Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 7

local_library0 comment0 thumb_up0
Trylogia Pożeracza Światów: Interludium - część 8

Ryjisjaveeik

Katherine i Wolfgang stali obok siebie. Wyglądali dość zabawnie – złośliwa dwunastolatka sięgała głową wysokiemu zmieszańcowi zaledwie do połowy ramienia, a i tak o wiele przewyższała go siłą. Wolfgang od razu po swoim pokazie przy jednym z wyvernów zaczął ponownie gasnąć.

Dziewczynka rozglądała się ciekawie dookoła, chłonąc wzrokiem każdy zakamarek oblodzonej jaskini, z zachwytem obserwując mieniące się kryształy lodu powstałe na licznych stalagmitach i stalaktytach, stopą grzebiąc w marznącej mgle, która wiła się tuż przy ziemi na wysokości kostek. Buty miała już oszronione, co również spotkało się z zachwytem. Wolfgang za to gapił się bez celu na ziemię, zupełnie jakby jej nie widząc, i wyłamywał nerwowo palce za plecami. Nawet pomimo panującego mrozu jego białe policzki ani trochę się nie zarumieniły.

Ryjisjaveeik przyglądał mu się jak zwykle z dozą ciekawości i nieufności. Wielokrotnie zdarzało mu się zastanawiać, czy to wampiry mają więcej wspólnego z ludźmi, czy wyverny. Skłaniał się raczej ku temu, że bardziej ludzcy są jednak krwiopijcy, ale nigdy nie miał pewności. Poza tym nadal nie miał pojęcia, czy zmieszaniec jest bardziej wampirem, czy wyvernem. Podczas życia poprzedniego – i wojny, którą wywołał – był wyrzutkiem, więc nie miał z nim do czynienia.

– Wolfgangu, mógłbyś nas na chwilę zostawić? – spytał.

Chłopak bez słowa wzruszył ramionami i skierował się do wyjścia. Przy samych drzwiach poślizgnął się i prawie przewrócił. Władca wyvernów pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Kate, sprawdzę teraz, co zapamiętałaś z poprzedniej lekcji.

Wzruszyła ramionami. Nawet na niego nie spojrzała.

– Kim był Pierwszy?

– W jakim sensie?

– Jakiej był rasy...

– Nooo... Był człowiekiem. Chyba.

Potarł czoło dłonią i westchnął ciężko. To dziecko naprawdę doprowadzało go do szału.

– Był elfem, mała, elfem. Ludzie wtedy latali po drzewach, szukając bananów. Był pierwszym wyvernem, twórcą naszej potęgi, a przy tym jedynym elfem, który dostąpił tego zaszczytu. Nasza moc nie może się równać z jego – za pomocą samej magii wybudował Perłową Warownię... która obecnie jest ruiną, ale i tak przetrwała tysiące lat. Następnie własnoręcznie wykuł medalion, który mam na szyi. – Wskazał na wielką monetę na rzemieniu, do tej pory ukrytą pod ubraniem. – Za jego pomocą mógł przemienić w wyverna pierwszego człowieka.

– A kto był tym człowiekiem?

– Nie wiem. Elf nazywał się Olivier. Mówią, że przemienił swoją ludzką żonę – Sachmet, ale są to tylko domysły. Raz, jeden jedyny raz ktoś przemienił w jednego z nas krasnoluda. Randal... potwornie złośliwy stary dziadyga... – Umilkł, wspominając swojego przyjaciela i sprzymierzeńca w zdobywaniu władzy. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – ryknął, widząc, że dziewczynka niespiesznie zaczęła mu schodzić z oczu.

Machnął dłonią. Po co się gimnastykować? Po co ją czegokolwiek uczyć, skoro Rada na dzisiejszym spotkaniu pewnie i tak każe odebrać jej moce?

– A co to jest?

Poderwał się na równe nogi, dwoma susami przemierzył odległość dzielącą go od nowicjuszki. Odepchnął ją w ostatnim momencie, już prawie zanurzała dłoń w pokrytej cienką warstwą lodu wodzie Trującego Źródła. Następnie odciągnął ją brutalnie pod tron, już czując ostre zawroty głowy. Ta idealnie czarna woda miała koszmarne właściwości – wystarczyło tylko podejść, a duszące kwaśne opary wywoływały halucynacje. Był już właściwie na nie częściowo uodporniony, w końcu w tej grocie cały czas unosi się jakaś ich część, ale zawsze odczuwał zawroty głowy, jeśli znalazł się tuż przy zbiorniku. Włożenie do niego ręki – czego właśnie próbowała Katherine – skończyć się mogło poparzeniami wymagającymi amputacji, bo nawet wyvernia magia jest w przypadku Trującej Wody bezsilna.

– Możesz mi powiedzieć, co to, na męki Odyna, miało znaczyć?! – ryknął, gdy mroczki przed oczami uspokoiły się na tyle, że mógł ustać w pionie nie opierając się o podłokietnik tronu.

– Jeszcze wczoraj mówiłeś, że tylko głupcy nie są ciekawi otaczającego ich świata... – Uśmiechnęła się bezczelnie.

– Z mojej przemowy wynikało coś zupełnie innego, jeśli chcesz wiedzieć. Ale dokładnie przed wejściem tutaj ostrzegałem cię, żebyś niczego nie ruszała!

– Ale ta woda...

– Cicho. Ta woda ma ciebie nie interesować.

– Ale... – Umilkła, gdy spojrzał na nią groźnie. Jeszcze nie przyzwyczaiła się do czerwonego koloru tęczówek wyvernów. Jej braci... Bo jej własne oczy też tak właśnie wyglądały. Sama przed sobą wstydziła się przyznać, ale bała się spoglądać w lustro.

– Dobrze. Zróbmy inaczej. Jakie tętno ma wampir?

– Wampir nie ma tętna.

– Owszem, ma, ale tak wolne, że łatwiej jest powiedzieć, że go nie ma. Ech, nieważne... Pokaż mi lepiej, czego nauczył cię Jaromir, jeśli chodzi o walkę mieczem. – Usiadł wygodnie, wyczekująco spoglądając na uczennicę. Przydzielił jej najlepszego nauczyciela szermierki, jakiego miał pod ręką – spodziewał się, że dzieciak to doceni. Nic z tego.

– Muszę teraz? – Ziewnęła tak szeroko, że aż coś jej przeskoczyło w szczęce. Następnie znudzonym gestem przeczesała swoje gęste, jasne jak słoma włosy, targając je jeszcze bardziej.

– Tak, musisz teraz.

Dobyła miecza. Wykonała coś, co zapewne miało być najprostszym atakiem z wypadem, ale przypominało raczej taniec pijanego. Widząc minę władcy, wyjaśniła szybko:

– Jaromir uważa, że jestem totalne beztalencie, bachor, ignorantka, paszczur, pomiot szatana i największa klęska jego życia. Co to jest paszczur?

– Tak ci powiedział? – Zmarszczył brwi w niedowierzaniu. – Hm, chyba muszę z nim porozmawiać. Co nie zmienia faktu, że miał zupełną rację. Tylko że zapomniał o jednym. Że jesteś leń śmierdzący.

Było jej widocznie przykro, lecz spytała, starając się to ukryć:

– A kto jest z nas najlepszym wojownikiem?

Ryjisjaveeik milczał chwilę.

– Technicznie? Ja. W walce? Mark von Lahman. On za to techniki nie ma żadnej, ale nikt nie przebije się przez jego zasłonę. Wielu próbowało z ciekawości, ale poprzegrywali niewyobrażalne pieniądze. Magicznie też jest najpotężniejszy. Nie pojedynkował się tylko jeszcze z Tantalem, ale Tantal oprócz wieku nie ma niczego, czym mógłby się pochwalić. Chociaż, jak się okazało, nie jest najstarszy, chociaż bardzo długo tak myśleliśmy. Słuchasz mnie w ogóle?

– Tak, tak, oczywiście.

– Aha. To zrób sobie czterdzieści pompek.

– Za co?!

– Za kłamanie władcy. No, już!

Gdy dziewczynka pompowała, gubiąc się we mgle i tylko cudem trzymając ślizgające się nogi i ręce we właściwych pozycjach, wrota otworzyły się. Płomień pochodni zamigotał od powstałego przeciągu. Posłaniec skłonił się sztywno i powiedział zachrypniętym głosem:

– Rada czeka.

Następnie odszedł bez słowa. Ryjiv wzdrygnął się. Od gościa biła ostra woń alkoholu, zarówno strawionego, jak i świeżego. Wyvern musiał być bardzo młody, skoro nie wiedział, że można to usunąć jednym zaklęciem, i to naprawdę prostym. Wstał, wzdychając, prawie przewrócił się na oblodzonej ziemi. Zaklął pod nosem, słysząc chichot Katherine.

Myślał, że to w dniu jego powrotu w korytarzach było zimno. Mylił się. Spływająca drobnymi strumieniami po ścianach woda tym razem zamarzła na kość, podobnie jak ta zalegająca na podłożu. Nie przejmował się nigdy konwenansami, więc zamiast iść, ślizgał się, jakby był na łyżwach. Parę razy odkłonił się z powagą któremuś z oniemiałych poddanych. Cudem powstrzymywał się od śmiechu. Większość myśli, że władcy są poważni, groźni i całkowicie pozbawieni nawet szczątkowego poczucia humoru. Wszyscy wyobrażają ich sobie jako siwobrodych otyłych mężczyzn, rozpartych na ociekających złotem tronach, których nieproporcjonalnie chude szyje z trudem znoszą ciężar korony. Nic bardziej mylnego. Każdy wie, że królowie kiedyś byli dziećmi, ale nikt pomimo usilnych starań nie może ich sobie takich wyobrazić. W każdym mężczyźnie, nawet starym, kryje się małe dziecko. Ryjisjaveeik lubił obnosić się ze swoją dziecinnością, był w końcu młody. Bardzo młody. Miał jeszcze do tego prawo. Bo czym w końcu dla istot wiecznych jest marne 650 lat? Mgnieniem. Błyskiem. Niczym więcej. W samej Radzie miał wielu przeciwników, takich, którzy uważali go za podlotka z mlekiem pod nosem. I słusznie uważali. Bo najwyższy władca był podlotkiem, żądnym przygód i nadal chorobliwie ciekawym świata. Ale przy tym był inteligentniejszy, niż cała Najwyższa Rada razem wzięta. Nigdy nie miał specjalnych zdolności do magii, wojownikiem był doskonałym jedynie technicznie, bo spora wada wzroku utrudniała mu znacznie walkę. Był po prostu przeciętny. A nawet mniej, niż przeciętny. Ale wybił się na tę pozycję, bo umiał myśleć.

Ojciec sprzedał go berserkom, gdy miał zaledwie czternaście lat. Tam wpajano mu na każdym kroku, że ma słuchać rozkazów, a nie zastanawiać się nad nimi. Tam uczono go bezmyślnej walki, tłumiono ludzkie odruchy wywarami z niewiadomego pochodzenia roślin, próbowano zrobić z niego maszynkę do grabienia i zabijania. Nic z tego. Nawet otępiały przez halucynogenne grzybki, myślał.

Wpadł na salę. Członkowie Rady wstali z miejsc, z szacunkiem pochylili głowy. Od zawsze domyślał się, że to tylko gra. Przynajmniej połowa tutaj czyhała na jego pozycję, może jedynie dwóch czy trzech było mu naprawdę wiernych. Reszta – banda konspiratorów, złodziei, mend, złośliwców i zdrajców. Niestety nie miał możliwości wybierania wyvernów, które mają zasiadać przy kamiennym stole. Rada wybierała swoich członków sama.

Senam. Zdrajca. Liczne przecieki, dzięki którym zwykli obywatele wiedzieli, o czym mówi się w tej sali, były jego dziełem.

Rillena. Ruda wiedźma. Nigdy nie podobało mu się, jak patrzyła na niego kątem oka, bezwiednie oblizując ostre kły.

Rick. Wiecznie znudzony.

Wilhelm. Zostałby władcą, gdyby nie zamach stanu Ryjisjaveeika. Miał powody do nienawiści, choć starał się z nią nie obnosić. Nie zawsze mu wychodziło.

I cała masa innych. Przynajmniej po śmierci Harrisa i Tallora zrobiło się odrobinę luźniej...

Usiadł, nalał sobie ambrozji. Gdy niechcący natknął się wzrokiem na Rillenę, poczuł mdłości. Wypił cały kielich naraz, chociaż uważane to było za ogromny nietakt.

– A więc co dzieje się w tym małym miasteczku w Związku Niemieckim? – spytał Salmon, nie czekając, aż udzieli mu głosu.

Ryjisjaveeik już jakiś czas temu zorientował się, że członkowie Rady mają swoje funkcje – kilku zawsze mówi, reszta nigdy się nie odzywa. Był pewien, że słów przynajmniej dwóch z jej członków jeszcze nie słyszał. Chyba że podczas jednej z kłótni, które często wybuchały.

– Rozeznałem się trochę w sytuacji. Runa przyzywająca demona to Rynn, co dobrze nam wróży – wystarczy zabić tego, kto sprawuje pieczę nad demonem, a nie jego samego, co byłoby znacznie trudniejsze – wytłumaczył spokojnie.

– Wiadomo chociaż, skąd ten ktoś kontroluje stwora?

– Rion Rell podał przybliżoną lokalizację. Według niego jest to Cmentarz Zapomnianych.

Senam ryknął śmiechem.

– Cmentarz Zapomnianych?! Cóż, chyba niestety trzeba zostawić mieszkańców miasteczka, żeby sami uporali się z problemem. Jakim cudem znajdziesz kogoś, kto zgodzi się na wyprawę w to przeklęte miejsce?!

– Tak się zdaje, że mam już dwóch ochotników.

– Ach tak? A kim są?

– Jednym z nich jest Mark von Lahman. Nietykalny. Ten, którego nazywają Pożeraczem Światów. Pytałem go o zgodę. Przyjął propozycję z entuzjazmem. – O ile można tak nazwać jego reakcję... – Drugą osobą jest Tantal.

– Tantal? Nigdy się nie zgodzi.

– Czyżby? Owszem, zgodzi się, choćby dlatego, że zależy mu na tym, by odkupić dawne grzeszki. Więzienie grozi mu od zawsze, a teraz ma szansę, by wreszcie uwolnić się od jego cienia.

– Dobrze, jak uważasz. Wybaczcie, zmienię teraz temat. Ryjisjaveiku, powiedz nam, proszę, o co chodzi z tym dzieciakiem? – Rillena złożyła dłonie w piramidkę.

O nie – pomyślał Ryjisjaveeik.

– Właśnie. Doszły nas słuchy, że pomimo surowego zakazu przemieniłeś w wyverna dziecko.

– Tak, to właśnie zrobiłem. Niestety nie miałem innej możliwości – dziewczynka umierała ze sztyletem w piersi...

– Dobrze, nie obwiniamy cię.

Ta, jasne...

– Wiemy, że musiałeś to zrobić. Ale lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli przemienisz ją z powrotem w człowieka. Ma jeszcze szansę założyć rodzinę, mieć dzieci... Nie odbieraj jej tego.

– Tak zrobię. Czy to już wszystko?

W tym momencie na salę wpadła Katherine we własnej osobie. Włosy miała rozczochrane, twarz umazaną łzami i zaczerwienioną od gwałtownego płaczu.

– Dlaczego?! Ja chcę być wyvernem! Nie odbierajcie mi mocy! – krzyknęła, mocno zaciskając pięści. Gdy tupnęła, pas z mieczem, który miała przewieszony przez ramię, zakołysał się. Był za duży.

– Co ona tu robi?! – ryknął Salmon, zrywając się z miejsca. Rillena powstrzymała go gestem, usadzając z powrotem na niewygodnym krześle, i przemówiła łagodnie:

– Mała, już nie będę wspominać o tym, że nieładnie jest podsłuchiwać... Ale zastanów się – jeśli zostaniesz jedną z nas, nie będziesz już nigdy mieć normalnego życia – nie zestarzejesz się, nie pokochasz śmiertelnika, nie urodzisz dziecka, nie wychowasz wnuków...

– Ale za to będę żyć wiecznie! Zostawcie moje moce w spokoju!

– Ryjisjaveeiku... – Salmon znacząco uniósł brew.

Ryjiv poderwał się z miejsca, skoczył w stronę Katherine. Ale ona zrobiła coś, czego się nie spodziewał – błyskawicznie dobyła miecza i zaatakowała z półobrotu – lecz nie dziecinnie i na odwal się, lecz idealnie, błyskawicznie. Odrąbałaby mu rękę w łokciu, gdyby się nie uchylił.

– No, mała! – zawołał, gdy już odzyskał równowagę.

– Jeśli chcecie odebrać mi moce, najpierw musicie mnie złapać! – zawołała, kręcąc ósemki swoim ostrzem – proporcjonalnie stanowczo za dużym, lecz wyglądającym, jakby było zrośnięte z jej ręką.

Salmon i Senam spróbowali ją złapać – skończyło się to rozcięciem na ramieniu jednego i rozbitą skronią drugiego. Kati nabrała pewności, nie spuszczała wzroku z reszty, na jej wargach ukazał się cień uśmiechu, którzy za wszelką cenę próbowała ukryć. Nic z tego – wszyscy widzieli radosne ogniki w jej oczach.

– Przecież ona jest do tego po prostu stworzona! Zostawcie ją w spokoju! – zawołał Wilhelm.

Wszyscy spojrzeli na niego z niedowierzaniem.

– Nie widzicie tego? Patrzcie, jak miękko chodzi, jak dopracowuje każdy ruch!

– Żebyś ty ją widział pół godziny temu – syknął Ryjiv.

– Ja mam propozycję. – Wszyscy zaskoczeni spojrzeli na Ricka. Zwykle się nie odzywał. – Odbierzmy jej moce na jakiś czas, niech dorośnie. W tym czasie nadal będziemy ją wszystkiego uczyć. Zobaczy, jak to jest być jednym z nas, a gdy osiągnie dwudziesty rok życia, postawimy ją przed wyborem. Jeśli nadal będzie chciała, przemienimy ją znowu, jeśli nie – pozwolimy odejść.

– A co zamierzasz powiedzieć jej rodzicom? – syknęła kobieta.

– Katherine jest sierotą. Podejrzewam, że nikt nawet nie będzie jej szukać. Skoro do tej pory się nią nie zainteresowali...

– Mądrze mówi. – Salmon skinął krwawiącą głową.

Ryjiv spojrzał jeszcze raz na małą. Na okrągłej dziecinnej twarzyczce wykwitł ogromny, złośliwy, triumfujący uśmiech. Ta mina mówiła jasno: „Teraz się mnie nie pozbędziesz”...

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany