Opowiadanie użytkownika Multivariate Ego

R15: Żałoba za przyszłość

local_library0 comment0 thumb_up0
Pani z lodu [fantastyka/romans][+18][I tom trylogii "Czerni i bieli"] - część 15

 Odsunąłem się od Konstruktorki, gdy tylko wylądowaliśmy w holu mojego zamku. Rozejrzała się wokół, oceniając wystrój. To naturalne, że jej uwagę przykuło to, czym zajmowała się na co dzień. Zacmokała z niesmakiem, zapewne dziwiąc się prostocie wnętrz. Nie przepadałem za zbędnymi elementami, które nie wnosiły do pomieszczeń nic poza walorem estetycznym. Stąd też nie przykładałem większej wagi do rozmieszczania obrazów, malowanych waz, czy donic z kwiatami. Wszystkie ozdobne elementy, które można było znaleźć na dworze, były zasługą służby, której pozwoliłem kształtować miejsce zamieszkania – swoje, moje i dworzan – tak, jak im to pasowało. Nie wtrącałem się, bo i po co.

 Przez korytarz akurat szła Mariol z małym synkiem. Widząc, kto przybył do zamku i w jakim stanie, serafina sięgnęła do torebki, wyciągając podręczny wachlarz. Skłoniła głowę Konstruktorce, jednocześnie przyspieszając kroku i ciągnąc gapiącego się z otwarta buzią chłopca za sobą. Nawet na chwile nie przerwała odpędzania śmierdzącego powietrza sprzed swojego nosa.

 – Gdzie pacjentka jest? – zapytała Lissandra, podwijając rękawy brudnej tuniki.

 Na Stworzyciela!

 Jakimś cudem zmusiłem się do życzliwego uśmiechu.

 – Czy mógłbym zaproponować najpierw kąpiel? Powinnaś się odświeżyć przed zabiegiem. Ja w tym czasie pójdę po Morrigan i sprowadzę ją do skrzydła szpitalnego – zaproponowałem, licząc na to, że zgodzi się bez zbędnego gadania o ilości pracy, jaką musi jeszcze wykonać. Doskonale rozumiałem, co miał na myśli Stworzyciel, mówiąc, że planowanie pałacu pochłonęło ją bez reszty.

 Zamrugała, rozważając moją propozycję. Dopiero teraz zauważyłem, że rzęsy w jednym oku zostały doszczętnie spalone, jak i część brwi powyżej. Wypadki przy pracy się zdarzały. Oby taki wypadek nie spotkał Morrigan podczas operacji.

 – Zapominam ja czasem, że istoty żywe nieodporne na zarazki są – zgodziła się wreszcie. – Łaźnia gdzie?

 – Lena! – krzyknąłem nad jej głową. Była niższa ode mnie o przynajmniej pół metra, więc nie musiałem się specjalnie wyciągać. Służąca, która akurat podążała korytarzem z naręczem brudnej bielizny, zatrzymała się, zerkając na naszego gościa ze zwątpieniem. – Zaprowadź, proszę, Konstruktorkę do łaźni. Daj jej też czyste odzienie wraz z kitlem od medyków.

 Młoda serafina podeszła bliżej, ale nie za blisko. Widziałem jak jej nozdrza się rozszerzają i zwężają, wpuszczając nieprzyjemny zapach.

 – Proszę za mną, pani Konstruktorko.

 – Kwadrans – zapowiedziała Lissandra, rzucając mi pewne spojrzenie.

 Szczerze wątpiłem, że cały ten syf da się zmyć z ciała w ledwo piętnaście minut. Mimo wszystko skinąłem jej głową.

 – Pomóż pani Konstruktorce najlepiej, jak możesz – poprosiłem służącą. Chyba zrozumiała, bo nie wyglądała na zachwyconą. Należała jej się premia do wypłaty za ten miesiąc. Postanowiłem o tym nie zapomnieć, a najlepiej gdzieś zapisać, bo w końcu wkrótce miałem być martwy, więc jeśli nie ja, to ktoś inny zajmie się wynagrodzeniami.

 Martwy. Kurwa. Martwy.

 Kobiety zostawiły mnie samego, a wtedy ja niewiele myśląc, zrobiłem krok, lądując przed drzwiami do sypialni Morrigan. Zapukałem.

 Jak długo mnie nie było? Którą godzinę wskazywały zegary? Korytarze były opustoszałe, prócz służącej oraz Mariol z synem nie widziałem nikogo więcej. Pewnie większość znajdowała się już w łóżkach lub zażywała kąpieli. Służba kończyła swoje prace na dzisiejszy dzień.

 Zapukałem ponownie, kiedy nie doczekałem się żadnej reakcji. Tym razem za drzwiami rozległo się głuche podwójne uderzenie. Morrigan opuściła stopy na podłogę, nie kryjąc zdenerwowania. Nie mogła sie wydrzeć na przeszkadzacza, więc pokazywała swoje uczucia w inny sposób. Kolejne głośne kroki się zbliżyły, aż w końcu kobieta stanęła w drzwiach, otwierając je wcześniej zamaszyście. Rzuciła na mnie na wpół rozdrażnione na wpół zatroskane spojrzenie spod ściągniętych brwi. Za jej plecami mogłem dojrzeć rozkopaną kołdrę, na której spoczywała otwarta książka położona grzbietem ku górze. Czytała. Przez głowę przeszła mi myśl: kiedy ostatnio miała czas, aby czytać? Ja nie miałem, a jedyną lekturą z którą byłem na bieżąco, były raporty dotyczące sytuacji Skrawka Nocy.

 Uniosła brew, pytając, co się stało? Czemu nawiedzam ją o takiej porze? Ta… było późno. Zegarek na toaletce szacował złotymi szabelkami czas w okolicach wpół do dwudziestej trzeciej.

– Konstruktorka przybyła, aby naprawić twoje gardło – poinformowałem bez zbędnych wstępów, nie rozpływając się nad wiadomością.

Otworzyła szeroko usta w zdziwieniu. Potem szarpnęła się w tył, ale zatrzymałem ją, chwytając błyskawicznie za nadgarstek. Spojrzała na bransoletę z mojej dłoni, a następnie gdzieś w głąb pokoju. Miała wiele pytań, których nie dało się zadać za pomocą wyrazu twarzy. Potrzebowała notatnika i ołówka. Konstruktorka nie zamierzała długo czekać, a mnie ten dzień zmęczył psychicznie w sposób, jakiego dawno nie doświadczyłem, więc naturalnie ochota na wszelkie rozmowy z kolejnymi spotkanymi osobami mi przeszła. Musiałem odpocząć. Wypić eliksir nasenny i to przespać.

Bez ostrzeżenia się cofnąłem, zabierając Morrigan ze sobą do skrzydła szpitalnego. W tym pomieszczeniu rozłożono kilkanaście łóżek, z których część zajmowali chorzy. Dalej, za drzwiami kryła się śluza do sali operacyjnej. Światła w przestrzeni zagospodarowanej dla odpoczywających zostały przytłumione, pozwalając im spać.

Nie puszczając szczupłego nadgarstka przeszedłem parę kroków, wypatrując któregoś z medyków. Z przyległego pomieszczenia socjalnego wychylił się Torian.

– Zaraz tutaj przyjdzie Konstruktorka. – Na wspomnienie jej tytułu, medyk zbladł. – Zoperuje gardło Morrigan. Chcę, żebyś jej towarzyszył, ale przede wszystkim dopilnował, żeby opętana wizją nie przegapiła podstaw w kwestii higieny i estetyki. Wysłałem ją do łaźni.

– Już wszystko przygotujemy. Alec! Morrowid! – Z pokoju dla medyków wystąpili kolejni serafini. Paru chorych poruszyło się niespokojnie, gdy Torian krzyknął, żaden z nich jednak nie oprzytomniał. – Weźcie panią Morrigan do sali i uśpijcie ją. Zaraz zaczniemy zabieg.

Mężczyźni szybko rozdzielili między siebie obowiązki. Wyższy – Morrowid – podszedł do Morrigan, wyciągając swoją dłoń, podczas gdy drugi już zmierzał do sali. Obrzucił ją zachęcającym, uspokajającym spojrzeniem, jakby chciał ją przekonać, że nic złego się nie dzieje. Podobnie traktowali każdego, kto z jakiegoś powodu trafił na oddział. Pracowali dobrze, rzetelnie i ufałem im. Nie ufałem za to Lissandrze.

Kobieta popatrzyła na mnie błagalnie. Chciała wyjaśnień. Sama obecność Konstruktorki nastręczała pytań, a co dopiero kwestia, ile jej zapłaciłem. Zmusiłem się do krzepiącego uśmiechu.

– Wszystko będzie dobrze – zapewniłem, czując rozdzierający mnie od wewnątrz ból.

Rozluźniłem palce, zabrałem dłoń, ale jej ręka jeszcze przez jakiś czas unosiła się w powietrzu, nim opadła do boku. Nie przyjęła kojącego dotyku Morrowida, po prostu ruszając przed siebie. Odprowadziłem ją pod same drzwi.

– książę? – Zwróciłem twarz w stronę Toriana. – Co się stało w siedzibie Konstruktorki?

Nie odpowiedziałem. Pochłonęła mnie ciemność. Pierwszym, co zrobiłem po dotarciu do mojej sypialni, było wyciągnięcie z szafki nocnej jednego z najsilniejszych eliksirów nasennych. Zrzuciłem ubranie i nie przejmując się kąpielą, położyłem się w łóżku.

Odpocząć. Odciąć się od wydarzeń tego dnia. Odpocząć. Dać wolne myślom. Wiedziałem, że nie dam rady zasnąć w normalny sposób. Chciałem uniknąć godzin zastanawiania się; wybrałem nieświadomy sen. Fiolkę opróżniłem na raz, szybko odkładając szkło na blat… a przynajmniej próbując. Pojemniczek się rozbił, kiedy nagła senność odebrała mi przytomność.

***

– Już wróciłeś? – przywitał mnie Ferris, nie kwapiąc się, aby chociażby wstać z ziemi.

Siedział oparty o kamienną ścianę, nad głową mając zwisające łańcuchy, które w pierwszy dzień podczas przesłuchania pętały jego nadgarstki. Teraz tylko straszyły swoim zimnym, obiecującym cierpienie wyglądem. Nogi miał luźno rozłożone do boków, ugięte w kolanach, rękami zaś podpierał potylicę. Wydawał się całkiem wyluzowany.

 – Ta – wyburczałem niechętnie. – Już wróciłem. – Oparłem się na wyprostowanej ręce o żeliwną ramę drzwi. – Przyszedłem, aby nałożyć ci smycz oraz poinstruować o twojej roli na moim dworze.

 Nie miałem siły. Chciałem wrócić do łóżka. Ewentualnie bardzo chętnie zajrzałbym do piwnic, zabierając kilka egzemplarzy najróżniejszych trunków do sypialni. Służba nie miałaby wglądu w mój aktualny stan, a w dodatku miałbym blisko do łazienki oraz łóżka. Niestety miałem swoje obowiązki i z zapijaniem smutków musiałem poczekać do kolacji. Później już cała noc była dla mnie. Wystarczyło przetrwać ten dzień.

 Minęło południe, a ja wkrótce miałem się udać do sali tronowej, aby rozsądzić parę spraw. Nie miałem na to najmniejszej ochoty. Źle się czułem w towarzystwie innych ludzi. Wkurwiało mnie ich gadulstwo, wkurwiały mnie ich dobre humory, wkurwiał mnie brak troski o jutro, wreszcie – wkurwiało mnie to, że się wkurwiam.

 – Jak się czuje Morrigan? – zapytał Ferris, kompletnie ignorując wieść o otrzymaniu częściowej wolności.

– Tylko ona cię interesuje?

– To dziwne?

Przekrzywił ludzki łeb.

– Nie. Wcale.

– Więc jak się czuje? – ponowił pytanie. – Mógłbyś mi powiedzieć, co u niej?

Przewróciłem oczami, krzyżując ręce na piersi. Do cholery z tym wilkołakiem. Sam doprowadził ją do tego stanu, a teraz jeszcze miał czelność pytać, jak ona się czuje. To jakiś chory żart. Pokręciłem głową. Tak, coś do niej czuł, ale wciąż pozostawał jej oprawcą.

Wgapiał się we mnie oczekując na odpowiedź. Wlepiał w moją twarz te zielone, fałszywe ślepia. Tym razem żałowałem, że nie siedział tu przede mną w wilkołaczej postaci. Może nie wziąłby mnie tak łatwo na litość? Sprawiedliwość i litościwość czasem zdawały się moimi najgorszymi cechami charakteru, kiedy inni w moim otoczeniu mnie za nie wychwalali. Z drugiej strony tylko raz dałem zaślepić się zazdrości, niesprawiedliwie karając Morrigan i co z tego wynikło? Same złe rzeczy. Tak źle i tak niedobrze.

Zaraz po śniadaniu otrzymałem od Toriana wieści dotyczące stanu zdrowia Morrigan po interwencji Konstruktorki. Oczywiście prócz najważniejszych informacji musiałem także wysłuchać o zdolnościach Lissandry, o jej bezbłędnych ruchach, o szczupłych palcach, które precyzyjnie działały cuda, o jej niesamowitej wyobraźni. Komplementów pod jej adresem przewinęło się co niemiara, zanim medyk dotarł do gwoździa programu. Była księżna Skrawka Wieczoru miała odzyskać głos, a aktualnie leżała u siebie w sypialni przez nikogo nie niepokojona, podczas gdy jej nowe struny głosowe się regenerowały. Konstruktorka wykonała kawał dobrej roboty, za co byłem jej wdzięczny, jednocześnie sprawiając, że odechciało mi się zajmować sprawami innych. Że też musiała mi powiedzieć o tygodniach życia!

– Właśnie przeszła kolejną operację – warknąłem w końcu, nie mogąc znieść tego pytającego spojrzenia. – Odpoczywa u siebie.

– Operację? – powtórzył po mnie niczym papuga, przekręcając głowę nad drugie ramię.

Przeciągnąłem dłonią po twarzy. Brakowało mi dzisiaj cierpliwości. Czy tak to będzie wyglądać aż do mojej śmierci? Kurwa, musiałem się pozbierać i zacząć funkcjonować. Przy nagromadzeniu tylu obowiązków wraz z groźbą wiszącą nad Kontynentem Dantego nic nie powinno mnie rozpraszać. Potrzebowałem skupienia, ale jak do niego doprowadzić, kiedy moje ego szalało?

Wieki myślałem tylko o innych, a kiedy nagle zacząłem myśleć o sobie, zdałem sobie sprawę, w jaką obsesję potrafiłem wpaść.

Ferris wciąż czekał, aż uporam się z własnym narratorem w głowie. Już prawie załatwiłem z nim sprawy, a przynajmniej te wyznaczone na tę minutę.

– Pozbawiłeś ją głosu. – Mówiłem mu już o tym? Nie mówiłem? – Moi medycy oraz specjaliści byli bezradni. Udałem się do Konstruktorki, aby pomogła mi to naprawić.

Zainteresowałem go, co okazał poprzez nagłą zmianę pozycji. Zapewne w wilkołaczej postaci właśnie nastawiałby spiczaste uszy, aby lepiej mnie słyszeć.

– Konstruktorka mówisz? – I jego ton zdradzał zaciekawienie. Postać Konstruktorki budziła mieszane uczucia: od zachwytu, przez zaintrygowanie, po obrzydzenie i strach. – Słyszałem o niej co nieco. Co jej dałeś w zamian?

Zawsze ta sama kwestia: czym zapłaciłeś za jej usługi? Żądała zapłaty różnorakiego rodzaju. Czasem wystarczył przedmiot. Nieraz życzyła sobie, żeby coś dla niej zrobić. Podobno lubiła też wyznaczać absurdalne misje, głównie dla swojej rozrywki, a nie z faktycznej potrzeby. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby mówiąc, że chce mojej śmierci, faktycznie miała to na myśli. Była nieobliczalna.

 – Swoje ciało.

 Wzruszyłem ramionami ociężale. Na ustach wilkołaka zakwitł szeroki uśmiech, po czym jego gardło opuścił paskudny rechot. Ta. Zaprawde śmieszne.

 – I co? – Poruszył sugestywnie brwiami. – Dobra była? Ponoć urodą nie grzeszy, ale czego nie robi się, aby naprawić błędy, czyż nie?

 Ręce mi opadły.

 – Czy zawsze myślisz wyłącznie tymi kategoriami?

 Drugie pytanie: czy faktycznie mnie to dziwiło?

 – Jestem wilkołakiem. – Zaśmiał się, błyskając zaostrzonymi kłami. – Cechuje mnie całkiem wysoki popęd. – Posłał mi zawadiacki uśmiech. Nawet gdybym miał dobry humor, za nic w świecie bym się nie odwzajemnił. Widząc grymas na mojej twarzy, spoważniał. – W jakim sensie oddałeś jej swoje ciało, bo nie rozumiem?

 – Po śmierci będzie jej służyć przy budowie – wyjaśniłem.

 – Nie pierdol, księciuniu, że oddałeś życie za głos. Tylko debil by się zgodził.

 – Nie oddałem życia – zaprzeczyłem natychmiast. A może jednak oddałem? Czy potrafiłem żyć dalej normalnie po tym, co usłyszałem? Aktualnie źle to znosiłem. – Oddałem tylko ciało. Po śmierci. Która kiedyś tam nastąpi.

 – Ach… – pokiwał głową z uznaniem – to długo może czekać. – No nie do końca…, pomyślałem i ta myśl odbiła się w wyrazie mojej twarzy. Ferris, jak to urodzony manipulator i czytacz nastrojów, dostrzegł tę zmianę, nawet jeśli wypłynęła na zewnątrz na ledwie ułamek sekundy. – Twoje spojrzenie… – uciął, omiatając mnie wzrokiem.

 – Chodź. Oprowadzę cię po pałacu.

 Odsunąłem się, wskazując korytarz prowadzący do schodów wyprowadzających z lochów.

 Powiódł spojrzeniem za moją ręką, ale nie się nie ruszył.

 – Zmieniasz temat – zauważył. Zawsze wolałem unikać bolesnych dla mnie rozmów. – Przestał być dla ciebie wygodny. Dlaczego?

 Nie odezwałem się więcej, robiąc kolejny krok w tył. No chodź, uparty kundlu. Przez parę uderzeń serca czekał, najwidoczniej licząc na to, że znów przekona mnie do mówienia brakiem reakcji. Ja tylko zacisnąłem wargi. Wreszcie przegrał, dźwigając ulegle swoje cielsko z klepiska. Otrzepał spodnie, zanim się ze mna zrównał; poprawił także podartą, brudną bluzę.

 Przeprowadziłem go obok strażników zbyt zajętych grą w kości, żeby nawet podnieść na nas głowy. Aktualnie w lochach znajdował się Ferris oraz jeden gwałciciel. Jego miałem sądzić za paręnaście minut, więc zaraz powinni go przygotować do ostatniej drogi przed tron.

 Otworzyłem drzwi, wpuszczając nas na schody, a na ich szczycie naparłem na kolejne, wchodząc na korytarz. Naprzeciw zejścia do lochów wisiał obraz prezentujący sąd ostateczny Stworzyciela nad ludźmi. Małe postacie kuliły się pod jego gigantycznymi dłońmi, ustawionymi w sposób przywodzący na myśl pracę kuglarza nad marionetką. To od niego zależały losy ludzi przed okresem nowoodrodzenia, który sprowadził na ziemię.

 – Ej, Val… – Ferris prosił się o moją uwagę.

 – Parter – oznajmiłem. – Tutaj znajdziesz jadalnie, kuchnie…

 Nie dokończyłem, bo mi przerwał.

 – Gówno mnie to obchodzi. – Dość niegrzecznie mi przerwał, uściślając. – Dlaczego unikasz tematu? Całkiem chętnie mówiłeś, po czym…

 Westchnąłem, ruszając przed siebie. Zamierzałem dotrzeć do skrzydła dla służby, gdzie labirynt korytarzy prowadził do kolejnych sypialni.

 – Konstruktorka wygadała się, że moja śmierć nastąpi za tygodnie – warknąłem – może trochę później niż za miesiąc. Rozumiesz chyba, że w tej sytuacji nie chcę o tym rozmawiać.

 Szedł obok mnie, ale jakby bardziej z tyłu. Z mojej wiedzy na temat wilkołaków wynikało, iż w ten sposób pokazuje, że jestem dla niego czymś w rodzaju alfy. Przyznam, że zaskoczył mnie tym zachowaniem. Nie spodziewałem się tego po nim. Ale czy tak właściwie mógłbym powiedzieć, że naprawde go znałem? Czym sobie zasłużyłem na ten specyficzny rodzaj szacunku? Tym, że pokonałem go wtedy w sypialni? A może przypieczętowałem tę więź niechcący, gdy zadecydowałem o jego życiu?

 Wilkołaki były dziwne.

 – Kurwa – zaklął, wydając się przejętym. – Nie chciałbym się tak dowiedzieć. – Kątem oka dostrzegłem, jak kręci głową. – Sam wiedziałem, że wkrótce umrę, ale… – pauza – to co innego. Ja po prostu postanowiłem umrzeć, zabierając ze sobą kogoś, kto spierdolił mi życie. Nigdy nie miałem dobrego życia – przyznał gorzko, na co ja tylko przewróciłem oczami.

 Musiał być taki ciekawski i gadatliwy?

 – Skończmy ten temat. Prowadzę cię do twojego pokoju. Tutaj, po lewej...

 – Och! – szczeknął z udawaną radością godną małej, piskliwej dziewczynki. – Będę miał swój pokój! Jak uroczo! – Klasnął głośno i z podnieceniem, po czym odezwał się już spokojniej: – Ty miałeś dobre życie, prawda?

 – Ta – mruknąłem. – Jestem całkiem zadowolony. Byłem zadowolony.

 – Co zamierzasz?

 Zerknąłem na niego przez ramię, zanim skręciliśmy korytarzem w lewo. Wgapiał się we mnie z niepokojącą fascynacją. Słowo daję, nie byłem tutaj najciekawszym tematem. A może jestem zbyt skromny?

 – Muszę powiadomić o wszystkim Stworzyciela, napisać testament – wymieniłem.

 Powinienem jeszcze odwiedzić Tali. Za maską wyniosłej zołzy skrywała całkiem empatyczną część swojej osobowości. Przejmowała się losem Morrigan, szczerze dopingując ją w poszukiwaniach miłości. Nawet po balu przyznała podczas jednej z rozmów, że nie powinna podcinać mojej podopiecznej skrzydeł, drwiąc z jej partnera. Podobną troskę okazała, gdy dowiedziała się o napaści. Ciekawe, jak zareaguje na mój mały problem.

 – Idiota – usłyszałem.

 Przystanąłem, a Ferris automatycznie zatrzymał się w półkroku.

 – Wyrażaj się – upomniałem go. Co on sobie myślał? Nie byliśmy ze sobą na tyle blisko, żeby mógł się do mnie zwracać w ten sposób. – Chcesz spędzić tydzień w dybach?

 – Nie o to pytałem. – Patrzył na mnie hardo z dołu. Dzieliła nas wysokość jednej głowy. Był bardzo zbliżonego wzrostu do Morrigan. – Ja się dobrze bawiłem przed śmiercią. A przynajmniej kiedy myślałem, że umrę – poprawił się. – W sumie, gdy to przemyślałem w nocy, to ten przysłowiowy kamień spadł mi z serca. Chyba jednak się trochę bałem.

 Olałem go. Wskazałem brodą na najbliższe drzwi. Wolałem nie komentować faktu, iż dobrze bawił się z Morrigan, wykorzystując ją, po czym próbując zamordować.

 – Tu jest twój pokój. Wychodzisz o szóstej rano, wracasz o dwudziestej drugiej. Będziesz do niego przywiązany, podobnie jak do dworu w Skrawku Wieczora.

 – Nie chcesz mnie słuchać – stwierdził, a nie spytał.

 – To takie dziwne, że nie chcę zagłębiać się w moje problemy z gościem, który próbował zabić kobietę, którą kocham?

 Gwizdnął, a jego oczy błysnęły. Wyszczerzył również zęby.

 Chyba powiedziałem za dużo. Definitywnie powiedziałem za dużo. Nawet przed sobą czasem nie przyznawałem się do miłości do Morrigan. Wszystkie te uczucia odżyły, gdy dała się pocałować podczas balu.

 – Moje obeznanie w ludziach mnie nie zawiodło – powiedział Ferris z satysfakcją. Teraz nas obu coś łączyło. – Ale zlituj się… Ile to już lat? Wam serafinom się nie spieszy, bo wydaje wam się, że macie całe wieki przed sobą. – Prychnął z niesmakiem. – Swoją drogą jesteś chyba na aktualnie jeszcze gorszym poziomie niż przyjaciel zakochany bez wzajemności. Czy ty w ogóle możesz jeszcze siebie nazywać jej przyjacielem? Po tym wszystkim?

 – Wiesz co? – I Ferris mnie wkurwiał. – Zostań tu.

 Pstryknąłem i tym jednym gestem ściągnąłem wilkołaka do pokoju. Porwało go, jakby został przywiązany do liny z kauczukiem. Jęknął, gdy szarpnięcie wypchnęło powietrze z jego płuc. Upadł na podłogę, ale zaraz raptownie się podniósł, gnając do drzwi. Niewidzialna szyba go zatrzymała, a on zaczął walić pięściami po jej powierzchni, przypominając całkiem uzdolnionego mima.

 Bądź co bądź ten widok mnie rozśmieszył, podciągając przynajmniej jeden kącik moich ust ku górze.

 – Areszt? Serio? – pieklił się, nie przerywając dobijania się w niewidzialną barierę. – Dopiero wyszedłem.

 – Ktoś przyjdzie i ci wszystko przekaże. Ja mam dość.

 Podrapałem się nad brwią, odwracając się do niego plecami.

 – Valdrianie… – To go nie uspokoiło. – Ja tylko chciałem służyć radą. – Nie potrzebowałem rad od zapchlonego wilkołaka mordercy. – Zaczekaj! Ej… Powinieneś korzystać teraz z życia. Iść na dziwki! Spróbować każdego dania! Powinieneś…

Pstryknąłem po raz drugi, a drzwi walnęły o framugę, odcinając Ferrisa od korytarza, a mnie od jego szczekliwego głosy. Coś tam jeszcze gadał, ale tego nie słyszałem wyraźnie.

 Zachichotałem, aby w następnej sekundzie przypomnieć sobie, że niedługo umrę. Nosz kurwa.

 Ferris jaki był, taki był. Bezczelny, zboczony, narwany, żądny zemsty. Kompletne przeciwieństwo wzoru do naśladowanie. Jednak w jednym miał rację, co niechętnie przyznałem mu w duchu (tylko w duchu, bo konfrontacja twarzą w twarz mnie przerastała) – powinienem czerpać z życia, które mi pozostało.

 Carpe diem. Tak mówili. Ale czy miałem dość siły, aby wyjść na przekór żałobie?

***

 Kolejne dni mijały w jako takim spokoju. Nie powiem, że pogodziłem się cudownie ze śmiercią. Nie. Ale jakoś jej nieuchronne nadejście przełknąłem i na swój sposób zaakceptowałem.

 Nie odważyłem się napisać listu do Stworzyciela, a tym bardziej pojawić się u niego osobiście. Za każdym razem, gdy siadałem przed kartką, w głowie pojawiała się pustka. Nie potrafiłem się zdecydować nawet na to, jakiego zwrotu użyć. Dwa razy skakałem przed pałac Stworzyciela, żeby następnie po minutach głupiego, bezmyślnego wpatrywania się w budynek wrócić. Ignorowałem mój problem, rzucając się w wir zadań.

 Morrigan wreszcie się obudziła. Nie odwiedziłem jej. Nie mogłem. Wiedziałem, że będzie zadawać te pytanie, którymi chciała mnie uraczyć tuż przed operacją. Co oddałeś Konstruktorce? Jak drogie było moje zdrowie? Czy było warto? Co do tego ostatniego wątpliwości miała samolubna strona mojej osobowości.

Niestety nie mogłem odcinać się od Morrigan w nieskończoność. Wreszcie musiało dojść do konfrontacji, a zapalnikiem okazała się jej potyczka z Ferrisem.

Akurat po raz kolejny tępo wgapiałem się w niezapisaną, białą stronę. Trzymałem pióro między palcami nad kałamarzem; szczegół, że stalówka dawno wyschła. Wtem poczułem impuls. Magia zaklęta w dworze wzywała. Otrząsnąłem się, mrugając. Podniosłem wzrok, wpatrując się w drzwi od sali narad, będącej równocześnie moim miejscem pracy.

Impuls powrócił, ciągnąc mnie na korytarz.

A więc dobrze. Odrzuciłem niedbale pióro na blat długiego stołu, przy którym mogli zasiadać równocześnie wszyscy władcy naszego kontynentu wraz ze swoimi najlepszymi doradcami.

Szybkim krokiem podążałem za ścieżką widoczną jedynie przez podświadomość. Po kolejnym zakręcie i pokonaniu schodów, znalazłem się na parterze, gdzie dojrzałem niemałe zbiegowisko. Tłum otaczał dwie postacie. Dworzanki, dworacy, służące i służący, a także kapłanki i medycy. Każda z klas miała tutaj swojego przedstawiciela. Korytarz syczał od szeptów, a także drżał od wyładowań magii.

– Co się dzieje?!

Wkroczyłem między ludzi. Rozstąpili się, widząc, że przybyłem. Jęknąłem, dostrzegając, kto stał w środku utworzonego półkola.

Napięta niczym struna Morrigan szarpała Ferrisa. Mężczyzna przybrał postać wilkołaka i osłaniał pysk włochatymi, zbyt długimi ramionami. Ona nie szczędziła ciosów i kopnięć.

– Co robisz?! – wrzasnąłem, wpadając przed Ferrisa.

Złapałem jej nadgarstki, próbując nad nią zapanować. Szarpała się jak wściekła. Była wściekła, cóż więc się dziwić? Jej oczy rzucały gromy, a przy tym zdawały się niebezpiecznie zaczerwienione, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem. W głośnych oddechach maskowały się pociągnięcia wilgotnym w środku nosem.

Nagle ja stałem się celem jej ataku, kiedy wyrywając nadgarstki spomiędzy moich palców, zaczęła mnie okładać pięściami po piersi. Ponownie ją unieruchomiłem, tym razem zaciskając dłonie mocniej.

– Wypuściłeś go! – krzyczała rozżalona. Jej głos się zmienił; po operacji został podszyty chrypką. – Wypuściłeś!

– Uspokój się!

– Zejdź mi z drogi!

Szarpneła, ale ja tylko zacieśniłem kajdany z moich rąk. Powstrzymałem ją przed wyminięciem mnie, ustawiając ją idealnie na wprost siebie. Tłum szeleścił komentując obłąkańcze zachowanie byłej księżnej. Nie przypisywała swojej osobie pozytywnych plotek tym zachowaniem.

– Morrigan!

Potrząsnąłem nią. Miała baba siłę. Podobno rozjuszonym kobietom powinno się schodzić z drogi. Rozumiałem dlaczego.

– Morrigan! Cofnij się – poleciłem tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Mówię: cofnij się.

– Nie!

Wyprostowałem się; miarka się przebrała, a moja cierpliwość – dość kiepskiej kondycji ostatnio – się wyczerpała.

Uraczyłem ją zimnym tonem, jaki rezerwowałem dla poddanych, którzy mieli dość odwagi (lub głupoty), aby zaleźć mi za skórę. Nigdy się tak do niej nie zwracałem i nie sądziłem, że kiedykolwiek będę musiał.

– Morrigan, jestem twoim księciem – zasygnalizowałem dobitnie – i jeśli zaraz się nie uspokoisz, będę zmuszony cię ukarać. Cofnij się.

Podziałało. Napięcie i opór rozpłynęły się, a Morrigan stanęła luźno. Teraz czułem ciężar jej rąk, a nie ich nacisk. Tak lepiej. Czasu jednak cofnąć nie mogłem i co zobaczyli zgromadzeni, już miało na zawsze opuścić mury tego zamku. Plotkowano o niej ostatnio częściej, mnożąc teorię na temat jej abdykacji. Właśnie otrzymali kolejną – Morrigan, księżna Skrawka Wieczoru, zwariowała.

– Oczywiście – rzekła niby potulnie, rozglądając się na boki. Dotarło do niej, co uczyniła. Ja widziałem jeszcze wściekłość, którą stłumiła w sobie, nie pozwalając jej ponownie wychylić się na zewnątrz. – Już. Panie – ostatnie wypowiedziała z odrazą.

Odwróciła się pospiesznie, a tłum rozstąpił się przed nią, jak przedtem przede mną. Kobiety kręciły głowami, mężczyźni żartowali. Nie była już księżną. Stała się zwykła serafiną. Nie stała ponad prawem. Nie zagrażała im bardziej niż sąsiad z pokoju obok. Nie musieli jej wielbić, a tylko w dobrym tonie pozostawało szanowanie jej za zasługi dla Skrawka.

Zwróciłem się tym razem do Ferrisa. Siedział na podłodze wyraźnie sponiewierany. Futro jerzyło się w niektórych miejscach, zaś w innych szczelnie przylegało do skóry. Jeśli wzrok mnie nie mylił, to Morrigan udało się wyrwać garści sierści, zostawiając łyse placki. Tak byłem zajęty swoimi problemami, że zapomniałem powiedzieć księżnej o wilkołaku chodzącym luzem po zamku. Powinienem z nią porozmawiać. Być może wcześniej uprzedzona nie wywołałaby podobnego zamieszania. Trudno jednak. Zawaliłem, a teraz musiałem się zmierzyć ze skutkami mojego rozkojarzenia.

Rzuciłem mu mało przychylne spojrzenie.

– Coś zrobił?

Rozłożył szeroko ramiona. Nie wiedział. Ubranie miał w strzępach i bynajmniej nie była to wyłącznie zasługa rozwścieczonej kobiety. Potargał bluzę i spodnie, kiedy postanowił się przemienić. Rozerwane przez szpony buty leżały gdzieś obok.

– Nic – stwierdził potulnie.

Tłum się rozchodził. Szepty się oddalały. Od ścian odbijały się także szydercze i szczerze rozbawione śmiechy.

– Jak nic? – zapytałem. Przecież nie mógł po prostu sobie iść. Przecież Morrigan miała dość rozumu… Chyba. Tak przynajmniej mi się wydawało. Zbyt wiele mi się ostatnio wydawało, aby wierzyć własnemu przeczuciu. Roztarłem brew, zerkając na obraz nędzy i rozpaczy przez palce. – Zaatakowała cię bez powodu?

– Ja tylko szedłem korytarzem, a ona z naprzeciwka, a gdy mnie zauważyła… – Wykrzywił czarne, wilkołacze wargi. – Nawet się do niej nie odezwałem.

– Ach tak – wydusiłem z siebie.

Uwielbienie do Morrigan zbyt mnie zaślepiało, żebym pewnie przyjął jego wyjaśnienie. Morrigan… ta sprawiedliwa księżna… Nie mogłem w to uwierzyć. No przecież musiał ją jakoś sprowokować, czyż nie?

Rozglądnąłem się, wypatrując potwierdzenia jego słów w topnącym tłumie. Jeden ze szlachciców nawiązał ze mną kontakt wzrokowy.

– Panie, wilkołak mówi prawdę – oznajmił mało chętnie. Pogardzał jego rasą. – Gdy go księżna zaatakowała, zmienił formę, ale nie odpowiedział atakiem, tylko kulił się pod jej ciosami. Zaprawde powiadam żałosny widok.

Uniósł jedną z warg w paskudnym grymasie, zanim opuścił miejsce zdarzenia.

A jednak. Morrigan zwariowała. A przynajmniej utraciła stabilność psychiczną. Jakoś nie zaskoczyło mnie to specjalnie, gdyż ostatnio wydarzyło się tak wiele złego w jej życiu, iż to cud, że jeszcze się nie załamała.

Wypuściłem z sykiem wstrzymane zbyt długo powietrze.

– Wynoś się stąd – sapnąłem na niego. – Wracaj do pracy.

– Właśnie taki miałem zamiar – rzekł, podnosząc się z kamiennej podłogi.

W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą siedział, została rozmazana plama krwi, zaś po jego ręce płynęła wartko stróżka, zaczynająca się na rozcięciu nad łokciem. Kropla spadła obok jego łap.

– I… – warknąłem z niesmakiem – odwiedź po drodze medyka. Brudzisz podłogę.

Nie wiem, czy bardziej byłem zniesmaczony bójką na korytarzu, widokiem krwi czy może propozycją pomocy, która wyszła z moich ust.

– Posprzątam po sobie – zapewnił, zauważając to samo, co ja.

– Tak zakładałem.

***

Widok Morrigan okładającej Ferrisa po pysku coś odblokował w kwestii mojej weny do napisania listu. Gdy wróciłem do sali narad, słowa po prostu wypłynęły spod pióra, zgrabnie przedstawiając całą sytuację sprzed paru dni. Ośmieliłem się nawet zaproponować Morrigan na moją następczynię – księżną Skrawka Nocy i opiekunkę podległych mu Skrawków. Ot, fantazja mnie trochę poniosła, ale czy miałem coś do stracenia? Nie bardzo.

Sączyłem drinka, po raz trzeci czytając list. Upewniałem się, że niczego nie przegapiłem. Poprosiłem także o wskazanie terminu spotkania. Zamierzałem przyznać się do wszystkiego, co zrobiłem źle podczas wyznaczania lekcji. Zamykałem swoje sprawy przed śmiercią.

Rzuciłem spojrzeniem znad kartki, kiedy zawiasy skrzypnęły. Przez próg przeszła Morrigan.

Spojrzałem na zegar. Od potyczki na korytarzu minęło półtorej godziny. Całkiem szybko postanowiła się ze mną skonfrontować. Odchyliłem się na krześle, przewracając zapisaną kartkę czystą stroną do góry. Nie musiała wiedzieć, z czym się zwracam do Stworzyciela. Oparcie twardo wbiło się tuż pod odcinek piersiowy. Skrzydła zafalowały, rozluźniając podkurczone mięśnie. Opatrunek wciąż nie pozwalał mi latać, ale Torian zapewniał, że pod koniec tygodnia kości będą już gotowe do lotu. Dobrze, bo cudem powstrzymywałem się od rozerwania szyny w celu rozdrapania swędzącego, gojącego się miejsca.

– Chciałaś czegoś? – zapytałem, raczej nie ukrywając złości. Po raz kolejny narobiła mi wstydu. Powinienem przywyknąć.

Przystanęła nieopodal, przyglądając się mi z ostrożnością. Oparła jedną z dłoni na blacie, stukając nerwowo opuszkami. Zacisnęła usta. Jej wargi pobladły, aby następnie odzyskać naturalny, malinowy odcień. Pięknie kontrastował z bladą barwą jej skóry i czernią oprawy oczu.

– Chciałam przeprosić za to na korytarzu z Ferrisem. – Zabrzmiało szczerze. – Gdy go zobaczyłam... Nie spodziewałam się, że go wypuścisz.

– Niedawno wyszedł z celi.

– Nie sądziłam, że go wypuścisz – powtórzyła, jakby myślała, że mam zamiar go więzić do końca jego dni.

– Musi na siebie zapracować – wyjaśniłem skromnie.

Och… Morrigan nie roztrząsajmy tego tematu. Pochyliłem się, opierając nieładnie łokcie na blacie. Popatrzyłem na nią z oczekiwaniem. Moje uniesione brwi wyraźnie pytały, czy chce czegoś jeszcze.

– Rozumiem twój wybuch – mówiła dalej. Opuściła wzrok w skrusze. – Zapomniałam się. Potraktowałam cię jak…

– Znajomego? – wtrąciłem się zniecierpliwiony. – Pamiętaj, że prócz tego, że darzę cię sympatią, wciąż pozostajesz pod moimi rozkazami. Jestem twoim księciem. Jak to wygląda w oczach dworu? – Znowu się wyprostowałem na krześle. – Nie mogłem nad tobą zapanować. Powinnaś się opamiętać zaraz po moim wkroczeniu. Nie jesteś ponad wszystkim, Morrigan. Nie byłabyś, nawet gdyby łączyło nas coś więcej. Nawet jeśli nie okazujesz mi szacunku prywatnie, to przy innych powinnaś powstrzymać swój temperament.

Mądra dziewczynka wiedziała, że mam cholerną rację. Jak bardzo bym jej nie ubóstwiał, nie mogłem pozwolić, żeby wlazła mi na głowę. Nie mogła lekceważyć mojego statusu, nie ponosząc konsekwencji. Sama była księżną. Sama to przerabiała. No nie tak było? Nie tak?

Plus dla niej, że postanowiła szybko się zreflektować.

– Ukarzesz mnie? – Jej nowy, trochę obcy głosik drżał. Musiałem się do niego przyzwyczaić.

– Nie. – Pokręciłem głową. – Już dość wycierpiałaś. Tamta lekcja wystarczy ci do końca życia.

Podeszła jeszcze bliżej. Teraz wyraźnie czułem jej ciepły zapach.

– Dziękuję, że sprowadziłeś Konstruktorkę.

– Yhym…

Zacisnąłem szczęki. Czego, do kurwy nędzy, jeszcze chciała? Czemu przychodziła do mnie, przypominając o tym, co straciłem przez swoją głupotę?

Jej wzrok przesunął się po moich poplamionych tuszem dłoniach, kałamarzu, odłożonym na bok piórze, a także po porozrzucanych dookoła zmiętych kartkach, na których doskonaliłem mój list. Wreszcie i zaszczyciła papier przede mną uwagą bystrych oczu. Na pewno miała świadomość, że walczyłem z każdym słowem.

– Co piszesz? – zapytała, jak gdyby nigdy nic.

Nie. Nie. Wcale jej to nie obchodzi. Pyta tylko z grzeczności. Tak przynajmniej chciała wyglądać, ale ja ją znałem. Pytała z pełną premedytacją, chcąc wyciągnąć pewne informacje.

– List do Stworzyciela – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Fakt moich korespondencji z wampirem był powszechnie znany.

– O czym?

– O ostatnich wydarzeniach. – I to też prawda. – Nie powinnaś dociekać.

Oparła się biodrem na rogu stołu, po czym przesunęła się głębiej, ja zaś odchyliłem się na oparcie, starając się zachować więcej dystansu między nami. Cokolwiek kombinowała, nie miało to nic wspólnego z zamiłowaniem do mnie.

Przebiegła lisica.

– Chciałam zapytać, co dałeś Konstruktorce. Nie naprawiła mojego gardła za darmo, a znając ją…

– To nie twój problem – uciąłem.

O to chodziło. O tym rozmawiać nie zamierzałem. Wystarczyło, że Ferris wiedział. Popełniłem błąd, mówiąc mu; głupotą byłoby go powtórzyć.

– Powiedz mi – poprosiła z miną zbitego psa.

Nosz kurwa… Brała mnie na litość. Nie tym razem. Nie miałem ochoty na jej gierki.

– To nieważne. Nie zbiednieję od tego.

– Odkąd wróciłeś z Konstruktu wydajesz się nieobecny. Smutny. Rozdrażniony – wymieniła, rzucając na mnie spojrzenie spod rzęs. – Co się stało? Czy to przez zapłatę?

– Daj spokój. Odpuść.

Jej skrzydła zaszeleściły, gdy usłyszała szorstki ton. Dała mi więc więcej przestrzeni, schodząc ze stołu. Przeszła parę kroków, jakby podziwiała wystrój wnętrza. Podeszła pod kominek, nad którym wisiał abstrakcyjny obraz. Słowo daję, że wciąż nie rozumiałem, co autor miał na myśli. Chaosu żółci, koloru niebieskiego i fioletów nie szło zinterpretować sensownie.

Oparła się o gzyms. Wyglądała na zasmuconą. Jej oczy przygasły, a kąciki nieznacznie ciągnęły w dół. To zapewne moja wina. Cóż poradzić? Mógłbym spróbować udawać, że ostatnie dni nie zrobiły mi sieczki z mózgu, ale aktualnie każdy akt aktorstwa po tak paskudnym dniu był poza moim zasięgiem.

– Nie musiałeś tego robić. Cokolwiek to było – powiedziała brzmiąc ponuro. – Nie musiałeś jej dla mnie sprowadzać.

– Musiałem.

Musiałem, bo to ja ją tak urządziłem. To ja odpowiadałem za krzywdy Ferrisa. Ja odebrałem jej tron. I męczyłbym się jeszcze długo, gdybym nie zrobił wszystkiego, co tylko mogłem zrobić, aby ją uzdrowić.

– Ale twoje przygnębienie…

Naprawdę się mną przejmowała. Pomimo wszystkiego, co jej zafundowałem. Kochana Morrigan. Nigdy nie była obojętna na krzywdy innych. I choćbym wbił jej nóż po rękojeść w plecy, ona i tak czułaby się winna. Miewała humorki, ale nigdy nie powiedziałbym, że nie posiadała empatii.

Nosz kurwa, po raz kolejny.

I tak jakoś się stało, że podniosłem się z krzesła. Powoli do niej dotarłem. Chciałem ją uspokoić, żeby znów nie denerwowała się przeze mnie niepotrzebnie. Wyciągnąłem przed siebie rękę, chcąc dotknąć bladego policzka. Zatrzymałem się w połowie drogi, widząc lekkie wzdrygnięcie. Nie tego potrzebowała, a przynajmniej nie ode mnie. Sięgnąłem więc za nią, aby odsunąć świecznik od jej głowy. Nie, Morrigan, wcale nie chciałem cię dotknąć, przemawiało moje ciało, ja tylko nie chciałem, żebyś spaliła sobie włosy.

Chyba uwierzyła, a zwłaszcza, gdy dodałem do tego słowa.

– Nie ty jesteś powodem mojego mało wyjściowego humoru. To nie ma nic wspólnego z tobą ani z zapłatą dla Konstruktorki. Możemy zakończyć ten temat? – Sucho. Bez podtekstów. Ze znudzeniem.

Kiwnęła mi nieśmiało.

– Tak. Chyba tak. – Uśmiechnęła się pokrzepiająco. – Gdybyś chciał porozmawiać, po prostu przyjdź – zaproponowała.

– Przemyślę to.

Nie przyjdę, choćbym w swojej niedoli miał ryczeć w poduszkę. Nigdy. To ja powinienem się opiekować nią, a nie na odwrót. Wolałem nie myśleć, co by było, gdyby się dowiedziała, że wkrótce mnie nie będzie. Jak daleko posunęłaby się we współczuciu? Jeśli miała zrobić cokolwiek, niech nie będzie to wynikiem litości. Niech myśli, że trapią mnie wyłącznie problemy z imigrantami oraz te związane z jej i Ferrisa sprawą.

– Nie będę ci przeszkadzać – zapewniła, odczytując moją niechęć do spędzania czasu w jej towarzystwie. Teraz nie potrafiłem z nią przebywać, nie raniąc ją słowami lub czynami. Potrzebowałem jeszcze trochę czasu.

– Ani ja tobie. – Ruszyła do drzwi, zostawiając mi jedynie zapach perfum zmieszany ze swoim własnym. Pociągał mnie pomimo żałoby. Musiałem jej jeszcze coś powiedzieć. – Morrigan?

– Tak?

Odwróciła się trochę nazbyt gwałtownie.

– Zostań tu, ile potrzebujesz, ale jeśli będziesz chciała odejść, powiadom zarządcę Regara. Znajdzie ci dom. I przemyśl moją propozycję. Szkoda, żeby twój talent się zmarnował na wypasanie świń, dojenie krów, oporządzanie kurczaków i rodzenie dzieci.

– Dobrze, Val.

– Jeszcze jedno. Żeby wymagać ode mnie rozmowy o moich prywatnych sprawach, najpierw powinnaś chcieć sama rozmawiać o swoich. Ja wciąż niewiele wiem o tym, co się z tobą dzieje po ataku – przypomniałem jej, przy okazji pouczając. Sama unikała rozmów. Sama jeszcze parę dni wcześniej mnie ignorowała. – Nie wiem też, jak bardzo źle jest między nami.

– Rozumiem do czego zmierzasz. Tak. Chyba jestem hipokrytką. – Położyła dłoń na klamce. – Miłego dnia, Val.

Pożegnałem ją skromnym kiwnięciem.

Spojrzałem na list. Włożony w kopertę zamierzałem zostawić na recepcji na dworze Stolicy Świata. Spodziewałem się, że jego treść zapewni mi dość wczesny termin u Stworzyciela. Do tego czasu musiałem zrobić rachunek sumienia, zrozumieć i przypomnieć sobie wszystkie skrywane grzechy.

A czas uciekał.

*

Liczę na komentarze. Liczę na krytykę.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany