Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 1

local_library2 comment0 thumb_up0
Nie ufaj demonowi - część 3

Przyznam szybko, bez bólu, bez bicia i bez zbędnego owijania w bawełnę: jedną z moich największych pasji jest spanie.

Ludzie są różni. Jedni lubią bezmyślnie gapić się w telewizor całymi dniami. Inni poświęcają się uprawianiu sportu, studiom, rodzinie, znajomym. Są też tacy, którzy pochwalić mogą się zainteresowaniami ciekawszymi, wykraczającymi poza szeroko pojętą normalność, choć stanowią zdecydowaną mniejszość w wielobarwnym, głośnym i przerażająco nijakim motłochu. A ja...

A ja mogę spać w każdych warunkach. Obojętnie, czy jestem wyspana, czy nie – jeśli ktoś pokaże mi palcem łóżko i powie „masz, śpij, to rozkaz”, ja po prostu podziękuję mu na kolanach. I to z płaczem szczęścia i obiecywaniem wszystkich wspaniałości, jakie tylko można sobie wyobrazić.

Uwielbiam spać, choć tak cholernie jednocześnie boję zbyt realistycznych snów, które męczą mnie każdej nocy...

Rozbudzić się z czegoś, co jest równie doskonałe i namacalne, jak rzeczywistość, nie jest wcale najprościej. Przez lata wypracowałam kilka sposobów, które pozwoliłyby mi oprzytomnieć nieco szybciej, bym nie musiała notorycznie wszędzie się spóźniać, ale każdego ranka mam ochotę zamordować siebie samą za tą innowacyjność. Budzika nie muszę wcale mieć nastawionego głośno, bo wbrew pozorom sen mam dość czujny. No ale nie mogę mieć go w zasięgu ręki, bo inaczej bym po prostu wyłączała melodyjkę na wpółprzytomnie i przewracała się na drugi bok.

No więc ranek – jak większość jemu podobnych – rozpoczęłam torem przeszkód. Czasem poważnie się zastanawiam, czy moje życie nie zamienia się przypadkiem w wyjątkowo czarną komedię...

Gdy tylko rozległa się przesadnie radosna muzyczka, ja zamieniłam się w zombie.

Zajęczałam, wygrzebałam się z pościeli, gdy już przypomniałam sobie, jak zmuszało się ciało do ruchu. Usiadłam na chwilę, próbując okiełznać zawroty głowy, następnie wstałam, ostrożnie wyminęłam zasieki z ustawionych stertami książek, odsunęłam od biurka krzesło, odsłoniłam firankę, niemal włażąc na drewniany blat, i wreszcie złapałam dzwoniący telefon. Dzięki temu gdy już wyłączyłam melodyjkę, byłam przytomna na tyle, by spróbować sobie przypomnieć, kim jestem i czego się ode mnie chce.

– Kurna – zaskamlałam jak zwykle na widok godziny czwartej dwadzieścia na wyświetlaczu. Tyle czasu, a mnie nadal boli tak samo... – Nazywasz się Lea. Masz dwadzieścia dwa lata i właśnie idziesz zapierdzielać. I sama to sobie zrobiłaś, jeśli chcesz wiedzieć. Brawo, Lea. Ty to umiesz sobie dogodzić. Było posłuchać mamusi, która chciała cię utrzymywać, było zachować się jak wszyscy ludzie w twoim wieku i zająć dokształcaniem na własną rękę, gdy szkołę zamknęli w cholerę, ale nie! Toż ty chciałaś być dojrzała i w kij oryginalna... Noż ja pierdzielę! – wydarłam się, gdy wlazłam w szklankę z wodą. – Kto to tam postawił?!

Odpowiedź wydawała się oczywista, skoro mieszkałam sama.

Czasem tak zastanawiam się, jak by się sprawa przedstawiała, gdybym miała nieco więcej sąsiadów. Podejrzewam, że nie wszystkim pasowałoby to, że już od ponad dwóch lat lubiłam gadać do siebie. A czasem wręcz krzyczeć.

Jak gadasz do siebie, masz mniej czasu na to, by skupiać się na tym, co podpowiadają ci twoje własne demony... Zresztą i tak miałam coraz silniejsze wrażenie, że jestem jedyną osobą, którą obchodzi, co się ze mną dzieje.

To znaczy... rodzice się tym interesują. Ale dla nich przecież zawsze będę córcią, która ma depresję i nie zamierza się jej pozbywać, tylko wręcz wpędza w nią coraz głębiej.

Nieważne. Dzisiaj trzeba iść do pracy. Trzeba iść do pracy, żeby nie oszaleć już do reszty...

Potarłam twarz, mając naiwną nadzieję, że w ten sposób pobudzę krążenie w mięśniach w okolicy oczu, bo utrzymanie powiek w górze sprawiało mi ogromny problem. Przeciągnęłam się na całe swoje metr pięćdziesiąt dziewięć, jęknęłam, gdy coś nieprzyjemnie chrupnęło mi w kręgosłupie.

– Ja pierniczę, ile ty masz niby lat, co? Osiemdziesiąt? – Powłócząc nogami skierowałam się do kuchni. – I może wcale nie jesteś wariatką, tylko typową babcią z kryzysem egzystencjonalnym? Zestaw startowy w postaci niechęci do świata i urojeń już masz, więc dlaczego by nie...? – Z impetem wlazłam w ścianę. Nie do wiary, że zawsze tam była. – A może już dawno siedzisz w smutnym pokoiku bez klamek i gadasz do gaśnicy, myśląc, że cię słucha? – Roześmiałam się sucho. – Na to samo by wyszło.

Złośliwość jest moją jedyną bronią przed absurdalnością świata. Dosłownie każdy problem lubię okrasić sporą dawką czarnego humoru, bo w jego szczelnej otoczce wydaje się znacznie mniejszy, możliwy do pokonania... stłamszony. Dzięki złośliwości mogę przynajmniej na chwilę wmówić sobie, że mam jakąkolwiek kontrolę nad tym, co się wokół mnie dzieje.

Złudna ta kontrola, ale lepsza taka, niż żadna.

Wreszcie dotarłam jakoś do kuchni. Dość wąskie, zaskakująco nowoczesne jak na mój gust pomieszczenie od zawsze stanowi dla mnie największy poranny problem – bo po prostu rodzice, gdy kupowali meble, źle wszystko przemyśleli i sprawili, że miejsca brakuje rozpaczliwie. A mały stoliczek z dwoma krzesłami znajduje się w takim miejscu, że po prostu niemożliwym jest, bym go wyminęła w tym stanie.

– Nożesz...! – wydarłam się i zwinęłam z bólu, gdy wbiłam sobie kant żebra w okolicę wyrostka. – Wypierdzielę cię na śmietnik, przysięgam, i to tym oknem! – W razie czego pokazałam stolikowi, które okno miałam na myśli, i przeszłam wreszcie do lodówki.

Może i nie wyglądam, ale zjeść potrafię niewyobrażalnie dużo. I praktycznie nigdy nie czuję, bym była najedzona. Lodówka to obowiązkowy przystanek za każdym razem, gdy przewinę się w okolicy kuchni. A śniadanie jest jedynym porannym momentem, który naprawdę uwielbiam.

W mojej głowie wręcz kłębiło się od przerażających, nieraz niezrozumiałych myśli. Niektóre z nich potrafiłam wyszczególnić, umiałam wyciągnąć je na wierzch i nazwać. Te myśli nazywałam Oswojonymi. Choć rzadko przyjemne, były przynajmniej jasne i klarowne... w przeciwieństwie do myśli Nieoswojonych, których bałam się najmocniej.

Nieoswojonymi były dziesiątki wrażeń i uczuć, które opanowywały mnie w najmniej sprzyjających momentach, a które najmocniej ze wszystkiego przypominały echo dawno zapomnianego snu. Nieoswojoną była odzywająca się gdzieś w głębi piersi tęsknota za nienazwanym, czasem bolesna i lekko łaskocząca przy każdym oddechu, jak uporczywie swędzenie gdzieś tuż pod powierzchnią skóry, którego nijak nie dało się podrapać.

I Nieoswojone były moje poranki. Gdy siadałam przy małym stole, rozkładałam się wygodnie na szerokim ratanowym fotelu, opierałam głową o jego oparcie, przymykałam oczy i wdychałam dobiegające przez otwarte okno zapachy świata, wsłuchując w ciszę niemal całkiem opustoszałego bloku.

Tak blisko Kordonu mieszkać nie chciał prawie nikt. W trzyklatkowym, czteropiętrowym budynku z płyt żelbetonowych byłam tylko ja i starsze małżeństwo, które widywałam tak rzadko, że nieraz zwyczajnie o nim zapominałam.

Siedziałam. Słuchałam ciszy...

Chociaż nie. Słuchałam tysięcy tych drobnych odgłosów, które uważałam za ciszę. Które stanowiły nieodłączną część mojego złudnego poczucia bezpieczeństwa, wraz ze znajomymi ścianami składając się na mój Azyl...

Słuch mam fenomenalny. Nie mam bladego pojęcia dlaczego, ale od zawsze tak miałam. A z czasem mam wrażenie, że staje się coraz wrażliwszy...

Opuszczone ściany trzeszczały delikatnie, pracując pod naporem lekkiego wiatru. Gdzieś z niedokręconego kranu kapała woda. W kominie szumiało poruszające się powietrze. Wiatr gwizdał w oczkach moskitiery w szeroko otwartym kuchennym oknie. Krzesło skrzypiało pode mną, gdy poruszałam się pod wpływem oddechu. Miałam wrażenie, że słyszę nawet to, jak kurz osiada na porzuconych przez właścicieli przedmiotach za zamkniętymi drzwiami mieszkań...

Wiecie, jaka się w takich momentach czułam? Niezwyciężona. Potężna. Dlaczego? Komu mogłabym tę swoją siłę udowodnić, skoro nikogo przecież w pobliżu nie było?

Łączyłam się w jedno z otaczającym mnie światem i męczącą go chorobą. Stapiałam się z dziwną atmosferą sennego marzenia i płynącym wraz z wiatrem zapachem zagrożenia.

Łączyłam się ze wspomnieniem uczucia, jakie musiało nawiedzić mnie we śnie, którego nie pamiętałam.

Było duszno. Zaczynało się robić paskudnie gorąco. Słońce wpełzało na niemal fioletowe od temperatury niebo, sucha ziemia pękała, prosząc o deszcz, liście drzew brązowiały i zwijały się, jakby miały nadzieję, że w ten sposób ochronią się przed parzącymi promieniami.

Było inaczej niż kiedyś. Zupełnie inaczej. Nawet światło od jakichś trzech lat miało inny kolor. Było jakieś... cieplejsze.

Nawet ono.

Nie powinnam otwierać okien. Bardzo źle znosiłam upały. Ale gdy mogłam ratować się klimatyzacją, przestawałam się przejmować...

Gdy czułam Świat, nie dało się przejmować.

Trwałam. Czekałam. Czułam. Chciałam wyjść na dach, chciałam spojrzeć na Kordon – chociaż na sekundę, na krótką chwilę...

Musiałam korzystać ze wszystkich swoich pokładów siły i samozaparcia, by nie ulegać tej pokusie.

Byłam sama. Mogłam wreszcie szczerze się uśmiechnąć. Mogłam powiedzieć, że jest mi... dobrze. Tak cholernie dobrze...

Właściwie to wiele do szczęścia mi nie trzeba, jeśli się nad tym lepiej zastanowić. Moje szczęście zamyka się w ledwie kilku prostych sprawach... lecz coraz częściej mam wrażenie, że właśnie te najprostsze sprawy najciężej mi osiągnąć.

Kocham ciszę. Kocham spokój. Kocham, gdy nie słychać nigdzie ludzi. Kocham, gdy nie słychać cywilizacji. Kocham być sama... ale jednocześnie kocham poczucie, że w razie czego mam do kogo się zgłosić.

Bo w tej mojej samotności brakuje mi jednego, jedynego elementu. Brakuje mi...

No, zabrzmi to jak w przypadku zdesperowanej nastolatki. Brakuje mi faceta.

Brakuje mi kogoś, do kogo mogłabym się przytulić. Kto byłby silniejszy ode mnie. Przy kim czułabym się w pełni akceptowana i kochana nie przez to, że łączą nas więzy pokrewieństwa. Chciałabym czasem...

Chciałabym czasem złożyć broń i po prostu schować się w czyichś ramionach, wmawiając sobie, że nie istnieje nic oprócz ciszy, jedności i miłości.

I jednocześnie niczego nie byłam nigdy tak pewna, jak tego, że to nie jest mi dane.

Nie wmawiam sobie tego. Ja po prostu nigdy nie miałam szczęścia do ludzi, i taka jest prawda. Nie wiem, jak to możliwe, że nie natrafiłam nigdy na nikogo, kogo mogłabym nazwać przyjacielem i nie zawieść się na nim. Nie wiem, jak to możliwe, że zawsze pragnę szczęścia wszystkich wokół, a odbywa się ono kosztem mnie...

Kochałam dwa razy. I za każdym lądowałam w sytuacji, w której wiedziałam, że na sto procent mogłabym wygrać, ale i tak nie wykonywałam pierwszego kroku, bo on był już w związku. Bo tak nie można. Bo kogoś skrzywdzę. Bo tak się po prostu nie robi, i już... więc krzywdziłam siebie, przyglądając się temu.

Mam tego dosyć. Mam tak cholernie dosyć, że czasem ciężko jest mi zaczerpnąć powietrza, gdy o tym myślę... i jestem przekonana, że tak będzie już zawsze. Mam wiele przeczuć, zarówno Oswojonych, jak i niekoniecznie, a to jest właśnie jedno z nich.

Nie wiem. Być może według świata sobie na to nie zasłużyłam.

Dobrze, świecie. Ale proszę cię, nie każ mi się przynajmniej temu przyglądać...

Musiałam oderwać się od myśli. Musiałam się ruszyć, bo inaczej spóźniłabym się do pracy...

Przede mną szykował się w całej swej okazałości kolejny dzień na dwunastogodzinnej zmianie. Kolejny dzień hałasu, smaru, gorąca, brudu, ciężkiej fizycznej harówki... Każdego ranka zadaję sobie pytanie, jak mogło dojść do tego, że wybrałam się na taką krzywdę dobrowolnie. Może i to nieco dziwne, ale... kocham ten mój kołchoz. Jestem przerażona, gdy o nim myślę – takim zdroworozsądkowym przerażeniem, jakie powinno opanować mnie nieco mocniej i zmusić do podjęcia o wiele mądrzejszej decyzji – ale nie potrafiłabym bez tego żyć. Bo to moje największe marzenie. Bo to moja najważniejsza odskocznia. Bo tam moje demony nie mogą po mnie sięgnąć.

Ubrałam się, pomalowałam, bo bez tego nie wyszłabym z domu. Zapakowałam do plecaka porcję jedzenia, która musiała mi wystarczyć do piętnastej – czyli przerwy obiadowej – i wreszcie mogłam zająć się interesowaniem tym, jak do tej pracy się dostać, skoro się do niej wybieram. Bo jedną z wad mieszkania tak blisko Kordonu bez wątpienia jest to, że z komunikacją miejską są lekkie problemy. Głównie takie, że do dyspozycji mam aż jeden autobus, który przecież nie może jechać bezpośrednio w odpowiednie miejsce, a pojawia się raz na dwie godziny, więc teoretycznie nie można było go przegapić.

Spakowałam się. Wyszłam na klatkę schodową. Jak zwykle zamknęłam drzwi na klucz, choć podejrzewam, że i tak nikt by nie wszedł do środka. Wokół jest niemal zupełnie pusto, a złodzieje w okolicy w razie czego się nie kręcą. Krążą plotki, że to przynosi pecha.

Wyszłam na zewnątrz, zaciągnęłam się głęboko przesyconym zapachem upału powietrzem. Przystanęłam na chwilę, jakaś niezrozumiała siła wbrew mnie samej zmusiła mnie, bym spojrzała w swoją lewą stronę. To właśnie tam – przysłonięty bryłą ledwo trzymającego się na krawędzi bankructwa supermarketu – znajduje się Kordon...

Mam do Kordonu jakieś osiemset metrów. A on właściwie w każdej chwili może połknąć kolejne kilometry. Siedziałam na tykającej bombie.

I akurat tego się nie bałam. Ale przecież odkąd na świecie pojawiły się prawdziwe demony, nic nie było tak naprawdę normalne.

Można powiedzieć, że wychowałam się na bajkach o demonach. Pierwsze pokazały się jeszcze na długo przed moimi urodzinami, a las, z którego zaczęły wychodzić, szybko stał się światową sensacją. Nie było wiadomości, w których nie powiedziano by czegoś o demonach, więc dla mnie stały się codziennością. Smutną, nieco przerażającą, ale jednak codziennością, która nie budziła we mnie takiego strachu, jak w starszych, którzy pamiętali jeszcze czasy, w których nie musieli zastanawiać się nad tym, ile kilometrów pochłonie tak zwana „strefa wyłączenia”, gdy będą smacznie spali. Widziałam dobrze, jakie emocje w nich to wywoływało – tę odruchową protekcjonalność, gdy o sprawie rozmawiali, tę wciąż obecną w oczach dozę niedowierzania i podszywający się pod wszystko strach, o którym mało kto chciał mówić głośno... Demony były tym, co oni przywykli chować do jednej teczki wraz z bajkami. A dla mnie ich istnienie było oczywiste. Przecież wiadomo, co było tematem zabaw w czasach, gdy chodziłam do przedszkola. Każdy mały chłopiec chciał być nieustraszonym Strażnikiem.

I może nadal byłoby tak słodko, gdyby demony raczyły ograniczać się do tego swojego lasku na jakimś kompletnym zadupiu.

Nie pamiętam, kiedy dokładnie postawiono na równe nogi dosłownie cały kraj wiadomością o tym, że Kordon należy rozszerzyć. Nie pamiętam nawet, jak doszło do tego, że ktoś podjął taką decyzję. Nie interesowałam się tym szczególnie – miałam wtedy zbyt wiele zmartwień związanych z tym, jak źle czułam się w szkole i jak mnie ona wykańczała, żeby przejmować się czymś, co działo się wiele kilometrów dalej i nie dotyczyło bezpośrednio mnie. Pamiętam za to jak dzisiaj ten strach, to niedowierzanie i zaczątki ogarniającej wszystkich paniki, gdy okazało się, że „strefa wyłączenia” rośnie jak na drożdżach i obejmuje nowe tereny jak rozlewająca się na mapie kropla krwi... Cały kraj na krótką chwilę popadł w przysłowiową rozsypkę – wprowadzono stan wojenny, na hurra zamknięto wszystkie szkoły, wysiedlono ludzi z miejsc zagrożonych, w oddziały Strażników wcielono dodatkowo najlepszych żołnierzy i zagoniono ludzi do bezpiecznych domów, by nie kręcili się zbytnio pod nogami i nie przeszkadzali w „opanowywaniu sytuacji”, jak to ładnie wszyscy określali.

Ludzie się bali. Ludzie przeklinali, gdy tak z dnia na dzień zamknięto im możliwość wyjścia w świat – o ile podstawówki uruchomiono dość szybko, bo z dziećmi nie było po prostu co zrobić, tak licea trwały dumnie zamknięte do dnia dzisiejszego. Przez cztery lata. Wszystko dopiero po takim czasie zaczynało stawać na nogi, lecz z każdym dniem robiło to coraz intensywniej. Już było prawie normalnie, o ile można mówić o jakiejkolwiek normalności w obliczu czegoś takiego – gdy Kordon uprzejmie puka ci do drzwi i uprzedza, że w każdej chwili może wejść ubłoconymi buciorami w życie, które z takim trudem udało ci się reanimować...

A wiecie, co ja wam powiem? Ja cieszyłam się z tego jak głupia. Bo szkoła była dla mnie najgorszym koszmarem – czymś, do czego nie wróciłabym za żadne skarby. Do pracy udało mi się dostać bez matury – jeszcze niedawno było to niemożliwe, lecz w takiej sytuacji musieli pójść dla niektórych na ugodę, skoro ludzi potrzebowali od zaraz, a zdecydowana ich większość wzięła nogi za pas, gdy tylko mogła.

Szkoła nadal mi się śniła. Nadal śniło mi się to poczucie beznadziei, marnowania czasu... to, jak wszyscy traktowali mnie jak zawadzający śmieć. To, jak patrzyli na mnie rówieśnicy...

Wiem, dla was to pewnie nic strasznego. Mi samej ciężko było powiedzieć, czego konkretnie się boję. Po prostu wiedziałam, że gdybym musiała wrócić do szkoły, stałoby się coś strasznego...

Tylko co? Nie wiem. A szkoły uruchomić mogą lada dzień...

Niby już pracuję. Ale jeśli nagle uznają, że jednak mam tą maturę zrobić? Nie dam rady. Ja po prostu...

Zadrżałam, oderwałam wzrok od posępnego budynku, który przysłaniał mi widok na Kordon. Jeszcze raz odetchnęłam. Policzyłam do dziesięciu, by się uspokoić, odwróciłam się zdecydowanie i ruszyłam w stronę przystanku.

– Co niby takiego może się wydarzyć? – mruknęłam pod nosem. – Świecie, do czego ja ci jestem potrzebna? Powiedziałbyś dla odmiany coś konkretnego. Widzę te znaki, ale... nie wiem, jak mam je odczytać. A czasem nie jestem pewna, czy po prostu ich sobie nie uroiłam...

Świat jak zwykle milczał.

Zresztą czym się przejmować? Może to ja będę następną, którą dosięgnie demoniczna gorączka? Tak, to w ten sposób tłumaczyli poszerzanie „strefy wyłączenia” – że czasem zdarza się przemienić w demona osobom mieszkającym zbyt blisko Kordonu, co zmusza do objęcia kwarantanną miejsc, w których mieszkali... Szczerze? Średnio chciało mi się w to wierzyć. Brzmiało groźnie, ale coś tak czułam, że za tą bajką mogło kryć się coś o wiele gorszego. Coś, co gdyby wyciekło, panikę wywołałoby definitywnie. Ale starałam się o tym nie myśleć.

Mniej wiesz – mniej robisz, jak to kiedyś powiedział mój instruktor...

Do przystanku miałam całkiem blisko – dało się tą drogę przejść w trzy minuty, jeśli bardzo się chciało. Pod niewielki daszek stojący w cieniu opuszczonej szkoły dotarłam sporo przed czasem. Skrzywiłam się, gdy po spojrzeniu odruchowo w zwykle ciemne okna budynku zauważyłam, że ktoś kręcił się w środku i być może sprzątał. Potwornie się bałam. I naprawdę wolałam unikać sytuacji, w których coś mogłoby mi o tym moim strachu przypomnieć...

Poważnie, ja już chyba wolałabym demoniczną gorączkę.

Rozklekotany autobus zechciał pojawić się z pięciominutowym opóźnieniem, choć nie miałam bladego pojęcia, co go mogło po drodze zatrzymać, skoro to był właśnie pierwszy przystanek, a samochody tędy po prostu nie jeździły, skoro prawie nikt tu nie mieszkał. Nie wnikałam. Wsiadłam do środka, przejechałam całe trzy przystanki i musiałam przesiąść się w tramwaj. Przebiegłam przez środek ulicy, mając nadzieję, że zdążę dobiec do już czekającej maszyny, niemal zostałam rozjechana przez jej podobną i wreszcie zadekowałam się w środku. Oczywiście tak zatłoczonym, że kolejnych sześć przystanków przebyłam niemal przyklejona do szyby. No i kolejna przesiadka – tym razem do tworu tak eleganckiego, że sama nie wiedziałam, czy bardziej opłaca mi się w nim modlić, czy jednak skupić na napisaniu szybkiego testamentu. Wagonik był ciemny, wyłożony eleganckimi błyszczącymi płytami, które ludziom z poważną wadą wzroku mogły z daleka wydawać się drewnem, popisany mniej eleganckimi autografami, gdzie tylko się dało, i tak stary i trzęsący, że rzygać mi się zachciało na sam widok. Jedyna jego zaleta była taka, że udało mi się dorwać miejsce siedzące. Usiadłam na plastikowym krześle, spróbowałam ułożyć się na nim w miarę wygodnie, by wytrzymać ten ostatni etap z godnością (tym razem przystanków było, cholera, dwanaście) i zabrałam się za popijanie kawki, by odzyskać nieco chęci do życia. Włączyłam sobie na telefonie jakiegoś wyjątkowo nieudanego bloga do czytania i postanowiłam udawać, że mnie nie ma...

Dopóki nie usłyszałam nad sobą:

– Lea? O rany, Lea, to naprawdę ty?

Zgrzytnęłam zębami tak mocno, że mało brakło, a odprysnęłoby mi szkliwo, i niechętnie podniosłam wzrok.

Laura. No tak. Ze wszystkich niechcianych wspomnień z czasów liceum musiałam trafić akurat na to...

Laura właściwie nie była taka straszna, tylko nieco zbyt... rozmowna. I zbyt radosna. Uśmiechała się, nie była dla mnie jakoś szczególnie niemiła, ale rozmowy z nią kompletnie nigdy mi się nie kleiły. Zbyt często potrafiła w nich udowodnić, że iloraz inteligencji ma cokolwiek nikczemny. A poczucie humoru chyba ujemne. No ale na buca nie mogłam wyjść...

– O, cześć! – wykrzyknęłam, udając wielce uradowaną spotkaniem.

Świecie, jak ja ich wszystkich nienawidzę...

– Dawno się nie widziałyśmy, co nie? – Dziewczyna szybko przepchnęła się przez niewielki tłumek w moją stronę i stanęła obok, złapawszy za uchwyt przy plastikowym siedzeniu. Dziwnie się poczułam, gdy tak się nade mną zwiesiła. Zacisnęłam mocno palce na kubku termicznym, próbując przegnać irytujące uczucie zagrożenia, które nagle niemal ucięło mi oddech. To nie była najlepsza pora na kolejną Nieoswojoną myśl...

– Co tam u ciebie? – spytałam szybko, mając nadzieję, że nie było po mnie widać niczego dziwnego.

– Od jutra idę do szkoły – oznajmiła z dumą, uśmiechając się absurdalnie szeroko. – Rany, myślałam, że już się nie doczekam. Chcę wreszcie iść na te studia, ale przy tym, co się działo... Niezły szok, co nie?

Kiwnęłam głową bez przekonania. Miałam coraz mocniejsze wrażenie, że ten głupi tramwaj zaraz się wykolei. Wrażenie, które właściwie powoli przemieniało się w coś na kształt nadziei...

– Ja to normalnie nie wierzę – trajkotała dalej. – Rodzice chcieli się już do innego miasta wyprowadzać.... No ale ty mów lepiej, co u ciebie słychać. Co robiłaś przez ten czas? Cieszysz się na szkołę?

Dobra. Raz, dwa, trzy...

– Raczej nie będę wracać. Mam dobrą pracę, w której chcę zostać na stałe, więc jeśli nikt nie będzie mnie zmuszał... – Wzruszyłam ramionami, postanawiając zostawić kwestię w formie niedopowiedzenia.

A więc teraz trzy, dwa, jeden...

– Ojej, a dlaczego? – zmartwiła się podejrzanie, wydepilowane ewidentnie od szklanki brwi złączyły się na idealnie gładkim czole. – Boisz się, że nie zdasz matury? Nie martw się, wszyscy mają teraz zaległości...

– Nie, po prostu nie chcę. Nie potrzebuję tego do szczęścia, więc jeśli nie będę musiała, to nie wrócę. Jest ryzyko, że po takiej przerwie już by mnie w robocie nie chcieli – wyjaśniłam w miarę uprzejmie. Miałam jakąś cichą nadzieję, że może uzna, że dowiedziała się przez to wszystkiego, ale lasce chyba coś za bardzo chciało się rozmawiać.

– To gdzie ty pracujesz, że aż taką fuchę masz? Gdzieś w centrum?

– Tak, na bocznicy. – No tyle to już naprawdę mogłoby jej wystarczyć...

– Na bocznicy? A co ty tam niby robisz? – Aż na chwilę oderwała się od pisania smsa. Trochę szkoda mi się zrobiło, bo naprawdę byłam ciekawa, co jej z tego wyjdzie – z tak długimi tipsami miała problemy, by dotknąć ekranu bez wyginania stawów w kciukach pod odrobinę nieanatomicznymi kątami. – Tam jest jakaś sensowna praca dla dziewczyn?

Okej. Skoro nie da się inaczej... no to jak przy skoku do głębokiej wody. Na główkę, naraz, bez przeciągania...

Ja pierdzielę, mam hydrofobię.

– Praktycznie od razu, gdy zamknęli szkołę, zrobiłam uprawienia do kierowania pojazdami kolejowymi. Normalnie bym musiała mieć do tego maturę, ale mieli takie braki w ludziach, że zaczęli robić wyjątki i przyjmowali wszystkich chętnych. Okres nauki też skrócili. Bardzo jestem zadowolona i...

– I że kim ty niby jesteś? – przerwała mój słowotok. Telefon prawie wypadł jej z ręki, wzrok wreszcie skupiła całkowicie na mnie.

– No... maszynistą – przyznałam.

I po bólu. Prawie.

– E? – wypowiedziała się. – Że co? Maszynistą...? Boże, nie wierzę. I ty taką dużą lokomotywą będziesz jeździć?

– Zasadniczo innych nie ma. Lokomotywa z definicji jest dość duża. Jeżdżę od dwóch lat z kawałkiem. Za jakieś dwa miesiące będą trzy lata.

– Jezu, ja wiedziałam, że ty... – Urwała nagle, pokryła się purpurą. – Zawsze miałaś oryginalne zainteresowania, ale tego się nie spodziewałam...

– Ano. Od zawsze było wiadomo, że coś odwalę. – Skupiłam się na kawie, by ukryć irytację. – Wiesz, od pierwszej klasy mówiłam, że chcę zrobić licencję maszynisty.

– Tak, ale kto by tam wierzył. Wszyscy myśleli, że tylko tak gadasz – wyznała.

– Aha. Czyli myśleli, że kłamałam. – Łypnęłam na nią gniewnie. Tym razem złości nie zdołałam ukryć. Kostki palców zaciśniętych na kubku mi pobielały, w piersi pojawiła się dławiąca kula wściekłości. – Nie no, super z was ludzie, nie powiem.

– Nie to miałam... – zaczęła szybko, ale uniosłam dłoń na znak, że nie chcę tego słuchać. Być może zrobiłam to nieco zbyt gwałtownie, bo aż się odsunęła z lekkim strachem w oczach.

– Daj już spokój. Przecież dla was zawsze każdy, kto miał zainteresowania inne niż reszta, był nienormalny – warknęłam. – Od początku mnie jak trędowatą traktowaliście.

– Lea... – Spróbowała mnie powstrzymać, gdy wstałam i ruszyłam w stronę drzwi.

– Co ja mam niby ci teraz powiedzieć? – Odwróciłam się jeszcze na krótką chwilę. – Przepraszam was uniżenie za to, że nie okazałam się tak zajebiście ambitna, jak wy. Ale naprawdę nie musieliście mi na każdym kroku udowadniać, co o tym sądzicie. To jest właśnie przyszłość, jaką sobie wymarzyłam. Nie każda przyszłość obejmuje studia na najlepszej uczelni w kraju, ale dla was to przecież kompletna abstrakcja. Dziękuję, odezwę się. – Wcisnęłam zaskakująco nowoczesny przycisk przy drzwiach.

– Lea, zaczekaj...

– Naprawdę tutaj wysiadam – powiedziałam jeszcze na do widzenia, wyskoczyłam z pojazdu i spróbowałam wyminąć największy tłum. I tak byłam już spóźniona.

Jak ja ich wszystkich nienawidzę. Jednocześnie tak bardzo pragnę, by wszyscy byli szczęśliwi, i tak cholernie ich nienawidzę...

Głupcy będą sprawiać innym cierpienie i śmiać się z tego. Bo są głupcami.

Głupcy będą śmiać się nawet wtedy, gdy doprowadzą do własnej zagłady...

Głowa mnie bolała. Ludzie, dlaczego wy jesteście tak obezwładniająco głupi?

Odkąd wszyscy zaczęli się zbierać po stanie wojennym, ruszyło pełną parą typowe nikomu niepotrzebne upiększanie miasta. Niemal całą okolicę rozkopano, a żeby dostać się do swojego miejsca pracy, musiałam przejść wypełnionym ludźmi chodnikiem, na którego całej powierzchni walały się sterty rozjeżdżonej kołami potężnych maszyn gliny. Podczas nawet najlżejszego deszczu zamieniało się to w typową kupę, jakiej nie szło odkleić od butów nawet siłą. Ząbki też można sobie było ślicznie wychlastać, bo cholera stawała się okropnie śliska, gdy nabrała wilgoci. Nade mną zwieszało się kilka nowoczesnych wieżowców z niebieskawego szkła, odbijającego promienie porannego słońca. Moje miasto ma w sobie to specyficzne coś, co sprawia, że w każdym kilometrze wydaje się zupełnie inne i nieraz po prostu... zaskakujące. Bo choć okolica jest, jaka jest – taka, jak przystało na nowoczesny środek sporej metropolii – moja bocznica znajduje się właśnie tutaj. Pojawia się w miejskim krajobrazie nagle i zaskakująco, jak niepasujący do niczego konkretnego kawałek wycinanki, który ktoś omylnie rzucił na większą całość.

Przed wprowadzeniem stanu wojennego mieliśmy na kolei kompletny bałagan. Właściwie każdym bzdetem zajmowała się inna spółka, a w większość spraw wkraczało to, co mnie najmocniej odpychało: nowoczesność. Strasznie chciałam pracować na tym stanowisku, ale wiedziałam, że to i tak nie do końca będzie to, co sobie wymarzyłam. Bo mi podobała się kolej stara. Taka – można powiedzieć – dzika, na której można było się ubrudzić, zmęczyć i kompletnie zniknąć, bo gdy dyżurny ruchu stracił cię z oczu, nikt już nie wiedział, co się z tobą dzieje. Nie podobały mi się komputerowe systemy, nowe elektryczne zespoły trakcyjne, które bardziej niż pociągi przypominały samoloty, i cały ten chłam, który na pierwszy rzut oka wydawał się jednorazowy. Ale byłam za bardzo zawzięta, by mimo wszystko rezygnować, bo chciałam być tą maszynistką, i koniec.

A co się okazało? Stan wojenny i chaos sprowadziły wszystko do takiego poziomu, jaki istniał przed kilkudziesięcioma latami.

Ponownie wszystko, co kolejowe, stało się jednością. Nie trzeba było wybierać, czy woli się wozić ludzi, czy przedmioty – teraz brało się po prostu to, co było do wzięcia. A najlepiej sprawdzały się stare lokomotywy spalinowe, bo tylko one przetrwały próbę czasu i chaos, gdy to przez krótką chwilę nikt niczego nie pilnował. I na takiej kolei właśnie chciałam pracować.

I było pięknie. Tak cholernie pięknie...

I wszystko to mogła zburzyć jedna, jedyna wiadomość.

Szłam jakieś dziesięć minut, dopóki nie znalazłam się w miejscu, które wyglądało na o wiele bardziej dzikie. Miasto zmieniało się na każdym kroku – choć za plecami miałam biurowce o niemożliwej do zliczenia ilości pięter, tutaj zaczynały się starsze drzewa, pustka... i nieco rozwalone tory kolejowe.

Skręciłam w wąską betonową ulicę, szłam dłuższy czas do widocznego w oddali niewielkiego budynku. Po swojej lewej stronie miałam tory odstawcze, na których czekało na zatrudnienie eleganckie stadko lokomotyw – jedne w lepszym, inne w gorszym stanie. Ciekawa byłam, co przyszykowali dla mnie tym razem. Pociągi pasażerskie wciąż nie kursowały tak dobrze, jak wszyscy by sobie tego życzyli, a wszechobecny bałagan czynił tę pracę całkowicie nieprzewidywalną – nie miałam przypisanych konkretnych służb, tylko dyżury, i brałam po prostu wszystko to, co tego dnia było do wzięcia. Zdarzały się dni, że cała moja praca ograniczała się do wprowadzeniu trzech lokomotyw do szopy warsztatowej, i takie, gdy zapierniczało się i po szesnaście godzin, bo nie było nikogo innego, kto by to zrobił. I wiecie co? Podoba mi się to. Nienawidzę rutyny.

Piętrowy budynek – typowy dość długi postsocjalistyczny klocek pomalowany poszarzałą przez lata żółtawą farbą – stał po mojej prawej stronie, chroniąc się w cieniu drzew. Przy takiej pogodzie każdy skrawek cienia staje się na wagę złota. Pchnęłam nieco zdezelowane drzwi, weszłam do środka, niemal wlazłam w innego maszynistę, wymieniłam z nim kilka uprzejmości. Wśród współpracowników budziłam niemałą sensację, ale chyba nie ma w tym niczego niezrozumiałego. Jestem mała, chuda i jestem dziewczyną. Kiedyś podobno zdarzyło się kilka kobiet na takim stanowisku, ale w obecnych warunkach żadna się nie utrzymała. Teraz mają z tych ładniejszych pracowników tylko mnie. I wszyscy się mną na swój sposób opiekują.

– Ależ dzień dobry! – wykrzyknęłam jak zwykle, gdy skręciwszy w wąski korytarz po prawej stronie nachyliłam się nad okienkiem dyspozytora. – Coście tam dla mnie dzisiaj przygotowali? – Wyszczerzyłam się słodko.

Dyspozytorzy mnie nie cierpią. To znaczy... oni mnie uwielbiają, ale dość dziwnie to okazują.

– Jezu, a ty tu znowu? Ty już nie masz czego w domu robić? – jęknął mój ulubiony pan Tomek.

– Uprzejmie przypomnę, że to wy mi grafik układacie – zaznaczyłam. – Ogólnie jest bardzo śliczny, ale nie obraziłabym się, gdybyście tak zechcieli wstawiać mi w niego przerwy na obiad.

– Przecież jest przerwa na obiad? – Mężczyzna na chwilę oderwał się od szukania kartki z dzisiejszymi służbami, by posłać mi nieco zagubione spojrzenie.

– Jest, ale tylko jedna. Wy chyba chcecie, żebym wam całkiem zniknęła. – Znacząco wskazałam na siebie całą. Na całe to swoje metr pięćdziesiąt dziewięć i czterdzieści trzy kilogramy żywej wagi.

Panu Tomkowi chyba już zaczynało robić się mnie szkoda, ale pech chciał, że akurat w tym momencie za moimi plecami pokazał się pan Grzesiek – instruktor, z którym najwięcej swego czasu jeździłam.

– Nie słuchaj jej, Tomuś – zawołał ponad moim ramieniem. – Przecież ona i tak cały czas żre.

– Nie tak znowu cały czas – zaprotestowałam.

– Nie, wcale. Tylko potem trzeba nastawnik z masła czyścić. – Wywrócił oczami, potargał mnie żartobliwie po włosach i zniknął w jednym z pokoi biurowych. Wnerwiał mnie koleś strasznie, ale od samego początku rozumieliśmy się na tyle dobrze, że zaczęłam traktować go jak drugiego ojca. Nawet mówiłam czasem na niego „tatuś”, gdy chciałam go wkurzyć.

– Dobra, mała, mam dla ciebie dzisiaj aż jedną propozycję – odezwał się pan Tomek, gdy dogrzebał się do odpowiedniej kartki.

– Jak to jedną? Niemożliwe! – jęknęłam z udawanym przerażeniem.

– To znaczy są dwie, ale podejrzewam, że jedna nie przypadnie ci do gustu. – Postukał w kartkę długopisem w miejscu, gdzie nie było jeszcze żadnego podpisu. Jakby miał nadzieję, że z tej odległości zobaczę, co tam nabazgrano. – Jedna to twoje ulubione przestawianie trupów w warsztacie.

– Sama przyjemność. – Udałam, że ziewam. – To była ta gorsza opcja?

– To była lepsza opcja.

Teraz już zdwoiłam czujność.

– To co to, to drugie? – Napiłam się jeszcze kawy, zaczęłam szukać po plecaku długopisu.

– To drugie to pilny konwój za Kordon. Wojtek Kowalczyk miał dzisiaj to robić, ale mu się zachorowało z rana i nie mamy nikogo na zastępstwo. Jesteś tylko ty, no ale wiesz – ciebie akurat do takiej zabawy nikt nie będzie zmuszać. – Skrzywił się.

Ja też się skrzywiłam. Bo konwoje za Kordon wbrew pozorom nigdy nie były niczym przyjemnym. To była taka cudowna służba, której unikał dosłownie każdy. „Karny Kordon” – tak na nią mówili, choć i drobne literówki się tu zdarzały.

Nikt nie chciał jeździć za Kordon. Bo za Kordonem można było zdechnąć w męczarniach, zanim się obejrzało. Bo jechało się zupełnie samemu i trzeba było lokomotywę samodzielnie odpinać od wagonów – czyli wyjść prosto w odstraszającą atmosferę zagrożenia, odsłonić się, nie mając kompletnie żadnej broni.

Tak, zdarzało się, że z „Karnego Kordonu” ktoś nie wrócił. Może nie jakoś nagminnie, ale były takie przypadki. Starano się nie mówić o nich głośno, ale wiadomo, jak to jest – maszyniści to straszne plotkary. Zwłaszcza ci starsi, a głównie tacy zostali.

Nie, za Kordon nie chciałam jeździć.

– Biorę trupy – westchnęłam boleśnie. – Co poradzić, jak mi wszystko inne pozabierali. A do wąchania kwiatków od drugiej strony jeszcze aż tak mi się nie spieszy. Gdzie mam wstawić autograf?

– A, zaraz! – Zabrał mi kartkę z podpisami dosłownie sprzed nosa. – Bogusia coś od ciebie chciała, skocz do piątki na chwilę.

No teraz to mi się zimno zrobiło. Bo pani Ważna Naczelnik Sekcji nigdy nie chciała od swoich podwładnych niczego dobrego...

– Kurde, co się stało? Dowiedziała się o...? – Zamilkłam znacząco.

– Raczej nie. – Dyspozytor wzruszył ramionami. – Leć do niej, bo za dziesięć minut warsztat otwierają.

No więc co miałam zrobić? Odłożyłam plecak na stojącą pod ścianą ławkę i ruszyłam w miarę raźnym krokiem do pokoju numer pięć.

Dopiero pod jego drzwiami olśniło mnie, czego może chcieć ode mnie pani Bogusia.

Autentycznie zakręciło mi się w głowie. Musiałam podeprzeć się dłonią o ścianę, gdy nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Prawie upadłam, jęknęłam chyba – mało brakowało, a bym tam zemdlała.

– Lea? Ojej, co się stało?! – Pani Bogusia, jak się okazało, szła właśnie korytarzem z przeciwnej strony. W ostatniej chwili złapała mnie za ramię i posadziła na pobliskim krześle. Wszyscy tutaj traktowali mnie jak swoją córeczkę. – Dobrze się czujesz? Strasznie zbladłaś...

Chciałam się roześmiać i rozpłakać jednocześnie. Obleciał mnie jakiś zimny pot, chyba zaczynałam wpadać w histerię.

Proszę, błagam...

– Miałam się do pani zgłosić – wydukałam po chwili, gdy przypomniałam sobie, jak się oddychało.

– Ale na pewno dobrze się czujesz? Może poprosić, żeby ktoś odwiózł cię do domu? Nie możesz w takim stanie...

– Nie, nic mi nie jest, to tak jakoś... – zaplątałam się.

Chwilę przyglądała mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Wczoraj przysłano to z twojej szkoły. – Wcisnęła mi w ręce białą kopertę. – Wiesz, to zaproszenie, żebyś wraz z całą swoją klasą ruszyła z nauką od jutra.

– Mogę go nie przyjąć, prawda? – spytałam z jakąś idiotyczną nadzieją. Musiałam wyglądać jak mała dziewczynka, i to taka na krawędzi płaczu. – Bo po co mi teraz szkoła, skoro tu pracuję i...

– Lea, wiesz, że maszyniście też potrzebna jest matura.

– Ale przecież...

– Wyjątek zrobiliśmy tylko dlatego, że musieliśmy. To naprawdę jest ważne. Nie jesteś jedyną w tej sytuacji. Musisz mieć maturę, żeby pracować na tym stanowisku.

Boże, czułam się tak, jakbym miała znowu osiem lat i mama musiała mi tłumaczyć, dlaczego muszę iść do szkoły.

– Ja nie chcę tracić tej pracy – wydukałam.

– Nie stracisz. Podpiszesz umowę, że zaraz po szkole...

– Nie, ja nie mogę tak! – Zgniotłam kopertę w dłoni, popatrzyłam na nieco przestraszoną dyrektorkę jak wariatka. Sama się siebie wtedy bałam. – Proszę, przepiszcie mnie chociaż na pół etatu. Ja jakoś to pogodzę, jakoś dam radę, tylko proszę... Ja nie mogę inaczej, nie rozumie pani?

Milczała dłuższą chwilę, przyglądając mi się z dziwnym błyskiem w oczach. Nie wyglądałam wtedy na kogoś, kto umiał radzić sobie ze stresem. A tym bardziej na kogoś zdrowego na umyśle. Nie wyglądałam na tego kogoś, kogo musiałam udawać, żeby mnie tu w ogóle przyjęli... Maska niemal całkowicie opadła. Jeszcze długo nie mogłam uwierzyć w to, że tak łatwo jej na to pozwoliłam. Przecież to nie powinno być możliwe.

– Dobrze, możemy tak zrobić, jeśli szkoła się zgodzi – powiedziała wreszcie nieznośnie powoli. – Ale jesteś pewna, że dobrze się czujesz?

– Tak, ja... Po prostu potrzebuję chwili. – Pomasowałam pulsujące bólem skronie, zaczęłam głębiej oddychać, by pozbyć się ciężkiej guli w przełyku.

– Przyjdź do mnie dzisiaj na koniec zmiany, przygotuję dla ciebie umowę.

Pokiwałam głową, podniosłam się ostrożnie z krzesła, sztywno ruszyłam znowu pod okienko dyspozytora.

Nie, nogi miałam jak z waty. Usiadłam znowu – tym razem tam, gdzie zostawiłam plecak. Dłuższą chwilę wpatrywałam się w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni, obracając w palcach pogniecioną kopertę.

Chciałam ją podpalić. Chciałam obserwować, jak pożera ją ogień, a następnie rozgnieść obcasem buta to, co z niej pozostanie... Jakby to mogło w czymkolwiek pomóc.

Otworzyłam ją po kilku minutach. Kilkakrotnie przeczytałam tekst krótkiego listu, nie rozumiejąc ani słowa, zerknęłam na elegancko wydrukowany plan lekcji.

Oj, biedna, mała Lea. Myślałaś, złociutka, że koszmar masz już za sobą?

Zgniotłam list, ze złością wepchnęłam go do plecaka. Zerwałam się z miejsca, podeszłam do okienka; zdecydowanie energiczniej, niż wypadało, postawiłam swoje rzeczy na blacie obok niego.

– Coś się...? – zaczął pan Tomek, ale przerwałam mu wpół słowa:

– Daj mi ten pieprzony Kordon.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany