylko tych, którzy szczerze pragnęli się im oddać. Podobno ofiara zagarnięta siłą nic nie dawała.

Kapłanka cierpliwie czekała, aż wyzwolę się spod wpływu przyciągającej aury wróżki. Pewnie codziennie widywała podobne przypadki. Wreszcie odzyskałem nad sobą kontrolę.

– Stworzyciel czeka.

Wskazała mi gestem, abym za nią poszedł.

***

Sala tronowa pałacu odbiegała wyglądem od tego, do czego przywykłem. Czasem zapominałem, jak nieprzyjemne potrafiło być to miejsce. Pomieszczenie przypominało kryptę, a brak okien potęgował odczucie zamknięcia gdzieś w podziemiach. Gdyby spojrzeć w górę, miało się wrażenie, jakby odwiedziło się bebech potwora, widząc klatkę jego żeber od wewnętrznej strony. Pochodnie, jedynie dwie, oświetlały wysokie wejście, dalej rzucając jedynie lekki poblask.

Stworzyciel nie cierpiał słońca ze względu na swoją wrodzoną wadę genetyczną, a jego delikatne oczy źle znosiły dłuższą ekspozycję na oświetlenie. Dodatkowo, o ironio, był wampirem, co sprawiało, że jawił się niczym postać z kart powieści pisanych przed erą nowoodrodzenia. Jego życie było efektem eksperymentów. Był wadliwym obiektem, dzięki któremu naukowcy mogli powołać na świat doskonalsze wampiry, odrzucając osobę Obiektu 001 i skazując ją na zapomnienie. Jego losy i drogę do stworzenia naszej rzeczywistości zapisano w podręcznikach historii.

Zasiadał na wysokim tronie, ledwo widoczny w otaczającej nas ciemności. Nigdy nie widziałem jego twarzy. Chyba tylko wróżki i najbliższe kapłanki wiedziały, jak wyglądał naprawdę. Opisywano go za każdym razem w inny sposób, jakby sam wszczepił wspomnienia o sobie osobom, jakie miały okazję go zobaczyć. Nigdy nie pozwolił, aby ktoś sporządził jego portret.

Ukląkłem przed tronem, chyląc nisko czoło.

– Mój Stworzycielu – powitałem go zwyczajowo – wybacz, że przybyłem bez zapowiedzi.

Ułożył jedną nogę na drugiej, stopę opierając na kolanie. Ta niedbała poza wiele o nim mówiła. Nie przejmował się swoim statusem, ale równocześnie był świadom władzy, jaką dzierżył w rękach. Wiedziałem, że nie widzę, jak luźno opiera się o podłokietnik, być może wpatrując się we mnie niemal bez wyrazu. Wampiry zdawały się zawsze mało empatyczne, ale dzięki temu częściowemu zobojętnieniu tak dobrze radziły sobie żyjąc jako drapieżniki. Drapieżniki nie powinny posiadać wyrzutów sumienia.

– Jesteś zawsze mile widziany, książę Valdrianie – odparł cicho, tak, iż musiałem wstrzymać oddech, aby go usłyszeć. – Powiedz mi, jak sprawuje się Luther?

– Minął dopiero jeden dzień jego rządów – przypomniałem. – Niewiele mogę powiedzieć. Poznałem go, wprowadziłem, wydaje się porządnym mężczyzną.

Usłyszałem stukanie. Stworzyciel bębnił palcami o drewno.

– Szkoda Morrigan. Była świetna – odezwał się wreszcie po chwili.

– Zaproponowałem jej miejsce w swojej armii – zakomunikowałem. Bębnienie ustało. Uznałem, że należy uściślić wypowiedź: – Pozwoliłem sobie zaproponować jej stanowisko generała. Wiem, że to pusty tytuł…

Znowu cisza, a w tej ciszy długi wdech i wydech. Później tron skrzypnął, gdy mężczyzna nieznacznie zmienił pozycję. Rozmowy z nim potrafiły się ciągnąć w nieskończoność, gdyż niespecjalnie spieszyło mu się z kolejnymi wypowiedziami. Żył dziesiątki tysięcy lat i żyć miał jeszcze dłużej. Gdzie miałby się spieszyć?

Jego umysł był naszym złotem. Na początku ludzie stworzyli wampiry, a pod koniec rozpoczęli pracę nad serafinami. Po apokalipsie zamknięty latami w laboratorium Stworzyciel, który sam stał się naukowcem, czerpał więcej i więcej wiedzy, żeby następnie ją wykorzystać i stworzyć kolejne rasy. Nic dziwnego, że był mało rozmowny, kiedy w głowie ciągle szukał nowych rozwiązań. Za swoje największe dzieło uważał wróżki.

– Pochwalam – powiedział, a jego szept odbił się od ścian. – Nie zmarnuje się jej talent i lata nauki. Może za jakiś czas, jeśli się sprawdzi, oddam jej ziemie Skrawka Północy? A może zostanie twoją prawą ręką? Wciąż może się zgodzić na zawiązki, Valdrianie.

– Skrawek Północy… brzmi świetnie.

– A prawa ręka? – Tym razem podchwycił temat od razu.

– Wątpię, żeby chciała się ze mną związać. Więcej nas dzieli, niż łączy.

– Nie jesteś optymistą, Valdrianie? – zapytał sucho bez cienia zainteresowania.

– Nie w tym przypadku.

Mruknął coś niezrozumiałego bardziej do siebie niż do mnie.

– Ja bym jednak na twoim miejscu jeszcze spróbował – rzekł po paru sekundach. – Tak… Miłość to cud stworzony przez życie. Powinniśmy z niej czerpać. Tego jednego nigdy bym nie zniszczył.

I powiedział to wampir. Wampir – stworzenie, które wiązało się z drugim przedstawicielem swojego gatunku tylko na krótki czas potrzebny do wychowania potomka do wieku dojrzałego. Stworzyciel, którego kobiety odwiedzały na tyle rzadko, że plotki mówiły o jeszcze jednym jego rzekomym defekcie. Z drugiej strony to on wymyślił zawiązki – utworzenie więzi pozwalającej się lepiej rozumieć oraz wczuwać w siebie nawzajem.

– Chciałbym zaradzić waszym problemom z napływem imigrantów. – Zmienił temat ni z tego ni z owego. Nie zaskoczył mnie tym ruchem specjalnie, gdyż zdarzało mu się to nie raz podczas naszych rozmów. Skakał po kolejnych tematach, nie zajmując dłużej niż trzeba swojej uwagi żadnym z nich. – Jednak i po naszej stronie brakuje rąk do ich zatrzymywania, a także prawdziwej chęci. Zbyt wielu ludzi uznało to za dobry biznes, żeby nad tym zapanować – wytłumaczył.

– Rozumiem. Radzimy sobie.

Dzisiejszy raport wydawał się obiecujący w kwestii skuteczności zaostrzenia naszych działań. Ponoć imigranci stali się łagodniejsi podczas łapanek. Ziemię Anarchii potrafiły zresocjalizować wielu, nawet jeśli noga łamaczy prawa jeszcze tam nie stanęła.

– Z czym do mnie przybywasz? – Wampir po raz kolejny zmienił pozycję. – Raczej nie fatygowałeś się taki kawał, żeby pogawędzić?

– Podróż trwała krócej niż sekundę, więc nie mogę powiedzieć, żeby była wielką fatygą. – Umniejszyłem wagę swojej wizyty. – Zapewne słyszałeś o nieszczęściu Morrigan. Wilkołak rozerwał jej gardło. Przeżyła, ale prawdopodobnie nie będzie mogła mówić.

Kolejne skrzypnięcie.

– Tak – mruknął. – Coś słyszałem.

– Chciałem zapytać, czy mógłbyś w jakiś sposób zaradzić jej niedoli?

I jeszcze jedno skrzypnięcie. Nachylił się, a ja niemal mogłem dojrzeć czubek jego nosa w tej ciemności.

– Nie – powiedział pewnie. – Valdrianie… – przeciągnął, pozwalając mojemu imieniu zgasnąć w pustce. – Ja tworzę i niszczę, nie robię nic pomiędzy. Nie naprawiam. Tworzę nowe moce, nowe gatunki zwierząt i roślin. – Końcówka nosa zniknęła, gdy odchylił się do tyłu. – Nie umiem jej pomóc. Ale… – ponownie zabębnił palcami o podłokietnik – wydaje mi się, że mógłbyś się udać z tym problemem do Konstruktorki. Ona skonstruuje dla ciebie rozwiązanie. Jeśli ci odmówi, to już nigdzie nie znajdziesz pomocy.

Konstruktorka. Wolałem uniknąć wizyty w Konstrukcie – jej mieście.

– Rozumiem. Wolałem uniknąć umów z nią… – wypowiedziałem swoje myśli na głos.

– Nie jest tak straszna, jak mówią plotki – wciął się wampir. Jeśli nie milczał, to zasypywał mnie kolejnymi wypowiedziami. – Ma dobre serce. – Szczerze wątpiłem w to oraz w zapewnienie Stworzyciela, że w to wierzy. – A ty jesteś księciem. Moim księciem. Nie zażąda od ciebie tyle, ile mogłaby wziąć od szarego człowieka.

Zemłem przekleństwo w ustach. To była ostateczność. Jak widać musiałem z niej skorzystać. Żadna strata… Jeśli zażąda niemożliwego, po prostu jej odmówię.

– Więc pójdę do niej – rzekłem bez większego entuzjazmu.

– Idź do niej. – Ręka wyciągnęła się z cienia w odprawiającym mnie geście. – Idź.

Wstałem z klęczek. Zanim się odwróciłem, pomyślałem o jeszcze jednej kwestii. Widok brzemiennej Ferenriel nie dawał mi spokoju, tak jak i rozmowa z nią. Musiałem się dowiedzieć, czy powinienem się obawiać. I jak bardzo powinienem drżeć ze strachu.

– Jeszcze jedno… Rozmawiałem z Ferenriel. Jest brzemienna – zaznaczyłem. – Wróżki szykują się na bitwę.

Cisza. Zgrzyt siedziska. I znów cisza.

– Tak – cichy głos Stworzyciela rozpłynął się wraz z echem wokół. – To oznacza, że i my powinniśmy. Jeśli chcesz zapytać, czy mam podejrzenia… Nie. Nie mam. Dla mnie to też niewiadoma. Mogę ci jedynie poradzić, abyś zmobilizował wojska wraz z Tali. Niech wszystkie Skrawki będą w gotowości.

To wystarczyło.

– Tak zrobię – zapewniłem.

– Chciałbyś o czymś jeszcze porozmawiać? Jestem zmęczony.

Był głodny. A ja stałem przed jego tronem niczym darmowa zakąska. Powinienem spadać stąd jak najszybciej. Nigdy nie myślałem o tym, że skończę rozszarpany przez wampira sojusznika.

– Nie. – Pokręciłem głową. – To wszystko.

Westchnął przeciągle, zapewne wcześniej zaciągając się moim żywym zapachem. Musiałem opuścić salę tronową. Natychmiast.

– Konstruktorka przebywa w Konstrukcie – poinformował mnie, chociaż to już wiedziałem. – Buduje swój pałac. Na pewno ją zastaniesz. Budowa pochłonęła ją bez reszty.

Krok za krokiem się cofałem, słysząc coraz bardziej rześki oddech drapieżcy.

– Dobrego dnia, mój Stworzycielu – skłoniłem się prawie w pół.

Uderzyłem plecami o jedno ze skrzydeł wrót.

– Podążaj dobrą drogą, Valdrianie – pożegnał mnie wygłodniały szept.

***

 Konstrukt był miasteczkiem położonym na ziemiach Królestwa Cieni tak na powierzchni, jak i pod nią. Kiedyś już odwiedzałem to miejsce, więc skoczenie tam w przestrzeni nie sprawiło mi większej trudności. Zazwyczaj, żeby gdzieś przeskoczyć, musiałem najpierw odwiedzić to miejsce. W trosce o księciów i księżne wraz z Tali mieliśmy obowiązek zaglądnąć w każdy kąt ich dworu. Spędziłem też wiele dni na lotach nad naszym kontynentem, żeby zawsze być gotowym do pomocy. Od czasu do czasu odświeżałem swoją pamięć, unikając w ten sposób wypadku.

Wylądowałem pośrodku rynku, w samym środku dnia handlowego. Cisza pałacu Stworzyciela została za mną, a gwar rozmów, śmiechy, brzdęk monet i pokrzykiwania handlarzy zalały mnie, jakby ktoś wylał na mnie niespodziewanie kubeł zimnej wody. Otrząsnąłem się, rozglądając dookoła. Ludność zajęta zakupami i targowaniem najlepszej ceny nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi. Podniosłem wyżej wzrok, który prześlizgnął się prostą uliczką prowadzącą lekko w górę, która kończyła się u wrót nadziemnej części pałacu. Konstruktorka znana była ze swojego uwielbienia do przepychu. Ruszyłem naprzód.

Kamienne kocie łby biegły między sklepami, nad którymi mieszkali ich właściciele. Minąłem zielarski, rzeźnika, a także taki z runami i innymi magicznymi talizmanami. Pod ścianami zasiadały baby, których nie stać było na miejsce na rynku – sprzedawały leśne dary – a także kilkoro żebraków. Stare dziady kołysały się w przód i tył, mając dość siły, aby wyciągać wyprostowane łapska ułożone w koszyk w moją stronę. Udawałem, że ich nie widzę. Nie byli moim problemem. Woń ziół, kwiatów i świec mieszał się ze smrodem ludzkich wydalin. Dziwna mieszanina jak na bliskie sąsiedztwo bogatego pałacu. Cały Konstrukt zdawał się być wypchany budynkami do granic możliwości. Kolejne budowały się jeden przy drugim, często nie zachowując minimalnego odstępu. Uliczki biegły pod różnymi kątami, nieraz ostro lecąc w dół. To miasto zostało wybudowane na wzgórzach i w dolinach. Z tego miejsca widziałem jeden z najwyższych szczytów.

 Stanąłem przed dwuskrzydłowymi drzwiami, a w momencie, kiedy znalazłem się dostatecznie blisko, magia spoczęła na mnie, sprawiając, iż miałem wrażenie, jakby tysiące mrówek rozpoczęło marsz po mojej skórze. Wzdrygnąłem się, poruszając się niespokojnie. Konstruktorka uwielbiała magiczne ulepszenia, zastępując strażników masą pułapek oraz niewidzialnymi barierami. Drzwi otworzyły się same, ukazując klaustrofobiczne wnętrze – biegnącego jak przedłużenie uliczki – korytarza. Był pusty.

 Ruszyłem, a wtedy kolejne światełka zapalały się przede mną, prowadząc mnie prosto do celu. Kiedy natrafiałem na rozwidlenie, odpowiednia odnoga się podświetlała. Ściany korytarza stanowiły jedną wielką płaskorzeźbę przekazującą kolejne dzieje Konstruktu od niewielkiej wioski założonej przez ludzi koczowników, aż do jej pełnego rozkwitu. Konstruktorka wyraźnie pokazywała dumę ze swojego dzieła. W końcu to ona stała za rozkwitem miasta.

 Pokonałem ogrom schodów, idąc parę pięter w dół. Pałac może nie wyglądał okazale na zewnątrz, jednak jego środek można było przyrównać do ogromnego labiryntu wielkości małej wioski. Tak samo miasto – wielkie na powierzchni – rozciągało się korytarzami w kolejne jamy, zajmując jeszcze więcej i więcej miejsca.

 Przywitali mnie pierwsi budowniczowie – niskie diabliki, diabolce, wilkołaki oraz serafini. Wszyscy bez wyjątku byli martwi, wykonując automatycznie zlecone im roboty. Nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi, rybimi oczami wgapiając się w przestrzeń przed sobą. Przeszły mnie ciarki. Dlatego wolałem uniknąć wizyty u tej diabolicy. Jako jedna z niewielu osób faktycznie mnie przerażała. Nekromantka o potężnych mocach, stworzona przez samego Stworzyciela. Po niej nie zrobił nikogo, kto dorównałby jej potęgą, nie licząc pokojowo nastawionych wróżek. One były przewidywalne w odróżnieniu od Konstruktorki.

 Światła doprowadziły mnie do czegoś, co w aktualnym stanie budowy przypominało zaczątek kaplicy. Stała pośrodku, przypatrując się pracy, jaką wykonywali jej martwi słudzy. Słysząc, że nadchodzę, zwróciła w moją stronę twarz. Ręce miała skrzyżowane na piersi i ani przez chwilę nie wyglądało na to, żeby miała je opuścić. Podprowadziła mnie spojrzeniem dziwnie białych oczu. Jej skrzydła pozostały nieruchome, jakby były sztucznym tworem przytwierdzonym do jej pleców.

 – Kogo widzą gały moje? – zadała pytanie retoryczne charakterystycznie sycząc. – Valdrianie, książę Skrawka Nocy, czemu twa stopa postanowiła pobrudzić się gruntem moim?

 Ukłoniłem się jej z szacunkiem. Uśmiechnęła się swoimi krzywymi ustami. Górna warga była asymetryczna jedną połowę mając uniesiona wysoko w górę, mocno wypełnioną, zaś drugą bardzo wąską. Jej twarz wydawała się przesadnie spłaszczona. Lissandra – kobieta projektująca cuda architektoniczne – sama była brzydka jak przysłowiowa noc (aczkolwiek uważam, że ta pora doby nic nie zawiniła, żeby porównywać ją do tej kreatury). Konstruktorka więcej czasu poświęcała swoim dziełom, zapominając lub nie chcąc pamiętać o sobie. Śmierdziała z daleka, ale gdy podszedłem jeszcze bliżej, dopiero wtedy jej woń odsłoniła wszystkie swoje twarze. Tłuste włosy spięła w niedbały kok, który wręcz świecił od nadmiaru łoju. Skóra błyszała, a miejscami przylegały do niej grudy ziemi. Kolejny powód, aby jej unikać. Lepiej było rozmawiać z nią na powierzchni, na świeżym powietrzu.

 – Konstruktorko. Przybyłem, aby prosić cię o przysługę – rzekłem, zachowując wystarczający dystans, aby nie zemdleć od jej smrodu oraz odpowiednio bliski, żeby nie pomyślała, że się jej brzydzę.

 – Wiadomo ci, że przysługi moje są cennymi.

 – Naturalnie.

 Mówiła w sposób chaotyczny, aczkolwiek dziś miała chyba lepszy dzień. Poprzednim razem, gdy nieszczęśliwie miałem okazję z nią rozmawiać, uraczyła mnie mieszanką różnych języków w tym i tych dawno wymarłych, układając kolejne słowa bez ładu i składu.

 Kiwnęła mi.

 – Więc mów. Do rzeczy przejdźmy. Czasu nie mam na dialogi. Z którym pragnieniem swoim do mnie przybyłeś? Wszak tak wiele masz ich.

 O tak… mi również zależało na szybkim zakończeniu tej konwersacji.

 – Morrigan, księżna… – zacząłem, ale mi przerwała.

 – Dawniej księżna.

 – Morrigan, dawniej księżna Skrawka Wieczoru – poprawiłem się – straciła głos w wyniku wypadku…

 – Z pewnością wypadek to nie był. – Zachichotała. – Wiem. Wiem. – Machnęła ręką. – Tego mi oszczędź. Do rzeczy.

 – Podobno możesz zwrócić jej mowę. Tak powiedział Stworzyciel.

 – To potrafię – przyznała.

 – Jaka jest twoja cena?

 Przyłożyła brudny, czarny paluch do ust. Wolałem nie wyobrażać sobie, co na nim było. Przed operacją musiałem tę pokrakę wrzucić do wanny. Wielce ironicznym by było, gdyby Morrigan zeszła na zakażenie, wyrwawszy się wcześniej z łap wilkołaka.

 – Skonstruować gardło jej od nowa… Mechanicznie czy tkankowo?

 – A co lepiej się sprawdzi?

 – Tkankowo. Natura zawsze najlepsze dzieła tworzy. Aczkolwiek tkankowo-mechanicznie też dobrze. Lepiej może.

 – Tkankowo… Myślę, że wystarczy tkankowo. – Obawiałem się, że wolna ręka w kwestii konstruowania mechaniczno-tkankowego może przynieść odwrotny do zamierzonego skutek, zwłaszcza biorąc pod uwagę dużą wyobraźnię Konstruktorki. Morrigan z pewnością nie byłaby zadowolona, gdyby Lissandra wszczepiła jej nadprogramowe bajery. – Jaki jest tego koszt?

 Wyszczerzyła zęby. Każdy bez wyjątku wyglądał, jakby należał do innej istoty. Krzywe o różnej wielkości, niektóre połamane, nosiły na sobie ślady ostatniego posiłku. Jadła zieleninę i surowe mięso. Żołądek mi się ścisnął, lecz zwariował dopiero, gdy Konstruktorka podała swoją cenę.

 – Życie twoje – oznajmiła. – Wybacz. Raczej śmierć twoja. Wyrażając się jasno i precyzyjnie: po śmierci ciało twe chcę, aby budowało miasto moje. Piękny okaz z ciebie. – Zrobiła krok w moim kierunku, wyciągając rękę. Kurwa, nie… Nie dotykaj… nie… Dotknęła mojego barku, zostawiając na czarnej szacie szarawy odcisk. – Silny. Rozbudowany. Umie latać – wymieniła, pogłębiając uśmiech. Szerokie usta pozwalały na dojrzenie jej zaostrzonych siódemek. – Nada się. To co przybywa co dnia, to ochłapy są.

 Serce waliło w klatce, chcąc się z niej wyrwać. Mojej śmierci? Chce mojej śmierci? Nie musiałem się widzieć, żeby wiedzieć, że zbladłem.

 – Mam… – wyartykułowałem niepewnie drżącym głosem – umrzeć?

 Zaśmiała się, machając w rozbawieniu ręką. Pokręciła głową, a parę kosmyków wyślizgnęło się z koczka.

 – Nie od razu – zaznaczyła. – Złe się zbliża – wspomniała o narastającym na tych ziemiach zagrożeniu. – Trochę pożyjesz. Jeszcze. – Przyłożyła ponownie palec do ust, zastanawiając się nad czymś. – To kwestia miesięcy – poinformowała, jakby przepowiadała pogodę na następne dni. – Śmierć ostrzy kosę na ciebie, a ja wezmę resztki po jej pracy. Chcę ciało twoje. Potworem nie jestem. Nie żądałabym śmierci twojej za tak prostą fuchę. – Zmarszczyła brwi, wgapiając się bez zrozumienia w moją twarz. – Pobladłeś. Źle ci?

 – Właśnie powiedziałaś, że umrę za parę miesięcy – wyłuszczyłem jej problem.

 Znów pokręciła głową, mrużąc oczy.

 – Miesięcy bym nie mnożyła. – Spojrzała w bliżej nieokreślone miejsce na ciosanym suficie. – O tygodniach mówiła może.

 – Kurwa.

 Konstruktorka-nekromantka wiedziała, kiedy umrze jej rozmówca. Codziennie rozmawiała ze śmiercią i miała z nią kontakt. Wyczuwała jej nadejście podobnie jak wróżki sięgały po wspomnienia zaplątane w energii świata. Jej słowa stały się dla mnie wyrokiem. Myśli goniły niepowstrzymane, dotykając aspektów, o których wolałem nie myśleć na co dzień, a o których również zapominałem, uważając, iż do śmierci mi daleko. A jednak nie było daleko. Dzieliły mnie od niej tygodnie. Mnie – serafina – istotę nieśmiertelną, wiecznie młodą, doskonale się regenerującą, której nie straszne były choroby.

 Brałem pod uwagę, że kiedyś mogę umrzeć. Wypadki się zdarzały. Nie sądziłem jednak, że będę wcześniej wiedział, kiedy to mniej więcej nastąpi. Żyłem długo – dłużej niż inni urodzeni nieszczęśnicy – lecz zawsze ten czas będzie dla mnie niewystarczający. Przyzwyczaiłem się do życia i chciałbym go nie tracić.

 Patrzyłem się na Lissandrę, mając nadzieję, że może jednak odroczy wyrok. Ona jednak przeważnie się nie myliła. Odwzajemniła mój wzrok, a na jej twarzy zakwitło zrozumienie.

 – Och! – wykrzyknęła odkrywczo. – Przerażony? Nie zmarniejesz po śmierci. Twoje ciało opiekę otrzyma dobrą. – Nie. Nie rozumiała, co mnie przeraziło. Dla niej martwi wciąż pozostawali żywi. Kąpała ich w formalinie, którą cuchnęli, szczypiąc w oczy, aby zachowali jak najdłużej „świeżość”. Myślała, że martwię się o ciało, kiedy mi chodziło o świadomość. Jak to jest nie istnieć? – W każdym razie… Oferta przyjęta? – zapytała.

 – Tak – odparłem głucho i apatycznie. – Oddam ciało po śmierci.

 Wkrótce miało przestać mi służyć. Czy spocznie w ziemi, czy spłonie, czy będzie targać głazy, obojętne. Nie będzie mi już potrzebne.

 Pokazała cały garnitur zębów w zadowolonym uśmiechu. Lubiła wyzwania.

 – To do pacjentki zabierz mnie.

 Przestałem przejmować się brudem przyklejonym do jej ciała, nie wzdrygając się tym razem, chwytając ją za wyciągniętą dłoń o pałeczkowatych palcach. Miałem ważniejsze zmartwienia na głowie.

Musiałem o wszystkim poinformować Stworzyciela. I Tali. I… Nie. Reszcie chyba wolałem nie mówić.

Wkroczyłem w ciemność i słowo daję, że chciałbym w niej pozostać na kolejne wieki, jeśli tylko pomogłoby mi to w uniknięciu śmierci.

*

Liczę na komentarze. Liczę na krytykę.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany