Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 49

local_library1 comment0 thumb_up0
Uszkodzona dusza 1: The Loner - część 50

Dzień zapowiadał się prześlicznie.

Przyznam, że mieszkanie w otoczeniu oczojebnego błękitu zaczęło mi się już nieco dawać we znaki. Było dokładnie tak, jak to przewidziałam – zupełnie nie mogłam się odprężyć, gdy wszędzie dookoła widziałam ten kolor. W dzień jeszcze jako tako się trzymałam, ale przy sztucznym świetle mieszkanie stawało się tak nieprzytulne, że sama nie wiedziałam, co powinnam ze sobą zrobić. Nic mnie nie interesowało, nie potrafiłam się na niczym skupić – gdy tylko robiło się ciemno, jedynie szukałam okazji, żeby wreszcie móc położyć się spać. Chociaż nawet spanie mi nie wychodziło, bo materac okazał się beznadziejnie niewygodny… Moją ulubioną – i jedyną – rozrywką okazały się rozmowy z Ladonem.

Byłam zdziwiona i przyjemnie zaskoczona tym, że coraz lepiej mi się z nim rozmawiało. Gadaliśmy na wszystkie możliwe tematy, zadawaliśmy sobie tony pytań, jakbyśmy chcieli jak najszybciej nadrobić te wszystkie lata, gdy nie byliśmy razem. Okazało się, że mamy ze sobą wiele wspólnego nie tylko ze względu na geny – interesowaliśmy się w miarę podobnymi rzeczami, słuchaliśmy podobnej muzyki, mieliśmy identyczne poczucie humoru. Nigdy nie czułam się przy nikim aż tak swobodnie. Obojętnie, jak bym się nie zachowała, czego bym nie powiedziała, miałam pewność, że z jego strony dostanę zrozumienie. Cieszyłam się, że otrzymałam go w pakiecie od losu. Więź coraz mocniej dawała mi się we znaki i wiedziałam, że nie byłabym w stanie żyć bez cudem odnalezionego brata. Czułam się przy nim… bezpieczna. Nareszcie kompletna. Jakbym w końcu odnalazła coś, czego brakowało mi przez całe lata.

Najbardziej cieszyła się mama. Pewnie wciąż miała obawy, że będę cierpieć przez tą sytuację, że będzie mi z Ladonem źle, że nie będę mogła go zaakceptować, a tu wręcz w oczach stawało się jedynie lepiej. Zmiany następowały błyskawicznie… ale to właśnie mi się podobało. Wystarczyło kilka dni, by Ladon z zupełnie obcej osoby, która znikąd pojawiła się w moim życiu, zamienił się w jego stały element, bez którego nie byłabym w stanie się obejść.

Tylko otoczenie mnie po prostu dobijało. Łeb mnie napierniczał, siły na nic nie miałam… Chociaż bałam się tak radykalnej zmiany, nie mogłam się już doczekać przeprowadzki.

Aż wreszcie nadszedł jej dzień.

Nie wiedziałam o nowym domu nic. Udało mi się wyciągnąć od rodziców jedynie tyle, że znajdował się na odludziu, ale jeszcze w granicach miasta, i ani słówka więcej. Trochę mnie irytowała ich tajemniczość, ale trzeba przyznać, że przez to byłam coraz mocniej podekscytowana, i to w pozytywny sposób. Widziałam, że są z zakupu zadowoleni, a gust mamy w końcu bardzo podobny. Ale gdy nadszedł dzień, gdy kolejny raz trzeba było zgarnąć manatki, wepchnąć je w trzy samochody i ruszyć w świat…

…nerwy złapały mnie od nowa. I to wręcz z takim radosnym „no hejże, dawno się nie widzieliśmy, co nie?”.

No bo kurde. A jak mi się nie spodoba? A jak to wcale nie będzie zmiana na lepsze? Jak będę tęsknić za starym mieszkaniem? Znaczy okej, za sąsiadami z pewnością nie, nasze rozstanie napawało mnie wręcz głupawą euforią, ale cała reszta… Mieszkałam tam od początku, odkąd zaczęłam ogarniać otoczenie. Dorastałam tam. Spędzałam większość swojego czasu. A tu nagle trzeba było wynieść się gdzieś indziej…

Dobra, ale przynajmniej byle dalej od tego cholernego niebieskiego.

To zadziwiające, jak wiele rzeczy się samoistnie wypakowało i rozpanoszyło, gdy tylko przestaliśmy ich pilnować. Tata wciąż truł nam, byśmy nie zadomawiali się zbytnio, bo potem będzie kłopot, a my… guzik sobie z tych nakazów zrobiliśmy. W ciągu kilku dni mieszkanie spokojnie zaczęło wyglądać na nasze – w szafkach pojawiły się bzdety, wyrósł lekki bałagan, kilka przedmiotów nawet zdążyło się zgubić. Spakowanie tego tak, by jeszcze zmieściło się do toreb, w których tu przyjechało, na pierwszy rzut oka było niemożliwe. Coś zgodnie z zasadą, że gdy jedziesz na wakacje, mieścisz się bez problemu w jedną walizkę, ale gdy wracasz, okazuje się, że upchnięcie szpargałów w dwóch jest nie lada wyczynem, choć przecież niczego, do cholery, nie kupiłeś.

Pakowałam się. Zbierałam. Składałam ubrania. Układałam w torbach coś na kształt morderczego Tetris, co szło mi zaskakująco dobrze… dopóki nie natykałam się na kolejny bzdet, którego kompletnie się nie spodziewałam i który kompletnie do niczego nie pasował na tyle, by nie zawadzał. Mama się stresowała brakiem pośpiechu, ja stresowałam się nadmiernym pośpiechem, a tata wściekał się, że przecież nam mówił i tak dalej. Ladon miał jak zwykle wyrąbane. On spakował się w dziesięć minut, choć do teraz nie wiem, jak to zrobił. Ale umie w magię, co nie? Może i na to istniały zaklęcia.

Gdy już pojawił się dziadek wraz z trzecim samochodem, zastał nas w samym środku chaosu.

– Wy jeszcze nie gotowi? Przecież spóźniłem się godzinę – jęknął na nasz widok. Gołym okiem można było poznać, że ręce mu dosłownie opadły.

– Może napijesz się kawy, tato? – Ojciec, całkiem zrezygnowany, zaprowadził staruszka do kuchni, nie chcąc wchodzić w dyskusje. Oj, a mama wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć…

Przyznam, że w ostatecznym rozrachunku było mi odrobinę szkoda, gdy zwracaliśmy klucze przerażająco niehigienicznej pacjentce mamy. Zawsze tak mam, że gdy opuszczam jakieś miejsce na dobre, to choćby i mi się nie podobało, i tak wiem, że będę chociaż minimalnie za nim tęsknić. Coś tam jednak pozytywnego się tutaj wydarzyło. To był kawałek mojego życia, kolejny wyrywek historii, którą to tak lubiłam.

Co nie zmienia faktu, że jak zobaczyłam nasz nowy dom, to szybciutko zapomniałam o mało przytulnym, lecz ciekawym w kształcie mieszkanku.

Droga zaczęła się jak każda inna. Wsiedliśmy do samochodów – a właściwie nie tyle wsiedliśmy, co wcisnęliśmy się do nich z trudem – i ruszyliśmy prosto w przedpołudniowe korki, zatrzymując się co jakiś czas, gdy to należało poprawić kolejny przedmiot, który brzęczał lub stukał, a nie powinien tego robić (za którymś razem ponownie padło na pechowy czerwony garnuszek, choć byliśmy pewni, że wepchnęliśmy go do samochodu mamy). Nieco już byliśmy opóźnieni, wbrew pozorom jednak szybko znaleźliśmy się na miejscu…

Okolica zaczęła się stosunkowo normalnie. Przejechaliśmy wąską drogą koło cmentarza i znaleźliśmy się w dzielnicy bogatszych domów jednorodzinnych dla bufonów, z których niemal każdy wydawał mi się identyczny – wysoki biały mur przetykany kompozycją z szarych metalowych belek, prosta konstrukcja, dość duże okna, białe ściany, czarny dach, drzewka w ogrodzie powycinane w geometryczne kształty, a trawniki, choć zbrązowiałe z racji pory roku, już z daleka obiecujące, że nie znajdzie się na nich ani pół chwasta. Nie lubię takich dzielnic. Można w nich znaleźć wszystko to, czego nienawidzę najbardziej – młode małżeństwa, którym nieco bardziej wyszło w życiu i koniecznie musiały to pokazać, małe dzieci, którym rodzice pozwalają wrzeszczeć w ogrodzie na pełne gardło, no bo przecież są na swoim, imprezy w każdą sobotę, goście, co jakiś czas wyjątkowo mało inteligentna muzyka na cały regulator. Sąsiedzi, którzy nie znają się nawzajem, bo lepiej przecież udać, że się patrzy w inną stronę, niż powiedzieć „dzień dobry” w stronę w miarę znajomej twarzy. Małe, szczekające jedynie w tonach wysokich pieski, drogie samochody, unoszący się w powietrzu smrodek chloru z prywatnych basenów. Dla mnie nic ciekawego. A nawet nie tyle nic ciekawego, co coś odpychającego. Nie chciałabym mieszkać w takiej okolicy, już wolałam mój stary blok i sąsiadów, którzy może i byli głośni, ale przynajmniej mieli mniemanie o sobie mieszczące się w granicach zdrowego rozsądku… ale nie bałam się, że to miejsce docelowe, bo wiedziałam, że poglądy rodziców są identyczne. Wiadomo, gdyby była tylko taka możliwość, to kupiliby willę w takiej okolicy, ale z pewnością by ich aż tak nie cieszyła.

W miarę, jak jechaliśmy wąską asfaltową drogą bez wyraźnego podziału na lewy i prawy pas, sceneria stopniowo się przeobrażała, a elegancki miejski asfalt zastępował taki z rodzaju tych, które roztapiają się na mocniejszym słońcu. Bogate wille stawały się coraz normalniejsze, z czasem bardziej wiejskie, a odległości między nimi rosły zauważalnie. Tu już prędzej bym się spodziewała, że zaraz gdzieś się zatrzymamy. Wyglądałam niecierpliwie przez okno i wstrzymywałam oddech za każdym razem, gdy mijaliśmy jakiś dom, a tata śmiał się ze mnie pod nosem, wciąż nie zamierzając niczego zdradzać. Szlag mnie przez niego trafiał. Jeśli nie chciał mnie całkiem wykończyć, to ja nie wiem, co to niby było.

Aż w końcu… no cóż, miasto skończyło się na dobre. Nieużytek po prawej stronie przeszedł w las sosnowy, w którym dość szybko zauważyłam nieutwardzoną, lecz całkiem nieźle utrzymaną drogę.

– Poważnie? – prychnęłam, gdy tata w nią skręcił.

– Poważnie, poważnie. Poczekaj jeszcze chwilę.

– Przecież to zupełne zadupie.

– A nie chciałaś przypadkiem na takim mieszkać? – Obejrzał się na mnie kątem oka, wyraźnie zaskoczony.

– Oczywiście, że chciałam. Ale to wydaje się zbyt piękne, żeby coś się za tym nie kryło.

– Nie mogłabyś przynajmniej raz nie doszukiwać się we wszystkim spisku przeciwko sobie…?

– Nie wierzę, że akurat ty to mówisz.

Po kilku sekundach roześmialiśmy się oboje.

Wlekliśmy się niedługą chwilę lasem, aż wreszcie wyjechaliśmy na pole. A właściwie ogromną, otwartą z jednej strony polanę, którą ktoś musiał użytkować jako pole, bo ziemia była zaorana na zimę i od razu wyglądała na używaną do czegoś innego, niż plantacja barszczu Sosnowskiego.

Chociaż w sumie taka plantacja mogłaby okazać się całkiem ciekawym sąsiadem… Miałabym przynajmniej dobre dojście do sadzonek, którymi mogłabym przypierdzielać Gabrysi za każdym razem, gdy pojawi się w bliższym pobliżu, niż bym sobie życzyła.

Oprócz tej jednej strony, po której gdzieś nad horyzontem widziałam dachy kilku odległych domów, z pozostałych znajdował się las. A idealnie pośrodku stał sobie drewniany dom.

Działka wyglądała jak wyspa pośrodku morza zaoranej ziemi. Nie była może jakaś szczególnie gigantyczna, ale mieściło się na niej kilka wysokich, starych drzew i drewniany stół z ławkami. Za to dom był drewniany, na pierwszy rzut oka bardzo nowy… i po prostu jakiś taki słodki. Idealne spełnienie marzeń mojej mamy. Piętrowy budynek z pomalowanych ciepłym impregnatem kwadratowych belek miał okiennice, okna ze szprosami i spory taras, wychodzący na stare drzewa, pole i ścianę lasu.

Kurde, to musiał być sen.

Wysiadłam z samochodu nieco sztywno, dłuższy czas stałam nieruchomo. Czułam. Słuchałam. Badałam. Rodzice i dziadek zaczęli wypakowywać pierwsze torby, Ladon mocniej zainteresował się moją dziwną miną. Podszedł bliżej, zerknął w stronę, w którą bezmyślnie się gapiłam, wreszcie spytał wprost:

– Dobra, co się dzieje?

– Posłuchaj. – Uniosłam palec do góry z nawiedzoną miną. Naprawdę musiałam z jego perspektywy wyglądać jak wariatka. – Słyszysz?

Dłuższą chwilę nasłuchiwał, zanim jęknął bezradnie:

– Nic nie słyszę.

– No i to właśnie jest piękne! – wydarłam się, spontanicznie go uścisnęłam, chociaż za cholerę się tego po sobie nie spodziewałam, i pobiegłam w stronę już otwartych drzwi.

Przepchnęłam się przed rodzicami, nie przejmując tym, że coś za mną zawołali, i wparowałam do środka.

Dom nie był bardzo duży, ale przez to wydawał się jeszcze przytulniejszy w środku. Wchodziło się bezpośrednio do holu, w którego głębi widziałam schody na piętro. Po lewej stronie miałam wyłożony jasnym drewnem salon, z wielkimi rozsuwanymi drzwiami na taras i kompletem kanap z beżowym obiciem, wyszywanym w pastelowe kwiaty. Po prawej była kuchnia, w której ściany były ciemne. Zdążyłam zauważyć w niej okrągły stół z krzesłami, zanim poleciałam dalej, popychana przez obładowaną rzeczami resztę.

Tam, gdzie znajdowały się schody, powstało coś na kształt obitego ciemnym drewnem pomieszczenia, z którego dało się przejść do zamkniętej łazienki i niewielkiej sypialni z szerokim łóżkiem z kutego metalu, które prawdopodobnie zaanektują rodzice. Ruszyłam na górę. Muszę przecież znaleźć jakieś miejsce dla siebie, zanim tym razem Ladon weźmie najlepsze…

Na górze była jasna łazienka, wejście na malutki strych i tylko dwa pokoje. Jeden urządzony tak, jak kuchnia, klatka schodowa i sypialnia na dole – co prawda miał balkon, ale z marszu uznałam go za zbyt ciemny – i jeden ze ścianami w szerokich deskach malowanych na biało. Były w nim jasne, nieco rustykalne meble, kilka dodatków w odcieniach niebieskiego… i dużo miejsca, które w wyobraźni już przeznaczałam na biblioteczki i półki na lokomotywki.

– Co my tu mamy?

Ladon zmaterializował się jakby znikąd, więc szybko zatarasowałam mu przejście.

– Moje, zaklepane! Nie oddam! – wydarłam się, zapierając obiema dłońmi o futrynę, gdy spróbował mnie przesunąć.

Westchnął z politowaniem, rezygnując ze starań, gdy zaczęłam przemieniać się w wilka i próbować go ugryźć, i odszedł do drugiego pomieszczenia.

– Przynajmniej ten jeden raz dobrze wybrałaś – burknął, oglądając się na mnie z wyrzutem. – Balkoniku nie chciałaś?

– Nie aż tak.

Posłał mi ostatnie spojrzenie, jasno mówiące, że poważnie wątpił w to, by taki stan rzeczy utrzymał się długo i że zaczynał obawiać się tego, że prędzej czy później mogę zażądać wymiany, i wrócił do przerwanego noszenia bagaży.

To było… dziwne. Jakieś takie zbyt piękne, zbyt cukierkowe, by mogło okazać się prawdziwe. Nosiłam torby, rozpakowywałam się, układałam okrojoną wersję swoich rzeczy na półkach i w szafkach, zadomawiałam się, żartowałam z rodzicami i zachwycałam się na przemian, obserwowałam, jak Kot zagląda we wszystkie kąty… ale wciąż nie mogłam pozbyć się dziwnego wrażenia, że znajduję się we śnie. Bardzo realistycznym, takim, w którym wszystkie zapachy były nadzwyczaj wyraźne, a uderzenie się małym palcem w futrynę faktycznie bolało, ale jednak śnie. Wszystkiemu towarzyszyła lekka aura nierzeczywistości, co do której sama miałam wątpliwości, czy nie jest jedynie wynikiem mojego paranoicznego umysłu, ale która równie dobrze mogła okazać się prawdziwa. Bałam się tego, że wszystko może prysnąć jak bańka mydlana, że sen może się skończyć, a ja nagle obudzę się w swojej szarej, zwyczajnej rzeczywistości… ale chyba gdzieś w głębi ducha wypatrywałam tego momentu. Bo to wydawało mi się nieprawdziwe. Piękne, owszem, ale jakoś ja do tego wszystkiego nie pasowałam. Było… zbyt dobrze.

I nic nie zamierzało się jak na razie zrąbać.

Mój Pech nigdy nie spał za długo. Nie zdarzyło się jeszcze, by spotkało mnie coś choćby minimalnie nim nieskalanego… To było niemożliwe. Pech był od zawsze. Ja miałam Pecha, a on miał mnie. Mimowolnie wypatrywałam momentu, w którym wyciągnie po mnie pazury, mając nadzieję, że może wreszcie będę już mieć to za sobą. Nerwowość towarzyszyła mi cały czas. Miałam dobry humor, więc ciężko było to po mnie poznać, ale wciąż czułam wewnątrz napięcie, którego źródła wypatrywałam właśnie w tym swoim oczekiwaniu na Pecha, no bo w czym innym?

Ale… czy na pewno?

Nie wiem. Grunt, że nie dało mi spać, w nocy męcząc nieustannie. Jakby miało się coś wydarzyć, jakby coś w otaczającym dom lesie, choć tak pięknym i cichym, czaiło się na mnie z niekoniecznie dobrymi zamiarami. Stało na samej krawędzi widzialności, pozwalając, by kryły je cienie między drzewami, i czekało…

Na co?

Co to, u diabła, było?

Gdzieś koło północy stanęła mi przed oczami nadal nierozwiązana sprawa krateru. Ale czy to było możliwe, żeby chodziło właśnie o to? Nie chciało mi się w to wierzyć.

Choć jednocześnie, jeśli głębiej się zastanowić, nie potrafiłam określić, jak daleko miałam do krateru. Równie dobrze mogło się okazać, że znajduje się gdzieś tuż za płotem. Równie dobrze mogłam mieć go na wyciągnięcie dłoni...

I właśnie ta myśl ostatecznie sprawiła, że wstałam z łóżka, całkowicie oprzytomniała, wiedząc, że jeśli nie wyjdę natychmiast na zewnątrz i nie przybiorę wilczej skóry, to oszaleję.

Pogrążony w zimnej poświacie wyjątkowo jasno świecącego księżyca, dom nie sprawiał już wrażenia aż tak przytulnego, jak w dzień. W każdym obcym kącie czaił się nieznany, nieoswojony cień, a w zimnym powietrzu ciągle wisiało coś, przez co mimowolnie chciałam mieć się na baczności. Poruszałam się właściwie na palcach, ostrożnie ważyłam każdy krok, starając się unikać miejsc, w których podłoga mogła zaskrzypieć. Bałam się. I miałam wrażenie, że jeśli tylko zrobię cokolwiek głośniej lub choćby bardziej gwałtownie, zaraz coś – ktoś? – mnie znajdzie...

Schizofrenia? Czy jednak faktycznie coś w tym było?

Księżyc był niemalże pełny i swym blaskiem przyćmiewał pobliskie gwiazdy. Ostrożnie wyszłam do pogrążonego w nienaturalnym świetle ogrodu, bezszelestnie zamknęłam drzwi. Ramiona natychmiast oblazła mi gęsia skórka – trawa pod bosymi stopami skrzypiała od szronu, a ja bardzo inteligentnie wylazłam jedynie w tym, w czym spałam, czyli wyciągniętej podkoszulce i majtkach. Ale co z tego... To, co nosi się pod wilczą skórą, nie jest ważne.

Furtka okazała się zamknięta. Wzdrygnęłam się, usłyszawszy jakiś szelest po mojej prawej. Skuliłam się lekko, zamarłam w bezruchu, obejrzawszy w tamtą stronę. Między łysymi o tej porze roku drzewami było trochę cienia – rzucające go gałęzie kołysały się lekko na niemal niewyczuwalnym wietrze, ale i tak miałam wrażenie, że coś się tam czai...

Tam, czy na krawędzi lasu, kilkaset metrów dalej?

Bałam się jak jasna cholera. Nie tylko o siebie, ale też o śpiącą spokojnie rodzinę... Wmówiłam sobie jednak, że cokolwiek czai się w mroku, Ladon z pewnością da temu radę, i to o wiele lepiej niż ja. Ja to pewnie bym mu tylko przeszkadzała, plącząc się pod łapami... Przybrałam wilczą skórę, zwinnie przeskoczyłam ogrodzenie i ruszyłam wolnym truchtem w kierunku idealnie czarnych drzew. Wyglądało to zupełnie tak, jakby akurat tam księżycowy blask nie docierał...

Koledzy kochani, jesteście tutaj? Chyba mam jakieś odpały z samotności – zawołałam w eter, potrząsając łbem, jakbym w ten sposób mogła pozbyć się sprzed oczu dziwnego złudzenia. Owszem, gdy spojrzałam jeszcze raz, las wyglądał znacznie normalniej, ale i tak coś sprawiło, że zatrzymałam się na krawędzi rzucanego przezeń cienia, nie mogąc zmusić się do zrobienia choćby jednego kroku więcej.

Jesteśmy, jesteśmy. Co mamy nie być? Patrol sam się nie odbębni, a skoro panna czarnofutra się na niego nie garnęła... – Collin zaśmiał się sucho i z lekkim wyrzutem.

Ej no, bez takich proszę, sami przecież doskonale wiecie, że to wszystko było przez rodziców – zaprotestowałam. – Przez to, że myślałam, że oni nie wiedzą, i musiałam się kryć. Teraz pewnie dałoby się to usprawiedliwić, więc nie mam nic przeciwko patrolom.

– O, jak miło! – wykrzyknął Quills. – Muszę pamiętać, żeby koniecznie dołączyć cię do następnego.

– Tylko żeby to nie było przed szkołą. Przed szkołą wolałabym się wysypiać. I nie gdy deszcz pada.

– Ta, i może jeszcze frytki do tego? – ziewnął Embry.

Tylko o keczupie tym razem nie zapomnij. – Mimowolnie wywróciłam oczami. Zdecydowanie muszę przestać tak robić, jeszcze zakwasy w gałkach ocznych mi się zrobią...

Zakwasy w gałkach ocznych? Ty się dobrze czujesz? – Collin, choć do tej pory poruszał się truchtem, stanął w miejscu jak wryty.

Przecież to jasne, że nie czuje się dobrze. Użyła słowa „odpały” – westchnął Alfa. – Ze słownictwem młodzieżowym przeprasza się tylko gdy ma gorączkę.

– A wcale bym się nie obraziła. Bo parę spraw by to wyjaśniło.

Na chwilę zapadła cisza, gdy wilki przetrawiały moje słowa i usiłowały dojść do tego, czy aby na pewno żartowałam. Gdy gdzieś w mojej świadomości dokopali się do okruchów dziwnego strachu i poczucia bycia obserwowaną, atmosfera zmieniła się diametralnie w ciągu ułamka sekundy. Senne rozleniwienie zastąpiła pełna wilcza koncentracja. We wspólnym umyśle nagle się rozjaśniło.

Co tam się dzieje? – spytał Quills.

Coś cię obserwowało? Co to takiego? Widziałaś coś? – zdenerwował się Embry.

Schizofrenia to się nazywa – mruknął Collin zaskakująco delikatnie.

Kurde, moja mama jest psychiatrą, chyba umiałabym rozpoznać schizofrenię, nie? – wnerwiłam się.

U siebie? To chyba właśnie na tym polega, że nie do końca ją rozpoznajesz. – Tym razem to Quills wywrócił oczami. – Dobra, żarty żartami. Mów, o co biega.

– Zacznę może od tego... – Jeszcze raz obejrzałam się na ciemną ścianę drzew, wreszcie zjeżyłam futro na karku i odeszłam na kilka kroków, uznawszy, że nie zdobędę się na odwagę. – Jak mnie nie było, to może zostało postanowione coś w sprawie krateru?

– Nic konkretnego. Starszyzna wyjechała trzy dni temu. Przestali się interesować sprawą, gdy Ladon tak dosadnie im wytłumaczył, że nie zamierza więcej rozpychać się łokciami i nie pozwoli, by przerobili cię na kaszankę – zrelacjonował pokrótce Embry. – Twój dziadek jakoś tak coś przebąkiwał, że jeszcze tym trzeba się zająć, ale nie mamy pojęcia, czy działo się coś w tym kierunku.

– Skoro niczego nie zauważyliśmy ani o niczym nam nie powiedział, to pewnie jeszcze nic nie zrobił – uzupełnił Quills. – W sumie to dość ciekawe. Taka bierność jest do niego niepodobna. Normalnie nie dałby rady usiedzieć, gdyby coś takiego się działo na jego ziemiach.

– Może uznał, że sami jesteśmy w stanie się tym zająć? – podsunął Collin.

Szczerze wątpię – parsknęłam. – Dziadek ma o nas dość skomplikowane zdanie.

– Widziałaś się z nim? Może tobie coś powiedział?

– Nic. – Po wilczemu wzruszyłam ramionami. – Byłam u niego na obiedzie wczoraj. Nie powiedział ani słowa o całej sprawie, zachowywał się też normalnie. Dziwnie patrzył na Ladona i rozmowy jakoś im się nie kleiły, ale byłoby podejrzane, gdyby nagle zaczęli się kochać. Ale... może faktycznie czeka na to, co z tym zrobimy. Średnio mi się chce wierzyć, że znowu testowałby naszą odpowiedzialność na tak poważnej sprawie, ale kto tam go wie. Może to nieco dziwne, ale naprawdę nie znam go najlepiej. Nikt nie zna. Jedyną osobą, która wiedziała, co tak naprawdę sobie myślał, była moja babcia.

– Nie żyje?

– Od siedmiu lat. Jeśli nie ośmiu. – Zrobiło mi się cholernie przykro, jak zawsze, gdy ją wspominałam. Babcia była dla mnie potwornie ważna. I wciąż za nią tęskniłam. Miałam wrażenie, że czas w tym przypadku zupełnie nie leczył ran, bo wciąż coś mi o niej przypominało na tyle, że zbierało mi się na płacz...

Czyli co? Wychodzi na to, że musimy zająć się kraterem, tak? – westchnął Collin. – A już miałem nadzieję, że przynajmniej chwilę będzie spokojniej...

– Mnie też to nieco wykańcza, ale przecież nie możemy tego tak zostawić – mruknął Quills.

Wiem, wiem. Po prostu... mam dosyć, szefie.

– A kto z nas nie ma? Też chciałbym mieć przynajmniej jedną spokojnie przespaną noc – burknął Embry. – A jak na razie wychodzi na to, że odbębniam nocne dyżury za wszystkich po kolei, bo reszta pieprzy się z tym jak z jajem.

– Mówiłam poważnie z tymi patrolami – przypomniałam. – Z rodzicami sporo się wyjaśniło, więc nie będzie już problemów ze znikaniem na noc. Żadnych. Chcę dostawać patrole jak wszyscy. Zwłaszcza skoro reszta się nie garnie.

– Nie tyle nie garnie, co wychodzi im to chujowo – sprostował Embry. – Przysypiają, olewają tropy... może ich nie zauważają, cholera wie. Trzeba ich pilnować. Mało który się do czegoś nadaje. Ja o tym mówiłem Quillsowi, wspominałem delikatnie, że niektórym by się więcej szkolenia przydało. Teraz wspominam delikatnie jeszcze raz, jakby za tamtymi nie dotarło. Quills, czuj się upomniany.

– Chętnie bym coś z tym szkoleniem zrobił, ale chyba zapominasz, że sam się do tego kiepsko nadaję. Do tego by trzeba starego Alfy...

– A stary Alfa się nie garnie? Rozumiem. – Powoli zaczynało mnie to męczyć. Narzucenie samodzielności w mniemaniu mojego dziadka pewnie miało doskonale się sprawdzać, jak na razie jednak przysparzało nam kolejnych kłopotów w zastraszającym tempie.

Ano się nie garnie. Tylko ja mam wrażenie, że dla niego najlepszą metodą wychowawczą jest zostawienie nas, żebyśmy sami się wychowywali?

– Tak właśnie przecież jest. Jakaś mocno upośledzona wersja „popełniaj błędy i ucz się na nich”. Szkoda tylko, że nasze błędy mogą mieć skalę nawet globalną. I co wtedy? To my zbierzemy ochrzan, a on jak zwykle umyje rączki.

– Zawsze się wybroni – warknęłam. – Tak jak teraz. Jak kwestię przemieniania się w mieście i wszystkich zaniedbań zwalił na nas, choć sam miał w tym udział. Dziadek nie widzi własnych błędów. To taki typ człowieka, który uważa, że we wszystkim jest najlepszy. Nie weźmie pod uwagę tego, że cokolwiek mógłby zrobić źle. To ze światem jest coś nie tak, skoro śmie uważać inaczej.

– Bez obrazy, ale nienawidzę takich ludzi – wycedził Collin.

Wiesz, gdyby nastroje mu się tak szybko nie zmieniały... Jako człowiek bywa cudowny. Są dni, że dogaduję się z nim najlepiej z całej rodziny. Tylko wilkołatcwo jakoś dziwnie na niego wpływa – przyznałam. – To co z tymi patrolami? Przydam się? Mam nieco samozaparcia, raczej nie będę zasypiać, więc...

– Nie wiemy, czy ty też nie będziesz na patrolach bezużyteczna – dodał Embry. – Niby do tej pory nie zauważyłem, żeby było tragicznie, ale sama wiesz...

– Wbrew pozorom wiem. Mi ogólnie mało rzeczy w życiu wychodzi – wtrąciłam gorzko.

Ej, to nie tak... – spróbował zaprotestować, lecz przerwałam mu szybko:

Daj spokój, przecież to od razu widać. Powiedzcie lepiej, co z kraterem?

– Nie wiem. Nie mam pojęcia, jak powinienem się do tego zabrać – wyznał Quills. – Wiemy, gdzie jest. Możemy się tam wybrać i sprawdzić, czy cokolwiek się zmieniło... ale przecież nie mamy takiej mocy, żeby zrobić coś więcej. Nie zamkniemy go, do cholery.

– Jesteśmy w czarnej dupie – przetłumaczył usłużnie Beta.

Mniej więcej to właśnie miałem na myśli, dziękuję, Embry.

– Zawsze do usług, szefie.

– To nie zapowiada się najlepiej – oceniłam cichutko.

Cień drzew na mnie napierał. Coś w nim siedziało. Coś pradawnego, potężnego, od czego cierpła mi skóra, a sierść stawała dęba...

Chciałam do domu. Chciałam do Ladona.

Chciałam, by to się wreszcie skończyło.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany