Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 18

local_library0 comment0 thumb_up0
Trylogia Pożeracza Światów: Interludium - część 19

Livia

Między drzewami wiła się biała jak mleko mgła. Jej opar nasiąknięty był duszącym smrodem zgnilizny, zalegającym w płucach i wżerającym się w pamięć jak trucizna. Powykręcane pnie i martwe, a jednak jakby chore gałęzie splatały się nad jej głową, tworząc szczelny baldachim, dzięki któremu oszczędzono im widoku ciemnego burzowego nieba.

Nieba w kolorze oczu Allana.

Potrząsnęła głową. Czemu zaprzątać sobie myśli zmiennoskórym? Przecież nawet go nie lubiła. Więc dlaczego jego obraz cały czas stawał jej przed oczami, jak wyżarty w źrenicy, ilekroć zamknęła powieki? Pełna złych obaw, nie mówiła o tym nikomu, ale dręczyły ją też od pewnego czasu również sny. Widziała w nich rzeczy straszne, przerażające, o których bała się potem nawet myśleć, a co dopiero komuś opowiedzieć... Na razie żywiła się jeszcze złudną nadzieją, że może to jednak zwykłe koszmary, wywołane na przykład ciążącym stresem.

Ale czy w zwyczajnych koszmarach widziałaby powtarzający się pożar Nocnego Dworu, pole zalane krwią i Allana umazanego nią po łokcie? Wściekłego, pewnego siebie, niepowstrzymanego, takiego, jakim nie jest...

Widziała też siebie. W długiej białej sukni, również zachlapanej czerwienią, z dzikim wyrazem twarzy i obłędem w oczach. Trzęsącą się, przeszywaną dreszczami, jakie nawiedzają ciało tuż przed przemianą w wilka.

Ugryzła się w język, następnie z całej siły wbiła równo spiłowane paznokcie w skórę przedramienia. Nie myśl o tym. A przynajmniej nie w tym miejscu. Nie w miejscu, które sprawia, że jest się na skraju paniki, w którym zło i strach są namacalne. Wystarczy tylko zrobić jeden nieostrożny krok i zaatakują...

– Szybko, szybko, już niedaleko! – zawołała, odwracając się w stronę maszerujących za nią ludzi.

Same kobiety i dzieci. Zapłakane, brudne, dźwigające małe tobołki, ciągnące za rękę starsze dzieci i niosące młodsze. Dwie kobiety miały konie, lecz prowadziły je za uzdy, ponieważ wierzchowce niepokoiły się niebezpiecznym podmokłym gruntem, kwiczały i nie słuchały rozkazów. W siodłach odpoczywało kilka maluchów, zmieniały się co kilka minut. Z tyłu wlekli się zmęczeni, wyczerpani wręcz starcy. Paru z nich zostało, by czekać na wracającą dziewczynę i razem z nią iść z powrotem do miasta.

Mężczyźni zostali. Zostali wszyscy, którzy mogli się na coś przydać.

O dłoń Livii otarła się bokiem drepcząca razem z nimi Shadya. Przez moment oczy dziewczyny spotkały się z orzechowymi ślepiami ogromnej wilczycy.

Świetnie ci idzie, Livio. Tak trzymaj. Już niedaleko. – Pokrzepiająco skinęła łbem i odbiegła.

Dlaczego granica nie mogła przetrzeć się w innym miejscu, nieco bardziej dostępnym?

Jakieś dziecko płakało, po chwili inne, motywowane przez nie, również podjęło krzyk. Jak rozprzestrzeniająca się w błyskawicznym tempie zaraza. Livia warknęła pod nosem kilka słów, które z pewnością można by uznać za nieodpowiednie w ustach dziewczyny z dobrego domu. Ale niestety hałas nie pomagał jej we wcielaniu się w rolę przewodniczki. Odszukanie ledwo widocznego tropu wymagało od niej całkowitego skupienia, a w takim chaosie było ono nieosiągalne. A tak prosiła o ciszę...

Livia naprawdę nie lubiła dzieci.

– Już niedaleko, zaraz ziemia stanie się stabilniejsza, znajdziemy ścieżkę – powtarzała jak litanię, chociaż sama w to nie wierzyła. Bagniska ciągnęły się kilometrami, przejście przez nie mogło zająć nawet cały dzień.

Dopiero wyruszyli, a ludzie są już tak zmęczeni. Jak to zniosą?

Norman

Wyszedł przed dom. Przed chwilą Livia i Shadya wyruszyły z częścią mieszkańców miasteczka, by wyprowadzić ich w bezpieczne miejsce. To był jego zdaniem chory pomysł. Te przyzwyczajone do wygód życia matrony i małe dzieci potrzebowały wozów i koni, by przebyć taką odległość. Na drodze miałyby małe szanse, a co dopiero na podmokłym, niebezpiecznym gruncie bagien? Najbardziej bał się jednak o maszerujących z nimi starców. Wątpił, aby wielu z nich przeżyło.

Spomiędzy drzew wypadł wilk o czarnej sierści. Lekko utykał na jedną łapę, ale wyglądała ona na raczej przeciążoną długotrwałym biegiem, niż uszkodzoną. Cały grzbiet, pysk i pierś uwalane miał we krwi, lecz widać było gołym okiem, że nie jest jego. Podszedł bliżej, dysząc. Dopiero teraz mężczyzna zauważył, że zwierzę nie ma lewego oka.

– Allanie, prosiłem cię, odpoczywaj! – zganił syna, powstrzymując się ostatkiem sił i woli od wyrzucenia rąk do nieba w rozpaczliwym geście.

Wilk powoli zaczął się prostować, wreszcie stanął na dwóch nogach już jako jego młodszy syn. Kręcone włosy zlepiała mu zakrzepła czerwień, lecz w jasnym oku błyskały iskierki podniecenia.

– Ależ ojcze, nie potrzebuję odpoczynku, czuję się świetnie! – zawołał, uśmiechając się od ucha do ucha. W grymasie było zdecydowanie więcej sarkazmu, niż radości.

– Synu... – Pokręcił głową. Kłótnia nie miała najmniejszego sensu. Allan był potwornie uparty. – Powiedz mi, bo nurtowało mnie to od jakiegoś czasu, kto z tobą ćwiczył?

– W jakim sensie?

– Kto uczył się przemian? Jak długo?

– Nikt mnie nie uczył. Gdy dowiedziałem się, że mam te moce, zacząłem sam ćwiczyć. Gdy okazało się, że wcale ćwiczyć nie muszę, bo każda przemiana idzie mi gładko i bez problemów, zacząłem po prostu zmuszać się do pozostawania w ciele zwierzęcia jak najdłużej. I tyle. Czemu chcesz to wiedzieć? – Od niechcenia zajął się zeskrobywaniem błota z ubrania. – Prosta ta zmiennokształtność.

Norman zamarł.

– Jak to? To przecież niemożliwe!

– Dlaczego niemożliwe? – Zatrzymał się w połowie ruchu.

– Zmiennoskórzy ćwiczą latami! Nie ma takiego, nawet wśród najpotężniejszych, który przybrałby postać dowolnego zwierzęcia nie przećwiczywszy tego wcześniej! Nawet Mark przecież...

– Widocznie jestem pierwszy. – Wzruszył ramionami. – Wybacz, ale muszę natychmiast się umyć.

Zgarbiony chłopak odszedł w kierunku drzwi, oglądając dłonie uwalane w czerwonej mazi. Odprowadzał go pełen niezrozumienia wzrok ojca.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany