Opowiadanie użytkownika dbforys

ROZDZIAŁ 19

local_library2 comment0 thumb_up1
Zoe Simmons TOM 2 "Nigdy Bardziej Obcy" - część 20
04-01-2019 08:13

Aby zrealizować nasz plan, tym razem to my musimy zabawić się w łowców. Pomimo iż od samego początku unikamy ich jak ognia, nadeszła najwyższa pora, by przestać uciekać, a dobrać się tym razem do ich tyłków. Jak na razie nie mamy najmniejszego pojęcia, jak ich odnaleźć, ponieważ nie zostawiają za sobą żadnych śladów i zachowują wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa. Są bezbłędni. 

– Nawet jeśli zdołamy ich odnaleźć, to co dalej? – narzeka Ben. – Nie możemy przecież podbiec do nich i wyrwać czegoś z ich dłoni. Od razu się zorientują, że coś jest na rzeczy.

– Fakt – wtrąca Chris. – Znają nas i wiedzą doskonale jak wyglądamy. Przydałby nam się jakiś drobny element zaskoczenia.

– A co powiecie na Trevora? – proponuje Bart.

– Masz z nim jakiś kontakt?

– Oczywiście! – prycha. – Opiekuję się swoimi dziećmi, jak na dobrego tatusia przystało. Dzwoni do mnie mniej więcej raz w miesiącu i raportuje, co się u niego zmieniło. Ostatnio rozważał wstąpienie do wojska. Jego niezwykła siła, byłaby niezastąpiona na niejednym froncie.

– Ściągniesz go tutaj i co z tego? – wtrąca Siggar. – Przecież nie każemy mu się narażać bez potrzeby dla bandy obcych dla niego ludzi.

– Oj tam, oj tam. Nadszedł czas, żeby odwdzięczył się za to wszystko, co dla niego zrobiliśmy. W końcu, gdyby nie my, leżałby teraz trzy metry pod ziemią i użyźniał glebę. Taka drobna przysługa nie wydaje się wygórowanym żądaniem.

Opuszczamy Teksas i zmierzamy z powrotem w kierunku Nowego Jorku. Jeśli będziemy mieli szczęście, oni dopiero trafią na nasz ślad w tamtych rejonach. Jesteśmy pewni, że fakt, iż cała procedura wynajmu odbyła się z pominięciem jakichkolwiek dowodów na naszą obecność, nie powstrzyma ich to przed trafieniem w tamto miejsce. Nie mam pojęcia, jak to robią, ale wygląda to tak, jakby dosłownie podążali za nami, wodzeni jedynie samym zapachem.

Plan jest dość banalny: zamierzamy zaczaić się w okolicy Amityville i zaczekać, aż dotrą do wynajętego przez nas domu, a następnie śledzić ich i odczekać, dopóki nie nadejdzie odpowiedni moment nieuwagi, aby niepostrzeżenie zdobyć to, czego potrzebujemy.

Wypożyczamy niewielką furgonetkę i parkujemy ją przecznicę od celu, a następnie na zmiany obserwujemy całą okolicę. Ponieważ miejsca w samochodzie jest niewiele, dzielimy się na trzyosobowe grupy i zamieniając co kilka godzin, próbujemy dostrzec każde podejrzane zachowanie. W ten właśnie sposób spędzamy niemal cały tydzień…

– Mamy ich! – woła Chris, wbiegając do naszego pokoju hotelowego; codziennie zmieniamy lokalizację, by nie zdołali nas przechytrzyć.

– Pojawili się?! – wykrzykuję błyskawicznie. – Gdzie są?

– Zauważyliśmy ich, jak myszkowali w domu. Spędzili tam dobrą godzinę, zapewne przeczesując każdy jego zakamarek, a następnie pojechaliśmy za nimi. Podróżują starym kamperem, stojącym w tej chwili na parkingu jednego z barów, w którym piją na umór. W tym samochodzie znajdziemy cały ich dobytek, więc teraz albo nigdy. Taka okazja może się już nie powtórzyć. Musimy działać.

***

Czaimy się w krzakach niedaleko przydrożnego pubu niczym banda złoczyńców. Czekamy. Ich przyczepa stoi w zasięgu naszego wzroku, zaledwie kilka metrów dalej. Nie możemy jednak ryzykować zauważenia. Potrzebujemy kogoś wewnątrz.

– Rozmawiałem z Trevorem – szepcze cicho Bart. – Kazałem mu spiąć poślady i lecieć tu z prędkością światła, ale nie dotrze wcześniej niż za pół godziny.

– Cholera! W tym czasie wszystko może ulec zmianie.

– A, chrzanić to! – wykrzykuje Chris, podnosząc się na równe nogi. – Nie mamy chwili do stracenia.

– Siadaj na dupie i się nie wydurniaj! – ryczę, szarpiąc za nogawkę jego spodni i zniżając go z powrotem do wpółleżącej pozycji.

Posyła mi sztuczny uśmiech, ale posłusznie wykonuje polecenie. Nie ma sensu zwracać na siebie uwagi i narażać na niepotrzebne ryzyko. Nawet samo nasze przebywanie w ich pobliżu nie jest zbyt rozsądne. Musimy zachować opanowanie i nie pozwolić, by kierowały nami emocje.

Trevor zjawia się zaledwie dwadzieścia minut później, najwyraźniej wziął sobie do serca polecenie Barta.

– Więc tak, wchodzę tam i siadam przy oknie, a następnie obserwuję szanowną trójcę i daję wam znać, jeśli zrobią coś podejrzanego?

– Dokładnie – potwierdza Siggar. – Ale miej się na baczności. Pamiętaj, że to zawodowcy i nie zdradź swojej przykrywki, choćby krzywym spojrzeniem.

– Zrozumiałem! – Salutuje, przykładając dłoń do skroni i zmierza w stronę baru.

Obserwuję, jak odchodzi. Nie mogę pozbyć się paskudnego uczucia niepokoju.

– Gdzie jest Bart? – pyta Fabian, zauważając brak jednego ze swoich przyjaciół, a ja nie dowierzam, dostrzegając go zaledwie kilka metrów od kampera.

Czai się niepewnie, podchodząc bliżej, kuca, udając, że zawiązuje nieistniejącą sznurówkę w swoim bucie, a następnie wstaje, pogwizdując przy tym wesoło. Zamieram, kiedy wbija pięść w drzwi i zapierając się z całej siły, otwiera je na oścież.

– Kurwa mać! – wykrzykuje Gabe. – Pobiegnę za nim i dopilnuję, żeby wyszedł z tego cało! Dajcie znać, jeśli sytuacja ulegnie zmianie!

Wstrzymuję oddech i z zapartym tchem obserwuję wszystko, co się dzieje. Mój wzrok szaleńczo przeskakuje z kampera na Trevora i odwrotnie. Serce wściekle obija o klatkę piersiową i przysięgam sobie, że jeśli uda mu się przeżyć, to zamorduję go własnymi rękami!

Mija zaledwie dziesięć minut, ale ja odnoszę wrażenie, jakby ten czas trwał całą wieczność; ze stresu coraz bardziej zaczynam obgryzać obolałe już paznokcie.

– Spokojnie. – Dodaje mi otuchy Fabian, pokrzepiająco ściskając moją dłoń. – Ten idiota ma więcej szczęścia niż rozumu. Na pewno nic mu nie będzie.

Spoglądam na niego, ale nie mówię nawet słowa. Wtulam jedynie głowę w jego otwarte ramiona. Drzwi przyczepy otwierają się ponownie, a ja wypuszczam wstrzymywane powietrze i rozluźniam obolałe mięśnie. Chłopaki uśmiechają się do nas wesoło, a po chwili wzlatują wysoko w powietrze. Oddycham z ulgą. Machamy porozumiewawczo do Trevora i czekamy, aż do nas dołączy, a następnie robimy to samo. Trzy kwadranse później, lądujemy niedaleko naszego hotelu.

Udało się. Już niedługo wszystko będzie jasne.

***

– Nie. No kurwa nie! I co ja mam niby z tym zrobić? – ryczy Fabian, unosząc nad głową czerwony skrawek materiału, do złudzenia przypominający parę kobiecych, koronkowych stringów.

– Nie było cię tam! – woła Bart. – Cała trójka to pieprzeni bałaganiarze! Ich manele walały się wszędzie, ale choćbym nie wiem, jak bardzo próbował, nie znalazłem niczego, co byłoby podpisane czyimś imieniem. Wiesz przecież, że nie możesz się pomylić, a w ten sposób będziesz miał pewność, do kogo należą. No chyba że jeden z chłopaków ma małą, słodką tajemnicę…

– Nie wierzę, że nie było NICZEGO lepszego niż to!

– Mówi prawdę – wtrąca Gabe. – Choć rzeczy mają mnóstwo, ciężko było się zorientować, do kogo należą, a jak wiesz, szybkość grała tam największą rolę. Wzięliśmy więc to, co uznaliśmy za najbardziej prawdopodobne w tak krótkim czasie.

– W porządku… – Fabian daje za wygraną. – Ale wiedzcie, że jeżeli pozostawi to trwałą rysę na moim umyśle, to będzie to wyłącznie wasza wina.

Cała nasza gromada rozsiada się wygodnie, natomiast Fabian zajmuje miejsce na niewielkim tapczanie. Ściska w dłoni, należący do Silke, skąpy element garderoby i ogląda go z jawnym wyrazem dezaprobaty. Na myśl o tym, że przez najbliższą godzinę będzie błądził po najskrytszych zakamarkach jej umysłu, czuję ostre ukłucie zazdrości. Kira to jedno, ale inne kobiety niech trzymają swoje łapska z dala od mojego faceta!

– Zaczekaj… – chrypię nieśmiało, po czym nie zwracając uwagi na to, że pozostali bacznie nas obserwują, podchodzę bliżej, a następnie całuję go długo i namiętnie. Wkładam w ten pocałunek tyle uczucia, na ile tylko mnie stać, a do moich uszu docierają ich głośne pogwizdywania. – Pamiętaj, żeby do mnie wrócić – mruczę kokieteryjnie do jego ucha, a on uśmiecha się, posyłając mi wprost ociekające pożądaniem spojrzenie.

– Jasna sprawa, kicia.

Wracam na swoje miejsce, a Fabian bierze głęboki wdech i robi znak krzyża, by po chwili opaść miękko, na leżące za nim poduszki. Napinam wszystkie mięśnie. Cały czas nie mogę pozbyć się niechcianego uczucia, że coś pójdzie niezgodnie z planem. Co, jeśli ona zauważy, że coś jest nie tak? Albo Fabian zabłądzi w zawiłościach jej popieprzonego umysłu i nie będzie mógł stamtąd uciec przez następne kilka dni? A co, jeśli…

– Przestań snuć te swoje teorie. – Wyrywa mnie z zamyślenia Keira i uśmiecha się pokrzepiająco. – Cokolwiek by nie było i tak nie masz na to żadnego wpływu.

– Wiem, ale nic na to nie poradzę… to nie moja wina, że on wiecznie pakuje się w kłopoty, przyprawiając mnie tym o zawał serca. Gdybym mogła, poszłabym tam razem z nim, by dopilnować, że wróci tu w jednym kawałku.

– Ona nie będzie miała o niczym pojęcia, zaufaj mi.

Ufam. Odliczam czas, bacznie obserwując wskazówki zegara. Wydycham ciężkie powietrze za każdym razem, kiedy minutnik przekracza dwunastkę. Kwadrans za nami, pozostały jeszcze minimum trzy…

Wstaję i kręcę się w kółko. Nie wiem, co ze sobą zrobić, na czym skupić uwagę, by przestać o tym myśleć. Siadam. Obserwuję wszystkich na raz i każdego z osobna. Trevor powinien pójść do fryzjera, za to bliźniakom przydałaby się zmiana garderoby. To, co mają na sobie, woła wręcz o pomstę do nieba!

– Opowiedzcie jakiś sprośny dowcip czy coś… – mamroczę ledwo zrozumiale, a następnie obracam raptownie głowę, słysząc odgłos łapczywie nabieranego powietrza.

– Namierzyli nas! – krzyczy Fabian, podnosząc się błyskawicznie. – Musimy stąd spieprzać i to szybko! Dotrą tu za niecałe dwadzieścia minut!


Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany