Opowiadanie użytkownika Multivariate Ego

R8: Pierwszy dzień lata

local_library0 comment0 thumb_up0
Pani z lodu [fantastyka/romans][+18][I tom trylogii "Czerni i bieli"] - część 8

 Nie spałam całą noc. Nawet nie położyłam się do łóżka. Była siódma, a ja jeszcze nie umyłam się po randce z Ferrisem.

Randka. To słowo brzmi tak dziwnie. Ale czym innym było nasze wczorajsze spotkanie, jak nie właśnie randką? Bardzo spontaniczną randką. Wyjątkowo udaną, a przynajmniej w moim odczuciu.

Ferrisa dało się lubić. Był śmiały, wygadany, zabawny, mimo iż często wręcz odstręczająco zboczony. Nawet jeśli nie uda się nam zakochać, uważam, że warto było spróbować; poświęcić trochę czas na zabawę.

Jadłam śniadanie o smaku niczego. Powoli przeżuwałam każdy kęs, nie mając z tego żadnej rozkoszy. Jajecznica ze szczypiorkiem na boczku. Jakże żałowałam, że nie mogę jej skosztować zmysłami. Mogłam sobie jedynie wyobrazić, jak działałaby na zmysły. Jedzenie dla mnie stanowiło wyłącznie paliwo, a przez brak smaku, często wręcz spożywałam je niechętnie. Próżna ja zażartowałaby, że przynajmniej łatwo dbać mi o linię, jednak ta współczesna strona mojej osobowości nie uważała tego dowcipu za śmieszny.

Niezapowiedziany pojawił się Valdrian. Zmaterializował się tuż przy moim stole. Chyba dawno zaczął dzień, gdyż promieniał świeżością i witalnością.

– Dzień dobry! – wychrypiałam entuzjastycznie, bo pomimo zmęczenia zachowałam dobry humor.

Przyglądnął się mi, marszcząc czoło. Kompletnie byłam jego przeciwieństwem. Doskonale widział włosy w nieładzie przeplecione źdźbłami siana, podkrążone oczy, lekką bladość i sukienkę niepasującą do mojego codziennego stylu. Mój lekki makijaż zapewne znacząco się rozmazał. Pociągnął nosem, krzywiąc się z odrazą. Czuł mieszaninę zapachów stajni, potu, wędzonego jedzenia znad ogniska, jak i samego dymu wraz ze zbliżającym się kacem.

 – Wcale nie wyglądasz, jakby był dla ciebie dobry – podsumował swój osąd.

 – To nie jest coś, co kobieta chciałaby usłyszeć, Val…

 – Prawda nie jest tym, co większość z nas chciałaby słyszeć – rzekł.

Usiadł po mojej prawej, klaszcząc na służącą czekającą u wejścia. On też chciał zjeść śniadanie. Dziewczyna obróciła się na pięcie czym prędzej.

 – Co ty tutaj robisz? – zapytałam, pochylając się do niego.

 – A może najpierw ty mi powiesz, dlaczego czuję od ciebie alkohol?

 Natychmiast się wyprostowałam. Ostatnie piwo wypiłam przed dwoma godzinami, kiedy powoli, ociągając się, kończyliśmy naszą randkę. Alkohol z pewnością nie zdążył opuścić mojego organizmu. Kac jeszcze mnie nie dopadł, ale czaił się tuż tuż za rogiem.

 – Świętowałam ostatni dzień wiosny z… – Spojrzał wyczekująco. – Moimi poddanymi.

 – O! – Ożywił się. – Zdaje się, że nigdy tego nie robiłaś.

 Sięgnęłam po wodę, aby przepłukać gardło.

 – Ferris… – powiedziałam cicho jedno imię, które wszystko wyjaśniało.

 Coś nieokreślonego odbiło się w obliczu księcia, nim wpuścił na usta pełen wyższości uśmiech. Dał mi kolejny temat, nad którym mogłam rozmyślać.

 – Rozumiem. – Rozparł się na krześle, odchylając beztrosko w tył. Jego palce bawiły się pucharkiem wypełnionym świeżą wodą. – Przybyłem, ponieważ jest pierwszy dzień lata. Tali wyprawia przyjęcie z tej okazji.

 Poruszyłam się nerwowo.

 – A co to ma… do mnie? Nie mogę…

 – Chcę cię zabrać ze sobą – wciął się, nie dając mi dokończyć. – Ja cię uwięziłem, więc ja mogę nagiąć tę zasadę do swojej woli.

 – Dlaczego teraz?

 – Czyż to nie twoje ostatnie chwile na tronie, zanim odejdziesz w zapomnienie? Myślę, że możesz nie dostać więcej szansy od losu, aby zobaczyć to wydarzenie, zwłaszcza jeśli źle się zwiążesz. A jeśli Tali coś organizuje… – Zrobił pauzę, podnosząc oczy znad kielicha na moją pomiętą twarz. – Warto przyjść.

 Do jadalni wszedł Ferris z dodatkową zastawą. Prezentował się równie schludnie co ja. Zatrzymał się w połowie kroku, dostrzegając Valdriana. Tego wyluzowanego księcia, który ciągle mnie nawiedzał. Rzucił mu typowo wilcze spojrzenie, nim na nowo podjął wędrówkę do stołu.

 Zapadła cisza, podczas której rozbrzmiewały tylko talerze, sztućce oraz inne porcelanowe i szklane elementy zastawy. książę obserwował z zaciekawieniem obsługującego nas wilkołaka, jakby zastanawiał się, co takiego wczoraj robiliśmy. Rzucił mi parę rozbawionych spojrzeń, a ja chciałam się zapaść pod ziemię. Musiał mieć ubaw, wiedząc, jak bardzo zależy mi na zjednaniu sobie Ferrisa i rozkochaniu go w sobie. W duchu mógł drwić z każdej mojej podjętej decyzji, z każdego planu, który chciałabym wprowadzić w życie.

 Rabuś w końcu spojrzał i na mnie. Nie zdradził się z żadnym z uczuć, które w tej chwili mogły w nim dominować. Uznał, nadzwyczaj słusznie, że nie powinien spoufalać się ze mną przy obcych. Byłam mu za to wdzięczna, ale jednocześnie doświadczałam smutku, bo miałam ochotę znów zobaczyć go takiego jak jeszcze godzinę temu, gdy żegnaliśmy się w holu.

 – Życzy książę sobie herbaty? Kawy? – odezwał się nadzwyczaj uprzejmie Ferris do Valdriana.

 – Przynieś mi kawy, psie – rozkazał Valdrian, częstując służącego niezbyt ciepłym tonem.

 Wilkołak zacisnął szczęki, żeby się nie odgryźć, a mięśnie twarzy zatańczyły pod skórą. Skinął z trudem, walcząc samemu ze sobą. Odszedł.

 – Trochę zazdrości nie zaszkodzi – powiedział książę, gdy tylko postać Ferrisa zniknęła w korytarzu.

 Pokręciłam głową z rezygnacją. Nie podobał mi się sposób, w jaki Valdrian traktował Ferrisa. Bijąc się w pierś – ja sama czasem traktowałam służących nie lepiej.

 – Musisz go drażnić? – syknęłam. – Dopiero zaczęło się między nami jako tako układać. Nie mogę ryzykować jego fochów przez kolejny tydzień.

 Usłyszałam prychnięcie. Nóż szczęknął o talerz, gdy książę odkroił kawałek boczku. Nadział go na widelec, zatrzymując na parę słów w powietrzu.

 – Uwierz mi… jeśli obrazi się o jeden głupi bal i moje docinki, to będzie oznaczało, że nie masz z nim szans. Może warto zawczasu się przekonać?

 Uniósł brew i wpakował kęs do ust. Teatralnie rozpłynął się nad intensywnym smakiem. Złośliwa bestia.

 Straciłam już dość czasu. Jeśli straciłabym Ferrisa, nie pozostałaby dla mnie żadna nadzieja. Wyjście z nienawiści do tolerancji trochę mi zajęło, tak samo z tolerancji do wątpliwej sympatii. Wczoraj nastąpił przełom. Powtórzenie tej samej drogi z kimś innym w przeciągu ledwo miesiąca zakrawało na niemożliwość.

 Jednak zazdrość… Zazdrość to podstępne uczucie. Ona miesza. Nie jest dobra, ani zła. Jest zależna od kontekstu. Czasem rozdziela, a innym razem pcha kochanków w ramiona. Może… powinnam ją wykorzystać? Valdrian i tak już działał Ferrisowi na nerwy przez swoje paskudne żarty uderzające w wilkołactwo. Wilkołaki były terytorialne, czemu więc nie wykorzystać i tej cechy charakteru? książę idealnie się nadawał na wabika.

 Kroki w korytarzu przybierały na mocy. On wracał.

 książę dawno zdecydował za mnie, jak powinnam się zachować. Oparł się jednym z łokci na białym obrusie, a drugą rękę wyciągnął do mnie. Pochwycił pukiel zwisających przy twarzy włosów, tocząc nim między palcami. Uśmiechnął się szarmancko i jakby mówił: „nie psuj przedstawienia”. Całej tej szopce świadkował Ferris, odkładając filiżankę parującej kawy, wraz z dzbanuszkiem mleka obok napoczętego śniadania. Widziałam nad ramieniem czarnowłosego serafina spojrzenie butelkowych oczu i wcale nie było ono zadowolone. Zakładam, że gdyby nie oczywiste konsekwencje, wrzątek wylądowałby na głowie mojego opiekuna. Wilkołaki bywały bardzo zazdrosne.

 – Pójdziesz ze mną? Bez partnerki nie opędzę się od tych wszystkich chętnych kobiet – zamruczał Valdrian kusząco.

 Przeskoczyłam wzrokiem z jednego mężczyzny na drugiego. Moje serce się obudziło, a pot wstąpił na skroń. Wątpiłam, że to reakcja na wyparowujący alkohol. To stres. Co powiedzieć, żeby Ferris nie zechciał rozszarpać księcia na miejscu? Bo niewątpliwie ręce go świerzbiły.

 Odszedł od stołu, ale zmierzał do wyjścia wolno, jakby chciał usłyszeć moją odpowiedź.

 – Val, dlaczego nie weźmiesz kogoś innego? – Nie, Ferrisie, wcale nie chcę z nim iść, zapewniałam w środku, jakby miał to usłyszeć.

 Popatrzyłam za nim. Przyspieszył. Może wystarczyło.

 – Bo chcę zrobić właśnie tobie przyjemność – podkreślił książę, nie przerywając zabawy moimi włosami. – Pozbawiłem cię jej na bardzo długi czas.

 I ta obietnica zawarta w jego słowach. Oby Ferris nie zrozumiał jej opacznie. Przecież nie wiedział, że tak naprawdę Val miał na myśli uwięzienie w zamku. Dla niego mogło to wyglądać inaczej… jakby coś nas kiedyś łączyło.

 Pokręciłam głową z dezaprobatą, co rozbawiło księcia.

 Bal na dworze Skrawka Dnia. U Tali. Tak, to z pewnością było coś, w czym warto uczestniczyć. Wczorajsza noc obudziła wspomnienia; te które odsuwałam od siebie, aby mnie nie raniły. Kiedyś korzystałam z każdego zaproszenia, nawet jeśli to oznaczało balowanie parę dni z rzędu. Wtedy zaniedbywałam moich poddanych, bo robiłam absolutne minimum. To też nauka idąca z tej lekcji? Że stawiałam własne potrzeby nad obowiązkami? Nie tylko ja miałam takie podejście; nie żeby mnie to usprawiedliwiało. My, księżne i książęta, tak już mamy.

 Tyle argumentów przemawiało za przyjęciem propozycji Valdriana. Mogłabym wreszcie wyrwać się z zamku i zobaczyć, czy świat, który pamiętam, nie zmienił się zanadto. Odnowiłabym parę kontaktów. Może wyjaśniła trochę spraw. Wzbudziła zazdrość w Ferrisie, co owszem było ryzykowne, ale równocześnie warte ewentualnej nagrody. A gdyby miał być to mój ostatni bal jako księżnej, żałowałabym, że odpuściłam tej okazji.

 – Pójdę – zadecydowałam.

 Te słowa chciał usłyszeć Valdrian. Zostawił moje włosy w spokoju, ale wciąż się nie wyprostował, pochylając się w moją stronę.

 – Czy mogę cię prosić, żebyś nie spinała włosów? – zapytał. – Uwielbiam, gdy są rozpuszczone. Wyglądasz wtedy najkorzystniej.

 – Zrobię, co zechcę.

 Wzruszył ramionami, zajął się resztą śniadania.

 – To tylko sugestia – mówił między kolejnymi kęsami. – Zrobisz, jak uważasz. Wpadnę po ciebie koło siódmej. Chyba masz trochę spraw na głowie.

 – Jak zwykle – przyznałam, krzywiąc się na myśl o zbliżającym się bólu głowy i osłabieniu spowodowanym kacem. Musiałam odwiedzić Marcusa i zdrzemnąć się w przerwie między słuchaniem petentów a odpisywaniem na listy.

 Skupiłam wzrok na pucharze z wodą, podniosłam go do ust, kiedy spojrzałam na Valdriana… zostało po nim puste krzesło. Zamrugałam. Uwielbiał ulatniać się w taki sposób. Niepostrzeżenie. Bez pożegnania.

 Kawa, po którą kazał iść Ferrisowi, pozostała nietknięta. Wredny intrygant.

***

Wyrobiłam się z przygotowaniami na styk. Dokładnie pięć minut przed zapowiedzianym przez księcia odebraniem mnie z zamku.

Dawno nie przygotowywałam się na uroczysty bal.

Najpierw wzięłam kąpiel w wodzie z rozpuszczonymi, wonnymi olejkami. Esencja z kwiatów nadała mojej skórze świeży, słodki zapach, zaś później wtarta oliwka utrwaliła go. Żeby wzmocnić efekt, spryskałam się perfumami. Czysta i wypachniona. Biała karta. Ten bal był szczególny z jednego powodu – miałam wrócić po latach nieobecności.

W garderobie spędziłam długie minuty, przesuwając kolejne suknie na wieszakach. W wielu już byłam na przyjęciach, inne były zbyt mdłe. Gdybym wiedziała wcześniej, kupiłabym coś na tę okazję. Wreszcie wybrałam model bez pleców, z dekoltem pod obojczyki, odkrytymi ramionami, podkreślający talię, lejący, długi do samej ziemi w kolorze czerni. Równocześnie skromny i szykowny. Może i wstydziłam się braku skrzydeł, ale jaki sens miało ukrywanie czegoś, co wszyscy mogą zobaczyć? O czym wszyscy wiedzą? Moje plecy były gładkie, szczupłe, subtelnie wyrzeźbione. Żal je chować. Wiedziałam, że Val podzieli moje zdanie.

Zawsze lubiłam tańczyć i podczas balów robiłam to długimi godzinami, dlatego oczywistym wyborem były baletki na niskim obcasiku. Zakrywała je suknia, a ja i tak górowałam nad większością kobiet i częścią mężczyzn. Wykonano je z usztywnionego, koronkowego materiału, który błyszczał, jakby pokrywały go kropelki rosy.

Wedle życzenia Valdriana nie spięłam włosów, za to skręciłam je na wałkach. Gdy one schły, ja wykonywałam makijaż. Miałam o połowę mniej roboty, gdyż drugiej części twarzy nie zamierzałam pokazywać. Węglem obrysowałam oko, rozmywając cień do góry – górną i dolną powiekę. Rozjaśniłam twarz pudrem. Nadałam sobie rumieńców i podkreśliłam wszystkie wklęsłości i wypukłości. Usta wykończyłam szminką w kolorze lekko ciemniejszym niż cielisty. Wyglądałam jak wieczór w czasie burzy. Czerń, szarości, biel i błysk. A do tego złote dodatki.

Podczas mojej wędrówki do holu mijałam służbę. Bez wyjątku dziwili się mojej przemianie. Ich księżna wychodziła. Opuszczała zamek. Wybierała się na bal. Szok, niedowierzanie, aprobata i radość. Cieszyli się moim szczęściem.

Był też Ferris. Minęłam go na pierwszym piętrze, gdy razem z Cynthią ściągał ze ścian obrazy, aby wyczyścić przestrzeń za nimi oraz ramy z pajęczyn i kurzu. Zamarł na uderzenie serca, dzierżąc w dłoniach portret. Przyglądał się mi. Trochę zły. Trochę zawiedziony. Ale również w pełni pożądliwy. Kobieta zdzieliła go szmatą w potylicę, a on warknął i wrócił do pracy. Jeszcze przynajmniej raz obrócił za mną głową.

Stopień za stopniem zeszłam w dół.

Valdrian czekał i szczerząc się, spojrzał na zegar. Punktualnie siódma.

Założył na siebie odświętną tunikę i spodnie wyszywane złotymi nićmi. Komplet czarny tak, iż pochłaniał blask obok siebie. Ciemność tańczyła wokół jego sylwetki, a rozprostowane skrzydła rzucały cień. Zwyczajowo zaczesał półdługie włosy w tył, układajac je za uszami. książę Skrawka Nocy we własnej osobie. Ucieleśnienie nocy.

– Punktualna. To rzadka cecha u kobiet. Zazwyczaj każą na siebie czekać – rzucił na przywitanie.

Prychnęłam, nie mając zamiaru śmiać się z jego żartu.

Wyciągnął do mnie rękę.

***

Zawsze chodziło o pokazanie bogactwa i hojności, a dopiero później o faktyczną zabawę płynącą ze zorganizowanego balu.

Val przeniósł nas przed zamek o białych murach. Strzeliste, wysokie wieże zasłaniały gasnące, zaróżowione niebo. To na pewno się nie zmieniło przez sto lat.

Podróżowałam z nim w ten sposób już parokrotnie, jednak za każdym razem czułam dezorientację, gdy po wyjściu z czerni całkowicie zmieniało się otoczenie. Nasze pojawienie się na wyłożonym kostką podjeździe wśród karoc i koni wzbudziło niemałą konsternację. Bezsprzecznie książę nocy uwielbiał wielkie wyjścia i wejścia w równym stopniu.

Ujął mnie pod ramię i poprowadził do wejścia – ogromnych wrót, wysokich na ponad trzy metry. Z białych, grubych desek, wzmocnione złotymi przekuciami metalowych blach. Kolejka poruszała się powoli, ale gdy pierwsi szlachcice zauważyli księcia, poczęli się rozstępować, robiąc nam przejście. Jeden po drugim przekazywali sobie nowinę. Przybył jeden z siedmiu; i przyprowadził ducha. To pierwsze z czym musiałam się zmierzyć.

Skinął tylko głową strażnikom i w odróżnieniu od innych zaproszonych nie pokazał karty z inwitacją. Jego twarz była wystarczającym manifestem. Więcej nie potrzebowaliśmy. A ja? Nawet jeśli serafini na warcie mnie nie poznali, wciąż byłam partnerką jednego z dwóch opiekunów. Mogłam być nikim – dziewczem ze wsi – a oni i tak by mnie wpuścili.

Hol przywitał nas światłem tak jasnym, że słońce z zazdrości by wybuchło. Gust Tali cechował się stałością. U sufitu wisiały kryształowe żyrandole z przezroczystych diamentów przeplatanych złotem oraz perłami. Ściany świeciły bielą, a marmurowa posadzka lśniła czystością. Pod stopami mieniły się drobinki na biało-srebrzystym tle.

Jak w przypadku uroczystości pożegnania wiosny, tak i goście obecni na powitaniu lata odwracali za mną głowy.

„To ona”.

„Księżna”.

„Po tylu latach”.

Ja też nie wierzyłam, że moje stopy wreszcie wyrwały się z czterech ścian. Odetchnęłam. To cudowne uczucie. Wreszcie wolna. Na chwilę wolna. Ale jednak. Przepełniało mnie szczęście i właściwie zapomniałam o podłym losie, który zgotował mi mój opiekun. Wreszcie mogłam oddychać nowym, świeżym powietrzem. Czy równie spełniona będę się czuć, jeśli nie wypełnię lekcji? Stracę tron, ale zyskam wolność. Dostanę nowe życie. Nowe możliwości. Jeszcze nie czas o tym myśleć. Został miesiąc. Wszystko w ciągu miesiąca mogło się wydarzyć.

– Mówią o tobie. – Valdrian nachylił się nad moim uchem.

Jego oddech łaskotał.

– Niektórzy widzą mnie pierwszy raz od moich trzechsetnych urodzin.

– Myślisz, że tylko o to im chodzi?

Powoli szliśmy w stronę sali tronowej, skąd już dobiegała muzyka w akompaniamencie głośnych rozmów i śmiechu.

– A o cóż innego? – zapytałam.

– Wiesz, co ja widzę? – Spojrzałam na jego twarz, nie zatrzymując się. – Zazdrosne spojrzenia, bo pomimo braku skrzydeł i twarzy skrytej za tą maską, prezentujesz się lepiej od każdej kobiety, która tu dziś przybyła. I widzę też pożądanie w oczach facetów, którzy nie raczyli cię odwiedzić przez dziesiątki lat.

Czy faktycznie? Rozglądnęłam się dyskretnie, szukając tego, o czym mówił. Moi dawni kochankowie odwracający nagle głowy. Kobiety zaciskające usta. Wzrok, który najpierw taksował mnie, a następnie wbijał się w podłogę. Poczucie winy słabo skrywane za obojętnością.

Zapomniana, upadła serafina. Przeoczona szansa.

Uśmiechnęłam się i nie opuszczałam kącików nawet na chwilę.

Z jednego jasnego pomieszczenia przeszliśmy do kolejnego. Sala balowa była przestronna o wysokim kopulastym suficie podobnym tym w katedrach kapłanek – pokrywała go odbijająca tęczę macica perłowa. Na perkiecie ziała pustka, czekając na pierwszych tancerzy, a po bokach ustawiono dziesiątki okrągłych stolików pod drapowanymi obrusami, przy których równocześnie mogły siedzieć cztery osoby. Centralnie pod przeciwległą ścianą stał śnieżnobiały tron o złotych podłokietnikach, do którego prowadziły pokryte metalem szlachetnym stopnie. Po prawej okna i przeszklone drzwi otwierały się na ogród. Orkiestrę ulokowano na balkonie nad wejściem. Wygrywali swój koncert ponad naszymi głowami.

Valdrian poprowadził mnie prawie pod sam pusty tron. Zanim usiadł przy stoliku, odsunął mi krzesło. Rozglądał się, jakby kogoś szukał.

Ja również lustrowałam otoczenie, zatrzymując dłużej wzrok na ozdobach, zastawie, a później na przybywających gościach.

– Jeszcze nie widziałem tej maski, Morrigan – zagadnął mnie Valdrian, gdy kelner przyniósł do naszego stolika cztery kieliszki szampana na toast powitalny. – Piękna.

W rzeczy samej. W całości wykonana ze złota o białych i czarnych kamieniach wtopionych w krawędzie. Zamówiłam ją, kiedy jeszcze myślałam, że będę organizować przyjęcia. Założyłam ją po raz pierwszy.

– Sama ją wybrałam. To twoja zasługa, że mogłam ją dziś nałożyć. – Wcale nie oszczędzałam sarkazmu w tej wypowiedzi.

– Istotnie.

Zachichotał.

Wyprostował się, uśmiechając sie do kogos za moimi plecami. Zerknęłam przez ramię i poprowadziłam kobiecą postać aż do naszego stolika. Tali. Tali o bijących bielą skrzydłach, lekko złocistej skórze i w czerwonej sukni. Rozciągnęła krwiste usta, widząc mnie.

– Morrigan. Kopę lat – zaśmiała się, a ja niechętnie jej zawtórowałam. – Czas zaczynać, Valdrianie – zwróciła się do mojego towarzysza.

Kiwnął jej i wstał z miejsca. Wziął ze sobą kieliszek.

– Podziwiaj – rzucił do mnie, zanim ruszył za Tali.

Para zatrzymała się pod tronem. Obserwowali tłum, który się uspokajał. Rozmowy gasły, a muzyka łagodnie zwolniła, aż w końcu umilkła. Ci, którzy jeszcze nie dojrzeli czekających księżnej i księcia, wreszcie się obudzili. Siedzący przy stolikach wstali, a wszyscy zgromadzeni otoczyli parkiet. I ja wmieszałam się w oglądających nadchodzące przedstawienie.

Czas na pierwszy toast i pierwszy otwierający bal taniec. Tradycję od niepamiętnych czasów kultywowali gospodarze. Na naszym balu gospodarzami byli Valdrian i Tali.

To opiekunka przemówiła pierwsza, jako osoba bardziej żądna uwagi. Nie jestem pewna, czy książę w ogóle lubił publiczne występy, które wymuszała na nim jego pozycja. Ja ich nie cierpiałam.

– Witamy wszystkich na obchodach pierwszego dnia lata. Cieszy nas fakt, że przybyliście tak tłumnie. Widzę wiele nowych twarzy, ale i miło dojrzeć te dobrze mi znane. – Uniosła szkło. – Wznieśmy pierwszy toast, moi mili. Otwórzmy wreszcie ten bal, abyśmy mogli się bawić do samego rana. Za pierwszy dzień lata! Był piękny, zapowiadając ciepły sezon. – Kieliszki uniesiono po raz pierwszy. – Za narodzone w tym roku dzieci! Są naszą przyszłością! – Po raz drugi. – Za udane zbiory! Niech magazyny wypełnią się darami natury! – Po raz trzeci. – Za miłość! By rozkwitła tak, jak kwiaty w ogrodach! – Po raz czwarty. – Za każde z nas!

– Za każde z nas! – powtórzył tłum.

Przechyliłam szkło, wlewając w siebie musujący napój. Bąbelki łaskotały w podniebienie. Był słodki, a przynajmniej wskazywała na to lepkość, którą pozostawił w ustach.

Puste kieliszki zostały odebrane od księżnej i księcia, a wtedy Valdrian zwrócił się do Tali:

– Podaruj mi pierwszy taniec tego lata, księżno.

Tradycja. Blondynka zgodziła się, dając wyprowadzić się na środek sali.

Skrzydła i kobiety, i mężczyzny, się rozpostarły. Każde szerokie na dwa metry zagarnęło spory fragment parkietu. Pokaz się rozpoczął. 

Valdrian położył jedną z dłoni na talii księżnej, a druga chwycił jej rękę. Ona objęła go ramieniem. Z góry spłynęły pierwsze nuty, układając się w klasyczną, powolną, ale silną, balladę. Z pierwszym taktem ruszyli. Na początku bez szaleństwa, przestępując z nogi na nogę. Później… goście dostali gorące widowisko godne pierwszego dnia lata. Rozległy się gromkie oklaski.

Podmuch płynący z uderzenia skrzydeł uderzył w kamienną posadzkę. Para wzbiła się w powietrze, a muzyka przyspieszyła, stając się bardziej napastliwą. Krążyli ponad naszymi głowami, wykonując piruety, przytulając się, to znowu oddalając. Nie dali się nam nudzić, komplikując choreografię. Czerń, czerwień i biel wirowała, mknęła. Tłum wiwatował przy każdej wymyślnej figurze, nagradzając wysiłki gospodarzy.

Zazdrościłam. Chciałabym zająć miejsce Tali. Tańczyć w powietrzu. Być jak oni. Mięśnie pleców ścisnęły się, jakby potwierdzając moje myśli. Skrzydła, których nie miałam, rwały się do lotu.

Część obserwatorów usiadła. Ja też wróciłam do stolika. Musiałam uspokoić smutek. Nie patrzeć, jak tańczący robią to, czego ja nie mogłam. Służący natychmiast podszedł, aby nalać mi wina. Podziękowałam mu, po czym zamoczyłam wargi. Pozostało mi wyobrazić sobie ten cierpki smak. Mogłabym wypić alkohol najgorszego sortu, a i tak bym o tym nie wiedziała – uświadomiłabym sobie to dopiero następnego dnia, gdyż rekonwalescencja po spożyciu słabego jakościowo trunku bywała nieznośna.

Rozpoczęła się kolejna piosenka. Suknie zaszeleściły. Buty uderzyły o podłogę. Pary mogły ruszyć do tańca.

Po mojej prawej usiadł Valdrian z nim zaś przybyła Tali i nieznany mi serafin. Wyglądał, jakby łączyło go z nią pokrewieństwo – ciepłoskóry blondyn – jednak sposób w jaki ją obejmował, dotykał… Byli parą. Wyciągnął do mnie dłoń.

– Eryk – przedstawił się. – Eryk Fronos.

– Morrigan. Księżna Skrawka Wieczoru.

My książęta nie mieliśmy nazwisk.

– Wiedziałem, kim jesteś. – Uśmiechnął się do mnie miło.

– Eryk zaproponował mi zawiązki – wyjaśniła Tali. – Pięć lat temu. – Spojrzała na niego niby ostro, ale z uczuciem. – Jeszcze ich nie zrealizowaliśmy.

– Gratuluję.

– Na dobre rzeczy warto poczekać.

Eryk się wyszczerzył, a Tali uśmiechnęła zjadliwie.

– Och, daj spokój. Chyba nie masz na myśli siebie – odgryzła się mu, a ten parsknął.

Zerknęłam na Valdriana, a on jedynie poruszył ramionami. A więc mieliśmy całą noc znosić przegadującą się parę zakochanych. Świetnie.

Na salę zostały wniesione półmiski z jedzeniem. Trzeba było zapchać czymś brzuchy przed godzinami picia.

– Szczerze nie spodziewałam się ciebie na moim balu – odezwała się do mnie Tali, jakbym była najciekawszą osobą przy naszym stoliku. Zapewne miała rację. Mój powrót już wzbudził niemałe zamieszanie. – Valdrian opowiedział mi o twojej... lekcji.

Doprawdy? Rzuciłam na niego okiem.

– Jak ci idzie? – zapytała.

– Ja… ekhem… Poznałam kogoś.

– Val… Ty niewychowany gburze. – Tali fuknęła na księcia. – Dlaczego nie pozwoliłeś jej zabrać wybranka ze sobą?

Mężczyzna przerwał nakładanie ziemniaczków na talerz pełen pieczonego mięsa indyka w towarzystwie niewielkiej, wręcz śmiesznie małej kupki surówki. Zamrugał, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Bo wybranek Morrigan jest wilkołakiem – odparł wreszcie.

Tali pokiwała głową ze zrozumieniem i współczuciem. Współczuła mi układania się z jedną z najdzikszych ras. Sama kiedyś wyśmiałabym taką decyzję podjętą przez serafina, więc mimo braku sympatii do jej osoby byłam w stanie jej wybaczyć ten pokaz nietaktu.

– Pomyśl o tym, że jeśli ci się uda… wciąż będziesz miała otwartą furtkę – pocieszała mnie, jakbym tego potrzebowała. – Wilkołaki żyją maksymalnie trzy wieki. To jak sekundy wobec naszego życia.

Eryk się zakrztusił, słysząc słowa swojej partnerki. Valdrian kaszlnął, ukrywając śmiech.

– Tak. Istotnie – odpowiedziałam, zachowując nieprzyjemny komentarz dla siebie. – A on ma już sto siedemdziesiąt lat, więc niedługo.

– Dokładnie – zawtórowała mi Tali.

Kiedy nasi towarzysze zajęli się kolacją, ja nałożyłam dla siebie porcję. Niewielką. Taką, żeby nie przeszkadzała podczas tańca. Miałam nadzieję na taniec, gdyż paplaniny księżnej bym chyba nie zniosła na dłuższą metę.

Valdrian chyba rozumiał moje nastawienie, albo podobnie do mnie wolał unikać towarzystwa Tali, gdyż wziął mnie na parkiet, gdy tylko wcisnęłam w siebie ostatni groszek. Zaprosił mnie uprzejmie i pożegnaliśmy dwa jedzące sobie z dziubków gołąbki. Co związanie robiło z serafinami… A najlepsze, że jeszcze go nie zrealizowali. Najgorsze przed nami.

Wmieszaliśmy się w rytmicznie poruszający się tłum.

– Słowo daję – zaburczał książę – jeśli usłyszałbym kolejne słowo o planowaniu zawiązków, chyba bym wyszedł z siebie.

Zaśmiałam się. Tali opowiadała o zamówionej orkiestrze, wystroju oraz ogromie zaproszonych gości. Chciała mieć jak najwięcej świadków. Zapowiadało się wydarzenie tysiąclecia.

– Czy sam ich nie chciałeś? – zauważyłam z rozbawieniem, podczas obrotu.

– Chciałem – zgodził się – jednak ja nie planowałbym wielkiej uroczystości. Po co to komu?

– Prywatna ceremonia? – starałam się zgadnąć. – Ty, wybranka i stworzyciel? Skromna kolacja w otoczeniu najbliższych?

– Ja, wybranka i stworzyciel, a później noc pieczętująca więź. Już bez niego – dodał przezornie. – Żadnych zbędnych rozpraszaczy. Kolacją byłaby ona.

Ja. Miał na myśli mnie. Tego chciał teraz, więc i wcześniej również. A przynajmniej tak mi się wydawało. Gusta się zmieniały. Może wtedy chciał to rozegrać inaczej.

– A gdyby ona, tak jak Tali, zechciała wielkiej ceremonii?

– Zapewniam cię, że przekonałbym ją do swojego pomysłu. Przyjęcie można urządzić w innym terminie, a dobrze połączyć się można tylko raz. Jeśli Tali chce się łączyć, będąc zmęczoną i pijaną, to tylko i wyłącznie jej i jej partnera sprawa. Ja wolałbym to zapamiętać i odczuć całym sobą.

– Zawsze można to zrobić po pierwszym toaście.

Przyciągnął mnie obrotem, przytrzymując plecami przy sobie. Jego twarda klatka parzyła przyjemnym ciepłem.

– Nie lubię się spieszyć.

Potwierdzając swoje słowa odkręcił mnie wyjątkowo delikatnie i spokojnie. Pociągnął. Znów znalazłam się przodem do niego.

– O tym chcesz ze mną rozmawiać cały wieczór? – mruknął. – Morrigan… – Nie odrywał ode mnie oczu, a w ich blasku czaił się żar. – Seks się uprawia, a nie o nim gada. Powinnaś to już wiedzieć.

Dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa. Przełknęłam ślinę.

– Więc skupmy się na tańcu.

***

Porównując noc wczorajszą do dzisiejszej, mogłam dojść do wniosku, że przyjęcie na dworze Tali udało się bardziej niż to na świeżym powietrzu przed moim zamkiem. Jednakże nie byłabym w tej opinii obiektywna. Każdy z tych wieczorów był czymś innym i żaden nie starał się upodobnić do drugiego.

Wczoraj się rozkręcałam, zatańczyłam parę piosenek i bardzo dużo rozmawiałam. Dziś proporcje się odwróciły, a to za sprawą uwielbienia Valdriana do tańca. Wolał spędzać czas na parkiecie, niż brać udział w kolejnych melodramatyzmach na dworze. Tak, to ostatnie mnie też drażniło, chociaż lata temu sama rozsiewałam plotki i ich słuchałam z wypiekami na twarzy. Wyszłam z tego towarzystwa i tej nocy, po długiej nieobecności, z czystą głową mogłam stać z boku i tylko się przypatrywać, nie odczuwając potrzeby wtargnięcia do którejś z grupek wzajemnej słownej adoracji.

Po północy większości gości puściły wszelkie moralne hamulce. Wstyd odszedł na dalszy plan, ustępując wrodzonemu instynktowi. Języki się zaostrzyły, formując groźby, kłamstwa, przechwałki i jednoznaczne propozycje. Ciała też przestały się słuchać, wpadając jedno na drugie, czasem nieopatrznie macając palcami po obcym tyłku, talii, ramieniu…

Z Valdrianem wypiliśmy sporo, ale nie wystarczająco, żeby znieść tę błazenadę. Stało się jasne, że dla nas jest już zbyt tłoczno, zbyt duszno, zbyt ciasno. Postanowiliśmy się przewietrzyć, odpocząć od dzikich krzyków, pomylonych słów piosenek, a także zataczającej się szlachty.

Z moich ust nie schodził uśmiech. Nie chciał. Było mi tak dobrze. Tak beztrosko. Tak bezmyślnie. Wyjątkowo szczęśliwie.

Kroczyliśmy drogą wysypaną żwirem między różanymi żywopłotami, przyglądając się żywym, zielonym, roślinnym rzeźbom – każdej przystrzyżonej zapewne dzień wcześniej, jeśli nie dzisiejszego poranka. Trzymał mnie pod ramię z uprzejmości i może z obawy, że wino zachwieje moją równowagę. Może też dlatego, że praktycznie od naszego pierwszego tańca nie wypuszczał mnie z rąk na dłużej niż kwadrans, kiedy tańczyłam z kimś innym, jadłam lub korzystałam z komnaty łaziebnej. Jego obecność przy mym boku działała studząco na żądnych przygód mężczyzn. I w sumie… byłam mu za to wdzięczna. Nie potrzebowałam kolejnych zawodów. Miałam ich w swoim życiu już zbyt wiele.

– Jak wrażenia? – odezwał się, gdy za kolejnym krzewem skręciliśmy na porośniętą gęstą, żywozieloną trawę. Na niewielkiej przestrzeni ustawiono małą fontannę o trzech piętrach, tryskającą wysokim, rozszczepionym strumieniem w górę, a wokół niej kamienne ławki w otoczeniu donic z kolorowymi kwiatami. – Jak się czujesz po tak długiej nieobecności?

– Dobrze. Zaskakująco dobrze – odparłam, nie przerywając spaceru. – Nie spodziewałam się tak ciepłego przyjęcia. Niektórzy zachowują się, jakbyśmy widzieli się wczoraj.

Jak Adrian, który w urodziny podarował mi klejnoty, zapewne oczekując moich rychłych odwiedzin. One nie nastąpiły, a on… się zbytnio nie przejął. Przywitał mnie z takim samym entuzjazmem jak podczas mojego trzechwiecza. Rozmawiałam także z Hectorem, a później przetańczyłam z nim dwa utwory. Żaden z nich nie wypominał mi mojego zniknięcia. Żaden. Jakbym wyjechała w dłuższą, rekreacyjną podróż, a znajomi się cieszyli, że wróciłam z niej bez szwanku.

– To tylko sto lat. Sekundy wobec bezkresu naszego życia. – Valdrian próbował naśladować wysoki, pełen ekspresji i wyższości głos opiekunki. – Uważasz, że podejście Tali jest słuszne?

– W sensie? – pociągnęłam go za język, nie do końca wiedząc, co dokładnie miał na myśli.

– To całe pierdolenie o czasie. Wiek niczym nic nieznaczące godziny. Ty powinnaś wiedzieć najlepiej.

Zerknął na mnie z góry. Zebrało się mu na filozoficzne rozmowy.

Nie zgadzałam się z Tali. Może i my mieliśmy tysiąclecia, ale inne rasy nie żyły tak długo. Gdybyśmy się dostosowywali wyłącznie do naszego sposobu postrzegania czasu, w końcu zostalibyśmy sami, bo nie mielibyśmy czego ratować.

– Uważam, że każda godzina ma znaczenie – wyraziłam swoją opinię głosem pewnym. – Minuta… Sekunda. Te małe jednostki mogą zaważyć na setkach przeżytych przez nas lat. Nie warto ich lekceważyć.

Obdarzył mnie ciepłym uśmiechem, jakim nauczyciele częstują swoje najzdolniejsze uczennice.

– Mądra dziewczynka – pochwalił mnie żartobliwie; jeszcze brakowało, żeby w ramach nagrody poklepał mnie po głowie. Oj to byłaby śmieszna scena. – Przeszłość, przyszłość. To bez znaczenia, kiedy liczy się tu i teraz. Bo jesteśmy właśnie tym. Teraźniejszością.

Jesteśmy teraźniejszością. Racja. Trwamy w jednym wycinku. Poruszamy się razem z czasem, bo od niego jesteśmy zależni. A przeszłość i przyszłość to tylko złudzenie – coś na co wpływu nie mamy. Oczywiście nie należy interpretować tego założenia w sposób całkowicie odbierający znaczenie wydarzeniom przed i po nas, bo one nas kształtują i nadają pęd.

Teraźniejszość. Moja teraźniejszość.

Opuściliśmy śliczny, mały skrawek, poruszając się wzdłuż żywopłotu. W kolejnym przedziale ogromnego ogrodu znajdował się staw. Lilie wodne pływały po powierzchni. Brzegi obsiadły żywo kolorowe żaby, wodzące świecącymi jak drogocenne kamienie ślepiami za ważkami; te poruszały się w górę i w dół, na boki w liniach prostych. Były piękne. Krawędzie obsadzono wysokimi wodnymi trawami, pałkami i szerokoliściastymi roślinami. Ponad tym wszystkim biegł mostek, którym moglibyśmy przejść na drugą stronę.

Oparłam się o balustradę, wychylając się i wyglądając na wodę – falującą, wypełnioną życiem. Odbijał się w niej księżyc wraz z gwiazdami. Obok przystanął Valdrian, przylegając prawym ramieniem do mojego lewego. Dawno podwinął rękawy, a włosy wyrwały się z nadanej im formy, nieidealnie stercząc w kilku miejscach. Nie przejmował się tym, tak samo jak ja olałam zjedzoną szminkę i lekko rozmazany na dolnej powiece cień. Za mną tyle śmiechu, że nie wytrzymał łez radości.

– Jeszcze nigdy nie oddałam ci tyle mojej teraźniejszości w jeden wieczór – zauważyłam, myśląc o tych wszystkich razach, gdy mnie odwiedzał, kiedy zamieniliśmy dosłownie parę zdań oraz tych, kiedy spędziliśmy razem przynajmniej godzinę na omawianiu planów i kolejnych posunięć.

– A no tak – zgodził się ze mną. – Szanowałem twój czas. Szkoda, żebyś go marnowała właśnie na mnie.

Parsknęłam. Dzieliliśmy ze sobą dobry humor.

– Nie uważam, żeby ten wieczór był zmarnowany. Bawię się z tobą świetnie.

Zobaczyłam, jak jego poruszające się wraz z wodą odbicie się uśmiecha. W policzkach pojawiły się zagłębienia. Jego oczy spojrzały na mnie. Na tę drugą, iluzoryczną mnie.

– Chcesz oddać mi więcej swojej teraźniejszości? – zapytał.

Żadnej kpiny. Nie wychwyciłam nic. To było szczere pytanie.

– Jeśli tylko będziesz takim jak teraz sobą – postawiłam warunek.

– Nieziemsko przystojnym i wygadanym? – Zaśmiał się, odchylając głowę do tyłu i prostując ręce w łokciach. Górował nade mną, kiedy się do mnie odwrócił. Spojrzałam na niego, nie ruszając się z miejsca. – Jestem taki zawsze.

– Może nie wyraziłam się precyzyjnie – mruknęłam. Ja zachowałam powagę. – Jesteś miły. Po prostu miły. I żartujesz. I… – Przygryzłam wargę, na co jego źrenice się rozszerzyły. – Jak dotąd nie powiedziałeś nic wrednego pod moim adresem.

– Noc jeszcze młoda – powiedział cicho, nie pokazując, co pomyślał o komplemencie. – Coś wymyślę.

– Nie musisz – rzuciłam szybko.

Wcale nie brakowało mi jego docinków. Czasem mnie bawiły, ale tylko, gdy nie dotyczyły mojej osoby. Może byłam zbyt przewrażliwiona, ale odkąd zadał mi lekcję, odkąd straciłam urodę i skrzydła, moja pewność siebie poleciała na łeb na szyję.

Nachylił się do mnie, odsłaniając zęby w jednoznacznie wrednym smirku.

– Jeszcze za tym zatęsknisz.

– Wątpię – parsknęłam wesoło.

Wtedy i on spoważniał. Objął mnie dłuższym spojrzeniem, jakby analizował moją osobę.

– Ja też się z tobą dobrze bawię – wyznał, wplatając w zdanie niejednoznaczne uczucie: zaskoczenie odkryciem i jednocześnie radość splecioną ze smutkiem. Te dwie ostatnie nie powinny iść w parze.

Mniejsza z tym… Może źle odebrałam sygnały? Może alkohol mieszał mi w głowie?

– Mimo że nie korzystam z okazji i nie rzuciłam się jeszcze na ciebie w wiadomym celu? – zażartowałam.

– Noc jeszcze młoda, Morrigan.

Wyszczerzył się, pokazując jeszcze więcej zębów.

– Świnia.

Uderzyłam go w ramię. Nie mocno. Lekko. Przyjacielsko. Jak bliskiego znajomego.

Przechylił głowę, przypominając mi dziwiącego się Ferrisa, próbującego zrozumieć niepojęte, z tą różnicą, że na twarzy Valdriana malowała się pewność tego, co chciał powiedzieć. To on mi przekazywał informację, a nie czekał, aż ja dam je jemu.

– Może właśnie dlatego, że nie próbujesz mi się wepchnąć do łóżka, dobrze się bawię? – teoretyzował, nie spuszczając ze mnie oczu. Nocą nie były tak jasne, a tęczówka odcinała się ciemniejszym okręgiem od białka. – To miła odmiana. One wszystkie myślą, że zwiążę się z którąś z nich. Szlachcianki dające dupy każdemu wyżej postawionemu od ich tatusiów – szydził. – Dziewuchy nie mające do zaoferowania nic poza swoimi ciałami. Odkąd zaproponowałem ci więź, odkąd pokazałem gotowość, nie mogę się od nich opędzić.

– Nie wszystkie takie są.

A tak przynajmniej się mi wydawało.

– Czyżby? – Jego łagodny i żartobliwy dotąd ton uległ zmianie. Obecna sytuacja z szlachciankami doprowadzała go do furii; widziałam to doskonale. – To powiedz mi, czym kieruje się taka kobieta? Co chce mi pokazać? Chyba nie zapewnia mnie o swojej wierności. Temu słabo rokuje na przyszłość. Gdyby chociaż robiły to dla własnej przyjemności, samozaspokojenia… ale nie. Wielokrotnie widziałem, jak obskakują jednego księcia po drugim, ziemskiego pana za ziemskim panem. Szybki numerek i już wracały do gry. Wciąż mokre po poprzednim stosunku.

Nie wiedziałam, co mam na to odpowiedzieć. Jawnie nimi pogardzał. Czy pogardzał też mną? Chyba nie. Mówił tylko o tych próbujących coś osiągnąć przez łóżko. Ja nigdy taka nie byłam. Wątpię, żeby miało to coś wspólnego z moim statusem. Po prostu – ja bym się nie zniżyła do handlowania swoim ciałem za wygodne życie. Owszem – dostawałam prezenty – ale dostałabym je bez względu na to, co zrobiłam z darczyńcą. Miały dla mnie znaczenie czysto sentymentalne, gdyż sama mogłam sobie to wszystko, co mi ofiarowali, kupić.

Przesadzał? Czy faktycznie było aż tak źle? Może tylko się mu wydawało.

– Jesteś surowy w osądzie – powiedziałam po prostu. Nie mnie oceniać, czy jego złość miała słuszność.

– Muszę taki być, inaczej nigdy nie osiągnę swoich celów – rzekł spokojniej. – Nie dostanę tego, czego pragnę.

– Szukasz tej jedynej.

– Czy to cię dziwi?

– Nie. – Potrząsnęłam głową. – To zrozumiałe. I rozumiem, że masz pewne wymagania.

– Jak już nie może być dziewicą, to niech chociaż nie puszcza się dla zdobycia wyższej pozycji społecznej…

Przeczesał włosy z lekkim zażenowaniem.

– To konkretne wymaganie.

– Najważniejsze. Tuż obok mądrości. Uroda jest dopiero na trzecim miejscu.

– Och… – Westchnęłam z udawanym zawodem. – A spodziewałam się, że to jednak ona jest pierwsza na liście.

– Może słabo mnie znasz?

Zbliżył się; może o pół stopy. Nie więcej. Ja zwróciłam ciało w jego stronę.

– Może nie miałam czasu, żeby cię poznać?

Moje oczy, widoczne przez zwężone powieki, rzucały mu wyzwanie.

– Serafin i brak czasu? – zakpił, jak to zwykle serafini kpili ze spraw związanych z czasem. – Co ty wygadujesz?

– Przestań.

Uśmiechnęłam się i popatrzyłam wyżej, ponad jego głową. Na niebo. Wdziało dziś mój ulubiony odcień granatu i nie zasłoniło się najmniejszą chmurką. Złote gwiazdy sprawiały, że mimo braku światła wszystko wokół było widoczne. Każdy fragment ogrodu. Krzewy niższe od wysokości kolan i wielkie drzewa dostosowujące swój ruch do wiatru.

Nie oderwałam wzroku, kiedy powiedziałam:

– Chciałabym zatańczyć.

– Możemy wrócić.

Zwróciłam twarz w jego stronę. W jego oczach odbijały się oddalone o lata świetlne światełka. Zatoczyłam ręką półokrąg, pokazując rozległość kosmosu.

– Tam zatańczyć.

Oparłam się o barierkę, wzdychając. Przyjmując do płuc wilgotne, zimne powietrze. To samo, które wzniosłoby mnie do gwiazd, gdybym nie utraciła skrzydeł.

Stanął za mną. Położył dłonie na moich barkach. Gorące, bardzo gorące dłonie. Przesunął kciukami wzdłuż dolin przy łopatkach. Zadrżałam, mimo iż to ciepło przebiegło razem z krzywiznami kręgosłupa. Ono krążyło w mięśniach, skórze. Przyjemnie parzyło. Coś pociągnęło z tyłu. Nie Valdrian. On trzymał dłonie w tej samej pozycji. Otworzyłam szerzej oczy, pojmując. Ciężar rósł z każdą sekundą, ciągnięcie nie ustawało, ciało zaczęło swędzieć w miejscach, które jeszcze przed chwilą nie istniały. Kątem oka dostrzegłam złote, opadające na deskę mostka pióro. Nie Valdriana. Moje.

Do oczu napłynęły łzy wzruszenia, gdy pierwszy nerw przeniósł bodziec ze skrzydeł. Moich skrzydeł. Valdrian przesunął dłonią po lewym skraju skrzydła, a ja to poczułam.

Raptownie odwróciłam się do niego, a powietrze zaszumiało wypchnięte spod lotek.

– Ale to…

Ukryłam usta za dłonią.

– Oszustwo? – Błysnął zębami w pokazie nonszalancji. – Ja też mam na to ochotę. Robię to dla swojej przyjemności. Nie twojej.

Wybuchłam śmiechem, wciąż płacząc. Wreszcie mogłam… po tylu latach… O Stworzycielu, jak ja to kochałam!

– Tylko jedna doba – uprzedził delikatnie, jakby nie chciał zabić mojego entuzjazmu.

– To wystarczy… Wystarczy.

Podał mi rękę. Tak żywą w kontraście do mojej. Patrzyłam, jak nasze palce się splatają. Mocno. Obym pamiętałam, jak to się robiło, pomyślałam, układając przedramię pod jego barkiem. Rozprostowałam skrzydła, rozkoszując się każdym ruchem mięśnia, każdym pociągnięcie, wiatrem hulającym między piórami. On także to zrobił. Nawet nocą rzucały cień. I wtedy…

Wzbiliśmy się w powietrze. Równo, nieśpiesznie. W eterze rozbrzmiewała słabo muzyka z sali bankietowej. Słabo, ale jednak wystarczająco.

Zasady powietrznego tańca nijak miały się do tych panujących na parkiecie. Tutaj albo należało się trzymać bardzo daleko od siebie, albo bardzo blisko. Zaczęliśmy więc bardzo blisko, powoli. Ja oswajałam się z nowo-starym uczuciem. Dostosowywałam się do prądów. Niespiesznie krążyliśmy.

Nasyciłam oczy widokiem kąpiącego się w blasku gwiazd zamku. Słowo daję, że błyszczał miliardem odbitych światełek. Część okien jaśniało, kiedy inne kryły się w czerni. Długa smuga światła wiodła od sali balowej, zatrzymując się na krzewach i żywopłocie, gdzie przeistoczyła się w cień. Dalej rosły gęste lasy, a droga prowadziła do śpiącego miasta.

– Gotowa? – usłyszałam i szybko zwróciłam się w stronę głosu. – Do takiego tańca nie potrzebowałaś skrzydeł – upomniał mnie Valdrian żartobliwie.

Tak, mógł po prostu trzymać mnie w ramionach, chroniąc przed upadkiem. Kiwnęłam mu. Niech zacznie się prawdziwy bal.

Przyciągnął mnie, aby następnie odepchnąć, żebym wykonała kolejne obroty. Na końcu wydłużyłam rękę w tanecznym geście i wystrzeliłam ku niemu. Trzymając i będąc trzymaną zawirowaliśmy w miejscu. Zaśmiałam się na całe gardło.

Oddalaliśmy się i przybliżaliśmy. Okręcaliśmy się, krążyliśmy. Prezentowaliśmy nasze umiejętności. Tańczyliśmy taniec zarezerwowany wyłącznie dla uskrzydlonych istot. Taniec wyciskający pot, siły i pasję.

***

Muzyka ucichła, a kolejny utwór do nas nie dotarł. Muzycy zrobili przerwę.

Podczas tańca zagarnęliśmy sporą część nieba, nie ograniczając się wyłącznie do ogrodu; ostatecznie znaleźliśmy się nieopodal balkonu trzeciego piętra zamku. Tam też z wolna opadliśmy.

Gdy moje stopy dotknęły podłogi, doświadczyłam znajomego uczucia lekkości. Wyciągnęłam skrzydła szeroko, rozciągając spięte mięśnie. Kiedyś byłoby to dla mnie nie odczuwalne, ale po dłuższej przerwie latanie męczyło. Skrzydła serafina można porównać do nóg – często używane potrzebują wycisku, żeby faktycznie zaboleć.

Wciąż podniecona i oszołomiona tańcem stałam, trzymając Valdriana nad karkiem, a i on nie spieszył się do puszczenia mojej talii. Przyglądał się mi, wpuszczając na swoją twarz zbyt wiele uczuć, ja wznosiłam do niego oczy z wdzięcznością i… i czułam więcej. Być może to samo, co on. Przepełniało mnie dawno nie zaspokojone pragnienie. To ono kierowało moje oczy na jego usta, na jasne tęczówki; one krążyły między tymi trzema punktami. To ono obudziło zlodowaciałe serce, które teraz tłukło się mi gdzieś w głowie, za uszami. To ono sprawiło, że dłoń Valdriana przeniosła się z mojego pasa na maskę. Zaklęcie trzymające ją przy skórze puściło, a ona została między jego palcami. Dla niego wyglądałam pięknie, jak w dniu moich urodzin; taką mnie widział. Druga wolna dłoń pogładziła policzek po ładniejszej stronie mojej twarzy. Przyjemny, gorący, palący dotyk. Przymknęłam powieki, chcąc zagarnąć go więcej. I więcej. Wtulając skroń i policzek w ten parzący koszyczek. I wtedy nos zbombardował intensywny zapach – perfum i feromonów – gdy mężczyzna nachylił się nade mną. Jego wspaniała, kusząca woń. Serce osiągnęło apogeum swoich możliwości, gdy wargi księcia dotknęły moich ust. Rozpłynęłam się, zacieśniając uścisk moich przedramion nad jego ramionami, ściśle do niego przylegając. Odpowiadałam na każdy jego ruch, na język wsuwający się do środka, poszukujący towarzysza. Westchnęłam głośniej, gdy podrażnił moje podniebienie. Tak cholernie żałowałam, że nie mogę poczuć, jak on smakuje.

Gorąc podróżował od moich ust, rozchodząc się na całą głowę i szyję, jakby dążył do odegnania chłodu. Walczył z lodem skuwającym me ciało od lat. Valdrian przylgnął do mnie całym sobą, zalewając falami żaru. Przy moim biodrze prężyło się coś, na co moje myśli zbudziły uśpioną potrzebę kłębiącą się poniżej podbrzusza. Ona wołała, napuchniętymi tkankami ocierając się o materiał bielizny. Ten sam impuls sprawił, że piersi stały się cięższe, a sutki twarde; one także nieznośnie tarły o suknię.

Ostatni delikatny pocałunek i… pustka. Uchyliłam powieki, spoglądając spod rzęs na księcia. Jego skóra, zwykle szarawa, teraz lekko się zaróżowiła. Jego oczy błyszczały, gdy patrzył na mnie z niegasnącym pożądaniem.

 I co teraz? Tego nie przewidziałam, gdy poprzedniego ranka zgadzałam się na bal. Na zostanie jego partnerką. Głupia ja… powinnam była założyć i taki rozwój wydarzeń. Najgorsze, że wcale nie czułam się źle z tym, co zaszło przed chwilą. Tak, jakbym gdzieś w podświadomości uznała, że to naturalny rozwój wydarzeń. Jakby ta podświadomość zapomniała, że dla mojego własnego dobra powinnam się zajmować wyłącznie Ferrisem. To komplikowało. Wiele. Właściwie wszystko.

 Jego myśli podążały podobnym torem. Pytanie o Ferrisa było pierwszym, jakie padło jego ust.

 – Co z nim?

 Z nim. Z tym wilkołakiem. Z Ferrisem. Z moją szansą na pozostanie księżną. Zacisnęłam pięści. Chciałam nią pozostać. Po to się urodziłam.

 – Wiesz doskonale, że muszę…

 Przyjął tę odpowiedź, zagryzając mocniej zęby. Rozumiał. To on na mnie to sprowadził.

 Lekcji nie można było cofnąć, gdy się je już przypieczętowało. Ich warunków nie dało się znieść, złagodzić. Żeby pozostać księżną, musiałam rozkochać w sobie i zakochać się w tym, który mnie zranił. Tylko Ferris mógł mnie wyrwać ze szponów umowy.

– Może to nieodpowiednia chwila, ale chcę cię o coś zapytać…

Zgodziłam się subtelnym skinieniem głowy.

– Naprawdę uważasz, że Ferris jest tym właściwym? Wiem, że już pytałem, ale… – Pokręcił głową. Słyszałam desperację. Valdrianowi ciężko było się pogodzić z tym, że to, co zyskał, natychmiast straci. Ja podzielałam jego punkt widzenia. Tyle możliwości… Ale trzeba było to przerwać, póki nie zakochałam się w tym niewłaściwym. – Co tobą powoduje? Robisz to tylko dlatego, że idealnie wpasował się w lekcję?

– Tak… przynajmniej na początku. – Musiałam najpierw odsunąć od siebie obrzydzenie. – Ale po wczorajszej nocy… – Po rozmowie pod gołym niebie, po tej świetnej zabawie, gdy poczułam z nim jakąś więź… – Uważam, że to się może udać między nami. Tak uważam. Nawet teraz. – Opuściłam wzrok. – Aczkolwiek teraz… wszystko komplikuje.

Jego kciuk pogładził moją kość policzkową w opiekuńczym, troskliwym geście.

– Nie będę wam wchodził w drogę, jeśli tak postanowiłaś. Nie mam śmiałości cię o to prosić, jeśli spotkania ze mną uniemożliwią ci wypełnienie lekcji. Ja… – zawahał się – martwię się. Nie sądzę, żeby on był dobrym wyborem. Nie przeszkadza ci jego charakter?

– To znaczy?

Przechyliłam głowę. Jego ciepło wciąż na mnie działało. Nawet pomimo tego, że już nie przyciskał swojego ciała do mojego.

– Słyszałem, jak jego serce przyspiesza. Czułem ten zapach… – Między jego brwiami pojawiła się lwia zmarszczka. – To co uwolnił z siebie, gdy rozmawialiśmy przy śniadaniu. On jest bardzo zaborczy. Pociął twoją służącą. Twierdzę, że połączenie zaborczości ze zdolnością do skrzywdzenia innej osoby nie jest dobre. Mógłby zrobić ci krzywdę.

Co? Ale przecież… Valdrian sam mnie namawiał do spróbowania. Jednak… minęło trochę czasu. Ferris pokazał część swojego charakteru. Może książę miał rację? Ale zaszłam tak daleko… Zbyt daleko, żeby się wycofać.

A jeśli mój opiekun chciał mnie zmanipulować? Porzucenie Ferrisa przyniosłoby korzyści dla Valdriana. Zwłaszcza teraz. Po tym pocałunku. Podwójne motywy Valdriana mieszały mi w głowie: faktyczna troska oraz ewentualna zazdrość.

– Zmieniłeś zdanie? To ty zasugerowałeś, że powinnam z nim spróbować. – Moje myśli znalazły odzwierciedlenie w słowach. – O co ci chodzi? – Mówiłam łagodnie, bez pretensji. – Pocałowałeś mnie i wszystko teraz ma się zmienić? To nie powinno się stać. Został mi miesiąc na spełnienie lekcji. Cholera.

Odwróciłam się napięcie, dreptając po balkonie raz w jedną, raz w druga stronę. Tyle myśli. Tyle możliwości. Grom niewiadomych.

– Nie sądziłem… że uda ci się spełnić tę lekcję. – Zatrzymałam się, wgapiając się bez zrozumienia w księcia. Umysł szalał, poddając analizie to wyznanie. – Nawet teraz w to nie wierzę. Zwłaszcza teraz.

Nie. Niemożliwe. Nie. A jednak. Zlecił mi niewykonalne zadanie?!

– To jakiś żart? Żart?! – krzyknęłam. Nie wytrzymałam. Tyle lat. Tyle straconych lat. Sto lat będących tylko przedłużeniem agonii. – Chciałeś się upewnić, że mi się nie uda?

– Nie, to nie tak – zaprzeczył szybko, pojmując, co powiedział. – Nie o to chodzi. Ale ty… nie próbuj z nim. – Prosił mnie. Prosił. – To złe połączenie. Posłuchaj mnie…

Zrobił krok naprzód, a ja się odsunęłam. Skrzydła za mną groźnie zaszeleściły, jego zaś potulnie złożyły się za plecami. Częściowa uległość. Częściowa, bo on nigdy nie poddałby się słabszej od siebie istocie.

– Przyznałeś, że początku twierdziłeś, że mi się nie uda. Teraz mówisz, żebym odpuściła – wytłuszczyłam problem. – To była lekcja czy może zemsta? Lekcja, której według ciebie nie dam rady wypełnić? Zbyt trudna do zrealizowania wszystkich punktów? Rozumiem… – warknęłam, na nowo podejmując wędrówkę łagodzącą nerwy; nie działała zbyt dobrze. – Teraz rozumiem. Nie chciałeś widzieć nikogo koło mnie. Stwierdziłeś, że jeśli ty nie możesz mnie mieć, to żaden nie będzie – oskarżyłam go.

Milczał. W jego obliczu odbijała się złość, a także smutek. Pokręcił głową z bezradnością. Poddał się. Nerwowo przestąpił z nogi na nogę, poprawił kosmyk, który odważył się osiąść na brwi.

– Może zadanie, które przed tobą postawiłem było za trudne – powiedział powoli, cicho, z poczuciem winy. – Może odebrałem ci zbyt wiele, żebyś mogła je zrealizować. Nie zaprzeczę, że byłem wściekły, gdy zawiązałem z tobą umowę. Nie byłem przygotowany na twoją odmowę. Ja… – zacisnął szczęki, spojrzał w bok – nieważne. – Coś ukrywał, ale nie obchodziły mnie jego schowane głęboko motywy, bo liczyły się tylko te widoczne gołym okiem. – Przesadziłem, ale gdy zrozumiałem, co uczyniłem, było za późno. Mogłem ukarać cię w inny sposób. Gdybym mógł cofnąć czas, nigdy nie zawiązałbym z tobą takiej umowy.

– A ja ci zaufałam – syknęłam zawiedziona. – Wierzyłam, że to dla mojego dobra, żebym stała się lepszą księżną dla moich poddanych. Że jako mój opiekun wiesz, co robisz. Ty tylko się mną bawiłeś. – Otworzył usta, zrobił krok, chciał zaprotestować, ale mu nie pozwoliłam. – A Stworzyciel?! – warknęłam. Niemożliwe, żeby Stworzyciel się zgodził, dostrzegając to, co Valdrian. – Czy on w ogóle zaakceptował twoją decyzję?

– Stworzyciel nie wiedział o wszystkim – przyznał. – Nie powiedziałem mu o zamrożeniu twojego serca, ani o areszcie domowym. O tym, że odebrałem ci przyjemność z jedzenia i picia.

Wyprostowałam się napięta niczym struna przed pęknięciem. Musiałam wrócić do domu. Przetrawić to. Zaakceptować. Ten cały żart, którego byłam bohaterką.

Nie spodziewałam się po księciu takiego braku odpowiedzialności. Tych wszystkich kłamstw. Okłamał mnie. Okłamał Stworzyciela. Mydlił oczy nam wszystkim, dbając o własne interesy. Gdyby Stworzyciel wiedział… Valdrian zostałby zdegradowany, albo w ogóle odsunięty od władzy. Ja zrobiłam rzecz nieodpowiednią, wyśmiewając jego zawiązki, ale on popełnił zbrodnie, mszcząc się na mnie. Świadomie czy nie, nie powinien postąpić w ten sposób.

Wycelowałam w niego palcem, agresywnie pochylając się w jego stronę. Moje nozdrza falowały, podobnie jak pierś. Każdy mięsień boleśnie się napiął, pragnąc przekazać targające mną emocje.

– Jak mogłeś? – zapytałam z pretensją. – Oszukałeś mnie. Jesteś idealnym przykładem serafina. Zapatrzony w siebie egoista – wyplułam z pogardą. – To ty powinieneś otrzymać lekcję, a nie ja.

Skulił się w sobie. Patrzył na mnie spode łba.

– Masz rację. – Paskudny, uległy ton będący próbą ugłaskania mnie. – Działałem wtedy pod wpływem emocji. Zrozumiałem to zbyt późno. Co jeszcze chcesz usłyszeć? Co mam zrobić, żebyś mi wybaczyła?

Pokręciłam głową. Nic. Nic nie mógł zrobić, a żadne słowo nie naprawiłoby krzywd, które mi wyrządził.

Wyznanie, kłótnia – obudziły we mnie determinację. Zmotywowały mnie. Zamierzałam postawić na swoim.

– Udowodnię ci, że mogę wykonać tę lekcję. – Mój głos był mocny, nieznoszący sprzeciwu. – Oddasz mi wszystko, co zabrałeś. A gdy już będę mogła o tym mówić, rozpowiem wszystkim o twoim podstępie. Wybiorę się do samego Stworzyciela. – Poprzysięgłam mu zemstę. – Nie sądziłam nigdy, że to powiem, ale wolałabym mieć Tali na opiekunkę. Myślałam, że jesteś sprawiedliwy. – Władczo wystawiłam rękę. – Zabierz mnie do domu.

Skończyłam.

– Morrigan…

Czy to rozpacz błyszczała w jego oczach? Poczucie winy? Strach przed konsekwencjami dzisiejszej rozmowy? Obawa o przyszłość?

– To koniec – oznajmiłam ostro, ucinając rozmowę. – Nie pojawiaj się więcej w moim zamku.

Ściśnięte wargi, żal w spojrzeniu. Zrozumienie i rezygnacja. Był mądry, wiedział, że wszystko zniszczył. Prędzej czy później zrozumiałabym bezsensowność zawartej umowy. Szkoda, że nastąpiło to u schyłku czasu. Gdyby nastąpiło to wcześniej… mogłabym więcej wyegzekwować. Chyba. Nie miałam pewności, czy nawet Stworzyciel mógłby coś naprawić.

– Jak sobie życzysz.

Pochylił czoło, sięgając do mojej lodowatej dłoni. Parzył. Nieprzyjemnie parzył.

 W ułamku sekundy znaleźliśmy się na moim dworze, a później on – zwyczajowo bez pożegnania – wrócił w swoją czerń, rozpływając się w powietrzu.

 Spojrzałam w stronę zamku. Na ciemne okna. Pogrążony w śnie, oświetlony tylko ciałami niebieskimi bardziej przypominał więzienie niż mój dom. I tym w rzeczywistości był. Klapki z oczu opadły, kurtyna poleciała w dół. Valdrian więził mnie przez niemal wiek.

 Skrzydła zadrżały. Miałam tę noc i jeszcze cały dzień z wieczorem, żeby się nimi nacieszyć. Rozpostarłam je, uderzyłam i znalazłam się w górze. Musiałam wymęczyć złość nim powrócę do mojego szarego, zimnego, pozbawionego przyjemności życia. Przed świtem wrócę ukradkiem, tak, aby nikt nie zobaczył nagiej twarzy.

 Maska została w dłoni Valdriana na pamiątkę naszej przeszłej teraźniejszości.

*

Liczę na komentarze. Liczę na krytykę.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany