Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 46

local_library0 comment0 thumb_up0
Uszkodzona dusza 1: The Loner - część 47

Biała wilczyca zbliżała się do mnie niespiesznie, jakby od niechcenia. Delikatnie stawiała łapy, dokładnie i z wyczuciem, zupełnie jakby zastanawiała się nad każdym ruchem, by móc wykonać go idealnie, by nie przemycić w nim żadnego okruchu niedoskonałości, która tak bardzo do niej nie pasowała. W gruncie rzeczy drobny pysk był gładki, nikt z zewnątrz nie doszukałby się w jego wyrazie ani postawie całego smukłego ciała oznak gniewu... Tylko błękitne oczy były lodowate, otwarte szeroko i tak przerażające, że aż miałam gęsią skórkę.

Była ode mnie większa. Nie jakoś przesadnie, ale wystarczająco, bym poczuła się nieswojo. A mój nos się nie mylił – ostry, kręcący zapaszek potężnej magii był niemożliwy do przegapienia, zwłaszcza gdy znalazło się tak blisko jej źródła. I było celem jej właścicielki.

Rozumiesz, czarna? – Jej głos był cichy i spokojny, graniczący z szeptem, ale i tak słyszałam w nim coś przerażającego. – Ja sama myślałam, że będzie można tego uniknąć. Myślałam... Nie wiem, jak to możliwe, że tak cię ukryli. Odpowiednie osoby powinny wytropić cię o wiele wcześniej.

– Bez obrazy, ale o czym ona pieprzy? – denerwował się Embry. – Leah? Słówko wytłumaczenia?

– Naprawdę myślisz, że jest pora na wytłumaczenia? – jęknęłam.

Twój Beta jest wyjątkowo mało spostrzegawczy. – Zaśmiała się szczerze. – Oj, potężny wilkołaku, to jeszcze nie wiesz? Nie wiesz, kim jest twoja wilcza koleżanka?

– Jest moją wilczą siostrą i tyle mi wystarczy, by złoić ci skórę, jak tylko ją tkniesz – warknął.

Najpierw musiałbyś tu przyjść – prychnęła. – Co, czarna? Ciekawa jestem, co na to wszystko powie twój braciszek. Wygląda na to, że niedługo nacieszy się siostrzyczką... Ach, jaka szkoda.

Przez chwilę w jej myślach błysnęło mi coś dziwnego, jak echo dawnego, duszonego w sobie wspomnienia. Skupiłam się na nim, spróbowałam odgrzebać, jednak to nie okazało się takie proste. Odgrodziła się ode mnie bez żadnego trudu, uśmiechając szyderczo. Walczyłam, drążyłam – do cholery, tam było coś ważnego! – ale czułam się tak, jakbym za każdym razem odbijała się od niewidzialnego muru.

Nikt cię jeszcze nie nauczył, że nie wciska się nosa w cudze sprawy? – spytała pozornie uprzejmie.

Mogłabym ciebie posądzić o to samo. – Miałam wrażenie, że jeszcze chwila, a stopię się z betonową ścianą w jedno, tak mocno się w nią wciskałam, wciąż mając bezsensowną nadzieję, że w ten sposób uda mi się od niej odsunąć.

Bezczelna – warknął Roman. Wilkołaczy Alfa wciąż szczerzył kły, jego brązowe ślepia błyskały nienawiścią, której kompletnie nie potrafiłam zrozumieć. – Nie rozumiesz? – Zorientował się, że zbyt mocno się nim zainteresowałam, i również zbliżył o kilka kroków. Trzęsłam się coraz mocniej. – Ja sam paru kwestii nie rozumiem. Na przykład tego, jak twój dziadek mógł zataić przed nami coś takiego.

– Ja nie rozumiem, jak to możliwe, że nie zorientowaliście się od razu – odparowałam szybko.

A czy to jakaś różnica? – Aurelia wywróciła oczami. – Grunt, że wreszcie do tego doszło. No, zakończmy to. – Otrząsnęła się z gracją. – Ciekawa jestem, co będzie z twoim braciszkiem. Tylko jego mi w tym wszystkim szkoda. Co poczuje, gdy okaże się, że nie zdołał cię ochronić?

– Prawdopodobnie to samo, co poczułaś ty, gdy nie ochroniłaś własnego brata – wycedziłam.

Zatrzymała się. Dosłownie zamarła w miejscu, jakby ktoś nagle wcisnął pauzę na pilocie.

Skąd ty...? – jęknęła wreszcie z furią.

Im mocniej starasz się o czymś nie myśleć, tym bardziej o tym myślisz.

– Mój brat to tylko i wyłącznie moja sprawa! – krzyknęła wreszcie. – A ty... Ty powinnaś umrzeć już wiele lat temu. I tak do niczego się nie nadajesz.

Zbliżyła się jeszcze bardziej...

I tym jednym drobnym ruchem przekroczyła cienką, niewidzialną linię mojej strefy bezpieczeństwa.

Tak, coś słyszałam o tym, że prawie wszystkie zwierzęta, gdy zapędzić je w kąt, gdy zamknąć je w potrzasku, zaczynają walczyć jeszcze bardziej zaciekle. Nie wiem, na ile to prawda. Grunt, że ja sama dostałam wtedy – nie przymierzając – pierdolca z prawdziwego zdarzenia.

Miałam dosyć kulenia się pod ścianą. Wiedziałam, że trzy czające się na mnie wilki prawdopodobnie mnie zabiją. I zaczęłam mieć na to kompletnie wyrąbane. Bylebym tylko nie zginęła jak tchórz, byleby zabrać przynajmniej jedno z nich ze sobą...

Chyba nikt nie spodziewał się tego, że z kulącej się, zjeżonej, szczerzącej zęby kulki przemienię się w maszynę do zabijania. Z pewnego dystansu pewnie musiało to wyglądać dość zabawnie...

Wystarczyło, że Aurelia postawiła pewniej łapę w granicach mojej strefy bezpieczeństwa, a ja wystrzeliłam jak z procy, rzucając się jej do gardła. Po prostu przykleiłam się do niej jak wielki, czarny kleks, gryząc, drapiąc i warcząc. Choć znacznie cięższa i stojąca do tej pory dość stabilnie, poleciała w tył, skowycząc z zaskoczenia. Z początku zdezorientowane, dwa wielkie basiory szybko się otrząsnęły i ruszyły w naszą stronę, lecz przez to, że chcieli zrobić to jednocześnie, bardziej sobie nawzajem przeszkadzali, niż pomagali.

Schody nie były najlepszą powierzchnią do walki, o czym Aurelia przekonała się stosunkowo szybko. Przez cały czas usiłowała złapać równowagę i zaprzeć się tylnymi łapami, by wytracić mój impet, lecz w końcu stało się to, co dziwne, że nie wydarzyło się na samym początku: potknęła się i runęła w dół, a ja, wczepiona w nią kłami, poleciałam za nią siłą rozpędu. Przekoziołkowałyśmy kilka razy, aż wreszcie wylądowałyśmy idealnie na pokrzywionej metalowej siatce, którą niedawno staranowałam. Tym razem to ja zawyłam z bólu, gdy białej wilczycy udało się znaleźć na górze – drobne pręciki wbiły się w delikatną skórę na brzuchu. Siatka znajdowała się jeszcze na schodach, więc zjechałyśmy na niej jak na sankach na sam dół. Gdzieś po drodze uderzyłam szczęką w stopień – przed oczami wybuchły miliony słońc, w głowie się zakołowało, na moment zapomniałam, gdzie się znajduję. Już i tak krwawiłam po tym, jak Wojciech uderzył mnie łapą w pysk na samym początku, ale i tak zachciało mi się rzygać, gdy po twardym lądowaniu zostawiłam za sobą czerwony rozbryzg.

Już zaczynałam się zbierać, niestety zaraz silna łapa przycisnęła mnie z powrotem do ziemi. Warkot rozległ się tuż koło mojego ucha. Spanikowałam, szarpnęłam się – nie trzymała mnie jeszcze całym ciężarem, udało mi się więc okręcić na grzbiet i ją w tą łapę uchlać. Zawyła i aż złożyła się wpół, padając na mnie, co wykorzystałam do tego, by tym razem sięgnąć do gardła...

Niestety właśnie wtedy, gdy już miałam zmiażdżyć jej tchawicę, Starszyzna na dobre się otrząsnęła.

Dwa ogromne wilki wpadły pomiędzy nas. Aurelia na chwilę gdzieś mi zniknęła, bo całe moje pole widzenia zajęło bure futro potężnego basiora, który nie zwlekając nawet sekundy, chwycił mnie zębiskami za luźną skórę na policzku i szarpnął w kierunku ziemi. Pisnęłam, pochyliłam się, tak jak mi kazał.

Kątem oka widziałam moją sforę. Wilki kotłowały się na zewnątrz – większość stanęła na murkach po obu stronach schodów, wyjąc, warcząc i tocząc pianę z pysków; Quills, Embry i Jared schodzili ostrożnie po stopniach, utrzymując kontakt wzrokowy z trzymającym mnie Wojciechem. Bali się. Bali się, że jeśli ruszą gwałtowniej, oni mnie zabiją...

W życiu nie przypuszczałam, że wpędzę się w tak poważne kłopoty. Roman dyszał tuż nad moim karkiem. Wiedziałam, że szczęki ma na tyle duże i silne, że wystarczyłby mu moment, by pogruchotać mi kręgi. Śmierć była o krok.

Aurelia warczała metr dalej, ślina kapała jej z wyszczerzonych kłów.

Odejdźcie – rozkazał Quills. – Zostawcie ją w spokoju!

– Starszyzna zadecydowała – odpowiedział mu stanowczo Wojciech. – Dziewczyna umrze. I tak nigdy nie powinna dożyć takiego wieku.

Łapy drętwiały mi w niewygodnej pozycji, krew z pokaleczonego pyska zbierała się w niewielką stróżkę i kapała ciurkiem z nosa. Zaczynało mnie to łaskotać nie do wytrzymania. Oddychałam przez pysk, bojąc się, że się zakrztuszę. Nie nadawałam się chyba do niczego.

O co wam chodzi? – Embry kłapnął zębiskami i spróbował się zbliżyć. Po tym, jak gorący oddech Romana musnął moje ucho, poznałam, że Beta nie ma na co liczyć. – Co ona wam zrobiła?

– Siedzimy jej w głowie od najmłodszych lat – odezwał się Jared. – Wiemy, że nic nie zrobiła. Przecież nie zdołałaby tego przed nami ukryć. O co ją oskarżacie?

– Nie oskarżamy jej o nic. Wystarczy już samo to, kim jest – syknęła Aurelia. – A jest taka jak ja. Tylko że... No, spójrzcie sami. Jest czarnym półdemonem!

Nikt jej nie uwierzył.

Łżesz. – Embry błysnął białkami. Bezradnie drobił w miejscu, lecz spojrzenie dwóch potężnych Alf skutecznie powstrzymywało go przed rzuceniem się do ataku. – Kolor futra jeszcze nic nie oznacza. Zdarzają się czarne wilkołaki. Jej dziadek też takim jest...

– Oj nie, mój drogi – zaśmiała się bezlitośnie. – Jeśli o to chodzi, żadne z nas nie ma żadnych wątpliwości... a ona sama może potwierdzić. Prawda, malutka?

Wszystkie spojrzenia jak na komendę skierowały się na mnie.

Leah, co ona pieprzy? – zdenerwował się Jared.

Obawiam się, że mówi prawdę – przyznałam, spuszczając wzrok.

Na chwilę zapadła cisza.

Że co? O co tu...? – Quills aż się cofnął, gdy dotarło do niego, co powiedziałam. – Ty chyba sobie...

– Nie, nie żartuję – przerwałam mu nieco płaczliwie. – To jest to, o czym chciałam z wami porozmawiać, zanim mnie złapali. Sama wiem od niedawna i...

– Ty jesteś pierdolonym półdemonem i nic nam nie powiedziałaś?!

Skuliłam się i całkowicie zamknęłam oczy, czując się tak, jakby Embry mnie uderzył.

Przecież chciałam...

– Po prostu nie wierzę – szepnął Seth.

Jak to możliwe? Przez te wszystkie lata nas okłamywała? – dukał Jacob.

Jakim cudem mogłaś wcześniej tego nie wiedzieć?

– Przecież nie znasz swojego ojca. Mogłaś się domyślić. Takie rzeczy chyba się wie!

– Nie... – Prawie leżałam już na ziemi. – Przecież wiedzielibyście, gdybym chciała was okłamać!

– Niby skąd? Półdemony potrafią chronić przed nami myśli. Podejrzewam, że nawet, jeśli znajdują się w naszym stadzie.

Oskarżający wzrok Jareda był w tym wszystkim chyba najgorszy. Bo on wierzył we mnie zawsze. On mnie kochał, do cholery...!

– Ladon to twój brat, prawda? Tego też nam nie powiedziałaś.

– Od samego początku musiałaś to wiedzieć.

– Chroniłaś go. Dziwnie się zachowywałaś, gdy był w pobliżu.

– Zawiodłem się na tobie.

– Wszyscy się zawiedliśmy.

Aurelia śmiała się głośno w myślach.

Ja naprawdę nie wiedziałam! Posłuchajcie mnie, do cholery! – Szarpnęłam się, ale jedyny skutek był taki, że pokaleczyłam policzek o kły wciąż trzymającego mnie Wojciecha. Bolało jak skurczysyn. – Czy wyście oszaleli?! Nie wiedziałam! Jesteście moimi wilczymi braćmi, przecież powiedziałabym wam, gdybym...

– Stary Alfa musiał wszystko wiedzieć. Dlaczego nie wyczytaliśmy tego z jego myśli? – zainteresował się Collin.

Bo jest członkiem Starszyzny. Umie się blokować.

– Kryłby ją przez tyle czasu? Musiał wiedzieć, jakie to niebezpieczne.

– Henryk zdradził. Tego również jesteśmy pewni. Owszem, krył ją. – Roman nadal warczał niebezpiecznie blisko mojego karku, ale zaczynało mi się to robić obojętne.

Skoro on wiedział, ona też musiała – wydedukował Paul.

Ale zaraz, może faktycznie trzymali to przed nią w tajemnicy? – wtrącił Sam. – Jest za słaba na półdemona. I zbyt mocno wierzyła, że jest wilkołakiem.

– W jakiejś części jest wilkołakiem – zgasił go Quills. – Stąd ta pewność.

– Na litość, przecież ja bym was nie okłamała! Nie was...! – Prawie płakałam. Skamlałam głośno, nie przejmując się tym, co mogła na ten temat pomyśleć sobie półdemonica. Czułam, jakby rozrywali mi serce na kawałeczki. – Wy jesteście dla mnie wszystkim, do diabła! Sfora to całe moje życie...!

– No dobra, nawet jeśli – albinos przechylił uważnie łeb – to dlaczego nie opowiedziałaś nam wszystkiego od razu? Dlaczego zwlekałaś tyle czasu?

– Bo się bałam. Bałam się, że tego nie zaakceptujecie! Bałam się, że to się właśnie tak skończy... Bałam się, że mnie znienawidzicie. A ja bym nie mogła bez was żyć, rozumiecie? Jesteście dla mnie wszystkim. Jesteście moim wspólnym umysłem. Jesteście dla mnie czymś więcej niż rodzina. – Łzy szczypały w szramę pod lewym okiem. Nie przypuszczałam, że w tym wcieleniu da się płakać. – Jesteście fragmentem mnie. Jak miałabym was okłamać? I to w takiej kwestii?

Zaczęli się wahać, czułam to. Zwątpienie zasiane przez Starszyznę zaczynało powoli przegrywać ze wszystkim tym, co podpowiadały im zmysły. Wierzyli mi. Wahali się, walczyli ze sobą, ale w głębi ducha mi wierzyli...

No dobra, koniec tych łzawych scenek. – Głos Aurelii rozdarł myślowy chaos jak dobrze naostrzony nóż. – Zabijcie ją.

Bracie, braciszku, gdzie jesteś...?

Dwa wielkie wilki poruszyły się za moimi plecami. Nie miałam już siły walczyć, nie miałam już siły nawet stać, pokornie więc zamknęłam oczy i pochyliłam się jeszcze mocniej, tuląc uszy do czaszki i ogon do brzucha. Któryś z nich zawarczał głęboko...

A potem kolejny raz rozpętał się kompletny burdel na kółkach.

Nie wiem, skąd Ladon się wziął. Musiał biec przejściem podziemnym, bo właściwie zmaterializował się z najgłębszej plamy mroku za dwoma wielkimi wilkołakami – wielki, potężny, zakrwawiony jak po ciężkiej walce... i wściekły jak jasna cholera. Obraz widziany oczami Embry'ego wyglądał dramatycznie.

Nie, nie był jakoś przesadnie większy od wilkołaczych Alf. Być może był taki jak one. Ale gdy jednego z wyskoku złapał zębiskami za skórę na karku i rzucił o ścianę, a drugiego zatrzymał w miejscu powiewem pachnącego potężną magią powietrza, wydawał mi się wręcz gigantem. Położyłam się na taniej imitacji marmuru, jaką wyłożono podłogę korytarza, nie będąc w stanie dłużej utrzymać się na drżących łapach. Stanął nade mną, warcząc potwornie, zjeżony i groźny. Poznaczone szkarłatem futro sprawiało, że wyglądał jak szalony.

Całkiem sprytna ta pułapka była – warknął w stronę Aurelii – ale tak się złożyło, że zastawiłaś ją na mistrza iluzji.

– Jak widać, podziałała – zaśmiała się złośliwie.

Nie do końca. – Kłapnął zębami. – Spływaj, zanim się wkurzę.

– Oj, bo się ciebie przestraszę. – Ruszyła w jego stronę. – Ona musi umrzeć, czy ci się to podoba, czy nie.

– Najpierw musiałabyś zabić mnie. A dobrze wiemy, że tego akurat nie zdołasz zrobić. – Uśmiechnął się po wilczemu.

A nawet jeśli zabijesz jego, musiałabyś jeszcze poradzić sobie z nami. – U boku półdemona jakby znikąd pojawił się Qills. Wataha zaczynała okrążać Aurelię, oddzielając ją od powoli zbierających się z ziemi Alf ze Starszyzny.

Jesteśmy z tobą, Leah – warknął Collin.

Suka może ci napluć – poparł go Paul.

Aurelia zawarczała bezradnie, gdy Seth skubnął ją w ogon. Choć potężna i dumna, była mniejsza od najsłabszego wilkołaka w naszym stadzie.

To, że ty pozwoliłaś, żeby twój brat zginął, nie oznacza, że ze mną będzie tak samo. Ladon nie będzie się biernie przyglądał – wycedziłam, napotkawszy na jej spojrzenie.

Pewność siebie nagle ci wróciła? – zaszydziła.

Mam dość spore plecy. W przeciwieństwie do ciebie, biała. – Teraz to ja się roześmiałam. Jared lizał mnie po pysku, czułam, że rany powoli się zasklepiają.

Czarne półdemony powinny być zabijane jeszcze w niemowlęctwie – odezwał się Wojciech. – To prawo funkcjonuje od wieków. Nie widzę możliwości, by teraz je zmieniać. Ona musi umrzeć.

– Nie na mojej warcie.

Nowy głos sprawił, że wszyscy jednocześnie spojrzeliśmy w stronę schodów.

Stara sfora. Stara sfora z moim wkurwionym dziadkiem na czele, doprecyzowując.

Henryku! – Roman zerwał się na równe nogi. – Więc jednak...

– Tak, wiedziałem, kim ona jest. Ale miałem dać zabić moją wnuczkę? – Przechylił łeb, w brązowych oczach błysnęło politowanie.

Powinieneś był...

– Przecież to oczywiste, że gdybym wam powiedział, zabilibyście ją. Wolałem trzymać to w tajemnicy dla jej własnego dobra.

– To, że jej nie uświadomiłeś, nie zmienia tego, kim jest.

– Zaraz, moment, ale kim ja właściwie według was jestem?

Ponad dwadzieścia par oczu skupiło się na mnie, błyszcząc niezrozumieniem. Wyrwałam się Jaredowi, odważnie wystąpiłam naprzód. Po wcześniejszym zwątpieniu nie pozostał ślad – znowu byłam silna i chciałam się kłócić.

To ma być jakiś żart? – zapowietrzyła się wreszcie Aurelia.

Pytam poważnie. Bo nie wiem, o co wam tak naprawdę chodzi. Chcecie mnie zabić przez samo to, jakie mam korzenie?

– Dziecko, czarne półdemony są niebezpieczne. Czy ty wiesz, co zrobił Fenrir setki lat temu? W każdym z was jest cząstka jego szaleństwa...

– Jakoś mi się nie spieszy, żeby zjadać słońce. Zgagi bym po tym dostała jak marzenie. – Widząc, że dowcip przeleciał z gwizdem, wywróciłam oczami. – No litości, w czym ja wam niby przeszkadzam? Jestem mała i słaba nawet jak na wilkołaka. Obawiam się, że półdemona we mnie za to tyle, co wcale. Nawet nie umiem posługiwać się magią. Co ja wam mogę zrobić? Jedyne, w czym jestem mocna, to ochrzanianie ludzi.

Dwa basiory spojrzały po sobie.

Ja nie chcę wam zagrażać. Chcę żyć jak wilkołak. I zasadniczo nie interesuje mnie nic oprócz świętego spokoju i bezpieczeństwa miasta.

– Ale prawo...

– Nie obchodzi mnie żadne prawo! – zaczynałam się denerwować. – Ja się o to wszystko nie prosiłam. Tyle lat żyłam jako wilkołak, więc dlaczego miałabym tego nie kontynuować? Podoba mi się to. W połowie jestem wilkołakiem przecież. To chyba też oznacza, że powinniście mnie chronić – zarzuciłam w ostatniej chwili. – Jestem jedną z was.

– Porozmawiajmy na spokojnie – zaproponował mój dziadek ugodowo, korzystając z chwili zawahania.

Wyście chyba postradali zmysły! – zbulwersowała się Aurelia, lecz umilkła, gdy Ladon obdarował ją spojrzeniem z powodzeniem mogącym otwierać radzieckie konserwy.

Odejdź, kobieto, póki mam cierpliwość – wycedził.

Wilczyca obejrzała się niepewnie na Starszyznę, lecz widząc, że ich już do swojego nie przekona, zwinęła się czym prędzej. Nie przypuszczałam, że tak łatwo z nią pójdzie, ale niknący w mroku nocy biały kształt jak najbardziej był prawdziwy i widoczny nie tylko dla mnie.

A więc porozmawiajmy – westchnął Wojciech.

Ale zaraz, nie biegniemy za nią? Przecież powinniśmy ją gonić – zdenerwował się Embry. – Przyszła, narobiła takiego zamieszania, a teraz dajecie jej spierdolić?

– Słownictwo – syknął dziadek.

Aurelia to... dość skomplikowany przypadek – odezwał się powoli Ladon. – Lepiej puścić ją wolno. Nie ma co jej ganiać – tylko byśmy sobie kłopotu narobili, a teraz i tak nie wróci. Gdy już raz ktoś powiedział jej „nie”, zwykle rezygnowała.

– Nie podoba mi się, że użyłeś słowa „zwykle” – mruknęłam.

Prawie zabiła nam siostrę. Nie powinniśmy tak łatwo przebaczać. – Collin oblizał się niepewnie. – To nienaturalne. Powinna odpowiedzieć za swoje.

– Nikt nie będzie odgrywał się na Aurelii – wycedził Wojciech. – Ta kobieta jest z nami. Pomaga nam i wciąż jest potrzebna.

– Ciekawe do czego. – Brady prychnął z rozbawieniem. – Jedyne, co potrafi, to skłócać wszystkich ze sobą i wysoko zadzierać upudrowany noseczek.

– Podnosząc rękę na Leę, złamała jedno z naszych praw, a my mamy prawo w związku z tym wymagać rekompensaty – włączył się Jared.

Zadośćuczynienia – poprawił go odruchowo Seth.

Zwał jak zwał. Ja jestem za tym, żebyśmy za nią...

– Nikt się stąd nie ruszy – przerwał im Quills głosem Alfy. – Po pierwsze: tym, czego zdecydowanie nam nie brakuje, jest kolejna wojna. W dodatku taka, bez której spokojnie możemy się obyć, z tego co mówią. Po drugie: jesteście mi potrzebni tutaj. Mamy sporo spraw do obgadania, a nikt się na nich nie skupi należycie, jeśli jednocześnie będzie próbował podgryzać ogon wnerwiającej lasce.

– Coś w tym jest. – Jacob oblizał się, jeszcze raz tęsknie spojrzał w cień, gdzie ostatni raz widział półdemonicę, i zwrócił całkowicie do nas.

Nie stójmy tak na widoku. Doskonale nas z tych bloków widać. Wejdźmy chociaż głębiej w tunel – odezwał się ktoś ze starej sfory, a cała reszta pokornie przyznała mu rację.

Coś mnie dusiło w piersi. Przez chwilę patrzyłam, jak wilkołaki zanurzają się w cuchnącym stęchlizną mroku, nie ruszając się z miejsca. Tutaj czułam powiew powietrza z zewnątrz i miałam wrażenie, że jeśli odejdę dalej, w ten zaduch typowy dla miejsc opuszczonych od dłuższego czasu, zwyczajnie się uduszę. Dziwne to było. Przejście jest dość długie, ale nie na tyle, bym mogła się w nim udusić, gdy nie działa wentylacja. Czy tu w ogóle musiała być wentylacja?

Gdzieś na samym początku opowiadałam, że moje osiedle znalazło się w czymś w rodzaju trójkąta wytyczanego przez linie kolejowe. Teraz właśnie znaleźliśmy się na czymś, co choć na mapie znajdowało się z boku – po wschodniej stronie – dla mnie zawsze kojarzyło się ze swego rodzaju podstawą tej figury. Krótką, bo krótką, ale lepsza w końcu taka, niż żadna. Przejście podziemne znajdowało się gdzieś w środku tej podstawy i było jednym z dwóch takich w mieście. W sumie i tak dziwiłam się, że je wybudowano, bo blisko było stąd do tej dwupasmówki wzniesionej na rzece, więc pomimo sporego pochylenia terenu musiało być tu dość mokro. Po obu stronach przejścia znajdują się bloki, i to identycznego rodzaju – te, w których wszystko trzyma się na słowo honoru, a ściany są tak cienkie, że słychać zza nich bicie serca sąsiada. Przejście prowadzi pod dwoma torami i całkiem szeroką, bardzo ruchliwą ulicą, ale odkąd przestały kursować tędy pociągi, podjęto decyzję o zamknięciu go. Nie znam dokładniejszych powodów – raczej jakieś musiały być, skoro aż tak bardzo komuś przeszkadzało – ale grunt, że po ledwie kilku latach użytkowania kazano wynieść się właścicielom małych sklepików, które się w nim zalęgły, i z obu stron zatarasowano je metalową siatką, żeby nikomu nie przyszło do głowy, by się tam niepotrzebnie pchać. Moim zdaniem bariera była cokolwiek żadna, bo skoro udało mi się ją staranować głową, i to dwa razy, nie dostając przy tym wstrząsu mózgu, oznaczało, że zdesperowane dresiki szukające miejscówki na melinę też nie powinny mieć większego problemu z pokonaniem przeszkody. Od najmłodszych lat chciałam się tam dostać, lecz jakoś nigdy nie było okazji. A to Zew ciągnął mnie pod gołe niebo, a to szłam z kimś, komu niekoniecznie się moje chęci podobały... Miejsce to wymagało zbyt mało ogólnie pojętego zwiedzania, by chłopakom chciało się przenosić na nie swoją urbexową pasję, tak więc trwałam sobie z tymi chęciami, odkładając wycieczkę na bliżej nieokreślone kiedyś. Nigdy nie przypuszczałabym, że wlezę tu w takich okolicznościach. Zdecydowanie nie miałam dzisiaj ochoty na to, by delektować się wycieczką, gdy dopiero co o mało nie zostałam zabita jedynie przez to, że odważyłam się urodzić niewłaściwemu ojcu.

Ostatni raz odetchnęłam pachnącym nocą powietrzem i ruszyłam za pozostałymi wilkami. Bałam się, że znikną mi z oczu. Niby bym się przez to nie zgubiła – ciężko zgubić się na prostej, nawet z moimi wybitnymi zdolnościami i zacierającym łapki Pechem – ale dziwnie mi się robiło na myśl, że miałabym teraz zostać choćby na chwilę sama. Gdy tylko się ruszyłam, dwa niemal identyczne białe wilki pojawiły się po moich bokach. Śmieszne, ale Ladon i Quills okazali się do siebie tak bliźniaczo podobni, że rozróżniałam ich właściwie tylko po zapachu i kolorze oczu. W kłębie też mieli na oko tyle samo, co jasno potwierdziło, że ta spora wielkość, jaką chwalił się Ladon gdy jeszcze się nie lubiliśmy, była tylko iluzją.

Korytarz był znacznie szerszy, niż to sobie wyobrażałam. Ziemię wyłożono tanią imitacją marmuru, na której ślizgałam się jak na łyżwach. Musiałam uważać, by nie potykać się o odłamki gruzu, których znajdowało się tu całkiem sporo, choć nie miałam pojęcia, skąd pochodziły, i walające się na każdym kroku puszki po piwie i słodkich napojach. W niskim sklepieniu znajdowały się ślady po lampach – wybebeszone z eleganckich maskujących płyt przewody i śruby mocujące. O dziwo, zdążyły pordzewieć, choć nie minęło przecież wiele czasu, odkąd korytarz zamknięto. Po obu moich stronach znajdowały się ciemne wejścia do maleńkich sklepików, parę lat temu tętniących życiem – widziałam szyld malutkiej kwiaciarni, piekarni, lokalu z ciuchami zapewne marnej jakości i salonu prasowego. Nie wchodziłam głębiej – już stąd widziałam, że w ich wnętrzach spodziewać mogę się tylko większej ilości gruzu i śmieci, a zapach miejscami nie pozostawiał wątpliwości, do czego wykorzystywano sporą część kątów.

Nie rozumiem, jak mogliście tak postąpić bez konsultacji ze mną. – Słuchałam dziadka tylko jednym myślowym uchem, zbytnio zmęczona, by szczególnie entuzjastycznie przyjąć kolejny wywód z wyrzutami w kierunku Starszyzny. – Powinniście coś powiedzieć. To jednak moja wnuczka, a ja należę do Starszyzny na takich samych zasadach, jak wy. Powinienem zostać jakkolwiek ostrzeżony o waszej decyzji... a przede wszystkim dopuszczony do głosu.

– Zrozum, że nie mogliśmy tego zrobić. – Roman brzmiał już na bardzo zdenerwowanego. – Właśnie przez więzy rodzinne. Nie myślałbyś jasno. Potrzebowaliśmy decyzji w pełni obiektywnej...

– Dlatego spytaliście o zdanie kogoś, kto zupełnie mnie nie zna, ale ma do mnie jakąś osobistą urazę? – prychnęłam mało sympatycznie. Czułam się tak beznadziejnie, że nawet nie zamierzałam się zastanawiać nad tym, czy nieco nie przesadzam ze swoją złośliwością. – Nie no, mądrze, chwali się. Toż ja sama bym się na waszym miejscu zorientowała, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Nie trzeba być szczególnie inteligentnym i obeznanym, żeby to zauważyć.

– Zaraz, osobistą urazę? – przerwał mi zdezorientowany Seth.

A jak inaczej byś odczytał to jej gadanie o naprawianiu błędu z przeszłości?

– Nie, Aurelia nie ma do ciebie żadnej osobistej urazy – zaoponował szybko Ladon.

A ty skąd to możesz wiedzieć? – Embry wyszczerzył jego w stronę zębiska. W panującym mroku wyglądał jak czarniejsza plama cienia na tle pstrokatej od graffiti ściany. – Może ty ją znasz, co? Przecież nie pozwoliłeś, byśmy...

– Właśnie, Ladon, bo to się całkiem ciekawe robi. – Obejrzałam się na brata.

Znam ją – przyznał powoli. – Nie, ona nie ma nic wspólnego z twoją przeszłością, Leah. Widziała cię tutaj pierwszy raz, mogę to zapewnić. Nie wiem, dlaczego tak powiedziała. Ona... stała się nieco dziwna, odkąd zabili jej brata. Jak dla mnie, powinna tego prawa nienawidzić, a stało się zupełnie odwrotnie – jest kimś w rodzaju jego strażniczki. Pilnuje, by wykonywano wyroki na niemowlętach bez wyjątku.

– O Boże – jęknął Jacob. – Przecież to brzmi jak jakieś barbarzyństwo.

– Poniekąd jest. – Biały półdemon wzdrygnął się ledwo zauważalnie i przesunął w moją stronę.

Dobrze, ale na czym wszyscy stoimy? – Jeden ze starszych wilków przerwał nam niecierpliwie. – Nadal nie wiemy nic. Obroniliśmy was, a nie wiemy, czym tak naprawdę...

– Półdemony wbrew pozorom są dość proste do zrozumienia. – Wojciech, myśląc, że nikt w ogólnym myślowym chaosie nie zwróci na to uwagi, przeglądał sierść w poszukiwaniu śladów po kłach Ladona. Czuł zapach własnej krwi i za nic mu się to nie podobało. – Zawsze rodzą się dwa w jednej rodzinie, choć rzadko kiedy jako bliźnięta. Prawie zawsze są kobietą i mężczyzną. Powstaje między nimi bardzo silna więź, której zerwanie może się zakończyć w najlepszym wypadku wyniszczeniem ich magicznej mocy, a w najgorszym śmiercią przynajmniej jednej ze stron. Jeśli zabić jedno, gdy więź jest już odpowiednio silna, drugie również umrze.

– Ta więź, z tego, co mówią, jest bardzo silna – podjął dziadek. Nie zwracał się bezpośrednio do mnie i Ladona, co wydało mi się dziwne. Zupełnie tak, jakby nas tutaj nie było. – Półdemony wzajemnie czują swoje obrażenia, a nawet silniejsze emocje. Brat zawsze czuje się w obowiązku swoją siostrę chronić. W drugą stronę działa to podobnie, choć nie aż z taką mocą. Więź między półdemonicznym rodzeństwem prawie zawsze przeradza się w miłość kazirodczą.

Wzdrygnęłam się, nagle poczułam, że mi zimno. Niby już to wiedziałam, ale gdy jeszcze raz usłyszałam o czymś takim, w dodatku tym razem w bezpośrednim odniesieniu do mnie...

Osz kurde – wypowiedział się Quills.

Przecież to chore – jęknął ktoś ze starej sfory. Od niemal wszystkich biło obrzydzenie.

Przyjęło się mówić, że czarny wilk posiada magię niszczącą, a biały tworzącą. – Roman nie przejmował się myślowym bałaganem, tylko ciągnął temat, jak najszybciej chcąc mieć go z głowy. – To raczej uproszczenie, ale w pewnych sprawach wiążące. Czarnemu półdemonowi łatwiej jest użyć magii do zrujnowania czegoś, zaś biały naprawdę tworzy. Wiecie sami, jak rzadcy są tworzyciele wśród magików, a w tym przypadku mamy takiego w czystej postaci.

– Półdemony zwykle dołączają do wilkołaczych watach, gdzie zajmują pozycję ich Alf.

Cała moja sfora jak na komendę obróciła się do Ladona i obnażyła zęby.

Żadne z nas nie uzna ciebie za przywódcę – syknął Jared.

I nie musi. – Mój brat nie zaszczycił ich szczególną uwagą. – Nie bawię się w stada. I nie nadaję na Alfę.

– Jak skromnie. – Embry'emu widocznie jeszcze było mało.

Możecie łaskawie przestać? – jęknęłam. – Głowa mnie już od tego boli. Rozumiem, że niekoniecznie musicie sobie od razu padać w ramiona, ale moglibyście przynajmniej udawać, że się tolerujecie?

– Po tym wszystkim, co zrobił w mieście, wymagasz od nas, byśmy go tolerowali?! – Brady aż zerwał się z miejsca.

Nie wymagam, tylko proszę – sprostowałam uprzejmie. – Jakoś musicie się pogodzić z tym, że niejako macie go ze mną w pakiecie.

– Nie wyniosę się stąd, dopóki mam tu siostrę. – Ladon nie przejął się patrzącym na niego morderczo rudawym wilkiem, nadal bawiąc się w oazę spokoju. – Ale do żadnej watahy mi się nie spieszy. Róbcie sobie, co chcecie, ja nie będę się w to mieszał. Ani więcej przeszkadzał. Może być?

– Tak po prostu? Tyle mieliśmy przez niego stresu, a teraz mamy podać sobie rąsie na zgodę? – Paulowi dosłownie opadła szczęka.

A mamy jakiś wybór? – Jared z kolei brzmiał na zupełnie zrezygnowanego i wręcz przygaszonego. – Nic nie zmienimy. Możemy najwyżej żyć w zgodzie obok siebie. To jest pieprzona półdemoniczna magia.

– A jeśli będzie dalej broił? Nie wiemy, czy będzie spokojny. – Zewsząd sypało się coraz więcej wątpliwości.

Nie wiemy, czego się po nim spodziewać.

– Nie znamy go.

– Może się okazać, że obietnicy nie wypełni, i co wtedy? Przecież gdy jeszcze robił nam te rzeczy, gdy rozwalał nam miasto, był już bratem Lei. To go nie powstrzymało.

– Nie byłem sam, a więź jeszcze nie istniała. – Ladon wreszcie zaczął się denerwować. – Teraz, gdy już się umocniła, nie zrobię niczego, co by mogło Leę skrzywdzić. Choćbym chciał, i tak nie będę do tego zdolny.

– To zabrzmiało, jakbyś faktycznie chciał – burknęłam, ale wszyscy mnie zgodnie zignorowali. Ladon trącił mnie bez słowa komentarza nosem w pysk. Powietrze zdawało się aż iskrzyć od nagromadzonej wilczej mocy. Myśli przeplatały się ze sobą, przez co chwilami miałam problemy z rozróżnieniem, która od kogo wypłynęła.

Nie możemy mu ufać.

– Najpierw prowadzi z nami wojnę, a potem przychodzi prosić o wybaczenie.

– To nie do końca była prośba, chłopaki. Raczej deklaracja, że czego nie zrobimy, i tak się go nie pozbędziemy.

– Jeszcze lepiej. Na jakiej zasadzie mamy pozwolić, by chodził po naszych ziemiach?

– Przede wszystkim musimy chronić nasze miasto. A jaką mamy gwarancję, że on mu nie zagraża? To, że zadeklarował pokojowe zamiary względem nas, nie oznacza jeszcze, że nie będzie krzywdził ludzi.

– Już parę razy udowodnił, że jest do tego zdolny.

– Do diabła, on zabił Aresa! Zabił jednego z nas! Zabił naszego brata!

– Powinien za to odpowiedzieć. Ktoś ma wątpliwości? Nikt? No właśnie.

– Czy karą za morderstwo nie jest przypadkiem wygnanie?

– Cisza!

Wszyscy jak na komendę skulili się pokornie, potraktowani potężnym głosem Alfy w wykonaniu Wojciecha. Nawet myśli ucichły, choć sama nie przypuszczałam, że jakiejkolwiek Alfie może przyjść to tak łatwo. Przecież nie da się tak po prostu wyłączyć myślenia.

Wspominaliśmy już, co Starszyzna ma w tej sprawie do powiedzenia – wycedził wielki basior. – Nie zgodziliście się z naszą decyzją i przekonaliście, że jest niesłuszna. I to, z jakim zapałem do tego przystąpiliście, jest godne pochwały. Musicie jednak pogodzić się z tym, że skoro wywalczyliście sobie życie waszej wilczej siostry, musicie zaakceptować również wszystkie konsekwencje, jakie to ze sobą niesie.

– Nie możemy zaakceptować mordercy na naszych ziemiach – zaprotestował Quills. – A wy nie możecie pozostawić go bez wyroku.

– He, to może być ciekawe! – wykrzyknął nagle dziadek Collina. – Tylko patrzcie na to...!

– Problem w tym, że nie możemy wydać na niego wyroku, nie karząc jednocześnie Lei – przyznał mężczyzna.

Zapadłą ciszę można by było rąbać siekierą.

Nie rozumiecie? – Jeszcze ktoś ze starej sfory parsknął śmiechem, dołączając do niewielkiej grupki, jaka chichotała od czasu słów upierdliwego staruszka. – Jacy ci młodzi głupi...

– Oni faktycznie nie rozumieją – warknął mój dziadek. – Powiedzcie im, zamiast bawić się w kabaret.

– Karą za morderstwo wilkołaka jest wygnanie. Ale przecież jeśli wygnamy jego, automatycznie wygnamy też waszą siostrę – wytłumaczył cierpliwie Roman.

O nie, ja się stąd nigdzie nie wybieram – zastrzegłam w razie czego. – Niczemu nie zawiniłam.

– Sami widzicie, że sytuacja jest patowa. Decyzja, co z tym zrobić, należy do was. Starszyzna już powiedziała, co o tym sądzi.

Chaos rozgorzał na nowo, ledwie słowa zdążyły przebrzmieć.

To co z tym zrobimy?

– Sami słyszeliście. Jeśli go wygnamy, skrzywdzimy Leę.

– Czyli co, mamy go przyjąć? Mamy przymknąć na to oko? To było morderstwo, do cholery, a nie kradzież gumy do żucia! Nie możemy tak po prostu...

– A widzisz inne wyjście? Mamy ich w komplecie. Upierdliwego półdemona i naszą siostrę.

– Nie jestem upierdliwy! – Ladon kłapnął groźnie zębami, ale nikt nie zwracał na niego uwagi.

Ja jestem gotowy na to przystać. Nie widzę innego rozwiązania, a krzywdzić Lei nie chcę. Jeśli przysięgnie nie mieszać się w nasze sprawy i nie szkodzić, nie widzę żadnego problemu, by gdzieś tutaj mieszkał.

– Pojebało cię? Niedługo mija okres żałoby, który obiecaliśmy sforze Aresa. Co im wtedy powiemy? Jeszcze gotowi nam wypowiedzieć przez to wojnę.

– To powiedz, co twoim zdaniem powinniśmy zrobić, skoro jesteś taki mądry, panie Beto.

– Jezu, a ja wiem? Moglibyśmy wymyślić jakąś inną karę. Nie wiem... Na przykład zabronić mu się przemieniać, czy co.

– Umrze od tego – wtrącił Wojciech. – Półdemony są w tym podobne do wilkołaków. A Ladon jest w połowie wilkołakiem. Musi przemieniać się przynajmniej podczas pełni.

– To chociaż zakaz przemieniania się w mieście?

– A co to da? To i my byśmy przełknęli. Żadna kara.

– A nie myśleliście, że może on faktycznie wyświadczył nam tym wszystkim przysługę?

Boże, w tamtej chwili byłam po prostu pewna, że Setha zamordują, gdy tak gwałtownie obrócili się w jego stronę.

A to co miało znaczyć, mały?!

– Chodziło mi o to... – Piaskowy wilk na chwilę całkowicie stracił wątek, kładąc uszy po sobie. – Wojna ze sforą Aresa wybuchłaby tak czy siak. Ja tam nie miałem wątpliwości, że on się nam nie podporządkuje, a jego stado też nie sprawiało wrażenia, jakby chciało oprzytomnieć i wypowiedzieć mu służbę. Może on rzeczywiście w jakiś bardzo pokrętny sposób wyświadczył nam przysługę, gdy Aresa zabił. Dzięki temu oszczędzimy sobie...

– Małego ewidentnie coś boli. A jeśli nie, to zaraz zacznie...! – Embry już wysuwał się naprzód. Quills zastąpił mu drogę w ostatnim momencie.

Przestań. Sam tak o tym przez chwilę myślałeś, przyznaj.

– To było morderstwo. Widzisz w tym coś dobrego?

– Nikt z nas nie widzi. Nikt nie potraktuje tego jako okoliczności łagodzącej. Musiałoby nas całkiem...

– Nie mówiłem tego w kontekście okoliczności łagodzącej. Ja po prostu... Ech, tak sobie tylko pomyślałem, no. – Seth cofał się powoli.

Dobra, panowie, powiedział, co powiedział, ale decyzję trzeba podjąć. – Sam jak zwykle wziął na siebie obowiązek bycia najrozsądniejszą cząstką wielkiego wspólnego umysłu. – Ja nie widzę innej opcji, jak pozwolić zostać mu w mieście bez konsekwencji. Czegokolwiek innego nie zrobimy, będzie źle. Przyznajcie sami, sprawa jest beznadziejna. Jestem gotów wybaczyć mu tę zbrodnię...

– Wybaczyć? Ty powiedziałeś wybaczyć? – Embry zamarł z otwartym tępo pyskiem.

Jeśli spojrzeć na to tak, jak Sam, to chyba faktycznie tak należałoby zrobić – wtrącił Collin. – Zobacz, Embry. On zabił Aresa podczas walki, nie? To tak nie do końca było morderstwo.

– Porwał go. Nie wiemy, co działo się z nim w czasie, gdy...

– Zasadniczo siedział zamknięty w pokoju i obrzucał mnie bluzgami – wyjaśnił Ladon. – Nic mu się w tej niewoli złego nie działo. Jedzenie nawet dostawał, chociaż na początku strajkował. Nie zrobiłem mu nic takiego. A potem... tylko się broniłem. Albo ja, albo on. Być może faktycznie powinienem być rozsądniejszy, ale w tym całym zamieszaniu...

– Zasłużyłeś sobie w pełni, by przestawił ci kilka kości...!

– Być może, ale właśnie macie swoją okoliczność łagodzącą, której tak przed momentem szukaliście. – Ziewnął rozdzierająco. – Nie musicie dziękować.

– Szlag by to... – Collin potrząsnął łbem, jakby miał nadzieję, że w ten sposób zdoła uporządkować wszystko to, co się w nim działo. – I co teraz?

– Nie mamy wyboru – warknął Quills. – On musi zostać w mieście.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany