Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 2

local_library1 comment0 thumb_up0
Trylogia Pożeracza Światów: Interludium - część 3

Adrian

Święte Góry. Najważniejsze miejsce dla wyvernów – to tutaj uciekały podczas prześladowań, chroniły się przed wojnami. I zawsze, niezależnie od tego, jaka sytuacja panowała akurat na świecie, otrzymywały schronienie. Wśród wilgotnych ciemnoszarych skał, które tysiącami lat rzeźbił wiatr, wśród omglonych grani i karłowatych wysokogórskich sosen nieaktualne stawały się wszelkiego rodzaju listy gończe, wyroki czy dawne sprzeczki. Idący obok ciebie, nawet jeśli kiedyś dałbyś wszystko, by spoczął w ziemi, tutaj stawał się najlepszym przyjacielem i sprzymierzeńcem. Tutaj musiałeś pokochać swojego wroga, zaoferować mu pomoc, przyjąć ją od niego, zaufać. Musiałeś, bo inaczej byłbyś skończony. Oprócz nielicznych miasteczek, to miejsce wręcz wionęło tajemnicą; w każdej norze, każdej jaskini mogło czaić się niebezpieczeństwo. Potwory, które Przedwieczni stworzyli dawno temu, aby strzegły ich tajemnic, zdziczały – nie rozróżniały już przyjaciela od wroga. Żywioły również wręcz tylko czekały, by spłatać nieostrożnym wędrowcom potworny kawał – ginąca we mgle ścieżka mogła w każdej chwili zakończyć się przepaścią lub pionową ścianą, która zmuszała do powrotu i poszukiwań nowej drogi, a zazwyczaj nie było takiej na mapie. Tutaj twój największy wróg musi choć na chwilę stać się twoim bratem, inaczej obaj zginiecie. Jeszcze nigdy żaden samotny wędrowiec nie wyszedł stąd cało. Ten „azyl” krył w sobie jeszcze jedną niespodziankę: obcych. Wyverny, choć od zawsze twierdzą, że jest inaczej, wcale nie są niepodzielnymi władcami tego miejsca. W Świętych Górach znalazło schronienie wielu ludzi, którzy wybudowali tu swoje wsie, miasteczka, a nawet królestwa. Zwykle są pokojowo nastawieni, otwarci na nawiązywanie stosunków politycznych i handlowych, lecz zdarzali się też tacy, którzy od lat usiłowali spowodować wojnę. Do dzisiaj odkrywano nowe plemienia, rysowano nowe mapy. Starano się określić na nich wszystko, co mogło zaskoczyć podróżników, z uwzględnieniem nawet tak zwanych miast-pułapek, stwarzanych przez wygnanych czarowników, lecz nie sposób było z całą pewnością stwierdzić, ile jeszcze miejsc pozostało nieodkrytych – Święte Góry ciągnęły się przecież tysiącami kilometrów, prawie przedzielając świat na pół.

Adrian był pewien, że trafił na jedną z takich właśnie nieodkrytych wiosek. Kamienisty wąwóz mógł mieć najwyżej dziesięć metrów szerokości, miejscami nawet mniej. W jego zboczach wydrążono jaskinie mieszkalne, z których ciekawie wyglądały na podróżnika twarze pulchnych kobiet i umorusanych dzieci. Na ziemi, przyklejone do kamiennych ścian wąwozu, wznosiły się zbudowane z drewna stragany. Sprzedawcy głośno zachęcali go do kupienia swoich towarów, kilku zaciekawionych ludzi biegło za czarnym rumakiem. Patrzył dookoła, nie starając się nawet kryć zachwytu. Na straganach było wszystko: kolorowe naszyjniki, amulety odstraszające złe moce, broń, rzeźbione naczynia, z jednego nawet dochodził niezwykle kuszący zapach pieczonego mięsa. Słychać było muzykę, ludzie śmiali się głośno, niczego nie obawiając. Ubrani byli w skóry zwierząt, dość topornie pozszywane grubą nicią. Adrian nigdy nie mógł się nadziwić, że w Pierwszym Świecie następowały po sobie epoki, pojawiały się nowe wynalazki, zmieniały się mody, a w Drugim Świecie od zawsze panowało średniowiecze. I to mu właśnie odpowiadało.

– Panie! – Zatrzymał konia, rozejrzał się, szukając właściciela głosu – Panie, zapraszam! Widzę, że przebyłeś długą drogę – proszę, usiądź, zjedz coś. Mówią, że moje podpłomyki są najlepsze w całym mieście.

Potężny mężczyzna o czerwonej twarzy wykrzywionej szerokim uśmiechem zaprosił go gestem do swojej budki. Zeskoczył z konia, przywiązał czarnego ogiera do słupka, usiadł na wskazanym mu stołku, poprawiając przytroczony na plecach łuk. Kuszę zepsuł, gdy spadł z konia podczas szaleńczej ucieczki – nie mógł jej odżałować, choć łuk ze swoją szybkostrzelnością wydał mu się od razu praktyczniejszą bronią.

– Czy mógłbym poznać pańskie imię?

Zaskoczony wyvern zmarszczył brwi.

– Jestem Adrian – powiedział, starając się nadać swojemu głosowi neutralne brzmienie.

– Adrian... – Mężczyzna zamyślił się, patrząc gdzieś ponad skrytymi we mgle skalnymi graniami wąwozu. – Mam dla ciebie wiadomość, wyvernie.

Nagle pulchna twarz straciła wszystko, co czyniło ją wesołą i sympatyczną gębą niezbyt inteligentnego kucharza z zapadłego miasteczka odciętego od reszty świata.

– Jaką wiadomość?

– Powiem inaczej: to ostrzeżenie. Nigdy nie będziesz bezpieczny. Nie ukryjesz się przed nim. Jest już w drodze. Pamiętaj, prawdziwy Myśliwy zawsze czuwa... Powiedziano mi, że będziesz wiedział, o co chodzi.

Wyvern powoli rozprostował kurczowo zaciśnięte w pięści dłonie. Wiedział, co to znaczy. Rozumiał doskonale wszystko, z wyjątkiem jednej, jedynej rzeczy: dlaczego Javier tak go nienawidzi? Przecież nie został drugim Myśliwym po to, by przyćmić pierwszego – chciał jedynie zwrócić na siebie uwagę mentora, zostać zauważonym. Niestety mentor albo błędnie odczytał sygnały, albo swoim zachowaniem kategorycznie dawał do zrozumienia, że wszelkie próby naśladowania jego osoby skończą się tragicznie.

– Smacznego. – Kucharz znowu był tylko wesołym, lekko podpitym człowiekiem. Postawił na ławie przed nim gliniany talerz z parującym jedzeniem.

Czarny ogier parsknął i tupnął niespokojnie, jakby przeczuwając zagrożenie. Niebo przecięła błyskawica, zerwał się wiatr.

– Pogoda dzisiaj parszywa. Choć nie chcę narażać się temu, który zostawił panu wiadomość, wolałbym, aby pan został u nas na noc. W moim domu jest dużo miejsca dla ewentualnych gości.

– Lepiej nie. Nie powinienem w ogóle się zatrzymywać. Dziękuję za poczęstunek. – Oddał naczynia i szybko wstał z miejsca. Otrzepał ubranie, wskoczył na konia.

– Nalegam. Podróżować samotnie po Świętych Górach, w dodatku w taką pogodę, to samobójstwo...

Wyvern nie słyszał. Ogier pędził kamienistym dnem wąwozu, krzesząc iskry podkutymi kopytami.

Loki

Grota była spora. Ze sklepienia gęsto zwieszały się stalagmity przeróżnej długości; podłoże, nierówne i pełne rozpadlin, zostało zatopione. Miejscami woda sięgała zaledwie do kostek, lecz w dalszej części jaskini powyżej barków dorosłego mężczyzny. Wypełniona była czymś w rodzaju błękitnego piasku, który zbierał się na dnach kałuż, zabarwiając je na niecodzienny turkusowy kolor. Mokra skała była potwornie śliska – musieli poruszać się małymi kroczkami, by nie upaść.

– Powiedz mi... co my tu właściwie robimy? – spytał z niepokojem w głosie Loki, zerkając kątem oka na dzierżącego długą włócznię Javiera. Myśliwy, spięty i gotów w każdej chwili do wyprowadzenia błyskawicznego ciosu, wpatrywał się w błękitną toń z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Jak to co? Szukamy obiadu – odpowiedział z prostotą, mocno uderzając grotem w coś, co dostrzegł w wodzie. Wielka, biała ryba jaskiniowa wykonała jednak nadzwyczaj zwinny unik.

– Nawet ślepej ryby nie umiesz złapać? To co z ciebie za Myśliwy? – Przedwieczny roześmiał się złośliwie.

Towarzysz odwrócił się powoli i dosłownie zmiażdżył go wzrokiem.

– Masz, spróbuj, skoro myślisz, że to takie proste. – Wyciągnął w jego stronę włócznię.

Rudy wzruszył lekceważąco ramionami i przybrał wcześniejszą pozę Myśliwego. Wykonał krok do przodu... Nogi mu się rozjechały, z głośnym krzykiem, rozpaczliwie wymachując rękami, runął do lodowatej wody. Ze zdziwieniem odkrył, że jest gęsta jak zupa, co czyniło pływanie wręcz niemożliwym.

– Pomyślnych łowów! – Javier beznamiętnie wyjął ze szczeliny wsadzoną tam wcześniej pochodnię i ruszył do wyjścia.

– Ej, moment, a co ze mną?! – Loki z ogromnym trudem utrzymywał się na powierzchni.

– Jest płytko. Wyprostuj nogi.

– Płytko, ciekawe dla kogo! Bo dla mnie raczej nie! – Przedwieczny miał rację: z pewnością nie należał do najwyższych ludzi świata.

– Kompleks Napoleona – skomentował Myśliwy, niechętnie podając mu dłoń. Efektem było, że wpadł do wody obok towarzysza. – No, ładnie nas wpierdzieliłeś! – ryknął, prychając. Kilka kosmyków wypadło mu ze związanych w koński ogon włosów i oblepiło czoło w bardzo nieprzyjemny sposób.

W jaskini zapanowała idealna ciemność – w końcu wpadł do wody razem z pochodnią. Każda z prób wypełznięcia na płytszą wodę kończyła się tak samo, czyli zazwyczaj podtopieniem lub uderzeniem twarzą w podłoże, gdy dłonie się rozjeżdżały. W końcu jednak, gdy Loki zablokował w szczelinie pochodnię, udało się wspiąć po niej.

– Chyba cię znienawidzę – syknął Javier, gdy zmierzali nocą do swojego obozowiska. Mokre ubrania ciążyły i zaczynały zamarzać.

– A w ogóle kiedykolwiek mnie lubiłeś?

– Raczej nie. Ale nie nienawidziłem.

Usiedli przy dawno już ostygłym ognisku, spróbowali ponownie je rozpalić, lecz zgrabiałe palce odmawiały posłuszeństwa. Gdy wreszcie się udało, wzmagający się wiatr za wszelką cenę usiłował zdusić płomienie, gnąc je do ziemi zbyt mocnymi podmuchami. Skalna grań, pod którą się schronili, niestety nie dawała przed nim osłony. Javier, korzystając z tego, że płomienie jeszcze istnieją, postawił nad nimi gliniany garnuszek wypełniony podejrzanie pachnącymi ziołami. Zalał je wodą i cierpliwie czekał, aż się zagotują. Gdy wypił to wszystko jednym haustem, nie zważając na bliską wrzenia temperaturę, Przedwieczny nie wytrzymał:

– Co to było?

– Moi najlepsi przyjaciele... – wybełkotał Myśliwy i ułożył się brzuchem do góry na kamieniu, wzdychając z lubością i zamykając oczy.

– Po prostu pięknie. Czyli że ja, przemoczony, wściekły i tak zmęczony, jak to tylko możliwe, mam pełnić wartę przez całą noc? Dobre sobie! Ty odlecisz gdzieś tam, daleko, a stary do pracy, tak? Czy ty mnie słuchasz?

– Oczywiście, że tak. Jakże bym nie mógł, twój głos kaleczy uszy...

– Ha ha, bardzo śmieszne. Powiedz mi lepiej, bo nie rozumiem: dlaczego najpierw oszczędziłeś życie Adrianowi i wygnałeś tutaj, a dzień później ruszyłeś, by go zabić?

– Wygnałem go, by obudzić w nim nadzieję. Na to, że przeżyje, ma szansę i tak dalej. A teraz gonię, żeby się zorientował, że jednak mi przeszkadza. Rozumiesz?

– Nie bardzo.

– Eee, nieważne. Zostańmy przy tym, że zalazł mi za skórę.

– To wiem. Ale po co go ścigasz?!

– Tak dla jaj.

Loki warknął, zorientowawszy się, że raczej w tym stanie niczego się od Javiera nie dowie, i wściekłymi ruchami zaczął przesuwać osełką po ostrzu sztyletu.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany