Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 6

local_library0 comment0 thumb_up0
Trylogia Pożeracza Światów: Preludium - część 7

Ryjisjaveeik

– Jestem niewinny, przysięgam! – wył ranny wyvern, padając na kolana przed Ryjisjaveeikiem.

Władca spojrzał na niego, nie okazując zupełnie żadnych emocji, zaciskając tylko mocniej dłonie na podłokietnikach tronu. Siedzisko to było całkowicie wykonane z szarej skały, rzeźbionej w szczerzące kły wyverny – wielkie, zimne i potwornie niewygodne. Sama sala tronowa była ogromną jaskinią o niskim, pokrytym stalaktytami sklepieniu, prawie całkowicie pogrążoną w cieniu. Po lewej stronie dał się słyszeć zwielokrotniony przez echo szum Trującego Źródła. Same jego opary, jeśli podeszło się zbyt blisko, wywoływały halucynacje, a kąpiel oznaczała powolną śmierć w potwornych męczarniach. Tortura doskonała.

Spuścił wzrok na zrozpaczonego oskarżonego. Mężczyzna brudną od krwi twarz wykrzywiał w potwornym grymasie bólu. Został poturbowany podczas pościgu, widocznie stawiał honor ponad swoje zdrowie. Głupiec, przecież wiedział, że nie ma szans.

– Niewinny? A wiesz chociaż, o co cię oskarżamy? – parsknął śmiechem.

Wyvern ewidentnie był zamieszany w masakrę, która rozegrała się tuż przed siedzibą władcy. Wiadomość o aferze nie była jeszcze puszczona do obiegu publicznego, więc to, że wiedział o niej cokolwiek, że zaczął usprawiedliwiać się natychmiast po przekroczeniu progu, było na to najlepszym dowodem. Od razu otworzył szerzej opuchnięte oczy. Głupota nie zna granic...

– Więc dlaczego to zrobiłeś?

– Bo... bo... zazdrościłem... – urwał, czując że załamuje mu się głos.

Ryjisjaveeik uśmiechnął się szeroko i wstał powoli z siedziska.

– Ach, zazdrość... Tak prymitywne, a jednak najsilniejsze z doświadczanych przez człowieka uczuć. To ona prowadzi do nienawiści, zniszczenia, jest faktyczną podstawą wszystkich wojen, nawet jeśli nikt nie chce tego przyznać. Sprawcy wojen działają według myśli: „ty masz lepsze ziemie, lepsze prawo, bardziej rozwiniętą gospodarkę, więc, zamiast pracować na to samo, prościej będzie, jeśli ci to zabiorę”... – Oskarżony wodził za nim wzrokiem. Ryjiv już dawno zorientował się, że wszyscy odczuwali przerażenie, gdy nagle zaczynał te swoje monologi. Dlatego, choć nie przepadał za prawieniem morałów, lubił czasami obdarzyć kogoś podobną gadką. – Ale ty nie jesteś człowiekiem, nie ulegasz żałosnym ludzkim zachciankom. Nie pamiętasz słów przysięgi? – spoważniał nagle.

Jedyną odpowiedzią było milczenie. Machnął lekceważąco ręką w stronę strażników.

– Zabierzcie go!

Krzyki oskarżonego słychać było nawet przez szczelnie zamknięte stalowe wrota.

Zmęczony opadł ciężko na tron, unosząc zamknięte oczy ku sklepieniu. Jasne jak słoma i błyszczące jak złoto włosy rozsypały mu się na ramionach, na pełnych wargach pojawił się cień uśmiechu. Może i sala tronowa była wielokrotnie przeklinana przez jego poprzedników, on jednak tylko tutaj, w tej zimnej i wilgotnej grocie, potrafił się całkowicie rozluźnić. Nic więc dziwnego, że zareagował wściekłym jękiem na dość głośne pytanie:

– Można wejść?

– Oby to było coś ważnego – odpowiedział niezbyt uprzejmie, nawet nie otwierając oczu. Po chwili od ścian odbiło się echo kroków dwóch osób, stanęli przed nim Rion i Mark.

– Co się stało? – spytał, prostując się, doszedłszy do wniosku, że odrobina dobrego wychowania raczej go nie zabije.

– To się stało. – Rudy rzucił do jego stóp stary, rozlatujący się zwój.

Ryjiv zszedł po kamiennych stopniach i wziął papier do ręki. Rozwinął go, z ciekawością przeglądając barwne rysunki i drobne pismo.

– Skąd to masz? – spytał po dłuższej chwili studiowania ich wzrokiem.

– Miał go przy sobie wampir, którego kazałem zabić Pożeraczowi.

– Tak się zdaje, że mam imię – zawarczał Mark, głębiej wbijając dłonie w kieszenie płaszcza i ledwo powstrzymując się od zrobienia użytku ze sztyletu.

– Pożeracz? – Ryjiv na chwilę się zakrztusił. On chyba nie domyślił się...

– Ty nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak jest potężny. Żyję już ponad czterysta lat, a z kimś takim nie miałem jeszcze do czynienia...! – Rudy wpadł w sidła nadmiernej ekscytacji. – Jedyne, co mi przychodzi na myśl, to Pożeracz Światów z Wielkiej Przepowiedni...

– Cicho. Co z tym? – Młody wyvern machnął dłonią w stronę zwoju. – To, jak ten ryży kretyn mnie nazywa, chyba nie jest w tej chwili najważniejsze.

Ryjisjaveeik jeszcze raz przyjrzał się pięknemu szkicowi, przedstawiającemu ze wszystkimi szczegółami hełm Hadesa. Między jego brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Sam nawet nie potrafił wyobrazić sobie, jak potężne byłoby jego królestwo, gdyby weszło w posiadanie tego magicznego cuda. Był jednak jeden problem. Nawet on nie mógł wyruszyć na zakazaną wyprawę bez zgody Najwyższej Rady, a doskonale wiedział, że większość jej członków będzie przeciwna.

 Odrzucił zwój Rionowi.

– Zanieś ten świstek do sali obrad i zrób mi kawę, jak możesz. Z sześciu łyżek najlepiej. Ruszamy po tą zabawkę dziś wieczorem.

– Jak to zrobisz?

Uśmiechnął się szaleńczo i głośno zaśmiał.

– Bez obaw, coś wymyślę – syknął, w myślach już zacierając dłonie.

O nieszczęsnym Pożeraczu postanowił chwilowo zapomnieć.

***

Najwyższa Rada od zawsze składała się z najstarszych i najpotężniejszych wyvernów obu płci. Rion wprawdzie do niej nie należał, ale tylko ze względu na swoją odmowę i dziwną awersję do tego typu organizacji. Ryjisjaveeik żałował teraz, że po prostu nie zmusił przyjaciela do tego przykrego obowiązku, może wtedy miałby większe szanse na wygraną w dyskusji, która zaraz nastąpi.

Wszedł na salę i zasiadł u szczytu dębowego stołu. Gdy nalał sobie symbolicznie ambrozji do srebrnego kielicha, reszta Rady również zajęła miejsca.

Ambrozja nie ma dla wyvernów praktycznie żadnego znaczenia oprócz walorów smakowych. Nieśmiertelność zawdzięczają posiadanej sile magicznej, ale upodobały sobie ten napój ze względu na to, że działał jak narkotyk, nie powodując jednak żadnych efektów ubocznych.

Po wypiciu połowy zaczął, nie dając po sobie poznać zdenerwowania:

– Jak wygląda sytuacja na północnych traktach? Słyszałem jakiś czas temu, że doszło tam do paru dość niemiłych incydentów?

Rudy niczym pochodnia Salmon machnął ozdobioną trzema pierścieniami dłonią.

– Z początku rzeczywiście wyglądało to dosyć poważnie. Kilku dezerterów z armii Heralona napadło na dwie karawany kupieckie, zrabowali wszystko, co się dało, zabili wszystkich, którzy nie uciekli wystarczająco daleko, i zapadli się pod ziemię. Jeden z naszych posłańców natknął się na nich jednak w pobliskiej oberży, gdzie przepijali to, co ukradli. Już nikomu nie zagrożą, ponieważ kazałem ich powiesić na trakcie. Ku przestrodze.

I oczywiście nie przyszło mu do głowy, żeby skonsultować to ze mną.

– Mam też propozycję, aby zwiększyć podatki nakładane na mieszkańców Ursai. Przecież to już praktycznie Pogranicze, powinni...

– Może najpierw ja rozważę pomysł?

– Jasne, to tylko taka luźna propozycja. – Speszony Harris spuścił wzrok. Zawsze, gdy natykał się na jakikolwiek opór w dowolnej sprawie, zaczynał zachowywać się jak skrzyczane dziecko.

Jak ja ich wszystkich nienawidzę...

Postanowił przejść jak najprędzej do sedna sprawy.

– Zwołałem to zebranie, ponieważ trafiła nam się okazja zdobycia niezwykle potężnego magicznego artefaktu. – Rzucił rozwinięty zwój na środek stołu, by wszyscy mogli zobaczyć rycinę. Założył dłonie na piersi i odchylając się na krześle, wytłumaczył:

– Hełm Hadesa. Dzięki niemu posiądziemy jedyną moc, która jest dla nas nieosiągalna. Niewidzialność.

Po wypełnionej nerwowym szeptem chwili Tallor, najpotężniejszy i najbardziej działający wszystkim na nerwy członek Rady, uniósł głowę znad stołu:

– Chyba nie zamierzasz sam wybrać się na tą wyprawę?

– Nie. Mam dwóch towarzyszy.

– Nie wolno ci.

– Nie? – Władca groźnie nachylił się nad blatem. Wszystko wskazywało na to, że jednak będzie musiał wcielić swój plan w życie. – A to czemu?

– To zbyt niebezpieczne dla całej naszej społeczności. Od razu widać, jak beznadziejnym jesteś władcą, gotowym na poświęcenie życia tysięcy jednostek dla jakiejś błyskotki.

– Prowokacja! – huknął Salmon.

– To nie jest jakaś tam zwykła błyskotka...

– Zamilcz!

Wszyscy zamarli. Tallor poderwał się z miejsca, wyciągając sztylet. Teraz – pomyślał władca, patrząc na atakującego go z furią wyverna. Gdy napastnik był wystarczająco blisko, dobył miecza i przeorał nim jego szyję najgłębiej, jak potrafił, mając tak ograniczone miejsce na zamach. Tallor opadł na kolana, wypuszczając broń ze sztywnych palców, ta potoczyła się z metalicznym brzękiem po kamieniu.

Ryjisjaveeik doskonale wiedział, że zabicie członka Rady nawet dla niego mogło skończyć się kąpielą w Trującym Źródle, a w najlepszym wypadku rozerwaniem na strzępy, ale po prostu nie miał wyboru. Ta wyprawa była zbyt ważna. Gdyby po prostu sprzeciwił się woli Rady, prawdopodobnie zostałby zatrzymany, jeszcze zanim zdążyłby opuścić skalne korytarze swej siedziby. Brutalne zabójstwo wprawiło wszystkich w zaskoczenie, dając mu niezbędne na ucieczkę minuty.

Uniósł wzrok na pozostałych. W ciszy, która zapadła, dało się rozróżnić kapanie kropli krwi z jego miecza na kamienną posadzkę. Nie czekając na reakcję, skoczył do wyjścia.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany