Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 1

local_library1 comment0 thumb_up0
Uszkodzona dusza 2: END OF THE BEGINNING - część 2

Coś już pewnie wspominałam o tym, że moje miasto jest dziwne, prawda? Tak, na pewno wspominałam, i to pewnie wielokrotnie, bo zwykle mam nawyk trucia o tym do przysłowiowego porzygu, obojętnie, czy ktoś ma ochotę, by o tym słuchać, ale cóż – powtarzam w razie czego jeszcze raz w razie, gdyby za pierwszym nie dotarło. Lub nie wywarło odpowiedniego wrażenia.

Tak więc: moje miasto jest dziwne. I to nie tylko dlatego, że swój status społeczny określa się w nim na podstawie ilości pasków na dresie, a zwrotem, jaki najczęściej słychać na ulicach, jest „e, a w mordę chcesz?”. Nie chodzi tylko o to, że to miejsce z rodzaju tych, w których diabeł mówi nie tylko „dobranoc”, ale też „dzień dobry”, „dobry wieczór” i „kierowniku, daj na pół litra”. Nie zadziwia szczególnie mocno także to, że o tej naprawdę dużej w gruncie rzeczy miejscowości słyszał mało kto w kraju, pomimo tego, że nawet na mapie od razu przykuwa wzrok, bo mieści się jakoś tak pośrodku. Biedne, no to nikt się nie interesował – zabytków maksymalnie na jeden dzień zwiedzania, brak znanych fabryk w okolicy, najbliższa uczelnia jakieś sto kilometrów dalej, więc to normalne, że raczej nikt nie zwraca na to cudo uwagi. Bo po co?

O nie. Nie chodzi tylko o to. A fakt, że niemal całe pozostaje we władaniu wywołującej duszności magii płynącej z nazbyt licznych magicznych anomalii też nie jest na tyle powszechnie znanym faktem, żeby rozpowiadać na prawo i lewo...

Mi chodzi o wygląd sam w sobie. Bo już on wręcz na każdym kroku sprawia, że ma się ochotę zatrzymać na moment i głębiej zastanowić, jak to jest, do cholery, możliwe.

Mamy duże stare miasto. Może i nie jakoś na tyle, by to zasłynęło na cały kraj, ale przyznam, że jest tam do zobaczenia naprawdę sporo. W dodatku w ostatnich latach rada miasta nareszcie wzięła się solidnie za swoje obowiązki i zaczęto tę zabytkową okolicę na potęgę odnawiać, dzięki czemu już na wszystkich główniejszych uliczkach jest przepięknie – kamienice o rzeźbionych elewacjach wyremontowano i pomalowano, posadzono kwiaty wszędzie, gdzie tylko się dało, ulice wyłożono elegancką kostką brukową, na samym rynku otworzono kilka restauracji i kawiarni... I to jest super sprawa, naprawdę. Tylko że ten śliczny raj nie zajmuje szczególnie imponującej powierzchni w stosunku do wielkości samego miasta jako takiego. Bo ogromną większość stanowią... bloki. Całe morza, oceany, dziesiątki tysięcy bloków z wielkiej płyty – monumentalnych wieżowców, na których widok łapie człowieka dziwny niepokój, ponurych punktowców i masowych ruin, którymi niegdyś to pobito słynny rekord oddanych w ciągu roku mieszkań – mamy tu wszystko, i to często w kształtach, które skłaniają do refleksji nad tym, co takiego architekt miał na myśli. Ciekawa w sumie jestem, jak okolica musiała wyglądać w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, skoro większość budynków jest właśnie z tego okresu – jeden wielki plac budowy. I ciekawa jestem, na kij postawiono tego aż tyle? Owszem, w tym samym czasie otwierano na obrzeżach sporą fabrykę (zamkniętą w dwadzieścia lat później), więc część da się jako tako podciągnąć pod konieczność skombinowania mieszkań dla pracowników, ale cała reszta? W tych czasach liczba tutejszej ludności oscylowała w okolicy cyfry, jaką można uznać za śmieszną, więc na kij im to było potrzebne? Myśleli, że nagle z całego kraju zjadą się miłośnicy okolicy, by wyposażyć się w klitkę z sypiącymi od nowości instalacjami i łazienką metrażem łamiącą wszelkie prawa człowieka?

Najciekawsze jest to, że faktycznie wszystkie mieszkanka błyskawicznie znalazły nabywców, ale do dziś nie wiem, jak to się stało. Kogo nie spytam, tylko się ze mnie śmieje, że po kiego diabła mi to wiedzieć, i szybko zmienia temat. Bardzo dojrzałe, nie powiem. Aż się chwilami zastanawiam, czy za tym po prostu nie kryje się jakiś gigantyczny spisek, o którym wtajemniczonym po prostu nie wolno mówić pod groźbą śmierci. Naprawdę dziwne myśli mi czasem przychodzą, gdy tak wszyscy unikają tematu. Klonowali tych ludzi? Sprowadzili tu siłą? Kurde, nie wiem.

No, ale nie o teoriach spiskowych tu miałam.

Jedno z osiedli na tle pozostałych dość mocno się wyróżnia...

Ech, to też beznadziejnie powiedziane, bo każde jedno jest na tyle oryginalne, że może równie dobrze posłużyć za atrakcję turystyczną, ale... Dobra, można zacząć i tak. Bo to wyróżnia się w odrobinę inny sposób i nawet na tle tego zadziwiającego architektonicznego motłochu stanowi coś na kształt neonowego znaku ostrzegawczego, który szczególnie przykuwa wzrok, jeśli zerknąć na zdjęcia satelitarne.

Tak, dobrze zrozumieliście, oglądałam zdjęcia satelitarne dziwnych blokowisk. Ale nie wnikajcie, proszę, kilka godzin bym musiała to tłumaczyć...

Zacznijmy jeszcze raz.

Jedno z osiedli na tle pozostałych dość mocno się wyróżnia. Właściwie to nawet ciężko nazwać je osiedlem, bo nie stanowi samo w sobie osobnego tworu – to pas kilkunastu dziesięciopiętrowych wieżowców stojących w równych, gigantycznych nawet jak na sowieckie standardy i mody odległościach, przedzielający niejako miasto na dwie niezbyt równe części.

No dobra, blokowisko jak blokowisko, co w nim niby takiego dziwnego? Brzmi zwyczajnie, zdarza się coś takiego spotkać, nie? Co w tym takiego intrygującego?

Cóż, podejrzewam, że gdy powiem, że wszystko, to któreś z was zechce mnie zamordować, ale tak właśnie brzmi najlepsza odpowiedź. Bo sama nie wiem, od którego faktu powinnam zacząć. Samo istnienie czegoś takiego jest intrygujące.

Bo te wieżowce według wszelkich praw fizyki i architektury nie powinny jeszcze stać. Ba! Nikt nie powinien czegoś takiego postawić, żeby przypadkiem nie zawaliło się wszystkim na łby jeszcze przed oddaniem do użytku.

Dziesięć pięter. I jedynie dwie kawalerki na każdym. Wiecie, jak to wygląda? Jak cholerny niebosiężny patyk, który przewróci najlżejszy podmuch wiatru. Strach przechodzić w pobliżu, a co dopiero znaleźć się na samej górze – według tego, co mówił mój tata, który jest architektem, coś takiego powinno się zwyczajnie bujać na wietrze, żeby się nie przewróciło. Ja pierdzielę. Mój lęk wysokości leży, kwiczy i bulgocze w błotku, gdy choćby o tym pomyślę. Jakby tego było mało, o te budynki już radzie miasta dbać się nie chce, więc są szare, odrapane i jakieś takie... syfne. Odstraszające. Po prostu spojrzysz na to i już wiesz, że mieszkania wewnątrz należeć do normalnych ludzi nie mogą. Bo w takim otoczeniu coś, co nie jest meliną, nie ma prawa po prostu funkcjonować.

W sumie kiedyś próbowałam podpytać tatę, kto odważył się zbudować to coś. Pech chciał, że trafiłam akurat na gorszy moment, otrzymałam więc odpowiedź, jakoby wznieśli je chińscy uchodźcy. Nie pytałam więcej.

Brzmi niewiarygodnie, prawda? Ale to jest moje miasto. Kto by się tam przejmował wiarygodnością czegokolwiek... Stoi? Stoi. Więc co się czepiać? Jeszcze się nie zawaliło, będziemy się martwić dopiero gdy to zrobi. Skupmy się na starówce, ładna jest przynajmniej, bo od tego to oczy ropieją, jeśli dłużej patrzeć.

Logiczne myślenie w tej okolicy traktuje się jak poważną, zakaźną chorobę, więc nigdy nie było szczególnie poważane.

A może to też magiczna anomalia? W ostatnim czasie poważnie tracę rachubę, co jest prawdziwe, a co jedynie się takim wydaje... Mój dziadek zwykł wspominać, że całe miasto jak dla niego jest magiczną anomalią, ale nigdy nie chciało mi się w to wierzyć. Jednak gdy tak na to patrzę...

E, nieważne.

Ważne, że gdy moim kochanym wilczym przyjaciołom kolejny raz włączyła się miłość do wszystkiego, co opuszczone, ten jeden raz zdecydowanie chętniej poradziłabym się mamy w kwestii wiązania kaftanów bezpieczeństwa, zamiast jak zwykle ochoczo lecieć za nimi. Nie. Po prostu nie i koniec.

– Quills, przyjacielu mój ty kochany, zechciałbyś mi powiedzieć łaskawie, czy ty masz jakąś cholerną zupę zamiast mózgu? – skamlałam, ledwo wlokąc się za grupą. Po całonocnym wilczym spotkaniu nie nadawałam się kompletnie do niczego, a gdy jeszcze przedstawili mi taki pomysł...

– Zupa jest za fajna – burknął wlokący się obok mnie Seth. Szczeniak nastawienie do życia wyjątkowo miał identyczne jak ja. Na szczęście nic więcej nas nie łączyło, bo chyba bym się do reszty załamała...

Alfa pewnie doskonale słyszał naszą rozmowę, ale dzielnie udawał, że go nie obchodzi. Szacuneczek, ja już dawno sprawiłabym, że mówiący o mnie w ten sposób miałby odciśniętą na twarzy podeszwę mojego buta.

Znajdowaliśmy się właśnie na środku zielonego, pustego terenu. Miejsce, choć w cieplejsze dni nadawało się do tego idealnie, nigdy niestety nie służyło za piknikową trawkę dla zarąbistych młodych małżeństw z równie zarąbistymi małymi dziećmi. Z jednej strony to dobrze, bo można było kręcić się po nim bez przeszkód i mieć gwarancję, że mimo wszystko nie dostanie się nagle piłką przez łeb, ale z drugiej jakoś zawsze było mi go szkoda, bo jest tu całkiem ładnie i z pewnością dałoby się zrobić z okolicy przyjemny skwer... Pofałdowany rozległy trawnik nieszczęśliwie umiejscowiony jest dość pechowo i służy jedynie za miejsce, które mija się czym prędzej biegnącym samym środkiem chodnikiem, bo...

Ech, po kolei. Mieliśmy z tego miejsca doskonały widok na trzy z tych zarąbistych wieżowców. Z całego biegnącego przez miasto pasa dwa z budynków mocno się wyróżniają. Jeden dlatego, że wpadł niedawno w prywatne łapy jakiegoś odważnego (lub zwyczajnie głupiego) inwestora, który pomalował go elegancko, nieco przebudował w środku i ogrodził, by do wnętrza mogli dostać się tylko wybrani, a drugi... bo jest tak jakby opuszczony. Całkiem, niezaprzeczalnie i na amen, jak to mówią.

I oczywiście to on musi być celem tego białego psychopaty Quillsa.

– No powiedz ty mi chociaż, na kij chcesz się tam pchać! – smęciłam w najlepsze, niemal uwieszając się albinosowi na ramieniu. Bynajmniej nie dlatego, że chciałam go przytulić z tej ogromnej miłości panującej między nami, tylko tak zwyczajnie było najcieplej... Niby już końcówka kwietnia, a moja zniszczona skórzana kurteczka, którą zakładam na tak zwany urbex, okazała się nikczemnie cienka i niewystarczająca w starciu z lodowatym, pachnącym mrozem wiatrem. A pomyśleć, że dopiero co przez magiczną zawieruchę było prawie dwadzieścia stopni w listopadzie...

– Taki mam kaprys – wycedził mój ulubiony kolega, gdy już przekonał się, że mnie od siebie nie odklei. A próbował, zwłaszcza gdy Jared zaczął mu zgrzytać zębami nad karkiem.

– Ach, to skoro to tylko kaprys, to może byśmy posiedzieli gdzieś, gdzie jest ciepło, zamiast tłuc się po jakichś ruinach? – Słodko zatrzepotałam rzęsami, choć istniało ryzyko, że rozmażę sobie przez to tusz jak marzenie. Moje oczy nigdy nie brały pod uwagę tego, że normalni ludzie z jakiegoś powodu nie płaczą na najlżejszym wiaterku, i łzawiły na całego. Pół paczki chusteczek już zużyłam, jak babcię kocham.

– Wiesz, nikt cię tu nie trzyma. Możemy iść zwiedzać sami, a ciebie wyśle się na kawkę i ciastko. Odbierzemy cię po akcji i odprowadzimy do domeczku, żeby braciszek się nie martwił za bardzo. – Spojrzał na mnie z pełnym okrucieństwem ponad szkłami okularów przeciwsłonecznych.

Zastanowiłam się, czy w dobrym guście byłoby, gdybym przemieniła się w wilka i odgryzła mu nos, ale zbyt mocno obawiałam się, że mogłabym tego nie przeżyć, a szkoda w końcu, by przyszłe pokolenia traciły taki geniusz, o którym mogłyby się uczyć.

Nauka skromności: lekcja pierwsza.

E, chrzanić skromność. Lubię znać swoją wartość. Zwłaszcza że w tych czasach i przy modnym akurat ilorazie inteligencji zostać geniuszem nie jest szczególnie trudno...

– Mógłbyś się przynajmniej od mojego braciszka odstosunkować – zasugerowałam uprzejmie, gdy przełknęłam wszystkie mordercze scenariusze.

– Właśnie, przecież to taki sympatyczny chłopak. Ja nie wiem, czego ty od niego chcesz, Quills – parsknął Embry z przesadną słodyczą w głosie. – Nie to, żeby parę miesięcy temu zechciał mnie wypatroszyć tym swoim scyzorykiem...

– To jest nóż kukri, ignorancie – zaznaczyłam. – I chyba już rozmawialiśmy o tym, że to było drobne nieporozumienie.

– Drobne...? – Tak się zapowietrzył, że na przynajmniej parę minut miałam go z głowy, mogłam więc ponownie przenieść wzrok na Quillsa.

– Ej, mówiłam serio, no... Zimno mi jest. Chodźmy gdzieś chociaż na chwilę. Skoro i tak najpierw chcecie się zastanowić, jak tam wleźć, to przynajmniej zróbmy to w cieple, błagam...

– Zaraz, to my tam mamy wchodzić? – Seth wyglądał jak szop pracz z atakiem serca.

– Ogólnie taki właśnie był plan. Rozmawiamy o nim od wczoraj. – Jared przewrócił oczami.

– O nie, nawet nie ma takiej opcji! – Kurduplowaty metalowiec odskoczył od grupy, jakby nagle zaczęła parzyć. – Końmi mnie tam nie zaciągnięcie...!

– Ciebie też nikt nie trzyma! – wydarł się na niego Collin. A głos ma na tyle solidny, że aż wszyscy ludzie z okolicy się na nas obejrzeli. A było ich całkiem sporo.

Szczeniak zamilkł z dziwnym wyrazem twarzy, nadal jednak stał w takiej odległości od nas, by mieć szansę zwiać, jeśli zebrałoby mu się na ucieczkę.

– Dobra, chłopaki, wracając... to jest mi zimno – wtrąciłam nieśmiało, aczkolwiek niemal równie głośno.

– Kurde, dlaczego tobie jest zawsze zimno? – zdenerwował się Brady.

– Bo nie mam takiej warstwy tłuszczu jak ty, żeby mnie izolowała – palnęłam, zanim się na dobre nad tym zastanowiłam. – Jacob, kochany mój kumplu, ty nie mieszkasz przypadkiem niedaleko? Może byśmy do ciebie wstąpili na kawkę, co?

– Yyyy... Tak. – W sumie ciężko stwierdzić, czy to miało posłużyć za zgodę, bo Jacob ma to do siebie, że rzadko mówi cokolwiek innego. Może tylko jako wilk pomyśli czasem logiczniej, ale gdy jest w ludzkim ciele, to raczej nie ma na co liczyć.

– Jezu, dobra, no niech ci będzie – jęknął wreszcie Quills. – Chodźmy na tę cholerną kawę.

Starając się ukryć, jak bardzo dumna z siebie byłam, ruszyłam wraz z kolegami w stronę pobliskich wieżowców.

Jacob ma to szczęście (tudzież nieszczęście, zależy od której strony patrzeć), że mieszka w bezpośrednim sąsiedztwie jednego z dziwacznych wieżowców. Jego własny blok za to szczególnie ciekawy nie jest – ot zwyczajny, szary, czternastopiętrowy budynek z tysiącem niewielkich mieszkań, jakich całkiem sporo w okolicy. Jedyne, co go wyróżnia, to właśnie wysokość – w mieście wyższych już budynków nie ma. Ja sama nie chciałabym mieszkać w czymś takim – za bardzo denerwowałoby mnie to, jak wiele ludzi jeszcze znajduje się wokół – ale musiałam przyznać, że w środku dramatu raczej nie było. Budynek jest po prostu zwyczajny. Zero menelstwa (a w każdym razie nie więcej niż wszędzie indziej), w miarę spokojni sąsiedzi, okolica taka sobie. Jak powiesz „mieszkanie w wieżowcu”, to prawdopodobnie coś podobnego miałbyś przed oczami.

Oczywiście ja musiałam z kapcia wtarabanić się na to czternaste piętro, gdy odmówiłam skorzystania z windy. Mądra ja. O mało mnie to nie zabiło...

Mieszkanie Jacoba od zawsze mnie przerażało, choć nie umiem powiedzieć dlaczego. Nigdy nie widziałam żadnego sensownego powodu, żeby miało się tak dziać, a wręcz przeciwnie – gdy wracałam do niego w myślach, zawsze wydawało mi się wręcz przytulne, ale gdy już znalazłam się w nim na żywo, nie opuszczał mnie jakiś dziwny niepokój. Cały czas miałam wrażenie, że jestem oceniana, że po prostu nie jestem tu chciana. I to nawet gdy nikogo oprócz nas nie było. Jacob nigdy nie był do mnie wrogo nastawiony (chyba że by liczyć ten okres, gdy mnie nie lubił, jak reszta stada), a tu takie dziwne odczucia włączają mi się za każdym razem. Powodów doszukiwałam się nawet w wystroju wnętrz – bo czasem tak mam, że gdy jakieś pomieszczenie bardzo mi się nie podoba, mam opory, żeby się w nim rozluźnić – ale tutaj przecież dramatu nie ma. Może nie jest pięknie jak z gazetki, ale po prostu... zwyczajnie. Ściany koloru brzoskwiniowego, dość tanie meble w drewnopodobnej okleinie, w salonie coś na kształt meblościanki, skórzana kanapa i dwa fotele... Po prostu zwyczajne mieszkanie kogoś, komu nie zależy na tym, by wyglądało Bóg wie jak. Całkiem tam jest sympatycznie wbrew pozorom. Ale może to moje wrażenie bierze się z tego, jak daleko mam do ziemi, bo ilekroć podejdę do okna, robi mi się lekko niedobrze. Nigdy nie miałam lęku wysokości w pomieszczeniach, na balkonach też odpuszczał, jeśli złapałam się barierki, ale tutaj jakoś zawsze kręciło mi się w głowie.

– Twoi rodzice są w domu? – zagaiłam nieśmiało, gdy już otworzył mi drzwi. Wszyscy przecież windą dostali się na właściwie piętro znacznie szybciej, niż ja, więc zdążyli wleźć do środka.

– Nie ma – odpowiedział po prostu, wpuszczając mnie do przedpokoju. Jakoś dziwnie mnie zawiodło, że nie odpowiedział „yyy... tak”.

Chociaż to dobrze, że jego tatuśka nie ma w domu. Facet jest ździebko przerażający – wielki, mrukliwy i ewidentnie w dziewiątym miesiącu ciąży.

– O, to skoro nie ma, to może byśmy sobie „Trudne sprawy” pooglądali, zamiast łazić po dworze? – pospieszyłam z propozycją. Przy tatuśku by się nie dało, bo jeszcze nigdy nie widziałam go gdzieś indziej, niż przy telewizorze.

– Możemy cię tu zostawić z Sethem, to sobie pooglądasz. – Embry uśmiechnął się złośliwie.

– Pójdę z wami choćby po to, żeby ci na złość zrobić, chamie prosty – warknęłam pod nosem i przeniosłam się do kuchni, gdzie gospodarz już szukał po szafkach kubków i kawy. Zawsze strasznie mnie to śmieszyło, że po swoim własnym mieszkaniu poruszał się tak, jakby nie wiedział, co gdzie leży. Taki typowy facet z tych nieśmiesznych dowcipów...

Bez słowa otworzyłam jedną z szuflad, wyjęłam paczkę z kawą i wcisnęłam mu w dłonie. Nie, nie wiem, jak mu się nie udało tego zapamiętać, skoro ja zrobiłam to już za pierwszym razem, no ale niech mu będzie...

Kurde, a to mi mama zarzucała Alzheimera.

Wszyscy automatycznie rozeszli się po w gruncie rzeczy niewielkim mieszkaniu, każdy znalazł sobie jakiś kąt, cała grupa podzieliła się na kilka mniejszych, tematy rozmów zboczyły naturalnie w strony niezwiązane z akcją. Upatrywałam w tym niejako szansy na to, by cały temat naturalnie rozszedł się po kościach, lecz, jak się okazało, nie miałam na co liczyć – gdy tylko każdy został przez gospodarza wyposażony w kubek aromatycznego napoju, Quills wybył na balkon, nie przejmując się nieludzką temperaturą na zewnątrz. Nie mogąc wytrzymać świadomości, że właśnie będą knuli coś za moimi plecami, poleciałam szybko za nimi, przeklinając swoją ciekawość. Zdecydowanie zdrowsza bym była, gdybym sobie raz na jakiś czas odpuściła.

Albinos i Embry oparli się o barierkę, zaczęli knuć coś przyciszonymi głosami. Pokręciłam głową z politowaniem nad ich tajemniczością i skupiłam się na mieszaniu kawy srebrną łyżeczką. Rozejrzałam się, czekając, aż zechcą powiedzieć coś konkretniejszego.

Praktycznie pod balkonem tego mieszkania znajduje się drugi z wyróżniających dziwnych wieżowców. Wygląda całkiem śmiesznie – stoi idealnie pośrodku kwadratu monumentalnych wielopiętrowców, malutki i jakby zagubiony, jak jeden ze sprzętów z placów zabaw, które na normalnych osiedlach tworzy się w podobnych miejscach. Jest pomalowany na żółto-brązowo w taki sposób, by wyglądał na coś zabytkowego – z łukami nad oknami i całą resztą – lecz zamysły architekta okazały się znacznie odbiegać od rzeczywistego efektu, co bije po oczach już z daleka. I straszy. Rany, kolory to ma takie, że aż kawa mi przestała automatycznie smakować. Niby wrażenie tworzy to takie, jakby był nieco nowszy od całej reszty, a z pewnością bardziej zadbany, ale nie wiem, jak ma to się do tego, jak jest w środku.

– No i? Jakieś pomysły? – spytał w pewnym momencie Quills, zerkając na mnie znad ramienia swojego Bety.

– Odnośnie czego? – Z wręcz ociekającym wdzięcznością i uwielbieniem uśmiechem przyjęłam od Jacoba miseczkę z wafelkami w czekoladzie. Życie nagle stało się jakieś takie bardziej kolorowe.

– Musimy jakoś tam wejść.

Czekałam na ciąg dalszy, ale okazało się, że to był już koniec obszernych wyjaśnień.

– Hm... Właściwie to mam jeden – oznajmiłam po krótkiej chwili, podczas której udałam głęboki namysł.

– O? Kontynuuj. – Paul, który pojawił się nagle na horyzoncie, choć nikt go nie zapraszał, uniósł ciekawie brwi, aż podeszły mu pod miejsce, w którym normalny człowiek miał coś takiego, jak linia włosów.

 W sumie nie przypuszczałam, że zna takie słowa jak „kontynuuj”, a tym bardziej potrafi je poprawnie wymówić, ale uprzejmie zmilczałam.

– Tak sobie pomyślałam, że może po prostu... wejdziemy tam głównym wejściem? – Uśmiechnęłam się słodko.

Przez moment byłam pewna, że Quills chluśnie mi swoją kawą w twarz. Dłoń zaciśnięta na kubku zadrżała mu cokolwiek podejrzanie, ale jakimś niewyjaśnionym wysiłkiem woli zdołał się powstrzymać.

– No, to już wszyscy wiemy... – Zgrzytnął zębami tak głośno, że chyba nawet w pokoju to słyszeli.

– To niby jakich pomysłów od nas oczekujesz? – Bezradnie rozłożyłam ramiona, prawie upuszczając wafelki. – Tu nie potrzeba żadnych finezyjnych planów, budynek jest opuszczony, nikt go, kurde, nie pilnuje.

Tym razem pewnie rozważył szybko, ile siedziałby za wywalenie mnie przez barierkę, bo wzrok uciekł mu na moment w kierunku odległej ziemi.

– Chodzi mi o to, że jest środek dnia – wytłumaczył cierpliwie. – A w pobliżu łazi sporo ludzi. Wszyscy będą się gapić, jeśli nagle zaczniemy się tam kręcić.

– Na to już przecież nic nie poradzimy. Możemy tylko albo poczekać do wieczora, albo to olać i zachowywać się tak, jakbyśmy nie robili niczego dziwnego. – Wzruszyłam ramionami. – Czapki niewidki w parę minut ci nie skombinuję.

– A mogłabyś? – Paul zaniósł się dresiarskim rechotem.

A ja ciepnęłam w niego błyskawicznie ściągniętym rozwiązanym glanem.

– Kurwa! – wydarł się, zachwiał, wpadł na uchylone drzwi balkonowe i wrąbał się z nimi do środka, lądując w puchatym dywaniku na podłodze. – Pojebało cię, laska?!

– Podaj mi buta – zaordynowałam, wyciągając rękę w ponaglającym geście. – Nie będę na boso chodzić.

Cała reszta ledwo pozbierała się ze śmiechu, co stropiło dresiarza na tyle, że posłusznie mi tego buta podał i zniknął gdzieś w łazience, klnąc pod nosem.

– To co, ruszamy? – spytałam słodko, gdy już skończyłam wiązanie sznurówek. – Może pójdziemy jednak na jakieś ciasto, zamiast łazić po ruinach, co wy na to?

– Idziemy zwiedzać – oznajmił stanowczo Quills. – Zbierajcie się, późno się robi, a warto tam iść jeszcze za widoku.

– Kurde, nie, ty naprawdę zamierzasz tam leźć? – zaskamlałam, niechętnie rozstając się z niedojedzonymi wafelkami.

– A co, cały czas miałaś nadzieję, że żartuję? – Śmiał się perfidnie.

– Nie. Miałam nadzieję, że jednak nie jesteś tak głupi, na jakiego wyglądasz – burknęłam pod nosem. Na szczęście nie usłyszał.

No i poszliśmy. Choć narzekałam, przeklinałam, smęciłam i snułam czarne scenariusze, aż sama w pewnym momencie miałam siebie dosyć, zebraliśmy się i ponownie ruszyliśmy w stronę opuszczonego wieżowca.

Okej, przyznaję, pewnie z boku musi wyglądać to nieco dziwnie. Tak jest, zawsze to mnie pierwszą ciągnęło do tego typu miejsc. To ja zawsze chciałam je odkrywać, to ja chciałam łowić czającą się w ich kątach historię, to ja chciałam móc pogrążać się w ich atmosferze na długie godziny i wyobrażać sobie, jak wyglądały, gdy jeszcze tętniły życiem. To ja kocham wszystko, co opuszczone... ale kocham też własne życie. A wieżowiec jest w stanie, który spokojnie można określić mianem rozpaczliwego. Chętnie bym po nim połaziła, gdybym nie miała aż tak silnego wrażenia, że w trakcie równie dobrze mogę pożegnać się z życiem. Bycie półdemonem nie gwarantowało mi jakiejś szczególnej wytrzymałości na obrażenia, więc gdybym spierdzieliła się z dziesiątego piętra, to wiele by ze mnie nie zostało. Dokładnie tyle samo, jak z każdego innego. Więc nie, nie chciałam tam włazić. Za nic. Ale jak zwykle nie zniosłabym świadomości, że wszyscy bawiliby się tam świetnie beze mnie...

Gdy ponownie znaleźliśmy się na miejscu, a Embry skupił się na sprawdzaniu, czy aby na pewno wszyscy zaopatrzyli się w niezbędny sprzęt, jeszcze raz spojrzałam na górujący nad nami budynek. Chudy patyczak z tej perspektywy zdawał się dziwnie bujać na tle lekko zachmurzonego nieba. Szare ściany, z których tynk odłaził całymi płatami jak wilgotna tapeta, miejscami znaczyło kilka pęknięć, a luksfery, którymi wyłożono ściany klatki schodowej, przestawały być kompletne koło piątego piętra. Ściany niższych pięter zdobiło kilka wykonanych sprejem napisów zachwalających i obrażających znane kluby sportowe. Zazdrościłam nieco ich twórcom odwagi – ja za żadne pieniądze nie wychyliłabym się z okna na tyle, by je wykonać...

Nieco mnie pocieszyło, że ktoś tam przed nami był, a nigdzie nie było widać śladów, by skończył tę wizytę tragicznie.

Mi niby już w tych kwestiach ufali, lecz Embry i tak w razie czego obejrzał moją latarkę, wojskowe rękawiczki i nakolanniki, które załatwiłam sobie po tym, jak już na całego się przekonałam, że nie ma co liczyć na to, że Pech się w trakcie wycieczek magicznie odwali. Kurde, nawet wojskowy hełm miałam. Poważnie bałam się tej wycieczki...

Poszliśmy przez trawnik do ogrodzenia z metalowych płyt, wcisnęliśmy się na zawalony gruzem teren przez niepilnowaną szczelinę, podeszliśmy do drzwi klatki schodowej, całkiem niedawno zabitych deskami. Embry poradził sobie błyskawicznie wyczarowanym nie wiadomo skąd łomem; minęliśmy szczątki i weszliśmy do środka. Jacob oczywiście po drodze zebrał kilka gwoździ na pamiątkę, choć wszyscy jak jeden mąż oglądali się na niego jak na idiotę. Po tylu latach jeszcze się nie nauczyli, że on zawsze tak robi...

Schody okazały się dość szerokie, wygodne, z drobnymi stopniami, na których dość ciężko było się potknąć nawet pod czujnym wzrokiem mojego Pecha. Przebijające się przez brudne luksfery światło barwiło wszystko na zielonkawo, ale było go zbyt mało, by mogło dosięgnąć znajdujących się naprzeciwko wejścia stopni prowadzących do piwnicy. Zapaliłam latarkę, skierowałam jasny promień w tamtą stronę. Wybebeszone drzwi z pomalowanej na biało sklejki leżały pod przeciwną ścianą, a pozostały po nich otwór zapraszał cuchnącą wilgocią ciemnością do kryjących się niżej tajemnic...

– Idziemy na dół? – spytałam jednocześnie ze strachem i nadzieją w głosie. Bałam się sama to zaproponować, ale coś mnie tam ciągnęło...

– Pójdę przodem – wykazał się Embry. Zanurzył się w mroku, zszedł kilka stopni, uważnie omiatając latarką ściany, zatrzymał się jakoś w połowie. – Całkiem zalana – zaraportował.

– Jak to? Przecież już długo nie padało. – Tak jest, Leah nie potrafi tak po prostu zaakceptować faktu, tylko musi wiedzieć wszystko. Zaraz poleciałam za chłopakiem, niemal włażąc mu w plecy. Czarna tafla wody wyłaniała się z mroku nadzwyczaj zachęcająco. – Chyba nie jest jakoś bardzo głęboko.

– Chcesz tam wchodzić? – Obejrzał się na mnie z wahaniem. – Nie wiem, czy to...

– Chcę, ale sama nie pójdę – zapowiedziałam. – Ciekawa jestem, skąd ta woda. Do rzeki tu daleko, jakoś na wzniesieniu jesteśmy. Nie miała jak się tu pojawić przecież.

– Jezu, a po co chcesz to wiedzieć? – jęczał gdzieś na górze Paul. – Woda jak woda, no.

– Jesteś zbyt ograniczony umysłowo, żeby zrozumieć takie subtelności, więc powstrzymam się od tłumaczenia ci tego – krzyknęłam za nim. – Idzie ktoś ze mną?

– Ja pójdę – wyrwali się Quills i Jared jednocześnie.

– A oprócz...? – Kurde, zarąbiście, przecież oni się tam pozabijają...

– Niech wam będzie. Na rozdzielanie ich podczas kolejnej sceny zazdrości mam równie wielką ochotę, jak ty – burknął Embry na tyle cicho, bym tylko ja usłyszała drugą część wypowiedzi.

Woda okazała się sięgać nieco powyżej kostek, z czym na szczęście wojskowe glany jakoś sobie poradziły. Rozglądaliśmy się dłuższą chwilę, wręcz przesadnie ostrożni, lecz nie zobaczyliśmy wiele – obejrzeliśmy kilka pustych komórek i natrafiliśmy na problem w postaci zawału. Podłoga jednego z mieszkań na parterze zarwała się częściowo, przegradzając nam drogę. Gruzowisko nie było może szczególnie duże, ale łącznie ze wszystkim wokół – czyli na przykład licznymi pęknięciami ścian, w których mieściły mi się nawet dwa palce – zniechęcało do ruszania go. Woleliśmy się wrócić.

A ja znowu zaczęłam panikować.

– Nie no, chyba nie wejdziemy wyżej – histeryzowałam. – Widzieliście te pęknięcia? To wszystko może się zawalić w cholerę w każdej chwili. Pewnie dlatego ten blok opuścili, wiecie? Jak fundament pęka, to stwarza to zagrożenie dla całej konstrukcji – trułam dla samego tego, by uniknąć ciszy, podczas której mogłabym wprowadzić się w indywidualny atak paniki. – Wywalili stąd ludzi, bo było ryzyko, że to runie, no. A teraz jest jeszcze większe. Nie wchodźmy tam...

– A ty przypadkiem nie mogłabyś zrobić jakiegoś tam czary-mary, żeby to się lepiej trzymało? – Paula widocznie poprzednim razem zbyt mało zabolało, bo jeszcze miał siłę się czepiać.

– Nie umiem żadnego czary-mary – warknęłam.

– Łeee, to co z ciebie za półdemon, jak nie umiesz...

– Mniej więcej taki, jak z ciebie intelektualista – uświadomiłam go z pełnym okrucieństwem. – Quills, słyszałeś? Lepiej tam nie wchodźmy...

– Wejdźmy przynajmniej na parter, dalej zobaczymy, jak to wygląda – zaordynował albinos i błyskawicznie pokonał schody.

Szlag. Cholerni samobójcy...

Wlazłam ostrożnie za nimi, wciąż rozglądając się wokół. Postanowiłam, że jeśli zobaczę choć jedno najmniejsze pęknięcie na ścianie, pójdę sobie stąd w diabły...

Ta, pozostawało mieć nadzieję, że zdążę to zrobić.

Jedno z mieszkań na parterze sobie odpuściliśmy – to w nim zarwała się podłoga – ale i tak wcisnęliśmy się do drugiego. Nieco mnie zdziwiło, bo zdecydowanie nie tak je sobie wyobrażałam. Było malutkie – jeden pokój z dość sporymi oknami, kuchnia bez okien, wyglądająca na taką, którą utworzono sztucznie z ubogiego aneksu, stawiając cienką ściankę działową; łazienka z wanną i potłuczonym kiblem... Było nawet ciekawie, bo w środku zostało całkiem sporo mebli, którym chętnie bliżej się przyjrzałam, ale i tak pojawiło się kolejne mrowie pytań... i chęć wciśnięcia się jeszcze wyżej. Bo jak musi wyglądać drugie mieszkanie, skoro to jest takie maleńkie? I na jaką cholerę klatka schodowa jest tak przestrzenna, skoro można było z czystym sumieniem uciąć jej kawałek i przerobić na dodatkowe metry w pomieszczeniach?

Zdecydowanie jestem zbyt ciekawska. I chyba nie mam instynktu samozachowawczego. Chyba już zaczynałam też rozumieć, dlaczego Ladon dostawał drgawek za każdym razem, gdy wychodziłam z domu w miejsce inne niż szkoła.

Na parterze ściany nie popękały, więc wleźliśmy na to pierwsze piętro. Tam już można było obejrzeć oba mieszkania... lecz pytań pozostało tak samo wiele. Bo to drugie w sumie nie było wiele większe od pierwszego. Owszem, jakieś sympatyczniejsze – pokój był duży, łączony z kuchnią, uformowany na kształt litery L, z oknami na trzech ścianach, co sprawiało, że spokojnie można było podzielić go na dwa, i to całkiem spore – ale nadal mnie zastanawiało... jak można coś takiego wybudować? Dlaczego piętra są tak małe? Nikt nie wpadł na to, że coś takiego może się zawalić? Skąd taki pomysł się w ogóle wziął?

Podczas gdy wszyscy zgromadzili się pośrodku i zajęli robieniem zdjęć, ja zrobiłam dokładniejszy obchód lokalu. Zajrzałam do krzywo sterczącej ze ściany rury od zlewozmywaka, poprzeklinałam, że akurat tutaj nie ostały się żadne meble, zerknęłam do łazienki, skrzywiłam się na widok kafelków w kolorze ciepłej sraczki. Nie, ja nie wiem, dlaczego ludzie wybierali akurat takie. Ja wiem, że w tych czasach ciężko było przebierać w takich produktach, ale chyba dawali je co jakiś czas w innych kolorach?

– Ej, a wiecie, co ja bym chciał teraz zrobić? – odezwał się w pewnym momencie Collin.

Wszyscy obejrzeli się na niego z ciekawością w oczach. Milczał chwilę dla zbudowania większego napięcia i...

– Nasikać – oznajmił z dumą. – Tutaj. Tak dla głupiej satysfakcji.

Wszyscy ryknęli śmiechem.

– Żałosne – parsknęłam. – A jakieś nieco ciekawsze spostrzeżenia macie?

– Czego od nas oczekujesz? Z dziewięcioma facetami się szlajasz. – Embry mało delikatnie poklepał mnie po plecach.

– Z tego, co wiem, bycie facetem nie oznacza robienia wsi, gdziekolwiek się nie obróci – przypomniałam. – Idziemy dalej? Czy naprawdę chcecie tu...?

– Jezu, ja tylko żartowałem! – zbulwersował się Collin. – Aż tak głupi nie jestem...

– Serio? Nawet bym się po tobie spodziewała – zgasiłam go szybko.

Obraził się. No jak słowo daję – strzelił typowego babskiego focha, zrobił płaczliwą minkę i ruszył przodem. Poważnie miałam nadzieję, że teraz też tylko żartował, bo chyba bym do niego już cały szacunek straciła...

Jak się okazało – piętro wyżej czekało na nas wręcz przepiękne pęknięcie w ścianie nośnej. Niemal dostałam zawału, gdy je zauważyłam. Wydusiłam coś tylko płaczliwym głosem, cofnęłam się bezmyślnie, prawie zrzucając Jareda ze schodów, wydukałam żałośnie:

– Wiecie co? Ja chyba poczekam na was na zewnątrz, jakoś tak... duszno mi się zrobiło.

– Nie idziemy dalej – westchnął Quills. – Trochę strach. Skoro Leah mówi, że nie zrobi czary-mary i nie poskłada nas w razie czego do kupy...

– O takie bajery to byś musiał mojego braciszka poprosić, a podejrzewam, że nie masz ochoty – przypomniałam. – To co, kawa i ciastko? Może tym razem...?

– Tak. W sumie tak. – Embry pokiwał głową.

No i tak mijają wiosenne popołudnia zgrai wilkopodobnych psychopatów. Gdyby tylko rodzice wiedzieli...

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany