Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 48

local_library0 comment0 thumb_up0
Uszkodzona dusza 1: The Loner - część 49

Przeprowadzka.

Zmiana otoczenia, nowe klimaty, nowe perspektywy, nowe doświadczenia... tylko ja stara. I jak zwykle cholernie niezadowolona ze wszystkiego, co może mieć przedrostek „nowy”.

Nie mam bladego pojęcia, po co to wszystko, skoro rodzice z wielce tajemniczymi minami zaczęli wspominać, że znaleźli nam idealny dom i niedługo możemy się do niego wprowadzić. Poważnie. Jak dla mnie, to moglibyśmy jakoś wytrzymać tych kilka dni u babci – podejrzewam, że byśmy się nie pozabijali. Na kiego grzyba od razu wynajmować mieszkanie? Przecież nie mamy już perspektywy spędzenia w nim całej połowy roku. Kilka dni. Kilka idiotycznych dni. Komu by to przeszkadzało?

Dobra, lubię nowe mieszkania. Uwielbiam oglądać, jak ludzie urządzają swoje kąciki, uwielbiam się w nich wczuwać i wyobrażać sobie, co by było, gdybym znalazła się na ich miejscu, ogólnie uwielbiam zwiedzać wszystkie zakątki i wiedzieć, jak jest w blokach, które nocą tak bardzo mnie fascynują, ale... to uwielbianie ma swój marny koniec, gdy przychodzi do położenia się spać w nowym otoczeniu. Bo nienawidzę spać w nowym otoczeniu. Być może nawet się boję...

Tak, to ma coś wspólnego z lękiem. Głupie, ale prawdziwe. Przyznaję się bez bicia. A najgorsze w tym wszystkim chyba jest to, że tak nie do końca potrafię wytłumaczyć, z czym ten strach może być związany. Z nowością? Poniekąd. Ale dlaczego włącza się tylko wieczorem? W tym musi być coś więcej...

Ale na kij to wiedzieć? Mało mam zmartwień na głowie?

Zapakować było się dość ciężko. Nie rozumiem, jak w ogóle zdołaliśmy zabrać się z tymi wszystkimi rzeczami już do babci – ilość niezbędnych przedmiotów na pół roku to wcale nie tak mało, jak może się wydawać, a nas w dodatku nagle stała się czwórka. Owszem, Ladon z początku niczego nie miał, ale to było jasne, że prędzej czy później trzeba było wysłać go na zakupy, z których wrócił dość... obładowany. W trzech samochodach upchnęliśmy to jedynie cudem, a i tak mało brakło, a mama kazałaby mi na pieszo iść, gdy uznałam, że do takiego burdelu nie będę wsiadać, bo zaraz mnie coś zmiażdży.

Przez całą drogę wnerwiałam się z tatą, bo coś brzęczało. Wiem, to już podchodzi pod chorobę, ale nie potrafimy zdzierżyć, jak coś stuka, brzęczy czy się telepie, a mogłoby spokojnie tego nie robić. Trasa przy pomyślnych wiatrach trwałaby maksymalnie pięć minut, ale że zatrzymaliśmy się trzy razy na przekładanie hałasującego winowajcy (czerwonego rondelka, którego na sto procent nie braliśmy z naszego mieszkania, a który i tak się znalazł wśród rzeczy niezbędnych), dotarliśmy na miejsce spóźnieni co najmniej pół godziny. Mama z początku się śmiała, ale gdy się zorientowała, że my to wszystko robimy na poważnie, z jakiegoś powodu przestała się do nas odzywać. Może się bała. Że to zakaźne na przykład. A trochę głupio by było w jej przypadku wcielać w życie zasadę „lekarzu, lecz się sam”.

Blok był jednym z tych bardziej charakterystycznych na moim osiedlu. Znajdował się niemalże na jego końcu, na zachodnim skraju, i był jednym z dwóch, które się czymś wyróżniały – głównie tym, że wzniesiono je nieco wcześniej i według innego planu, niż wszystkie pozostałe wokół. Ten na przykład był nieco bardziej przysadzisty, z odrobinę mniejszymi oknami, jakiś taki solidniejszy na pierwszy rzut oka – jakoś tak jest, że te z lat pięćdziesiątych wydają się wytrzymalsze, podczas gdy nowsze nieraz przypominają kartonowe wycinanki, niezdolne oprzeć się mocniejszemu wiatrowi. Szara elewacja była dosyć ponura i z pewnością wołała o remont, ale w otoczeniu starych drzew wyglądało to całkiem w porządku. Latem, gdy wszędzie dookoła pojawia się zieleń, jest tu naprawdę przyjemnie.

– No, może być – oceniłam, gdy już uznałam, że przyjrzałam się wystarczająco dokładnie, by móc wysunąć tak wyszukane wnioski. – Zobaczymy, jak jest w środku.

– Nie żeby nas tym środkiem straszyli... – Ladon ziewnął szeroko i zanim zdążyłam zareagować, przyssał się do mojego kubeczka termicznego.

– Ja pierdzielę, won od mojej kawy, cieciu! – Czym prędzej wyrwałam mu przedmiot, wylałam sobie część zawartości na świeżo uprane spodnie, zaklęłam szpetnie i odeszłam na kilka kroków, mając nadzieję, że jak zajmę się czymś innym, szybciej uda mi się pozbierać z ziemi godność osobistą. Sądząc po minach rodziców, którzy aż odwrócili się od wypakowywania z bagażnika większych toreb, szczególnie wielkich szans na to nie miałam.

Czekaliśmy dłuższą chwilę na wylanej nierównym asfaltem uliczce. Nie wiem, ile minęło, zanim otworzyły się drzwi środkowej klatki schodowej i pojawiła się w nich dość tęga kobieta w wyjątkowo nieapetycznej brązowej bluzce w pomarańczowe wzorki. Przez chwilę miałam nadzieję, że to przypadek – nie wyobrażałam sobie dłuższego patrzenia na ten koszmar, już przez krótką chwilę miałam wrażenie, że doprowadza mnie do szału i wręcz miga, jeśli zbyt gwałtownie poruszę oczami – ale jak na złość gdy tylko się krótko rozejrzała, ruszyła zdecydowanym krokiem w naszą stronę. Mama od razu rzuciła wszystko, co robiła, i wyszła jej naprzeciw, przybierając swój służbowy uśmiech w stylu „jestem otwarta na człowieka”; zdecydowanym ruchem uścisnęła pulchną dłoń.

– Dzień dobry! Cieszę się, że państwo już dotarli. – Gdy zaczęła mówić, zauważyłam, że kobitka zwyczajnie nie ma jednego zęba, a kilka kolejnych przypomina przeżarte od dymu papierosowego zbrązowiałe pieńki. Może to ze mną jest coś nie tak, ale mimowolnie cofnęłam się o krok. W obliczu takich osób to i moja legendarna wredna pewność siebie lubi schować się gdzieś, skamląc rozpaczliwie. – Wszystko pani już wie, pani doktor, prawda? W takim razie tutaj są klucze i życzę wszystkiego najlepszego!

– Dziękuję, pani Krysiu, nawzajem! – Mama, dalej szczerząc się serdecznie, odebrała podzwaniający pęczek ozdobiony różowym futerkiem i odprowadziła kobitkę wzrokiem, dopóki spokojnie nie wsiadła do swojego samochodu i nie odjechała z wyciem umęczonego silnika. Poważnie, ja myślałam, że ktoś o takich gabarytach nie ma szans zmieścić się w pordzewiałym seicento, ale jak widać życie jest pełne niespodzianek...

Rozejrzeliśmy się po sobie. Żadnych wybuchów radości, zero podekscytowania... Jakoś tak w jednej chwili kwaśno się zrobiło. Nikt nie garnął się, by uczynić pierwszy krok ku nowemu. Być może innym ta sprawa podobała się równie mało, jak mnie, a nie zwróciłam na to uwagi wcześniej...

No bo dobra, sprawa właściwie wcale nie jest prosta, a ja wciąż myślałam tylko o sobie, nie poświęcając więcej czasu temu, jak miała się z tym cała reszta. W naszym bloku stało się coś poważnego, przez co właściwie wygonili nas z mieszkania, nie pozwalając nawet zabrać wszystkich rzeczy, bo czasu było na to zdecydowanie za mało. Do tego jeszcze sprawa z Ladonem... Niejedna rodzina się przez takie cuda rozpadała. Mamę zawsze najdrobniejsze choćby kłopoty bardzo stresowały, a tata nie potrafił czuć się dobrze, jeśli jego dziewczynom było źle, więc odbiło się to na nas wszystkich. Można tak sobie wmawiać, że teraz będzie już tylko lepiej, że lada dzień będziemy mieć piękny dom, że nareszcie jesteśmy wszyscy razem... ale zanim tak będzie, stres zrobi swoje.

By przełamać jakoś atmosferę, tata obejrzał się na milczącego do tej pory dziadka, potrzebnego nam jako kierowca trzeciego samochodu z rzeczami. Dziadek dłuższą chwilę zbierał się z sennego zamyślenia, wreszcie obejrzał się na syna z pytaniem w oczach. Zawsze miałam go za spokojnego, bardzo cierpliwego człowieka i teraz też niejako gdzieś tam żywiłam nadzieję, że zdoła nas ogarnąć, zanim my sami się ogarniemy.

– No co? – spytał dziadek. – Żadne z was nie chce iść zwiedzać? Ale wy dziwni jesteście. – Wywrócił oczami, otworzył bagażnik i wziął jedną z toreb.

Co mieliśmy zrobić? Posłusznie złapałam dwie walizki i ruszyłam do schodów, modląc się, by ręce mi się nie połamały pod ich ciężarem. Musiałam wyglądać wyjątkowo żałośnie, bo nie przeszłam kilku metrów, a Ladon zwyczajnie mi jedną wyrwał i odmaszerował z nią bez słowa. Nie dadzą kobiecie być samodzielną, no...

Taa, coś tam było o tym, że feminizm kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na jedenaste piętro, co nie?

Klatka schodowa była jakaś taka ciemna i niezbyt czysta, choć wrażenie mogło brać się stąd, że pomalowano ją na ciemne kolory, a rosnące przed blokiem drzewa nie przepuszczały wiele światła, które mogłoby wpadać przez nieco za małe okna. Z ciężką torbą każdy stopień sprawiał wrażenie o wiele wyższego od standardowego. Jak na złość, odpowiedni rytm złapałam dopiero koło drugiego piętra, a akurat tam mama zaczęła do mnie krzyczeć, żebym się zatrzymała.

Zaskakująco nowoczesne, błyszczące drzwi z ciemnego drewna okazały się otwarte. Wtoczyłam się do dość ciasnego przedpokoju z trudem, potknęłam o szafkę na buty i spierdzieliłam walizkę z pleców na ziemię, dopiero po fakcie zastanowiwszy nad tym, czy aby nie było w niej czegoś, czym nie powinno się rzucać. Mojego laptopa na przykład...

A nie, w sumie moim laptopem można rzucać. Jemu już nic nie zaszkodzi.

Dopiero gdy złapałam oddech i jako tako zrobiłam miejsce, by idąca za mną mama również mogła wejść do środka, zdołałam skupić się na otoczeniu.

A otoczenie było... ja pierdzielę, niebieskie.

– E... Błąd w matriksie? – jęknęłam po nieprzyzwoicie długim badaniu, czy aby na pewno mi się nie przywidziało.

– Jaki znowu...? – Ladon spojrzał na mnie jak na chorą psychicznie, ale mogłam się spodziewać – faceci nie zauważają przecież otoczenia, dopóki nie zaczyna im utrudniać poruszania się.

– Przecież tu jest niebiesko! – tym razem zwróciłam się do mamy. Podejrzewam, że zabrzmiałam tak, jakby to miał być drobny problemik, który da się naprawić naciśnięciem jednego przycisku na pilocie. Ot denerwująca, ale drobnostka, w stylu „ale ten dywan szpetny, wynieśmy go do piwnicy”.

Cóż, ścian, jak podejrzewam, nie da się wynieść do piwnicy, gdy ci się nie spodobają.

– Ano jest niebiesko – skonstatował tata. I na tym temat niestety z jego strony umarł, bo obrót po następne torby okazał się ważniejszy niż mały dramat przybranej córki.

– Mamo? – Tym razem mój ton i mina mówiły „wytłumacz się”.

– No co? – Rodzicielka spojrzała na mnie bezradnie. – Ostrzegałam.

– Te niejasne przesłanki nazywasz ostrzeganiem? – zapowietrzyłam się. – To już wolałabym mieszkać w jednym pokoju z Ladonem.

– Jakoś to przeżyjesz, daj już spokój. Rozejrzyj się.

Miałam dość spore wątpliwości, czy to było coś, co mogłam jakoś przeżyć, ale nie odezwałam się więcej. Bo co by to zmieniło...

Kurde, nie cierpię niebieskich wnętrz. Nie wiem, jak można w takich mieszkać – dla mnie to po prostu z góry oznacza, że mieszkanie nie będzie przytulne, a ja nie dam rady w nim funkcjonować. Zwłaszcza przy włączonym świetle. W słonku jeszcze to jako tako wygląda, ale przy żarówce, w dodatku pewnie słabej – ludzie w końcu mają jakąś manię z używaniem żarówek, które wystarczają jedynie na to, by nie wpadać na meble – będzie mocno kijowo.

Nie, nie przestanę pesymizować. Spadajcie, optymiści. Tej czarnej rozpaczy nie zmąci żaden wasz naiwny promyczek...

Postawiłam na podłodze transporter z Kotem, otworzyłam drzwiczki. Nieco dziwny zwierzak wychynął na zewnątrz i zamiast spierniczyć w najbliższą dziurę, rozejrzał się ciekawie i poszedł zwiedzać. Niemal przytulony brzuchem do ziemi, ale jednak w miarę pewny siebie, zaczął obwrzaskiwać wszystkie kąty.

Okej. Trzeba się rozeznać w sytuacji, by wiedzieć, jak źle faktycznie jest.

Przedpokój był raczej wąski i niewielki, ale powiedziałabym, że wystarczający. Po lewej stronie miałam drzwi do pokoju, który okazał się sypialnią – szerokie dwuosobowe łóżko zajmowało niemal całą przestrzeń, więc postanowiłam z marszu uznać, że to należy do rodziców i nie ma co się ślinić. Przeszłam dalej.

Ściany nie były tak po prostu błękitne. To był taki nieco ciemniejszy, odrobinę przygaszony, wpadający w pastelowy kolor, co wychodziło o wiele lepiej, niż gdybym miała do czynienia z takim oczojebnym niebiańskim odcieniem, jaki w sklepach z farbami zwykło się podpisywać jako „bezchmurny poranek”. Tak czy siak, zdecydowanie nie dobrałabym takiej barwy do ciemnych mebli z wybłyszczonej imitacji drewna.

Nieco kiczowata meblościanka, ława na wygiętych finezyjnie nóżkach i niski stolik z szufladą pod zawieszonym na ścianie dużym telewizorem sprawiły, że nie dało się nie zauważyć, iż następne pomieszczenie, do którego wchodziło się z przedpokoju na wprost, było salonem. Nie należał niby do największych, ale dało się w nim spokojniej odetchnąć, a kanapa w bliżej nieokreślonym brązowym kolorze wyglądała na całkiem wygodną. Okna, tak jak w moim mieszkaniu, zajmowały całą ścianę. Z ciekawości wyszłam na balkon, by nieco rozejrzeć się w okolicy, i skrzywiłam mocno na widok znajdującego praktycznie tuż pod oknami starszawego boiska, wylanego nierównym, powybrzuszanym przez odrastającą trawę asfaltem. Wokół niego rosło sporo starych wierzb płaczących, które latem pewnie skutecznie przysłaniają niewyjściowy widoczek, tworząc coś w rodzaju ściany zieleni, ale teraz miałam wylęgarnię osiedlowych dresików idealnie wyeksponowaną.

Ale w sumie kij z tym, przecież i tak jest za zimno, żeby ktoś miał teraz sobie tam grać i wrzeszczeć przez cały dzień. Chyba.

Poszłam dalej, mijając się z dziadkiem układającym trzęsącymi się dłońmi kolejne elementy ogromnego, z pewnością mocno chwiejnego stosu rzeczy. Przez chwilę chciałam spytać, czy mu pomóc, ale posłał mi takie spojrzenie, gdy otwierałam usta, że wolałam czym prędzej się wycofać. Dobrze, skoro on sam, to niech i tak będzie.

Następna w kolejności była kuchnia. Była dość wąska, ale czekało mnie w niej przyjemne zaskoczenie, bo okazało się, że jakimś cudem z takimi ścianami może być całkiem w porządku. Znowu szafki imitujące ciemne drewno, stolik z dwoma krzesłami... Mimo wszystko wydawała mi się nieco większa, niż w moim starym mieszkaniu.

Dobra, idziemy dalej.

Następny pokój okazał się bardzo wąski i raczej malutki – ledwo mieściła się w nim rozkładana wersalka w dziwny, beżowo-brązowy wzorek, mała szafka z lampką o niebezpiecznie pożółkłym kloszu i wysoka, lecz bardzo wąska biblioteczka wypchana starymi książkami. Chciałam zatrzymać się i dłużej jej przyjrzeć, ale zdołałam się powstrzymać, gdy zorientowałam się, że pomieszczenie jest przechodnie. Nie zwlekając, wepchnęłam się do następnego pokoju. On już był większy, prawie tak jak salon... ale chyba musiał należeć do małej dziewczynki.

Skrzywiłam się, rozglądając. Łóżko – a właściwie wąski materac – znajdowało się na niewielkiej antresoli z sosnowego drewna. Pod nią znajdowała się szafa o zielonych drzwiach, które nie pasowały kompletnie do niczego, i lekkie zacieki na ścianie, które skojarzyły mi się od razu z tymi, jakie ja sama zostawiałam, gdy nieostrożnie rzucałam zabawki do przeznaczonego na nie kosza. Może kiedyś stało tu coś takiego? Biurko umościło się pod niewielkim oknem, ale nie wyglądało na szczególnie używane. W przeciwieństwie do stojącego po mojej lewej różowego stoliczka z Ikei i kilku równie plastikowych krzesełek. Nad nimi na ścianie wisiał gigantyczny, również boleśnie plastikowy kwiatek – podświetlany, co wywnioskowałam po zwisającym kablu.

– Biorę ten pokój! – wydarłam się tak, żeby wszyscy mnie słyszeli. Aż mnie kusiło, żeby podpisać się na drzwiach, by nikt nie miał wątpliwości.

– O, budzi się w tobie mała księżniczka? – Ladon parsknął śmiechem od progu.

– Już lepiej we mnie, niż w tobie – prychnęłam urażona i poszłam zbadać kolejne drzwi.

Przeżyłam kolejne zdziwienie, bo prowadziły do łazienki, do której dało się wejść również z korytarza. Rany, labirynt, a nie dom. Łazienka, choć pozbawiona okna, była dość jasna i duża, ponadto jako jedyna zdecydowanie nie niebieska. Ucieszyłam się jak głupia – mam jakąś taką idiotyczną przypadłość, że ciężko mi kąpać się w brzydkich miejscach.

– Dobra, wszystko ślicznie, ale gdzie ja książki i lokomotywki wcisnę? – zagadnęłam mamę, gdy tylko mi się nawinęła.

– Przecież nie masz aż tylu? – Spojrzała na mnie z niejaką obawą, jakby przerażona tym, że zaraz jej powiem coś w stylu, iż pod blokiem parkuje właśnie ciężarówka z resztką moich rzeczy, którą zorganizowałam, jak wszyscy na moment spuścili mnie z oczu. W sumie nie był to taki zły pomysł...

– Nie no, żartuję – westchnęłam. – Jest prześlicznie. Mam nadzieję, że ten wasz cudowny domek zjawi się nieco wcześniej niż później.

– Nie mam pojęcia, co ci się tu nie podoba. – Ladon wzruszył ramionami. – Mieszkanie jak mieszkanie. Tylko oczywiście najlepszy pokój wzięłaś.

– Co, też chciałeś tego różowego kwiatka na ścianę? W Ikei takie są, mogę ci kupić na urodziny – zaproponowałam z szerokim uśmiechem.

– Obejdzie się. – Wywrócił oczami, złapał z chwiejnej sterty jedną ze swoich toreb i odmaszerował z nią w stronę malutkiego pokoiku z biblioteczką.

Szlag, nie przewidziałam jednego. Do mnie dało się dostać tylko tamtędy, lub przez łazienkę. Chyba musiałam jednak być dla niego nieco milsza, bo jeszcze gotów mnie tam uziemić...

***

Oj, mała wilczyco, myślałaś, że gorzej być już nie może?

Owszem, może. Bo do tego wszystkiego może jeszcze pojawić się twoja ulubiona koleżanka. Jak cholerna wisienka na cholernym torcie.

Nawet nękana najokrutniejszym głodem bym akurat takiej wisienki nie schrupała.

Czułam się beznadziejnie. Pierwsza noc w nowym miejscu dała mi mocno w kość – wszystko mnie bolało od obcego materaca, a w głowie łupało od tysięcy natrętnych myśli. Byłam właściwie jak zombie – nie poszłam do szkoły, snułam się tylko z kubkiem kawy w ręku i szukałam sobie mało angażującego intelekt zajęcia, co szło mi dość marnie, bo przez cztery godziny znalazłam sobie jedynie... Nie, w sumie nic sobie nie znalazłam.

Rodzice wybyli do pracy, a Ladon zajmował się sobą. To znaczy... Jego zajmowanie się sobą wyglądało mi na pierwszy rzut oka na gapienie się w sufit i przysypianie na przemian, ale właściwie nie miałam co narzekać, bo przynajmniej mi do tego wszystkiego pod nogi nie wchodził. Byłam w takim stanie, że jakby tylko spróbował, mógłby stracić bezpowrotnie kilka części ciała.

No tak, było kijowo. A gdy rozległ się dzwonek do drzwi...

Nie, nie miałam wtedy żadnych podejrzeń. No bo niby skąd? Nigdy nie należałam do tych dziewczyn, które meldowały się na Facebooku we wszystkich miejscach, w których były dłużej niż przejazdem, więc nie było szans, żeby padło na kogoś znajomego. Szczerze mówiąc, miałam przed oczami dość miłe skojarzenie – uśmiechniętą świeżo upieczoną sąsiadkę z talerzem ciasteczek na powitanie nowych lokatorów... Tak, byłam tak nieprzytomna, że nawet podejrzewałam ludzi o bycie miłymi. Skąd mi się to wzięło, do diabła? Przez niemal szesnaście lat życia w tym idiotycznym kraju nie nauczyłam się jeszcze, że w tej kulturze nie istnieje coś takiego, jak bezinteresowna miłość do bliźniego? Przez cholerne prawie szesnaście lat nie nauczyłam się, że jeśli mój Pech ma wkroczyć do akcji, to i prawa fizyki bez trudu zagnie, żeby tylko mi dowalić?

Poszłam otworzyć. Chwilę posiłowałam się z oporną zasuwką, nacisnęłam klamkę i...

– Że co?! – wydarłam się na widok drepczącej w miejscu na wycieraczce Gabrysi.

– Hejka, Leiczku! – Pomachała mi i bez chwili wahania przepchnęła się do przedpokoju. Jak gdyby nigdy nic zaczęła zdejmować buty.

Miałam nadzieję, że przynajmniej skarpetki założyła czyste, bo nie wypakowałam jeszcze maski przeciwgazowej...

Ta myśl otrzeźwiła mnie na tyle, że przynajmniej dałam radę zamknąć za nią drzwi, zamiast dalej sterczeć w otwartych i gapić się w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stała.

– Ale jak to?! Co ty tu robisz?! – wydarłam się, gdy już odzyskałam mowę. Umarłego bym tym wrzaskiem spokojnie obudziła.

– Jak to co? Przyszłam cię odwiedzić. Stęskniłam się – wyjaśniła emosia jak gdyby nigdy nic, kierując się wgłąb mieszkania, bynajmniej nie zamierzając na mnie czekać. – W ogóle to dlaczego mi nie powiedziałaś, że się przeprowadziłaś? Gdzie masz teraz swój pokój?

– Ja... Ale jak ty mnie tu znalazłaś? – pisnęłam. Patrzcie państwo, nawet głos mnie w takich chwilach zawodzi.

– Szósty zmysł. – Złożyła pomalowane na czarno usteczka w dzióbek i znacząco wskazała okolice swojej głowy, które to zwykle uważałam za boleśnie i niezaprzeczalnie puste. – To gdzie masz ten pokój?

– Chwilowo śpiący cerber go pilnuje – wykrztusiłam żałośnie. Mniej więcej wtedy zorientowałam się, że nie ma co liczyć na to, że szybko się jej pozbędę.

– Ej, fajny wystrój. – Rozejrzała się dookoła. – Trochę jakby nie w twoim stylu...

– Tylko wynajmujemy to mieszkanie.

– A co się stało z tamtym? Dlaczego tak nagle się przeprowadziłaś? No i nic mi nie powiedziałaś! – Dosłownie załamała ręce, lecz rozpacz szczególnie długo nie potrwała, bo gdy tylko upewniła się, że wywarła odpowiednie wrażenie, zniknęła w kuchni.

– Nie słyszałaś o tym wybuchu gazu? No przecież całe miasto o tym trąbi... – Mi za to ręce opadły. Dogoniłam ją szybko, obawiając się, że zacznie mi jeszcze grzebać w szafkach, jeśli spuszczę ją z oka.

– O Boże! – Bardzo to było na miejscu w ustach satanistki, ale zbyt mocno skupiałam się na wyminięciu jej, gdy zatrzymała się wryta, by zwrócić na to uwagę. Rany, niemal w nią wlazłam. Taka nauczka na przyszłość – nie biegaj, gdy emo się przed tobą wlecze. – To ten gaz był u ciebie? Jejku, nie wiedziałam.

– Ta, szczególnie radosne wieści to nie są... – przyznałam.

Przytuliła mnie mocno, jakby to miało w czymkolwiek pomóc.

W sumie pomogło. Wnerwiłam się jeszcze bardziej.

– Oj daj spokój, zaraz to wyremontują, nikomu nic się nie stało – warknęłam, odsuwając ją stanowczo, choć zapierała się jak mogła. – Rodzice mówią coś o kupnie domu, więc w sumie tylko ich to zmobilizowało.

– Ale przecież to straszne!

– Kupno domu jest straszne? – zawahałam się.

– Nie, to, co się wam przytrafiło. Jak sobie z tym radzicie? – Usiadła na krześle przy stole i wpatrzyła się we mnie ze współczuciem tak przesadnym, że aż niemal cuchnęło plastikiem.

– Rodzice mówili o kupnie domu ze dwa lata, a to ich kopnęło do działania. – Wzruszyłam ramionami. – Rodzina trochę nam się powiększyła, więc nie ma rady.

– Jak to rodzina ci się powiększyła? – Szczęka jej opadła, a oczy niemal wylazły z orbit.

Odwróciłam się, udałam, że szukam czegoś na blacie, by przełknąć przekleństwo i przywołać się do porządku. W ostatniej chwili powstrzymałam się od zrobienia niechcianemu gościowi kawy. Człowiek się we mnie budzi, niedobrze... Jeszcze by dłużej przez to siedziała.

– No powiększyła – odpowiedziałam wreszcie arcyinteligentnie. – Mam brata. – Wciąż miałam dziwne wrażenie, że już jej o tym mówiłam, ale pamięć jest rzeczą ulotną, niech jej będzie. Hm, a może nie mówiłam po prostu? Nie, chyba mówiłam.

– Ojejku, macie dzidziusia? A ty tak nie lubisz dzieci! – wykrzyknęła, ponownie załamując ręce.

– Jezu, a co do tego mają dzieci? – Aż się odwróciłam. I jakieś pieprzone dzidziusie na dodatek, dodałam w myślach.

– No bo mówisz, że masz brata. Czyli co, twoi rodzice mają w takim razie dzidziusia, prawda? – Podejrzewam, że miałyśmy w tym momencie identyczne spojrzenia. Wątpiące w inteligencję drugiej strony, delikatnie mówiąc.

A swoją drogą... Jak ja nienawidzę słowa „dzidziuś”. Jak ja nienawidzę, gdy ktoś mówi, że na przykład ma dzidziusia, lub że przygotowuje swoje mieszkanie, bo niedługo pojawi się w nim dzidziuś. Ja pierniczę, podobało mi się to jakoś w przedszkolu, no. O ile w ogóle. To jednak prawda, że młodym rodzicom wraz z pojawieniem się pasożyta ubywa jakieś dziewięćdziesiąt procent tkanki mózgowej...

– Nie ma tu żadnych niemowlaków! – sprostowałam trochę zbyt gwałtownie.

– No to jakim cudem masz brata? Ja cię nie rozumiem, Leiczku.

– Mam starszego brata.

– Co?! – Opadła bezwładnie na oparcie krzesła i złapała się za głowę w dramatycznym geście. – Och, tego już dla mnie za wiele!

Jeśli ona jeszcze zaraz dostanie WAPORÓW, to przysięgam, że pomogę jej w wydostaniu się za drzwi...

– Dobrze, Leiczku. – Uspokoiła się nagle, odetchnęła kilka razy głęboko i wypaliła wreszcie stanowczo: – Mam wrażenie, że musisz mi jeszcze dużo opowiedzieć.

– Ech... To strasznie skomplikowane – zbagatelizowałam. Jak na zawołanie głowa mnie jeszcze bardziej rozbolała. – Może innym razem.

– Ale przecież wiesz, że mi możesz wszystko powiedzieć? – Położyła rękę na sercu.

– Tak, wiem, ale sama muszę to sobie jeszcze ułożyć i...

– Oj, nie bądź taka tajemnicza, przykro mi, że nie chcesz mi nic powiedzieć – wyznała. – Co się dzieje?

– Prawdopodobnie to, że nie ma ochoty z tobą rozmawiać. – Tak jest, to właśnie do kuchni wszedł mój braciszek Ladon. Nawet nie spojrzawszy na emosię, nalał sobie szklankę wody z kranu i odszedł równie szybko, jak się pojawił.

Rany, ja myślałam, że ona się wkurzy. Nie wiem, obrazi, zapowietrzy... A tu gdy na nią spojrzałam, okazało się, że jest absurdalnie uśmiechnięta. Poważnie, aż musiałam oczy przetrzeć. Takiego wyszczerzu to u niej nigdy jeszcze nie widziałam.

– E... Coś się...? – zaczęłam, lecz przerwała mi dziwnie piskliwym głosem:

– Więc to jest ten twój brat?

– No tak. Mam głupie wrażenie, że już ci o tym mówiłam – palnęłam, ale nawet na to nie zwróciła uwagi.

– O jejku, a ja myślałam, że to twój chłopak! Wtedy w restauracji...

– Co? – Aż usiadłam.

– Jak on się nazywa?

– Ladon. Ale o co ci...

– A jestem w jego typie?

Ach, więc o to.

– A kij wie, czy ktokolwiek jest w jego typie. – Wzruszyłam ramionami.

Z głupim uśmiechem przeczesała grzywkę, zignorowała odpowiedź. Myślami była już daleko.

Hera, koka, hasz, LSD – ta zabawa po nocach się śniiii...

Ups, tak mi się skojarzyło.

– Wiesz co, ja chyba muszę... już lecieć – wydukała po dłuższej chwili. Wstała dziwnie sztywno z krzesła, prawie wlazła w futrynę, gdy poszła do przedpokoju, nie oglądając się na mnie.

Boże. Dla mnie też już było tego za wiele.

– Ja nie wierzę... Nie wiesz, jak ja się cieszę, że to twój brat! – Gdy dogoniłam ją przy drzwiach, wciąż przeżywała, nie przejmując się tym, że mogłam mieć pewne trudności ze słuchaniem, skoro zostawiła mnie w innym pomieszczeniu. To, że średnio mnie to interesowało, już swoją drogą...

– Ale co to niby zmienia, czy jest moim bratem, czy nie? – jęknęłam. – Chłopak jak chłopak. Ja tam na twoim miejscu trzymałabym się od niego z daleka. Okazjonalnie obrasta futrem, ma zadatki na piromana i ogólnie jest jakiś taki... mało sympatyczny.

– Chyba żartujesz? – Tym stwierdzeniem zasłużyłam sobie na spojrzenie, które w założeniu chyba miało położyć mnie trupem. – Przecież on jest cudowny! O rany... Oj, Leiczku, ja chyba coś do niego czuję!

– To straszne. – Znowu wywróciłam oczami. O wiele za często to robię. – Ale co ci się w nim tak niby podoba? Przecież go nie znasz...

– Nie muszę. To się po prostu czuje. – Położyła obie dłonie na sercu i nachyliła się lekko w moją stronę. – No przecież nie mów mi, że nie słyszałaś o mate.

– O czym? – W pierwszej chwili nie załapałam.

– No o mate. Wilkołaczych bratnich duszach. Każdy wilkołak przecież ma gdzieś tam swojego przeznaczonego, z którym jest związany duszą i ciałem. I on jest jedyny na świecie, rozumiesz?

Ja pierdzielę. No znowu aż musiałam usiąść.

– Boże, przecież nie ma czegoś takiego, jak... – spróbowałam, ale jeszcze jakby dała mi dojść do słowa...

– Czuję, że to może być to. Ojej. Dziwne uczucie... Muszę już iść. Ale... Ladon, tak? Ladon... – Kilkukrotnie powtórzyła imię, jakby je smakowała, zanim zamknęła za sobą drzwi.

– Jestem mało sympatyczny, tak?

Jak się okazało, Ladon wcale nie znajdował się tak daleko. Wystarczyła sekunda, by się przy mnie zmaterializował z wyrzutem w oczach.

– Daj ty już święty spokój, dobra? Przynajmniej ty – zapłakałam. Wstałam, ruszyłam do swojego pokoju zdecydowanym krokiem, mając nadzieję, że o to nie zapyta. Błagam, żeby tylko o to nie zapytał...

– Dziwna ta twoja koleżanka, wiesz? Skąd ty ją wzięłaś? – rzucił za mną.

– Żebym to ja wiedziała... Przylepiła się jak psie gówno do buta, nie idzie jej zeskrobać – powiedziałam szybko. – Daj już spokój, zmęczona jestem.

Naprawdę miałam nadzieję, że jednak się uda...

– Ej, Leah... A co to jest tak właściwie to całe mate? Bo chyba nie chodziło jej o herbatę?

No kurna, no...

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany