Opowiadanie użytkownika Multivariate Ego


 Miałam skrzydła. Ten jeden dzień.

 Dawno nie spałam otulona własnymi skrzydłami. Praktycznie zastępowały kołdrę, ogrzewając nieczułe ciało puchem i dłuższymi piórami. Spałam snem głębokim i spokojnym. Obudziłam się w naprawdę wyśmienitym humorze, pomimo złości wylanej jeszcze parę godzin wcześniej.

 Wykąpałam się przed śniadaniem i dopiero odświeżona, przepełniona dobrym nastrojem zeszłam do jadalni. Usiadłam na swoim zwyczajowym krześle, rozciągając za sobą skrzydła. Wyciągnęłam je szeroko, żeby następnie zawiesić centymetry nad podłogą, do połowy złożone. Nie należało ciągnąc skrzydeł za sobą po ziemi. To nie uchodziło. Niektóre brudy potrafiły też posklejać delikatne upierzenie. Rozluźniłam się, czekając na służbę. Przeciąg łaskotał, wprawiając pióra w ruch.

 Do pomieszczenia wszedł Ferris i pojąwszy, na co patrzy, przystanął. Obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem, najdłużej zatrzymując się na złoto-czarnej ramie za moimi plecami. Uśmiechnęłam się do niego.

 – Co zrobiłaś, żeby je odzyskać? – wyrzucił z siebie.

 Zamurowało mnie. Powoli się zbliżył, a tego, co wstąpiło na jego twarz nie można było nazwać uciechą. Był podejrzliwy. Nieufny.

 Pojęłam, jak to wyglądało z jego perspektywy. Udałam się z Valdrianem na bal – tym Valdrianem, który odebrał mi skrzydła – i wróciłam z „nagrodą”. Zapewne twierdził, że musiałam coś od siebie dać, żeby coś dostać. Dostałam je, żebyśmy mogli tańczyć pod niebem. Nie płaciłam za nie. Chyba. Chyba że zgoda na partnerowanie Valdrianowi była zapłatą? Nie, nie powinnam tak myśleć.

 – Zjesz ze mną? – zapytałam uprzejmie.

 Zatrzymał się przy mnie, odłożył tacę ze śniadaniem i skrzyżował ręce na piersi.

 – A powiesz mi, dlaczego odzyskałaś skrzydła?

 Zaborczy. Może i miał powody. Ja wczoraj się nie popisałam wiernością, aczkolwiek nie sądziłam, że już jesteśmy razem.

 – Myślisz, że się z nim przespałam? – zapytałam rozbawiona. Jeszcze nie zdążył mi zepsuć humoru.

 – A zrobiłaś to? Wyszorowałaś się tak dokładnie, że nie pachniesz nawet sobą – zauważył. – Może chcesz coś ukryć?

 Parsknęłam wesoło, wskazałam brodą na jedno z krzeseł. Ferris nie ruszył się nawet o milimetr, utrzymując zacięty wyraz twarzy.

 – Nie. Nie przespałam się z nim – oznajmiłam wreszcie zmęczona jego uporem. – Zjedz ze mną śniadanie, proszę.

 Wtedy łaskawie usiadł. Trochę się też wyluzował.

 – Więc… – spuścił z tonu – jak było na balu? – zadał mi to pytanie z wyraźnym trudem i wyłącznie z grzeczności.

 Rozmawialiśmy, nakładając kolejne produkty na talerze.

 – Po tylu latach… No cóż. Izolacja od tej bufonady pozwoliła mi dostrzec pewne cechy mojej warstwy społecznej, które przedtem skrywały się za klapkami na moich oczach. Chyba odwyk od tych ludzi wyszedł mi na dobre. – Mój rozmówca nie odezwał się, przypatrując się mi z nieodgadnionym wyrazem twarzy, więc kontynuowałam. – Orkiestra była świetna. Najwyższej klasy. Dużo tańczyliśmy – wzruszyłam ramionami – nawet w powietrzu. Nie odzyskałam skrzydeł, powiedziałabym raczej, że książę mi je wypożyczył. Znikną po północy. Do tego czasu… mogę się nimi cieszyć.

 – Są naprawdę piękne – przyznał Ferris. – Chciałbym ich dotknąć.

 Przekrzywiłam głowę, nie przestając się subtelnie uśmiechać.

 – Możesz to zrobić. Tylko pamiętaj – pouczyłam go – są delikatne.

 Kiwnął i wstał. Przeszedł za mnie i przez chwilę się wahał. Czułam jego ciepło emanujące, rozchodzące się w powietrzu. Wreszcie wyciągnął dłoń i położył delikatnie na fragmencie tworzącym ramę. Jego dotyk był gorący, ale tak samo jak w przypadku Valdriana, nie sprawiał mi bólu. Przeciągnął dłoń wzdłuż skrzydła, kierując się w górę, do zewnątrz, aż do ostatnich lotek.

 – Co dziś robisz, Ferrisie? – zapytałam.

 – Mam trochę obowiązków… – wymruczał, a wibracje przeniosły się z jego palców na pióra.

 – Valdrian musiał też ściągnąć ze mnie zakaz wychodzenia, więc jeśli to działa na tej samej zasadzie co powrót skrzydeł, to myślę, że do wieczora będę mogła wyjść za mury.

 – Dzień wolny?

 – Dzień wolny – potwierdziłam.

***

 Jak podejrzewałam – mogłam wyjść za mur. Za bramę.

 Najpierw wzniosłam się w przestworza, aby dojrzeć najlepsze miejsce do zaszycia się. Przeleciałam trochę, zataczając koła nad rozległym lasem otaczającym tereny Dworu Wieczoru. Namierzyłam interesujący mnie pagórek, a na nim łąkę zakrytą z każdej strony drzewami. Miejsce prywatne. Idealne na pierwszą oficjalną randkę. Randkę – bo chyba właśnie tym był nasz dzisiejszy wypad.

 Umówiłam się z Ferrisem godzinę po śniadaniu, podczas której on miał się odświeżyć, a służba przygotować prowiant i koce na wycieczkę.

 Nie miałam dnia wolnego od… od… nie pamiętałam. Może przed lekcją zdarzało mi się olać obowiązki księżnej, ale gdy lekcja się rozpoczęła, praca stała się moim sposobem na zabicie czasu, na zapomnienie. Zresztą nie mogłam nigdzie odejść, wybrać się do kogoś w odwiedziny, wyjechać za granicę, aby pozwiedzać. Wystarczało mi to, co znajdowałam za bramą dworu – w zamku i ogrodach, na placu treningowym.

 Do decyzji o odwołaniu wszystkich dzisiejszych zajęć, popchnęła mnie świadomość, że być może to ostatnia taka okazja, żeby wyluzować się, będąc jeszcze księżną. Tyle czasu straciłam na zadręczanie się; zbyt wiele czasu. Miałam skrzydła, mogłam wreszcie wyjść – czyż to nie wystarczający pretekst?

 Chciałam nas zanieść na skrzydłach na wybraną polanę, jednak napotkałam poważny problem – Ferris bał się wysokości. Na początku go wyśmiałam, myśląc, że to po prostu kwestia samczej dumy, jednak wreszcie mnie przekonał, że brak gruntu pod nogami wywołuje w nim nieuzasadniony lęk. Serafini nigdy czegoś podobnego nie doświadczali – zdarzało się, że wznosiliśmy się nawet nad kołyską. Opowiedział o swoich odczuciach i były one jednocześnie fascynujące, jak i przerażające. Twierdził, że czasem doświadczał fantomowego spadania – wystarczyło, że spojrzał w dół. No cóż – nie widziałam, żeby psy i wilki latały, więc byłam w stanie jakoś przyjąć tę rewelację.

 Wyruszyliśmy pieszo, a ja co jakiś czas wznosiłam się ponad korony drzew, żeby sprawdzić, czy idziemy w dobrym kierunku. Dotarliśmy do polany, gdy słońce wskazywało południe. Pogoda zachęcała do spędzania czasu na dworze – nie było przesadnie gorąco, dzięki czemu moja „lodowa” powłoka nie smażyła się, a po niebieskim niebie przelatywały kłębiaste chmury.

 Koc rozłożyliśmy w centrum polany. Dokładniej – Ferris to zrobił, poczuwając się najwyraźniej do obowiązku zapewnienia nam leża; jak to na faceta przystało. Roztrzepał koc, a ten wzdął się, powoli opadając na świeżą, zielona trawę. Ja w tym czasie wyciągnęłam z piknikowego kosza parę przekąsek. Rześkie, leśne powietrze wzmaga apetyt, dlatego zdecydowałam się na jabłko, które pochłonęłam, siedząc na rogu miękkiego materiału. W tym czasie gawędziliśmy, a mi – chłodniejszej od otaczającej nas atmosfery – zrobiło się naprawdę gorąco.

 Mój towarzysz dawno pozbył się ubrania, zostając w samej luźnej bieliźnie. Korzystał ze słońca często, czego i tak nie było widać na jego naturalnie brązowej skórze. Twierdził, że po słonecznej kąpieli lepiej się czuje. Podobno wilkołaki i kattowie często spędzali godziny, wygrzewając się na słońcu, podobnie do psów i kotów. Ci drudzy jednak bili na głowę tych pierwszych, gdyż spali nieraz szesnaście godzin dziennie – na zewnątrz, na słońcu – po czym całą noc buszowali po okolicy, polując i załatwiając inne kocie sprawy.

 W końcu i ja się przełamałam, zdejmując tunikę, a następnie rajtuzy – luźny strój, w którym mogłam ćwiczyć i beztrosko spędzać czas. Ubrania złożyłam dokładnie i położyłam obok botków z twardą, dobrze czepliwą podeszwą.

 Ferris przyglądał się mi bez słowa przez dłuższą chwilę. To był pierwszy raz, kiedy mógł zobaczyć mnie w samym półgorsecie i wyciętych majtkach. Starannie dobierałam bieliznę na tę wyprawę, mając zamiar wbić się w myśli wilkołaka. Potrzebowałam tego. Musiałam przyspieszyć cały proces. Chciałam, żeby wewnętrznie szalał.

 – Jesteś taka atrakcyjna – skomplementował mnie wreszcie, opierając się na przedramieniu. W jego oczach błyszczało pożądane przeze mnie pragnienie. – Chciałbym cię dotykać i zrobić o wiele więcej rzeczy – rzekł bez ogródek.

 Uśmiechnęłam się, kładąc się na plecach i zaplatając ręce za potylicą. Biust do przodu, szczupła talia idealnie wyeksponowana, a do tego lekko skrzyżowane w kostkach nogi, dzięki czemu sylwetka stała się jeszcze bardziej podobna do klepsydry. Pióra smagały nagie skrawki mojego ciała, wywołując nieraz gęsią skórkę.

 Spojrzałam w bok. Na niego. On praktycznie pożerał wzrokiem każdy centymetr mojego ciała. Kręciło mnie to. Kusiło. Samo jego spojrzenie budziło podniecenie, co więc by się stało, gdybym pozwoliła się dotknąć? Pocałować? Był pierwotny, dziki, nieokiełznany, zezwierzęcony, dlatego tak mocno na mnie działał. Zawsze otaczałam się bardziej cywilizowanymi mężczyznami. Mężczyznami zachowującymi jakiekolwiek pozory, a on… on mówił, co czuł, nawet jeśli aktualnie chciał mnie zerżnąć.

 – Cierpliwości – wymruczałam, mrużąc oczy. Niebo rozpłynęło się w bieli.

 – Każesz mi być cierpliwym, leżąc przy mnie praktycznie nago? – zapytał. Musiał się nachylić, bo po policzku ślizgało się powietrze, które wypuszczał z ust, wymawiając kolejne słowa. – Jesteś okrutna.

 – Tak mówią – przyznałam lekko, kobieco. – Zjemy coś?

 – Nie myślę w tej chwili o jedzeniu.

 Otworzyłam oczy. Wciąż się przyglądał. Przeniosłam wzrok niżej, z jego napiętej twarzy na klatkę – był umięśniony, a każdy mięsień pokrywała cienka warstwa skóry bez grama tłuszczu. Taki bardzo zwilkołaczony. Wybiegany. Jak zwierzę. Jego potężna pierś unosiła się i opadała, a niżej trochę bardziej subtelnie przemieszczały się kwadratowe, wypukłe fragmenty brzucha. I jeszcze niżej… Wróciłam spojrzeniem w górę, starając się nie uśmiechać tryumfalnie. Wyszczerzyłam zęby. Wiedział, gdzie patrzyłam i co widziałam. Był boleśnie świadom, że nawet luźny materiał bielizny nie zasłonił dość sporej erekcji. Myślę, że akurat jemu to nie przeszkadzało. Myślę, że gdyby zależało mu, abym nie patrzyła, obróciłby się na brzuch, a tak… prezentował mi swoje atuty, niczym paw rozkładający pióropusz ogona.

 – To może zacznij myśleć o jedzeniu? Może to dobrze ci zrobi? – zasugerowałam flirciarsko.

 Nie miałam zamiaru udawać, że nie widzę, iż nie jestem mu obojętna.

 Był blisko, ale teraz pochylił się jeszcze niżej. Mimo ogromu przestrzeni, w końcu byliśmy na dworze, oddychaliśmy tym samym rozgrzanym, wilgotnym powietrzem.

 – A może rozładuję napięcie w inny sposób? – zaproponował.

 Jego nozdrza rozszerzyły się, gdy wdychał mój zapach.

 Te słowa. Ten ton. Ten rezonans odbijający się w trzewiach. Komórki zawibrowały, reagując na jego niski, obiecujący głos. Mięśnie spięły się, jakby drżały w obawie… albo w zniecierpliwieniu. A między nogami… to uczucie, któremu zwykle towarzyszyłoby ciepło. Cholera, jak on na mnie działał.

 Zacisnęłam wargi, zbierając się w sobie.

 – Długi bieg po lesie? – odpowiedziałam mu z lekką, wilgotną chrypką.

 Znów węszył. Czuł mnie, tę lepkość zbierającą się między nogami, a jego oczy mnie o tym informowały; mówiły: przejrzałem cię, wiem, że chcesz tego, co i ja.

 – Długi seks w lesie – przeinaczył moją kwestię. – Z tobą.

 Przełknęłam ślinę. Przy tak bezpośredniej propozycji nie mogłam go zbywać wedle poprzedniej taktyki. Teraz już musiałam coś odpowiedzieć. Tak lub nie.

 Nie chciałam tego, a przynajmniej nie teraz. Nie z tym zepsutym ciałem. Bałam się porażki, a zwłaszcza tego, że po wszystkim odejdzie, bo nie dam mu żadnej przyjemności, a czyste, zimne rozczarowanie. Z nim musiało być idealnie, gdyż nie potrzebowałam kolejnych przeszkód.

 Jednocześnie gdzieś tam w podświadomości wykiełkowała myśl. Rozwiązanie. Tak straszne i bolesne, że świadomość wolała nie wydobywać go z czeluści. Musiałam do tego dojrzeć.

 – Nie dziś – wyszeptałam wbrew woli ciała. Z mozołem te dwa słowa przechodziły mi przez gardło.

 Ferris się uśmiechnął, co z lekka mnie skonsternowało. Nie takiej reakcji się spodziewałam na odmowę.

 – Dobrze. Jeśli nie czujesz się na siłach.

 Zmarszczyłam brwi. Nagle mnie olśniło. Poczułam ogromny wstyd.

 – Ty mnie sprawdzasz – wyraziłam swoje podejrzenie na głos.

Jego wydłużone kły w kolorze kości słoniowej błysnęły.

 – Być może – przyznał. – Próbuję cię poznać. Dowiedzieć się, jaka jesteś. Czy jesteś łatwa...

 – Jesteś bezczelny, no naprawdę…

Pokręciłam głową z dezaprobatą.

 – Nie zmienia to faktu, że gdybyś oddała się mi tu i teraz… Nie miałbym nic przeciwko. W sumie już jestem gotowy.

 Tym razem nie spojrzałam, mimo wyraźnej zachęty. Parsknął wesoło i – najpewniej wykazując się dobrą wolą – przewrócił się na brzuch. Oparł policzek na grzbiecie jednej ze swoich dłoni, wpatrując się we mnie. Ja spoglądałam w niebo. Niewielkie chmurki czasem na sekundy przysłaniały słońce.

 To był idealny dzień dla księżnych wykutych zaklęciem z lodu. Nie topniałam.

 – Kim dla ciebie jest ten cały Valdrian? – usłyszałam z boku po jakimś czasie.

 Zdziwiona oderwałam wzrok od niebieskiego sklepienia.

 – Dlaczego pytasz?

 – Często się u ciebie pojawia. To chyba naturalne, że próbuję poznać konkurencję.

 Przekręciłam się na brzuch, układając się podobnie do Ferrisa. Tak było wygodniej rozmawiać i mieć z nim kontakt wzrokowy. Rozprostowałam skrzydła, które cichutko chrupnęły w stawach. Ułożyłam je ciasno na własnym ciele, tak aby nie robić cienia mojemu towarzyszowi.

 Po poprzedniej nocy nie wiedziałam, kim dla mnie był Valdrian. Nie miałam też ochoty roztrząsać jego tematu.

 – Jest moim opiekunem. To książę Skrawka Nocy – powiedziałam, jakby te dwa zdania miały wszystko wyjaśnić.

 – Opiekun, a odebrał ci skrzydła?

 Miał wątpliwości. Faktycznie brzmiało to nierealnie. Opiekun powinien się mną opiekować, a nie robić mi pod górkę.

 – Opiekuje się mną w specyficzny dla siebie sposób.

 Niechęć wylewała się ze mnie w sposób nazbyt widoczny, co szczery i bezpośredni Ferris postanowił mi wytknąć.

 – Rozmowa o nim nie sprawia ci przyjemności. Wyczuwam, że jesteś zła. Na mnie, bo pytam, czy na niego, bo coś zrobił?

 – Znów wracasz do poprzedniego wieczoru?

 – A więc to wydarzyło się wczoraj – wywnioskował. Trafnie zresztą. Ten mężczyzna doskonale czytał w emocjach innych. – Co to było?

 Westchnęłam. Ułożyłam głowę na wprost, opierając ją o brodę.

 Przez chwilę milczałam, obserwując ruch poruszanych wiatrem źdźbeł traw. Mrówki wspinały się do koszyka wypełnionego jedzeniem: słodkościami i tymi bardziej słonymi przekąskami oraz owocami.

 Dalej czekał na odpowiedź. Że też nie mógł dać sobie siana. Ponownie westchnęłam.

 – Pokłóciliśmy się – wyznałam.

 – O co?

 Już otwierałam usta, ale wnet poczułam znajomy ucisk na strunach głosowych, nie pozwalający mi na wypowiedzenie zdania: pokłóciliśmy się o lekcję, którą zadał mi z zemsty.

 Jęknęłam, bo bądź co bądź było to wyjątkowo nieprzyjemne uczucie. Gdy pierwszy raz go doznałam, myślałam, że się duszę. Później przywykłam lub zgrabnie zmieniałam temat.

 – Nie mogę ci powiedzieć – wydusiłam wreszcie po zmianie zamiaru.

 – Dlaczego?

 – Bo to nasze sprawy – lawirowałam. – Nie mogę o nich mówić.

 – Okłamałaś mnie.

 Zamrugałam i błyskawicznie przekręciłam szyję. O czym on mówił?

 – Co? – stęknęłam.

 – Pamiętasz, że zwróciłem uwagę na to, że jesteś zimna? – Tak, pamiętałam. To było w ostatni dzień wiosny, gdy wziął mnie za rękę. – Powiedziałaś, że serafini tak mają. To nieprawda. Zapytałem o tę kwestię Kerta, a on nie wiedział, o czym mówię. Dlaczego ty jesteś zimna?

 Szlag by to. A myślałam, że nie będzie nikogo ciągnął za język. W sumie… im więcej z nim przebywałam, tym bardziej go poznawałam. Wtedy nawet nie pomyślałabym, że jest tak ciekawski i dociekliwy, jednak parę rozmów później… Nie, wcale się nie zdziwiłam. To było do niego podobne. Ale skąd miałam wiedzieć o tym przed nocą w stajni lub wyprawą na łąkę?

 – Ja… – Jak to wytłumaczyć? – Ja…

 Znów musiałabym go poczęstować kłamstwem. On sprawdziłby kolejne kłamstwo. Krąg by się zamknął, a my wciąż wracalibyśmy do tej rozmowy.

 Cholerny Valdrian i jego magia. Nie mogłam wydobyć z siebie słowa, gorączkowo myśląc nad czymś, co naprowadziłoby Ferrisa na właściwy tor, jednak – jakby za sprawą magii – wszelkie pomysły znikały, zanim zdążyły się do końca wyklarować.

 Ferris czekał dość długo.

 – Nie możesz o tym mówić – odpowiedział za mnie, bo nawet i te słowa nie chciały teraz przejść przez gardło. – Valdrian odebrał ci skrzydła – zaakcentował. – Czy Valdrian odebrał ci wolność?

 Tak jak poprzednio. Do ust pchały się tylko kłamstwa. Zacisnęłam zęby, żeby żadne się nie wydostało. Zamarło także moje ciało, abym nie mogła żadnym gestem potwierdzić, ani zaprzeczyć.

 Kolejna dłuższa przerwa.

 – W porządku – Oparł się na łokciu, patrząc na mnie z góry. – Czy to Valdrian sprawił, że jesteś zimna?

 Cisza. Bezruch.

 – Co jeszcze ci odebrał?

 Jęknęłam, czując ściskające się gardło.

 – Nie możesz o tym mówić – oznajmił całkiem spokojnie, jakby ta możliwość wcale nim nie wstrząsnęła. – Zablokował tę możliwość. Nie możesz potwierdzić, ani zaprzeczyć. Możesz częstować mnie tylko kłamstwami – podsumował. A ja mogłam tylko patrzeć na niego bez ruchu. Jakbym nie miała władzy nad własnym ciałem. – Wiem, że nie odpowiesz. Nie powiesz mi też, dlaczego to zrobił. Chociaż… Mówiłaś, że odebrał ci skrzydła, bo pozbawiłaś go męskości – zauważył odkrywczo. Tak. Tak. Wreszcie! – O tym możesz mówić?

 Odetchnęłam z ulgą i wdzięcznością, bo chociaż jedną zagadkę udało mu się rozwiązać. Ciężar natychmiast puścił i ten metaforyczny but przestał zgniatać moją szyję.

 – Tak – wypaliłam raptownie. – O tym mogę mówić. O tym wiedzą wszyscy.

 Wreszcie mogłam się ruszyć, więc podparłam się na wyprostowanej ręce, siadając na jednym z bioder i uginając nogi w kolanach.

 – Więc dlaczego odebrał ci skrzydła?

 – Bo odrzuciłam jego zawiązki. To były moje urodziny. On zapytał mnie przy wszystkich, czy się zwiążemy, a ja… go wyśmiałam.

 Ferris uniósł brwi.

 – Byliście ze sobą?

 – Nie – zaprzeczyłam. Skrzywiłam się nieznacznie. – Czasem flirtowaliśmy. On chciał mi podarować coś wyjątkowego. Swoja więź. To zaszczyt. Wiele kobiet by się z tego ucieszyło, ale nie ja. Ja chciałam wolności, braku zobowiązań.

 Na twarzy wilkołaka zagościło zrozumienie.

 – I zemścił się na tobie. Nałożył na ciebie te wszystkie klątwy, żebyś nikogo nie poznała. Jest okrutny, ale i pomysłowy. – Podekscytowany usiadł po turecku. – Nie, żebym popierał jego wyczyn – dopowiedział. Zmarszczył czoło, zastanawiając się nad czymś intensywnie.– Nie rozumiem, dlaczego mimo tego, co ci zrobił, ty dalej się z nim widujesz. To nie ma logicznego sensu.

 Podrapał się po głowie. Stęknęłam. Nie mogłam mu powiedzieć. Brakowało mu najważniejszego elementu układanki – mojej lekcji. To on trzymała mnie przy księciu. Początkowo sądziłam, że zadał mi ją dla mojego dobra. Myliłam się, jak pokazała ostatnia noc.

 Wykrzywiłam się, a moje ciało wzruszyło beztrosko ramionami. No coś takiego!

 – Jest moim opiekunem.

 Popatrzył na mnie jak na wariatkę.

 – A czy to wyjaśnia, dlaczego wciąż jesteś dla niego miła?

 – Jest moim opiekunem – powtórzyłam. Tym razem obyło się bez głupiego wzruszenia ramion.

 Zacisnął usta, jego czoło marszczyło się i rozluźniało. Mięśnie twarzy napinały się i puszczały. Myślał. Myślał. I nie wymyślił nic.

Może, gdyby lepiej znał nasze obyczaje. Ale teraz, gdy uwaga o roli opiekunów była zbyt oczywistym naprowadzeniem… Nie mogłam powiedzieć nic. Zapewne, gdybym próbowała przy innej okazji, czary by mnie powstrzymały. To musiało wyjść przypadkiem, albo gdyby sam na to natrafił. Ja nie potrafiłam przełamać klątwy milczenia.

Poddał się.

 – Nie mam pomysłu, jak z ciebie to wszystko wyciągnąć.

 Uśmiechnęłam się nieśmiało. Wskazałam brodą na oblegany przez mrówki koszyk.

 – Może zjemy ciasto? – zaproponowałam.

 Popatrzył na mnie, a następnie na wiklinowy pojemnik. Kiwnął mi.

 – Tak. Zjedzmy ciasto. Może na coś wpadnę.

 Pokręciłam głową. To miłe, że tak bardzo starał się odgadnąć, co takiego się wydarzyło; dlaczego taka jestem; co za tym stoi. Ale jego próby, teraz!, były jałowe. Potrzebował czasu, którego ja nie miałam, bo kurczył się z każdą kolejna minuta spędzoną na czymś innym niż poznawanie mojego kandydata do pokochania.

 Spojrzałam na niego, wysyłając całym ciałem informacje o tym, że chcę luzu. Tego dnia. Chwili zapomnienia.

 – Nie musisz – powiedziałam delikatnie, z uczuciem. – Spędź ze mną dobry dzień. Proszę.

 Zgodził się, sięgając po koszyk i ustawiając go między nami.

 – W porządku. Już i tak cię wymęczyłem swoimi pytaniami.

 Zaśmiałam się perliście, gotowa na resztę leniwego popołudnia.

***

 Beztroska tego dnia nie mogła trwać wiecznie.

 Pożegnałam się z Ferrisem, gdy słońce, chowając się za horyzontem, rozlało wokół siebie czerwono-pomarańczową poświatę, która fioletem przechodziła w żółć a następnie rozmywała się błękitem. Skrzydła zostały mi jeszcze na godzinę, może dwie.

 Akurat przechadzałam się po ogrodzie. Ogrodnicy zrobili dobrą robotę, sadząc najpiękniejsze kwiaty nowej ziemi i jeszcze pielęgnując je w sposób, który pozwolił im na lato rozkwitnąć pełnią swego piękna. Kolorowe lwie paszcze pochylały się nad kamieniami, wraz z zapominajkami, kocimi główkami, puszkami oraz modruskami na kolejnych skalniakach. Ogród niby został uporządkowany, jednak w żadnym swoim fragmencie nie był zbyt symetryczny i idealny. Jakby natura sama uformowała kolejne klomby i rabaty kwiatów. Jakby sama wybierała krzewy i drzewa do tego miejsca, nadając mu niepowtarzalny charakter. Pośrodku znajdowała się fontanna wykuta z kamienia. Gładkość wyrzeźbionych ludzkimi dłońmi brzegów konkurowała ze skałą uformowaną przez wiatr i wodę. Pomnik człowieka zjednoczonego z przyrodą. W Kamieniach wciąż tkwiły bryłki kryształów.

 Pochylałam się nad darami gleby, kiedy poczułam znajome szarpnięcie. To stolik Dadarena mnie wzywał. Spojrzałam ponad korony drzew wiśni, wprost w okno mojego gabinetu. Zamknęłam oczy, nawiązując więź. Szperałam metafizycznymi mackami, sięgając do blatu. Odnalazłam punkt zaczepienia i obmacałam go dokładnie. Magia uwięziona przez diabolca rozpoznała mnie, łapiąc za puszczone pasma energii.

 Pod powiekami wybuchła feeria barw. Ułamki sekund trwało, nim wreszcie wizja się ustabilizowała.

 Brzeg. Woda pieniąca się, bijąca o skały. W pewnej odległości na wzburzonych falach kołysze się niewielki statek.

 Otworzyłam oczy. Czy Valdrian miał zamiar się tym zająć? Rozprostowałam skrzydła. Najwyżej go ubiegnę, pomyślałam. Wzbiłam się w powietrze. Pognałam przed siebie na prądach wiatru, czując zew. Stolik Dadarena prowadził mnie jak po nitce do kłębka, nie pozwalając zboczyć z trasy. Tylko jeden kierunek mnie przyciągał. Skrzydła groźnie łomotały, w połączeniu z ogromną prędkością ogłuszając mnie. Włosy, wcześniej luźno upięte, powiewały za mną niczym chorągiew. Po minutach lotu wreszcie wylądowałam, wbijając stopy w ziemię. Uderzenie zawibrowało w każdej komórce mojego ciała.

 Imigranci właśnie schodzili ze statku, ściągając z pokładu bagaże. Słońce już skryło się za horyzontem, więc niebo stało się fioletowo szarawe. Zauważył mnie wampir – mający wzrok przystosowany do nocnego widzenia. Zamarł z paczką w rękach, zastygając w nienaturalnie sztywnej pozycji. Oni często trwali w bezruchu podobnie do woskowych figur. Następnie zostałam zauważona przez kobietę diablika – niską, pokurczoną, zgarbioną istotę – która wydała z siebie cichy skrzek pełen zawodu. Wtedy też już wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę.

 – Jestem Morrigan – postanowiłam się przedstawić; spokojnie, neutralnie, nie zdradzając swoich zamiarów – księżna Skrawka Wieczoru.

 – Nie, proszę… – usłyszałam gdzieś wyżej. Nad dziobem pojawiła się głowa żeńskiej wersji diabolca. W zapadającej ciemności jej skóra wydawała się czarna. Zastrzygła wydłużonymi uszami, a jej skrzydła niespokojnie zafalowały. – Proszę… nie każ nam wracać… – zaskomlała.

 Podeszłam powoli do statku, trzymając ręce na widoku. Nie wzięłam broni. Po prawdzie zapomniałam o niej podniecona możliwością zajęcia się sprawami Skrawka. I tak była mi niepotrzebna. Nie stanowili dla mnie, nawet nieuzbrojonej, większego problemu.

 – Nie mogę pozwolić, abyście się osiedlili na naszych ziemiach – powiedziałam.

 Przyglądali się mi wszyscy, a tymi słowami zasadziłam wśród nich ziarno zawodu. Była tam para wampirów o lśniącej, zbyt gładkiej skórze, para diabolców (zauważyłam, że kobieta w ramionach trzyma niemowlaka), parę niskich diablików w różnym wieku (najprawdopodobniej rodzina) oraz jedna samotna dziewczyna – obstawiałam, że ta ostatnia jest wilkołakiem.

 Diabolica z dzieckiem zeszła z pokładu, podchodząc dość blisko, jednak zachowując bezpieczną odległość. Nie wiedzieli, czego się po mnie spodziewać.

 – Księżno… – zwróciła się do mnie, chyląc głowę – przybyliśmy tutaj z rodzinami. Jesteśmy uczciwi. Możemy zapracować na życie w pani Skrawku. Nie sprawimy kłopotów. Czy dzieci mogą sprawić kłopoty? – Automatycznie spojrzałam na kulące się diabliki, niemowle w kobiecych ramionach i młodą wilkołaczkę. Tak, one były bezbronne, ale nie mogłam robić wyjątków dla nikogo. – Proszę nam pozwolić zostać… Proszę…

 Stałam nieugięta.

 – Harrys – odezwał się związany z nią diabolec, z wolna podchodząc do naszej dwójki. Stanął za jej plecami, kładąc dłonie na barkach. Skórzaste skrzydła drgnęły w odpowiedzi na ten gest. – Ona nas odeśle.

 Diabliku zgromadzone w grupę zapiszczały i podskoczyły w przerażeniu. Płochliwe stworzenia.

 Oni nic nie zrobili i zapewne, tak jak zapowiadali, uczciwie zapracowaliby na swój pobyt w granicach Skrawka Wieczoru. Całe rodziny z dziećmi. Ja jednak nie mogłam sprzeciwić się prawu, pomimo że sama chętnie zapewniłabym im schronienie.

 Patrzyłam w te udręczone, zmęczone żeglugą twarze. Widziałam w nich smutek i rezygnację. Płynąc tu, wiedzieli, że tak to się właśnie może skończyć. Najmniejszy z diablików rozpłakał się pod wpływem mojego spojrzenia. Czy byłam tak straszna? Zapewne. Ale właśnie taka musiałam być – stanowcza.

 – Przykro mi – powiedziałam tylko.

 Wtedy rozległ się płacz. Kobiet, dzieci… Mężczyźni pocieszali swoje ukochane, a rodzice pochylali się nad pociechami. Oni nie zamierzali walczyć.

 Czułam się podle.

 Czegokolwiek się bali, powinniśmy odkryć tego źródło. Byliśmy im to winni za pomoc, której nie mogliśmy im zapewnić. Pierwszy raz, pomimo że na początku się cieszyłam, żałowałam, że to ja, a nie Valdrian, udałam się na miejsce wezwania.

 Klasnęłam, wysyłając wiadomość do strażników, którzy patrolowali wybrzeża. Byli pojedynczymi jednostkami; więcej nie mogliśmy ich wysłać na zwiady. Gdy żadnego nie było w pobliżu zbliżających się imigrantów, stół Dadarena wzywał mnie. Powinni przybyć za parę minut.

 – Odeślemy was na Kontynent Dantego – poinformowałam. – Nie zapłacicie za bilet. Nie poniesiecie żadnych kosztów. – Ale to nie było dla nich ważne. Lamentowali nad sobą. – Bezpiecznie wrócicie do domu.

 Nie stawiali oporu, gdy grupa żołnierzy po nich przybyła, aby odprowadzić do najbliższego portu.

***

 Valdrian przestał bronić mojego Skrawka. Ilekroć pojawiały się grupy imigrantów, gdzieś rozgorzała bójka, z którą nie poradziliby sobie strażnicy, stolik Dadarena wzywał właśnie mnie, a skrzydła mi odrastały, żeby zniknąć zaraz po powrocie na zamek. Nie wszystkie interwencje przebiegały gładko – agresywnych mieszkańców Kontynentu Dadarena musiałam pacyfikować i oddawać pod sąd. Czasem miałam wrażenie, że dożywotniego więzienia obawiają się mniej, niż tego, co rozsiewało odór strachu w ich domu.

 Zostawił mnie samą sobie. I dobrze. Nie miałam zamiaru oglądać jego kłamliwej gęby. Nie dziwiłam się temu zachowaniu po tym, co stało się na balu. Może było mu wstyd. Może zrozumiał swój błąd. Na to liczyłam.

 Kolejne dni mijały i mimo iż wypełnione obowiązkami, wciąż szczęśliwie wystarczająco luźne, żebym mogła spędzać czas z Ferrisem. Poznawałam go, gdy opowiadał o swoim dzieciństwie, o rodzicach, którzy zginęli podczas pacyfikacji wilkołaków, mówił o swoim życiu w Królestwie Ognia. Ja odpłacałam się mu różnymi opowieściami z mojego życia. Pewnego wieczora mogłam stanowczo powiedzieć, że stał się mi bliski, a kilka kolejnych później… że się w nim zakochałam.

 Zakochałam… Uczucie zadurzenie się w kimś jest chyba najdziwniejszym, a zarazem najsłodszym, jakie można doświadczyć w życiu. Często myślałam o nim, a kiedy to robiłam, moim ciałem wstrząsał dreszcz, a wzdłuż kręgosłupa przebiegał impuls. Liczyłam na to, że on odwzajemnia moje uczucia. Coraz trudniej było go trzymać na dystans, tak samo jak mi sprawiało kłopot stłumienie chęci zasmakowania go. Z dnia na dzień było coraz gorzej.

 Do moich urodzin został tydzień. Siedem dni. Tylko siedem. Wtedy też powróciła myśl, która zaszczepiła się w mojej podświadomości podczas tego wolnego, drugiego dnia lata. Wykiełkowała, ukazując się mi w całej okazałości. Była przerażająca, a zarazem nęcąca. Ten pomysł był moją ostatnia deską ratunku.

 Zaraz po przebudzeniu, włożywszy tylko maskę – co robiłam odruchowo – wbiegłam do gabinetu i opierając się o drewniany rant stolika Dadarena, wypowiedziałam życzenie. Wysłałam wiadomość do jedynej osoby, która mogła coś zrobić. Do Valdriana. Liczyłam na to… że się pojawi.

***

– Byłem zaskoczony twoim wezwaniem – powiedział zaraz po zmaterializowaniu się w gabinecie. – Nie chciałaś mnie widzieć.

Jakiś czas temu minęła ósma, a ja rozpoczęłam walkę z papierami.

Przygryzłam wargę przez wstyd i jego obecność. Przez to, że musiałam właśnie jego o to prosić. Tylko on był zdolny, żeby mnie uwolnić.

Wstałam, wychodząc zza biurka. Moja głowa była uniesiona wysoko. Okazywałam pewność siebie, której ostatnio mi brakowało. Nie dzisiaj. Wiedziałam, że jego przychylenie się do mojej prośby jest moim „być albo nie być”. To nieliczna z decyzji, których byłam całkowicie pewna.

– Chcę, żebyś mnie odmroził.

 – Odmroził? – powtórzył za mną, jakby upewniał się, że dobrze usłyszał. – Po co miałbym to zrobić?

 Popatrzył na mnie podejrzliwie. Te oczy pierwszego dnia lata patrzyły na mnie z takim żarem; z tak mocnym uczuciem. A teraz… teraz musiałam wbić mu nóż w serce.

 Przełknęłam ślinę.

 – Chcę spędzić z Ferrisem noc – oznajmiłam bez cienia zawahania. – Chcę się mu oddać.

 Zrobił krok w tył, a jego czarne skrzydła się nastroszyły. Z pewnością nie spodziewał się tego usłyszeć, a już na pewno nie chciałby o tym wiedzieć. Sam rzucił na mnie czar, który bronił informowania innych, co mi zrobił. Tylko do niego mogłam się zwrócić z tą prośbą.

 Na usta wpuścił wyjątkowo zjadliwy uśmiech. Pogardzał mną. Trudno. Spodziewałam się tego.

 – A więc tędy wiedzie droga do jego serca? – wycedził.

 – Nie kwestionuj moich decyzji – warknęłam.

 – To byłoby oszustwo – zauważył.

 – A gdy wziąłeś mnie na bal… czy to nie było oszustwo? – zapytałam. – Czy kiedy oddałeś mi wtedy skrzydła, to nie było oszustwo?

 Założył ręce na pierś, patrząc na mnie z góry. Zmarszczył czoło, nie rezygnując z wyjątkowo nadętego wyrazu twarzy.

 – Wtedy wziąłem coś w zamian. Właśnie tak to działa. Coś za coś. – Uniosłam brew, nie rozumiejąc, co miał na myśli. Niechętnie kontynuował swoją myśl: – Mogłaś wyjść z zamku, ponieważ oddałaś mi swój wieczór, aby spędzić go ze mną na balu. Dostałaś skrzydła, bo dałaś się pocałować. Coś za coś.

 Prychnęłam.

 – Nie mogłeś wiedzieć, że będziemy… się całować.

 – Wziąłbym inną zapłatę, gdyby to się nie wydarzyło. Nie muszę brać zapłaty z góry. To mi pasowało. Uznałem, że nie ma sensu mówić ci o wiązanych umowach.

 To… trzymało się kupy. Gdyby mógł na zawołanie ściągać ze mnie elementy klątwy, cała lekcja byłaby pozbawiona sensu. Tak samo skrzydła – wtedy pojawiły się na równą dobę, kiedy przy interwencjach wracały wyłącznie wywołane alarmem, po czym znikały.

 W pewnym sensie mi pomagał, wybierając niską cenę. To nieważne. To nie mogło zaważyć na całym rozrachunku, kiedy bez skrępowania wykorzystał lekcję, aby się na mnie zemścić.

 Postanowiłam wrócić do tematu.

 – Daj mi jedną noc bez lodu w sercu.

 Skrzydła za jego plecami poruszyły się gniewnie.

 – Ze względu na… – mruknął, szukając odpowiedniego określenia – na to, że zawaliłem, zgodzę się. Musisz jednak dać mi coś w zamian. Tylko wtedy będę mógł ściągnąć tę klątwę.

 Zacisnęłam pięści, co nie uszło jego uwadze.

 – Czego chcesz? – Kiwnęłam mu głową, unosząc dumnie i z prowokacją brodę. – Ziemi? Bogactw?

 – I jedno, i drugie może wkrótce nie należeć do ciebie – wyśmiał mnie. – Umowa zostaje zawiązana tylko, jeśli dasz mi coś osobistego. Coś, co należy do ciebie.

 – Zakładam, że już masz coś konkretnego na myśli… Ty nic nie zostawiasz przypadkowi.

 Uśmiechnął się, a uśmiech ten wcale nie był miły.

 – Przynajmniej się staram. Ściągnę z ciebie mróz na ten jeden dzień i jedną noc. Jutro, dokładnie za dwadzieścia cztery godziny, klątwa powróci – oznajmił. – W zamian chcę, żebyś dała mi słowo, że nikomu nie powiesz o szczegółach lekcji, którą ci ofiarowałem. Będziemy o tym wiedzieć tylko my, tak, jak to dotąd miało miejsce. Podstępny drań. Obiecałam mu, że gdy tylko klątwa puści, ja opowiem każdemu, łącznie ze Stworzycielem, co zrobił. Lepszej okazji, aby się zabezpieczyć, zapewne by nie dostał, a dałam mu ją ja. 

 Postawiłam na szali chęć zemsty oraz ostateczną próbę rozkochania w sobie Ferrisa. Byliśmy tak blisko, jednak bałam się, że póki nie zasmakuje w moim pożądaniu, nie zdoła mnie pokochać. To wilkołak. Wilkołaki były jak zwierzęta. Posiadały inny system wartości. Znaczyły swoją partnerkę jako własność przy kopulacji. Wiedząc to wszystko, byłam niemal pewna, że wystarczy się mu oddać, aby sfinalizować lekcję.

 Został tydzień. Cholerne siedem dni. Musiałam działać.

– Zawsze dbałeś o swój tyłek – syknęłam, wiedząc, że muszę się zgodzić.

– Oczywiście – przyznał. – Musiałem. Do twoich urodzin pozostał tydzień. – Przypomniał mi to, o czym cały czas myślałam. – Skoro już tutaj jestem, może porozmawiamy o twoim losie, jeśli twoje przeczucie się nie sprawdzi?

Przewróciłam oczami. To była najmniej przyjemna rozmowa, jaką z nim kiedykolwiek przeprowadziłam. Kiedy się pojawił, wydawał się zatroskany, zmartwiony moim wezwaniem, chętny do pomocy, ale odkąd usłyszał o Ferrisie i chęci spędzenia z nim nocy… Zachowanie Valdriana zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie miałam wątpliwości, że był zazdrosny, a myśl o mnie w ramionach innego, budziła w nim paskudne uczucia.

Mój los, jeśli mi się nie uda? Byłam pewna, że dam radę. Kochałam Ferrisa. Wystarczyło, że on wreszcie pokochałby mnie. Mimo wszystko… niech Valdrian mówi, jeśli potrzebuje odreagować w ten sposób.

– Mów – poleciłam.

Nie zważał na mój ton.

– Przez chwilę zamieszkasz u mnie. Będziesz poznawać kolejnych kandydatów. Myślę, że do pół roku załatwimy twoje zawiązki.

– Nie mogę tu zostać lub zamieszkać gdzieś indziej? – wtrąciłam. – Muszę w twoim zamku?

– Chcę wszystkiego dopilnować.

Wzruszyłam ramionami.

– Jakoś to przeżyję. Aczkolwiek… – spojrzałam na niego hardo – po dzisiejszej nocy będziesz musiał oddać mi wszystko, co zabrałeś. – Skrzywił się nieładnie. Zazdrośnik. – Nie będę musiała mieszkać u ciebie.

– Skoro tak uważasz – rzekł. – Więc umowa stoi? – Wyraźnie chciał zakończyć nasze spotkanie. – Ty milczysz, a ja daruję ci ciepło?

Wyciągnął ku mnie rękę, gotową uścisnąć moją dłoń na znak zgody. Kochałam Ferrisa. Pragnęłam Ferrisa. Wierzyłam, że on czuje to samo, a ta noc tylko wyzwoli waszą więź. Nie zawahałam się, pieczętując umowę.

 Palący, nieprzyjemny gorąc przebiegł wzdłuż palców, śródręcza przez nadgarstek, przedramię i ramię, a stamtąd popłynął tętniczkami, tętnicami dalej, rozpływając się po całym moim ciele. Wreszcie… zaczęłam czuć.

*

Liczę na komentarze. Liczę na krytykę.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany