Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 16

local_library0 comment0 thumb_up0
Czarny księżyc - część 17

No dobra, sytuacja była poważna. I to na tyle, że nawet ja odczuwałam potrzebę, by za wszelką cenę powstrzymać się od żartowania i docinania komu popadnie. Jakby nie patrzeć, jakąś tam przyzwoitość miałam. Wiedziałam, jak należy się w takich sytuacjach zachować, choć podejrzewam, że zdecydowana większość nie byłaby w stanie uwierzyć, gdybym powiedziała to na głos.

Cała noc minęła jak koszmarny sen. Wampiry trwały idealnie nieruchomo, jak rzeźby z wyjątkowo marnego domu strachów. Cullenowie nie mówili nic, nie poruszali się, nie oddychali, nie mrugali. Nic, zero. Z pewnością w ich głowach panował istny chaos, lecz wszystko z zewnątrz było jego całkowitym przeciwieństwem. Tylko ja drżałam, niemal wychodząc z siebie.

Bałam się. Takie sobie awanturki jak do tej pory – wampirzyca ze stadem nowo narodzonych czy sfora chcąca zagryźć niczemu niewinne dziecko – jawiły się dla mnie niczym prawdziwa sielanka. Ech, ile ja bym dała za to, by wszystkie moje problemy tak wyglądały... Bym dalej mogła użalać się nad sobą, bym mogła dalej cierpieć nad sprawą z Samem, bym mogła od czasu do czasu dobrać się do jakiegoś wampirzego tyłka dla rozładowania emocji... Kurczę, nie bałam się wtedy aż tak chyba dlatego, że za każdym z tamtych razów miałam wrażenie, że istnieje jakieś wyjście. Żadna z tamtych spraw nie była ostateczna, a ja uczestniczyłam w nich z własnej woli, bo było poważnie i źle czułabym się, jeśli zostawiłabym resztę na przysłowiowym lodzie. Bo tak się nie robiło. Bo nie zniosłabym, gdyby komuś stała się poważna krzywda, a mnie miałyby nękać wyrzuty sumienia, że gdybym była na miejscu, mogłabym temu zapobiec. Przede wszystkim jednak za każdym razem wiedziałam, że moje życie zależy jedynie od tego, jak sama się zachowam. Jeśli będę wystarczająco dobra, jeśli będę skupiać się na walce i nie zgrywać niepotrzebnie bohatera, dam radę przeżyć. Że jest sposób, bym wymknęła się śmierci, nawet jeśli pojawi się prawdopodobieństwo, że niektóry będą mieć z tym problem.

O nie. Tym razem było inaczej. Bo tym razem wiedziałam, że czegokolwiek nie zrobię, i tak zdechnę w męczarniach.

Chciałam coś zrobić. Drżałam z niecierpliwości, nie mogłam znieść tego stania w miejscu – hej, posągi, jesteście przecież wampirami! Nie potrzebujecie snu, nie odczuwacie zmęczenia. Więc dlaczego nie weźmiemy się wreszcie za szukanie ratunku? Już, teraz, natychmiast, skoro sprawa jest aż tak poważna! Mogłam robić cokolwiek, tylko nie trwać dalej w jednym miejscu z wrażeniem, że ktoś może połaszczyć się na skórkę z wilkołaka nad kominek w zasadzie w każdej chwili. Mogłam szukać rozwiązania sama. Mało brakło, a za to właśnie bym się zabrała, choć brakowało mi planu i średnio mogłam to sobie wyobrazić. Ale nawet takie błądzenie po omacku w oczekiwaniu na średnio możliwe olśnienie wydało mi się lepsze, niż nic. A tu nie miałam na co liczyć.

Milczeli. Czekali na nie wiadomo co. A ja wychodziłam z siebie.

Alice i Jasper, którzy zniknęli wiele godzin temu, wciąż nie wracali. Zastanawiałam się, co też mogło się stać – wywiało ich wręcz z hukiem, a cisza, jaka po tym zapadła, doprowadzała mnie do białej gorączki. Mogłam iść ich szukać. Proszę bardzo. Bylebym wreszcie mogła zrobić cokolwiek!

Carlisle wytłumaczył wszystko Jacobowi niemal od razu po tym, jak przebrzmiały moje tryskające optymizmem słowa. Choć wszyscy do tej pory byli zdenerwowani i przepełnieni niezdrową energią, tak po tym, jak jeszcze raz wysłuchali wszystkiego z ust głowy rodziny, przygaśli. Opanowało ich zrezygnowanie, katatonia... Sama nie wiem, jak mogłam to określić. Nawet Emmett, który przecież jeszcze przed ledwie momentem pchał się do walki, stał się zrezygnowany, jakby mniejszy i jeszcze bledszy niż normalnie, choć jako wampir i tak cerę miał wręcz marmurową. Jacob jak najszybciej przemienił się w wilka, by przekazać sforze Sama niewesołe wieści. Byłam tak zdenerwowana, że nie wściekłam się na niego nawet o to, że wchodził mi w kompetencje – to ja przecież byłam łącznikiem, i to z mianowania, ale nie odzywałam się. Czułam, że sytuacja nie jest na tyle opanowana, bym mogła skupić się na własnej urażonej dumie, ale korciło mnie to jak nic innego. Tak z przyzwyczajenia.

Od tego czasu mój nowy alfa chrapał w kącie dużego salonu Cullenów w wilczym ciele. Nie wiedziałam, co mu się śniło. Nie interesowało mnie to. Tuż przed świtem nie wytrzymałam i wyszłam na zewnątrz, gdzie czym prędzej przybrałam wilczą skórę.

I co tam się dzieje?

Wzdrygnęłam się. Nie przypuszczałam, że Seth już nie śpi.

Jak miałbym niby spać, skoro w każdej chwili mogą się tu pojawić? – zbulwersował się, odczytawszy moje myśli.

Wiem, wiem – mruknęłam. – „W każdej chwili” jest raczej nieco na wyrost. Pewnie mamy jeszcze kilka dni. Ja sama nie zmrużyłam oka i jakoś nie mam na to ochoty. Jake łapie sen kiedy tylko może. Też chciałabym tak umieć.

Gdzieś daleko słyszałam echo myśli członków sfory Sama. Wciąż dziwnie myślało mi się w ten sposób – sfora Jacoba, sfora Sama. Już nie było jednej wielkiej wilczej rodziny. Dwa niezależne stada i w samym środku ja, należąca do obu jednocześnie... lub do żadnego z nich. Nie wiedziałam, jak się rzeczywiście sprawy miały. Nie skupiałam się na tym. Nie chciałam, bo szczerze mówiąc bałam się tego, co mogłabym tam odkryć. Prawda mogła być znacznie gorsza i trudniejsza do zaakceptowania. Sam teoretycznie dał mi wolną rękę, Jacob dość jasno określił, że mnie tu nie chce. Chyba byłam wyrzutkiem. Z uprawnieniami łącznika, ale jednak wyrzutkiem... Nie przynależałam nigdzie. Jeszcze nie tak dawno ucieszyłabym się z tego, lecz teraz poczułam się jakoś... pusto. Samotnie. Jakiś cichutki głosik wewnątrz mnie – być może instynkt prawdziwego wilka – podpowiadał mi, że tacy jak ja nie zostali stworzeni do samotności. I może coś faktycznie w tym było.

A więc słyszałam gdzieś tam echo myśli sfory Sama. Nie skupiałam się na nich szczególnie mocno, choć już z daleka wyczuwałam, że coś jest mocno nie tak. Zrzuciłam to na karb zasłyszanych dopiero co wieści i odłączyłam się na tyle, na ile mogłam, szukając chwili prywatności. Bo musiałam wymyślić plan... Lubiłam mieć opracowane działanie na każdą ewentualność. Lubiłam sporządzać w myślach długie listy i nienawidziłam, gdy coś wychodziło poza ramy tego, co wcześniej dokładnie obejrzałam oczyma wyobraźni. Bez planu nie czułam się bezpiecznie, a gdy nie czułam się bezpiecznie, kompletnie mi odbijało. Na takie snucie planów należało mi pozwolić już dla samego dobra dla otoczenia...

Seth w przeciwieństwie do mnie umiał spać w każdych warunkach, nawet jeśli ledwie chwilę wcześniej gorliwie temu zaprzeczał. Znajdował się gdzieś w pobliżu domu, ale nie szukałam go dokładnie – nie chciałam przeszkadzać. W najbliższych dniach wszyscy będziemy musieli być maksymalnie wypoczęci. Zaszyłam się w pobliżu panoramicznego okna wampirzego salonu, ułożyłam na ziemi tak, by widzieć dobrze, co się w nim dzieje, i zanurzyłam we własnych myślach.

Coś zaczęło dziać się dopiero o świcie, gdy promienie słońca rozświetliły skórę najbliżej stojących wampirów jak najwspanialsze diamenty. Edward drgnął niezauważalnie i szepnął na tyle cicho, że nawet ja ze swoim wilczym słuchem miałam problem, by zrozumieć krótkie słowo.

– Alice.

Rzeźby ożyły. Spojrzenia zwróciły się w jego stronę, stężałe mięśnie przesunęły pod marmurową skórą.

– Długo jej nie ma – mruknęła Rosalie. Brzmiała na bezbrzeżnie zaskoczoną. Aż zachciało mi się śmiać – jej przybrana siostra zniknęła na ponad dziewięć godzin, a ona właściwie tego nie zauważyła?

– Gdzie też ona może być? – spytał sarkastycznie Emmett, przeciągając się na kanapie.

– Może lepiej im nie przeszkadzać... – odezwała się niemal w tym samym momencie Esme.

– Nigdy jeszcze nie zniknęła ot tak – zdenerwował się rudy. W jego oczach błysnęło coś, co niemile skojarzyło mi się z paniką. – Carlisle, a może oni już ją dopadli? Jak sądzisz, czy miałaby dość czasu, żeby sprawdzić, czy kogoś na nią nie nasłali?

Emmett zaklął tak nagle i głośno, że właściwie wszyscy naraz zerwaliśmy się z miejsc, warcząc głośno – nawet ja, choć nie powinno mnie to zaskoczyć, skoro wciąż go widziałam. Wszyscy nagle zaczęli poruszać się tak szybko, że aż rozmywali mi się przed oczami.

Co się dzieje?! – dopytywali Jake i Seth.

Mniej więcej to, że zauważyli, że ich słodkiej wieszczki coś długawo nie ma – wyjaśniłam pokrótce. – Chyba myślą, że tamci ją capnęli...

– Wyczulibyśmy obce wampiry na naszych ziemiach! – zbulwersował się Seth.

Też tak myślę – warczał Jacob. – Ale co, jeśli...? – Już wstawał, by ruszyć do wyjścia razem z wampirami, lecz Bella w ostatnim momencie krzyknęła na niego:

– Zostań z Renesmee!

Wyskoczyła na zewnątrz, błyskawicznie wyprzedziła Esme i Rosalie i zrównała się z Edwardem i Carlisle'm.

Zostańcie obaj! – warknęłam, gdy wyczułam, że Seth też się podnosi. – Pilnujcie dzieciaka, ja z nimi pójdę! – I puściłam się biegiem za wampirzą rodzinką.

Trzymałam się na dystans, choć nie zamierzałam odpuszczać. Wciąż pozostawałam w zasięgu głosu, wystarczająco szybka, by nie mieć problemu z dotrzymaniem im kroku. Śmieszne – to nie była pełnia moich możliwości. Mam wrażenie, że gdyby zaistniała taka potrzeba, bez trudu byłabym w stanie im uciec.

– Czy byliby w stanie ją zaskoczyć? – spytał Carlisle.

– Nie wiem, jak mogłoby się to odbyć – westchnął Edward – ale Aro zna ją lepiej niż ktokolwiek inny. Lepiej niż ja.

Kto to Aro? Czy to był ktoś z Volturi? Może ich przywódca? Wiedziałam o wiele za mało.

– Czy to pułapka? – krzyknął Emmett.

– Być może – przyznał rudy. – Ale nie ma tu żadnych tropów poza tymi należącymi do Alice i Jaspera. Dokąd oni pobiegli?

Wzdrygnęłam się, gdy wyczułam, że gdzieś w pobliżu znajduje się ktoś ze sfory Sama. Nie skupiałam się na delikatnym zapachu na tyle mocno, by go rozpoznać, ale nie ulegało wątpliwościom, że kierował się w naszą stronę. W wilczym umyśle wychwyciłam ślady dziwnego podenerwowania... Nie, jednak było ich dwóch. I jeden w ludzkim ciele. Tylko czego oni od nas chcieli? Jak na zawołanie przed oczami stanęło mi wyobrażenie armii wygłodniałych wampirów na granicy naszych ziem. Cholera, ale chyba wtedy nie poruszaliby się tak wolnym, ludzkim właściwie tempem.

– Też wychwyciłeś ten zapach? – krzyknęła w pewnym momencie Esme. Czy chodziło jej o wilki? Czy znalazła coś innego?

– Nie schodźcie z głównego szlaku – jesteśmy już prawie na terytorium Quileutów – zarządził Edward. – Trzymajcie się blisko siebie. Zobaczmy, czy skręcili na północ, czy na południe.

Czego chcecie? – warknęłam w stronę zbliżających się wilków.

Niczego złego. Chcemy przekazać wiadomość – odezwał się Jared.

Jaką znowu wiadomość?

Nie otrzymałam odpowiedzi, choć od strony Paula wyczułam wahanie. Wampiry musiały ich wreszcie wyczuć – zatrzymali się gwałtownie, a ja wraz z nimi. Zbliżyłam się nieco, jeżąc futro na karku. Wątpiłam, bym zdołała coś zdziałać przeciwko dwóm basiorom, lecz i tak czułam się w obowiązku, by zaznaczyć, kto tu jest moją rodziną.

Szlag. Jak to się stało, że tak zaczęłam ich traktować? Kiedy? Jakim cudem, skoro jeszcze niedawno darzyłam taką niechęcią wszystkich bez wyjątku? Ba, niechęcią! Ja ich przecież nienawidziłam! Teraz zaś miałam nieprzyjemne wrażenie, że jakby przyszło co do czego, to wcale nie po stronie sfory bym się opowiedziała... Wilki były moją prawdziwą rodziną, to nie podlegało wątpliwościom. Ale Cullenowie stali się nią, gdy tyle dobra mi okazali. Zawdzięczałam im więcej, niż kiedykolwiek mogłabym spodziewać się po swoim plemieniu. Ze sforą kojarzyło mi się jedynie cierpienie...

– Sam? O co chodzi? – zawołał Edward w gąszcz.

Byli tam – Sam wyszedł spomiędzy drzew, u jego boków szli Jared i Paul. Wzdrygnęłam się na ich widok, coś zakłuło niebezpiecznie w sercu. Bardziej odsłoniłam kły i odwiodłam uszy do tyłu.

Sam, nie zwracając na mnie większej uwagi, co – przyznaję uczciwie – cholernie zabolało, skierował się od razu do Carlisle'a. To jemu miał do przekazania wiadomość i nikt inny go nie interesował. Ja też byłam dla niego obca. Trzymałam się z wampirami, a więc byłam traktowana jak one. Już zawsze tak będzie. Już nigdy nie będę jego małą Lee-Lee. Już nigdy nie przytulę go, już nigdy nie schowam się w jego ramionach, by mógł głaskać mnie po głowie i powtarzać, że wszystko będzie dobrze, że jest przy mnie i nigdy mnie już nie zostawi... Teraz miał inną. Teraz słuchała tego inna. To ją dotykał, to ją całował, to z nią... Boże, jak to bolało. Jak to niewyobrażalnie bolało za każdym cholernym razem...

A myślałam, że zdążyłam się na to uodpornić...

Z trudem wzięłam się w garść. Z ogromnym trudem. Ale musiałam, bo Jared i Paul popatrywali w moją stronę. Blokowałam przed nimi myśli jak mogłam, odbudowywałam swój mur cegiełka po cegiełce, lecz wychodziło mi to cokolwiek marnie.

Sam odezwał się poważnie i całkowicie oficjalnie:

– Wkrótce po północy Alice i Jasper dotarli w to miejsce i poprosili o pozwolenie na przekroczenie naszych ziem, by móc dostać się do oceanu. Na plaży od razu dali nurka do wody i już nie wrócili. W drodze na wybrzeże Alice powiedziała mi, że pod żadnym pozorem nie powinienem zawiadamiać o tym spotkaniu Jacoba, dopóki nie skontaktuję się z tobą i nie przekażę ci tego liściku. Obiecałem jej, że będę tu czekał, bo na pewno zjawisz się, by jej szukać. Mówiła, że to niezmiernie ważne. Sprawiała wrażenie, jakby zależało od tego życie nas wszystkich. – Z ponurą miną podał wampirowi małą karteczkę.

Zdenerwowanie, jakie wyczuwałam z ich strony od jakiegoś czasu, nagle nabrało sensu. Jaka ja byłam głupia, że nie zainteresowałam się tym mocniej! O ile wcześniej mogłabym się dowiedzieć...!

Alice. Drobna, wiecznie uśmiechnięta wampirzyca, która przez ten krótki czas stała się dla mnie kimś w rodzaju przyjaciółki, której nigdy nie miałam. Zrobiło mi się niedobrze. Nie wiedziałam, co było w tym liście, ale sądząc po tym, z jakimi minami wszyscy go czytali, sprawa była poważna.

– Alice postanowiła nas opuścić – wyszeptał wreszcie Carlisle.

– Co takiego?! – wykrzyknęła Rosalie.

Obrócił list tak, by wszyscy mogli go przeczytać. Ja również przysunęłam się bliżej i przyjrzałam równym literom...

„Nie szukajcie nas. Nie ma czasu do stracenia. Pamiętajcie: Tanya, Siobhan, Amun, Alistair i tylu nomadów, ilu tylko się da. My bierzemy na siebie Petera i Charlotte. Jest nam okropnie przykro, że musieliśmy odejść w ten sposób, bez pożegnania i jakichkolwiek wyjaśnień. Niestety, nie mogliśmy postąpić inaczej. Kochamy was”.

I tyle. Aż tyle.

Opuściła ich. Tak po prostu ich opuściła. Uciekła, gdy tylko pojawiło się zagrożenie – syknął Jared.

Czy tak zachowuje się rodzina? – zawtórował mu Paul. – Nigdy nie porzuciłbym moich bliskich, by ratować własną skórę!

– To nie może być tak, ona musiała zobaczyć coś w tej wizji... Nie mogła tak po prostu... – dukałam, chcąc wybronić przyjaciółkę, ale co ja właściwie mogłam? Sama miałam wątpliwości. Być może próbowałam się pocieszyć.

– Tak, ryzyko jest aż tak duże. – Edward odpowiedział na jakieś pytanie, które musiało urodzić się w głowie Sama.

– Na tyle duże, by porzucać własną rodzinę? – warknął alfa.

– Nie wiemy, co takiego zobaczyła. Alice nie jest ani tchórzliwa, ani bezduszna. Musiała mieć swoje powody.

– Żaden z nas nigdy by...

– Jesteśmy ze sobą związani inaczej niż wy w sforze – uciął stanowczo wampir. – Każde z nas nadal posiada wolną wolę.

My też posiadamy wolną wolę. Żadne z nas nie porzuciłoby rodziny nie dlatego, że instynkt nakazuje nam ją chronić, tylko dlatego, że tak właśnie powinno się postąpić – zawarczał Jared.

– Powinniście wziąć sobie to ostrzeżenie do serca – ciągnął rudy, najwidoczniej nie zauważając, że podobne zwracanie się do Sama nie wróżyło niczego dobrego. W ciemnych oczach wilkołaka już widziałam dziwny błysk, którego wolałam nie interpretować. – To nie jest coś, w co radziłbym się wam angażować. Możecie nadal zmienić wizję, której doświadczyła Alice.

Sam uśmiechnął się cierpko.

– My nie uciekamy.

My nie pozostawiamy rodziny – prychnął Paul.

– Nie skazuj przez dumę swoich bliskich na rzeź – odezwał się cicho Carlisle.

Na niego alfa spojrzał o wiele przyjaźniej.

– Tak, jak to nam wytknął Edward, nie jesteśmy do końca wolni. Renesmee jest częścią naszej rodziny w takim samym stopniu jak waszej. Jacob nie może jej opuścić, a my nie możemy opuścić jego. – Zerknął mimowolnie na liścik Alice i zacisnął usta, powstrzymując się od powiedzenia czegokolwiek więcej.

– Nie znasz jej – wycedził Edward.

– A ty ją znasz? – spytał go obcesowo.

– Mamy dużo spraw do załatwienia, synu. – Carlisle położył dłoń na ramieniu młodszemu wampirowi, zanim ten zdecydował się na coś głupiego. – Niezależnie od tego, jaką decyzję podjęła Alice, bylibyśmy głupcami, gdybyśmy nie postąpili zgodnie z jej zaleceniami. Wracajmy do domu i zabierzmy się do pracy. Dziękuję ci, Sam.

– Przepraszam. Wybacz. – Wilkołak stropił się wyraźnie. – Nie powinniśmy byli jej przepuścić.

– Nie wyrzucaj sobie tego. Alice ma prawo robić, co jej się żywnie podoba. Ja też bym jej nie zatrzymywał.

Chwilę wszyscy milczeli. Bałam się, skóra na grzbiecie paliła mnie, jakby ktoś nieustannie wbijał we mnie spojrzenie.

– Ja tam nie poddaję się bez walki – warknął Emmett pod nosem. – Alice zostawiła nam instrukcje. Weźmy się do roboty.

Ja też nie zamierzam się poddawać – wycedziłam, ostatni raz spojrzałam na przyglądającego mi się Sama i choć spojrzenie miał cokolwiek dziwne, odwróciłam się na pięcie i zniknęłam razem z resztą między drzewami.

Bella i Edward odłączyli się, by zbadać odnogę tropu, o której wcześniej mówiła Esme. Zastanawiałam się, czy nie powinnam iść z nimi – może dowiedziałabym się czegoś więcej, może byłabym potrzebna... Zrezygnowałam jednak, widząc, jak na siebie patrzyli. Nie chciałam. Nie chciałam kolejny raz na to patrzeć, bo i bez bijących po oczach ze wszystkich storn miłosnych obrazków czułam się tak, jakbym rozpadała się na kawałeczki. Drobne, nieuchwytne, a każdy z nich był ostry i raniący.

Od razu gdy dotarliśmy do domu, Cullenowie zaczęli się pakować. Na stole w salonie pojawił się globus, który szczególnie mnie zaskoczył – o ile lepsza przecież byłaby szczegółowa mapa! Kotłowali się, kręcili. Przebierali, przygotowywali. Choć wiedziałam, że raczej nie powinnam pchać się do domu w wilczym ciele, nie chciałam przemieniać się w człowieka. Stałam zasadniczo w samym środku i jedynie przeszkadzałam. Nastrój panował o wiele lepszy niż rankiem – poczucie konkretnego celu, stojąca przed wszystkimi jasno misja napędzała energią i sprawiała, że wszyscy mieli wrażenie, jakby jeszcze coś od nich zależało. Edward i Bella pojawili się dopiero po jakimś czasie. Żadnemu z nich nie podobał się pomysł tego, że mieli zostać, podczas gdy reszta ruszała na poszukiwania, lecz musiałam przyznać, że argumenty, które przedstawiał Carlisle, brzmiały rozsądnie.

Pożegnałam się ze wszystkimi lakonicznym merdaniem ogonem. Nie przemieniałam się w człowieka. Nie mogłam. W tym wszystkim było coś tak cholernie ostatecznego, że zwyczajnie nie dałabym rady...

Wyszłam na zewnątrz. Patrzyłam, jak odchodzą w różnych kierunkach. I wciąż nie mogłam pozbyć się wrażenia, że moje dobre życie, choć dopiero co się zaczęło, właśnie miało się ku końcowi.

A Sam... Sam zagnieździł się na dobre w moich myślach i nie zamierzał znikać.

Widziałam oczyma wyobraźni, jak jest z Emily. Jak ją całuje, jak jej dotyka, jak ją pieści, jak leżą razem w łóżku, wyznają sobie miłość. Widziałam, ale wiedziałam też, że tak jest naprawdę. Mnie w jego sercu już nie było. I nigdy nie będzie.

On nie był mój. A ja wraz z nim straciłam bezpowrotnie jakąś część siebie, bez której nie byłam w stanie żyć. Mogłam mieć nadzieję, że czas zaleczy krwawiącą ranę, że z czasem nauczę się, jak żyć bez tej cząstki, jak po amputacji kończyny. Nic z tego. Zamiast coraz lepiej, było jedynie gorzej.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany