Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Rozdział 8

local_library1 comment0 thumb_up0
Uszkodzona dusza 1: The Loner - część 9

Uśpienie czujności rodziców jak zwykle nie było najłatwiejsze – o ile mama położyła się spać wcześnie, tacie jeszcze zebrało się na oglądanie telewizji – jednak i tak wydostanie się na zewnątrz o godzinie 23:28 uznałam za całkiem niezły wynik. Pod blokiem natychmiast przemieniłam się w wilka i pobiegłam zwyczajowo w stronę dworca, z nerwów nie mogąc powstrzymać się od galopu.

Wróć! – rozległ się nagle głos Quillsa. – Spotykamy się na górce za twoim osiedlem. Już to, że spóźniłaś się prawie trzydzieści minut, łaskawie pominę...

– Dziękuję – chlipnęłam. Właściwie to jakim cudem wie, która jest godzina? Ze stoperem na mnie czeka, czy co? – To co tam w końcu się zadziało, że aż tak wam odwaliło? Jakieś szczegóły?

– Zasadniczo więcej szczegółów nie ma. Kompletna porażka, i tyle. Więcej nie ma nic do dodania.

Poczułam bijące od wilków wstyd i wściekłość. Paul i Collin skomentowali to kilkoma raczej niewybrednymi słowami (ten pierwszy odnosząc się głównie do narządów płciowych), ale dokumentnie zagłuszył ich Embry. Collina prawie wgniótł w błoto wielką łapą, stojącemu dalej dresiarzowi pokazał kły, ale to i tak wystarczyło, by położył się, kładąc uszy po sobie. Beta chyba dawno nie był aż tak wściekły.

Embry! – ryknął Quills. – Uspokój się! Nie wyładowuj się na nich!

– Ja wcale... Ech, dobra. – Potrząsnął łbem, nie opuścił jednak warg, wciąż szczerząc zębiska w potwornym grymasie. Wyczułam, że Quills ma ochotę doprowadzić go do porządku głosem Alfy, ale powstrzymuje się ostatkiem sił. – Trudno, stało się. Możemy skupić się na planie, zamiast to roztrząsać?

– Jakiś ty nagle praktyczny... – burknął Brady. Pewnie tylko dlatego, że jeszcze nie dotarł na miejsce.

Okej, koledzy kochani, to skoro więcej szczegółów nie ma, co w związku z tym robimy? – wtrąciłam się, zanim wkurzonemu Becie przyszło do głowy odpyskować. – Bo rozumiem, że nie odpuścicie, skoro już raz skopał wam tyłki?

– Nie odpuścimy z jeszcze jednego powodu. – Alfa otrząsnął się z chwilowego zamyślenia. – Nadal nie wiemy, co to była za Istota.

– Wilkołak? – podpowiedział Seth.

Wszyscy jak na komendę spojrzeli na niego z politowaniem.

Wilkołak? Seth, kurde, ile ty masz lat? Myślałem, że wiesz, że wilkołaki nie używają magii – jęknął Sam. – Rozmawialiśmy o tym kilka godzin temu!

– No i to jest problem – podjął Collin. – Nie wiem jak wy, ale nie znam żadnej innej Istoty, która przemienia się w wilka.

Zapadła chwilowa cisza. Przeskoczyłam nad torami kolejowymi, wreszcie zanurzyłam się w zimnym mroku między drzewami na górce. Okazało się, że całe stado zebrało się na samym szczycie wzniesienia, gdzie z nerwów praktycznie wydeptało okrąg wokół niewielkiej polany, na której cieplejszymi nocami urządzamy nieraz grilla. Teraz do radosnej atmosfery przy kiełbasce było im dość daleko...

Leah? – Jared spojrzał na mnie nagle. W jego wzroku zauważyłam coś dziwnego. – Ty chyba coś wiesz.

Kurde. Starałam się ukryć nerwy jak mogłam, ale wychodzi na to, że dość marnie mi to idzie.

No... wiem – przyznałam. – Myślę, że może was to trochę zainteresować.

Chcąc nie chcąc, przywołałam wspomnienie wyrwy w ziemi, zapachu, dźwięku, dusznej aury... wszystkiego tego, przez co trzęsłam się przez ostatnie godziny. Choć w moich własnych myślach wydawało się to żywe i jak najbardziej zdolne napędzić stracha, tak teraz, gdy przekazywałam to innym... wyglądało raczej blado i niewyraźne, jakby przytłumione, jak film ze zbyt wiele razy odtworzonej kasety.

Efekt jednak wywołało odpowiedni.

Co... co to jest?! – posypały się pytania. Przez chwilę nikt nie był w stanie wyartykułować nic sensownego. Dobrze wiedzieć, że nie tylko na mnie wywarło to takie wrażenie...

Jakim cudem nie zauważyliśmy czegoś takiego?

– I co teraz?

– To jest niebezpieczne? Coś nam grozi?

A żebym to ja wiedziała! – prychnęłam. – Sfora Aresa to znalazła. I w zasadzie tyle się dowiedziałam, bo... – speszyłam się nagle – bo wykorzystałam ich zaskoczenie, by wziąć nogi za pas.

– Ty... – Paula prawie zapowietrzyło. – Ty uciekłaś?! My powierzyliśmy ci odpowiedzialną misję, a ty uciekłaś?!

Spojrzałam na niego dziwnie, nawet nie tyle wkurzona, co... zdziwiona?

I ciebie to dziwi? – spytałam wreszcie. – Sam chyba wolałbyś zwinąć się przy takim powitaniu?

– Uniosłaś się pieprzoną dumą, gdy wszyscy na ciebie liczyliśmy?!

– Przecież ja...

Urwałam, gdy wilk rzucił się w moją stronę. Zrobiłam błyskawiczny unik, dzięki czemu zamiast we mnie, wpadł w stojącego kilka kroków dalej Jareda, lecz otrząsnął się zdecydowanie szybciej, niż bym sobie życzyła. Warcząc wściekle, zerwał się na równe łapy i powiódł wściekłym wzrokiem dookoła, zanim zdążyłam cokolwiek wymyślić. Namierzywszy mnie, ponownie wystartował, tocząc pianę z pyska.

Paul! – ryknął Quills, lecz bezczelny dresiarz zwyczajnie go zignorował.

Nie wiedziałam za bardzo, co powinnam zrobić. Ucieczka raczej nie leżała w moim honorze, choć z drugiej strony walkę mogłam spokojnie wykluczyć, porównując nasze wielkości. Moment zastanowienia kosztował mnie tyle, że zabrakło mi czasu na cokolwiek – bura strzała jednym susem zmaterializowała się u mojego boku, sięgając zębiskami do gardła. Wywinęłam się, na moment przypadłam do ziemi, lecz wiele to nie dało – tuż za mną znajdowało się drzewo, które skutecznie uniemożliwiło jakąkolwiek próbę wycofania się.

Paul, w tej chwili...!

Skowyt Quillsa zlał mi się w jedno ze wściekłym warczeniem oprawcy. Zamachnął się na mnie łapą, dosłownie wcisnął w cuchnącą pleśnią leśną ściółkę i przygotował się do zatopienia kłów w karku...

Odetchnęłam głęboko, skupiłam się i ryknęłam:

Zostaw mnie!

Podziałało to zupełnie tak, jakbym wcisnęła na pilocie przycisk „stop”. Wszystkie wilki zamarły, wstrzymując oddechy, nawet myśli wyciszyły się na tyle, na ile było to możliwe. Dresiarz spojrzał na mnie skamieniałym wzrokiem i odsunął się na kilka kroków dziwnie sztywnym ruchem, jakby jego ciałem sterował ktoś inny. W jego oczach błysnęło tępe niedowierzanie, gdy zorientował się, że obojętnie, ile się stara, nie jest w stanie więcej ruszyć w moją stronę.

Ja pierdykam, to teraz podajcie mi jeden powód, dla którego miałabym go w tej chwili nie oskórować – wycedziłam, gdy już otrzepałam się ze zbrązowiałych sosnowych igieł. – Pieprzony damski bokser!

– Leah, czy ty właśnie... – wykrztusił Quills, nie mogąc otrząsnąć się ze zdumienia.

Spojrzałam po wszystkich, nieco zbita z tropu.

No co? Że użyłam głosu Alfy? – spytałam głupio. – Przecież wiedzieliście, że czasem tak umiem? – Zabrzmiało to bardziej jak pytanie.

Ja tam nie wiedziałem – mruknął Brady.

Wy chyba żartujecie, nie? – Ze zdziwienia opadła mi nawet złość na skamieniałego dresiarza. – Jestem wnuczką Alfy, więc to chyba logiczne, że czasem umiem używać tych całych mocy? Rozmawialiśmy nawet całkiem niedawno, że gdybym była mężczyzną, mogłabym konkurować z Quillsem o władzę...

– Niby to wszystko wiedziałem – przyznał Quills – ale wiedzieć i usłyszeć naprawdę to trochę inna sprawa. – Potrząsnął łbem. – Dobra, nie o tym mieliśmy teraz... Paul, mógłbyś łaskawie się uspokoić? Jeszcze jeden taki numer, a własnoręcznie cię odprowadzę na twoje miejsce, zrozumiano?

– Ale szefie, przecież ona... – zaskamlał Paul.

A nawet jeśli stchórzyła, to co? – Biały wilk zbliżył się niebezpiecznie. W tej chwili siła urodzonego przywódcy biła od niego tak mocno, że każdy mimowolnie pochylił łeb, chcąc oddać mu należyty szacunek. Mojemu malutkiemu rozkazowi było do tego o wiele za daleko, by nawet nazywać go mocą Alfy... – Wymierzanie sprawiedliwości jest zadaniem Embry'ego, który robi to na moje polecenie, nie twoim. To po pierwsze. Po drugie – nadal nie wiemy, co tak naprawdę się stało. Więc won mi na miejsce i morda w kubeł, jasne?

– Jasne – pisnął i odbiegł na drugi koniec kręgu, niemal szorując brzuchem po ziemi. Z niejaką satysfakcją zauważyłam, że specjalnie wybrał miejsce tak, by znaleźć się ode mnie i przywódcy jak najdalej.

To skoro już pewne kwestie sobie wyjaśniliśmy – podjął Quills – Leah może dokładniej wytłumaczy nam, dlaczego powierzona jej misja się nie powiodła?

Skrzywiłam się lekko, tak zdezorientowana, że sama nie wiedziałam, co powinnam ze sobą zrobić. Z jednej strony trochę podbudowało i ośmieliło mnie to, że Alfa chciał mnie wysłuchać i obronił przed złością sfory, ale z drugiej... no właśnie – wyczułam, że sam jest wściekły, tylko o wiele lepiej to maskuje. Pewnie tylko przez wzgląd na dawną przyjaźń...

Ja utrzymuję, że nie misja, tylko pierwsze podejście się nie powiodło – uściśliłam wreszcie. Wyprostowałam się na tyle, na ile mogłam, chcąc zgrywać o wiele odważniejszą, niż w rzeczywistości. – Sprawa z dołączeniem do watahy Aresa od początku była raczej... średnia, więc nie powinniście mnie winić. Już w pierwszym odruchu spróbowali mnie zamordować, więc to chyba nic dziwnego, że później nie byłam dla nich najmilsza? Okazało się, że Ares chętnie mnie przyjmie, ale warunkiem jest podporządkowanie się nie tylko jemu, ale też dominującej waderze...

– A ty musiałaś unieść się dumą, tak? – warknął Sam.

Obejrzałam się na rudawego wilka, wściekle pokazałam mu kły, zanim podjęłam opowieść.

Wszystko byłoby w porządku – podporządkowałabym się każdemu, tylko... Tylko nie Wiktorii. A to ona u nich jest dominującą waderą. Sami wiecie, jaka jest ostatnio sytuacja między nami, więc chyba nic dziwnego, że trochę mnie poniosło? – Spróbowałam jak najmocniej zamaskować to, że coś zabolało mnie w okolicy serca. Czułam się po prostu okłamywana przez całe życie, i taka była prawda. – Nie powiedziałam, że do nich nie dołączę. Wykorzystałam zamieszanie, gdy ktoś z patrolu wysłał wspomnienie tamtej dziury w ziemi, i zwiałam. Jeszcze nic straconego.

Wyczułam coś, co mnie zaskoczyło. Wypełniająca wilki złość powoli zaczęła ustępować miejsca czemuś, co z lekkim przymrużeniem oka mogłam nazwać współczuciem. Nawet byłam w stanie to zrozumieć – siedzieli mi w głowie, nieustannie mieli wgląd w to, jak ta sytuacja mnie męczy – ale zmiana nastroju była tak radykalna, że aż przez chwilę nie mogłam w nią uwierzyć. Nie przypuszczałam, że tak szybko mi wybaczą i przestaną się wściekać.

Wiktoria... – syknął Jared. – Nie wiem, czy pamiętasz, ale ja już dawno mówiłem ci, żebyś tak się nie angażowała w tą znajomość. Dla mnie od początku było w niej coś...

– Dobra, dobra, to już wiemy, okej? – przerwałam mu. – Grunt, że po tym, jakie miałam z nią ostatnio jazdy i jak mnie potraktowała wtedy, nie dało się tego inaczej załatwić.

– Rozumiem – mruknął Quills. – Tylko co masz na myśli mówiąc, że jeszcze się nie udało?

– To, że jak już trochę ochłonęłam, mogę spróbować jeszcze raz. Przez tą dziurę w ziemi... – Wzdrygnęłam się. – Widzę po prostu, że szpieg się przyda. Spróbuję ogarnąć babską dumę i pokazać tamtej małpie brzuszek dla wyższego celu. Okej?

– Tego to się po tobie nie spodziewałem – uznał Embry nieswoim głosem.

Zmiażdżyłam go wzrokiem.

Doprawdy? – wycedziłam. – Świetne macie o mnie zdanie, nie ma co! Mi też zależy, jakbyście się jeszcze nie zorientowali!

– Więc kiedy próbujesz... pokazać brzuszek?

– Dzisiaj. Po tej akcji wczoraj... – Westchnęłam z lekkim zniecierpliwieniem, gdy wszystkim jak na komendę skoczyło ciśnienie. – Mam ciągle jakieś głupie wrażenie, że ten biały wilk może mieć coś wspólnego z tą dziurą, więc wypadałoby wziąć się za to jak najszybciej. – Jeszcze raz się otrzepałam, wolnym krokiem ruszyłam w stronę prześwitującego między drzewami światła.

– To... powodzenia! – zawołał za mną niemrawo Seth.

No, ja to umiem zrobić niezłe wyjście. Szkoda, że wejścia nadal wychodzą mi żałośnie...

Tylko że satysfakcji nie czułam. Bo tak strasznie chciałam wyjść na groźną i pewną siebie, a okazałam się zwyczajnie śmieszna. I nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. Niknące „w eterze” myśli sfory zdawały się to tylko potwierdzać.

Wynurzyłam się spomiędzy drzew. Zatrzymałam się na chwilę, wahając przed wstąpieniem w krąg światła rzucanego przez latarnie na peronie starej stacji, zeskoczyłam powoli na tory. W głowie słyszałam rozkoszną pustkę – nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie to działa, ale wyglądało na to, że chwilowo nie należałam do żadnego stada. Uczucie było... dziwne. Z jednej strony cieszyłam się posiadaniem myśli tylko dla siebie, ale z drugiej... coś było nie w porządku. Już kiedyś o tym wspominałam – przeklinam nasz nieustanny kontakt telepatyczny, ale gdyby go nagle zabrakło, czułabym się zagubiona. To, że w każdej chwili mogę sytuację zmienić, napawało mnie poczuciem bezpieczeństwa.

Niechętnie przeskoczyłam na peron, zauważywszy w oddali światła zbliżającego się pociągu. Ta linia uchodzi chyba w okolicy za – można to tak określić – najgłówniejszą, bo to nią puszczana jest większość składów dalekobieżnych, podczas gdy pozostałe dwie, obejmujące moje osiedle w nieregularny trójkąt, raczej służą tylko pociągom regionalnym. Choć powinnam się z racji tego spodziewać, że jakiś pociąg pojawi się wcześniej, niż później, i tak poczułam coś na kształt rozczarowania, gdy musiałam usunąć mu się z drogi. Błędnym wzrokiem odprowadziłam przetaczający się z hukiem skład poobijanych węglarek, otrząsnęłam się z zamyślenia dopiero gdy zniknął na łuku, zasłonięty słabo widoczną z tej odległości bryłą sklepu. Potrząsnęłam łbem, westchnęłam ciężko, smętnym krokiem ruszyłam w stronę miejsca, gdzie ostatnio spotkałam sforę Aresa.

Nie chciałam tam iść. Za cholerę nie chciałam podporządkowywać się Wiktorii. I wiedziałam do tego, że gdybym powiedziała chłopakom wprost, że tego nie zrobię, nic strasznego by się nie stało – owszem, śledztwo byłoby utrudnione, ale zrozumieliby, prawda? Tylko że nie potrafiłam. Wiem, że to głupie, bo właściwie nie mam żadnych powodów do tego, by tak się czuć, ale mam wrażenie, że od zawsze prześladuje mnie jakieś... niedocenienie. Ze strony rodziny zawsze otrzymywałam uwagi aż za dużo, więc to z pewnością nie chodziło o to, ale znajomi... Już od najmłodszych lat byłam niedostrzegalna. Dawniej męczyła mnie niemal chorobliwa nieśmiałość, tak więc wiecznie podążałam w cieniu kogoś innego. Potem, gdy już zaczęłam odważniej wychodzić do ludzi, okazało się, że... no czegoś mi brakuje. Czegoś, co sprawiłoby, że ktoś dostrzegłby mnie na tle tłumu, zainteresował się, powiedział mi, że jestem ważna i do czegoś potrzebna.

O tak – czuję się jak mała, zabiedzona kulka, która wypruwa sobie żyły, by zostać zauważoną, a wychodzi jej to raczej jak zawsze. Nienawidzę tego, ale nie potrafię z tym walczyć.

Być może to kolejny dowód na moją chorobę psychiczną.

Zatrzymałam się przy szerokiej dwupasmowej ulicy obok mojego osiedla, której środkiem biegnie kolejna linia kolejowa. Zmrużyłam ślepia, wbijając wzrok w słabo rysujący się nad chodnikiem zarys metalowego, nieco kanciastego łuku. Wyglądało to jak kolejna anomalia – latarnia stała właściwie tuż obok, doskonale oświetlając tańczące na wietrze gałęzie starej wierzby płaczącej kilka metrów dalej, ale metal pozostawał zupełnie czarny, jak... dziura w rzeczywistości, wycięta nożyczkami niezbyt wprawnego trzylatka. Podeszłam jeszcze trochę bliżej, i choć wrażenie zanikało wraz ze zmniejszającą się odległością, nie mogłam zmusić się do przejścia pod cicho brzęczącymi wentylatorami. Nie, to nie jeden z tych przesądów gatunku „jak pod tym przejdziesz, to nie urośniesz”, tylko kolejny z moich dziwnych lęków. Mam ich całkiem sporo, a żadnego nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć – no bo jak sensownie opisać, dlaczego boję się jarzeniówek? Albo dlaczego odczuwam lęk przez zostawieniem włączonego telewizora, gdy wszyscy w domu śpią? Głupota, prawda? A ten metalowy łuk jest zaskakująco prozaiczny – nie wiem, do czego dokładnie służy, ale ma jakiś związek z tym, że całą tę drogę wybudowano na rzece i składa się z buczących o określonych godzinach wentylatorów.

Tak, dobrze zrozumieliście. Ta mieścina miała jedną, jedyną atrakcję w postaci rzeki, a władze i tak musiały ją zakopać. Bo za ładnie by było, i co wtedy?

Jeszcze raz zerknęłam na łuk, wreszcie jednak pokręciłam łbem z politowaniem dla własnego tchórzostwa i ominęłam go tak szerokim półkolem, jak tylko się dało. Bycie odważną jest ważne, ale pozwolicie, że zacznę od jutra.

Przypomniawszy sobie, że wypadałoby mimo wszystko jeszcze dzisiaj pojawić się w domu, ruszyłam biegiem, jednocześnie próbując... Jezu, czego ja mam spróbować? Nie wiem, jak włącza i wyłącza się kontakt myślowy z wilkami. Do tej pory to robiło się jakoś samo...

Przyznaję, wyłączyłam się. Tak sobie truchtałam w miarę spokojnie, pozwalając myślom błądzić swobodnie, przez co luźnym tokiem przeszłam od tematu spędzającej mi sen z powiek Gabrysi, poprzez leżące i kwiczące poczucie własnej wartości, aż do problemu tajemniczego białego wilka, z którym wypadałoby coś w najbliższym czasie zrobić. Nic więc dziwnego, że w czujkę sfory Aresa dosłownie wlazłam.

Kurde, jak leziesz?! – wydarłam się w pierwszym odruchu. – To znaczy... O, cześć!

Skuliłam się lekko pod spojrzeniem sporego basiora i beztrosko poszłam sobie dalej, udając, że nic takiego się nie stało i niczym dziwnym jest moja obecność w tym miejscu.

Jeśli myślałam, że nikt nie zauważy, to mocno się przeliczyłam.

Witaj, Leah. – Ares dosłownie wyrósł przede mną, szczerząc kły. Sama nie potrafiłam rozpoznać, czy jest bardziej na mnie wściekły, czy mocniej jednak śmieszy go to, że ponownie się pokazałam po poprzedniej kłótni. – Co cię do nas sprowadza?

Odruchowo zjeżyłam futro na karku, gdy kątem oka zauważyłam, że pozostałe wilki zaczynają mnie otaczać. Szybko wyrzuciłam z głowy wszelkie niepotrzebne myśli, skupiając się jedynie na masce, którą musiałam teraz przywdziać. Podobno jeśli będę na czymś odpowiednio mocno się skupiać, dla mnie samej zacznie wyglądać to jak prawda.

No... jak to co? – Przesunęłam się tak, by jedna z wilczyc nie znajdowała się na wysokości mojego ogona. Jakoś wcale nie obawiałam się tego, że ktoś może mi skoczyć do gardła – zdecydowanie silniej odczuwałam lęk przed tym, że ktoś mnie dziabnie w ogon właśnie. – Przecież do jakiegoś stada muszę należeć, prawda?

– Jako kobieta nie musisz – warknął beta.

Teraz to się we mnie zagotowało. Spojrzałam na niego morderczo i lekko uniosłam wargi. Do feministki było mi bardzo daleko, ale na traktowanie w ten sposób nie przystawało się zgadzać. Bo chyba od czegoś jednak jest to całe równouprawnienie...

Ale chcę – wycedziłam. – Skoro zamierzam żyć jako wilkołak, muszę mieć swoje stado. A że z mojego wyleciałam... zostajecie mi wy, prawda? Chyba że już mnie nie chcecie?

– Chcemy, chcemy. – Ares westchnął ciężko i odsunął się kilka kroków, nagle jakby zmęczony. Reszta odstąpiła ode mnie na jakiś niewidoczny sygnał, być może działając jedynie na podstawie nastroju Alfy. – Wydawało mi się, że to ty nie chciałaś podporządkować się naszym zwyczajom.

– Nie mówię, że nie chcę się podporządkować... tylko nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam i potrzebuję chwili, okej?

Za nic nie przypuszczałabym, że to przejdzie, ale wszyscy jakby ostatecznie zmiękli. To było tak głupie, że aż straszne... Może jednak powinnam dać sobie spokój z tą koleją i zastanowić się poważniej nad jakąś szkołą teatralną?

Niech ci będzie – uznał Alfa. – Witaj w stadzie. Jeszcze raz...

– Ty chyba zwariowałeś! – Już myślałam, że wreszcie nastąpi oczekiwany spokój, ale z szeregu nagle wyskoczyła Wiktoria. Powiedzieć, że była wkurzona, to jak nic nie powiedzieć... Ja byłam pewna, że na sam jej widok wszyscy powinni rzucić się na kolana i przepraszać, nawet nie wiedząc jeszcze, czym zawinili! – Wpuszczasz ją tu, chociaż nie spełniła warunków?!

– To właśnie robię. Daję jej czas – odpowiedział spokojnie, lecz cofnął się kilka kroków, gdy ciskająca gromami z oczu wilczyca dopadła do niego jednym skokiem.

Przecież nie możesz tak! Nie ma prawa do nas przystąpić, jeśli najpierw się nie podporządkuje! Nie będę tego tolerować!

– Przypominam, że to do mnie należy decyzja. Nie udzieliłem ci prawa do wypowiadania się w tej kwestii.

– To teraz jeszcze zabronisz mi się wypowiadać? – Zaśmiała się dobrze mi znanym suchym śmiechem. Tak śmiała się, gdy była na skraju furii... – Może od razu zdegraduj mnie, a na moją pozycję wsadź ją, co?

– Nie chcę cię degradować, ale będę musiał cię zdyscyplinować, jeśli zaraz się nie uspokoisz! – Ukazał koniuszki kłów.

Wtedy Wiktoria zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał – skoczyła w jego stronę i uderzyła go łapą w pysk, pazurami celując w oko. W ostatnim momencie zdołał się odsunąć, dzięki czemu rozcięła mu tylko skórę na policzku i z boku szyi, ale krew i tak się polała. I to porządnie! Reakcja reszty stada była natychmiastowa: nawet zanim Ares zdążył cokolwiek zrobić, kilka basiorów rzuciło się w stronę oszalałej ze złości wilczycy i przygwoździło ją do ziemi.

Puśćcie mnie! – zawyła, szarpiąc się wściekle.

Uspokój się! Jeśli nie przestaniesz się zaraz szarpać... – wycedził jeden z trzymających, usiłując złapać ją zębami za luźną skórę na karku.

Nie przestanę! – odparowała. Jej wzrok nagle spoczął na mnie. – To wszystko przez ciebie! Za kogo ty się uważasz, że nagle pojawiasz się tutaj i oczekujesz, że wszyscy będą cię na rękach nosić?! Jesteś nikim! Nie zasłużyłaś na to! To mi należy się ta pozycja...!

– Jezu, dziewczyno, a czy ja czepiam się twojej pozycji? – nie wytrzymałam. Każde jej słowo tak cholernie bolało, że mało brakowało, bym dołączyła do kotłowaniny, by wyszarpać jej nieco sierści. – Niczego od ciebie nie chcę. To ty ni z tego, ni z owego potraktowałaś mnie jak śmiecia, gdy dowiedziałaś się, kim jestem. I jeszcze masz czelność...

– Dość! – ryknął Ares.

W jednej chwili wszyscy zamarli. Potraktowana głosem Alfy wilczyca zatrzymała się w miejscu, ja zdusiłam kolejne słowa, warcząc głęboko.

Naprawdę chcecie, żebym teraz udzielił wam prawa pojedynku? – syknął.

Odrobinę mnie zatkało – nie przypuszczałam, że ktoś nadal to praktykuje – lecz siedziałam cicho. Tak, pomysł pojedynku w tej chwili bardzo mi się podobał, ale wiedziałam, że mogłoby to się skończyć jedynie na dwa sposoby: albo bym przegrała z kretesem i rozpaczała nad tym do końca życia, albo zwyczajnie bym Wiktorię zabiła, zanim ktokolwiek zdołałby mnie zatrzymać. A zdecydowanie nie chciałam iść do pierdla przez kogoś takiego.

Szkoda mi na nią energii – odpowiedziałam spokojnie.

Drgnęła, lecz rozkaz skutecznie powstrzymał ją od skoczenia w moją stronę.

Ares był wściekły – nie trzeba było na niego patrzeć, by to wiedzieć. Jego myśli aż zabarwiły się na czerwono, tak ostre, że odbieranie ich niemal bolało. Krew ciekła mu po zmarszczonym w potwornym grymasie nosie; ktoś ze sfory podszedł bliżej i zajął się wylizywaniem jego ran, by mogły się jeszcze dzisiaj zagoić.

Nie wiem, o co wam poszło – odezwał się powoli – i nie chcę wiedzieć. Jeśli macie coś do siebie, rozwiążcie to między sobą, nie tutaj. Czy to jasne? – Nie czekając na potwierdzenie, kontynuował: – Leah zostaje przyjęta do sfory warunkowo. Daję jej czas na oswojenie się z naszymi prawami i oczekuję, że wszyscy będą odnosić się do niej z szacunkiem.

– Tak, Alfo. – Wilki pokornie potakiwały, kilka nawet poddańczo pochyliło łby.

Dobrze. Teraz proszę się rozejść.

Trójka, do tej pory pilnująca Wiktorii, odsunęła się na krawędź okręgu. Wilczyca jeszcze raz spojrzała na mnie dziwnie, wydała jakiś płaczliwy dźwięk i cofnęła się w cień.

Dopiero teraz uświadomiłam sobie coś jeszcze – ona miała szare oczy! Skoro nie jest wilkołakiem pełnej krwi, co robi na takim miejscu?! Powinna być zbyt słaba, by zajmować pozycję dominującej wadery!

Leah. – Nadal w szoku, niemal warknęłam na Aresa. – Przepraszam cię za to. Mam nadzieję, że taka sytuacja więcej się nie powtórzy.

– Ta... – speszyłam się. – A czy mogłabym zmienić temat? Nie mam całej nocy, a po ostatnim... chciałabym zapytać o parę rzeczy.

– Śmiało.

Zawahałam się, przez chwilę nie wiedząc, czy powinnam użyć słów, czy raczej wspomnień i obrazów.

Chodzi mi o to. – Przywołałam wspomnienie dziury w ziemi.

Beta aż się cofnął, choć nie był zaskoczony, a raczej zdenerwowany. Kilka wilków zawarczało głucho, posypały się przekleństwa i kilka myśli, z których większość poparta była obrazami anomalii, przesyconymi emocjami – lękiem, niepewnością, ciekawością.

To... – Alfa wyglądał, jakby sam nie wiedział, co powinien mi odpowiedzieć. – Sami nie wiemy, co to jest. Byłem pewien, że twoje stado zdążyło już to odkryć?

– Nic mi o tym nie wiadomo. – W ostatnim momencie nie zdradziłam się z tym, że już o wszystkim im zameldowałam i byli równie zaskoczeni, co ja. Czasami mam problemy z okiełznaniem własnej nadgorliwości...

Ten krater... A zresztą, lepiej będzie, jeśli ci wszystko pokażę. – Nie dodając nic więcej, obrócił się na pięcie i wystrzelił pomiędzy drzewa, reszta popędziła za nim. Po chwili wahania ruszyłam się z miejsca, nie chcąc zbyt mocno odstawać, i tak miałam problem z dotrzymaniem im kroku. Wiktoria odprowadziła nas wzrokiem i oddaliła się, obrażona.

Biegliśmy jeszcze długo po opuszczeniu granic miasta. Choć wszyscy rozmawiali między sobą, ja nie włączałam się do żadnego dialogu, przy każdej z tworzących się grupek czując się jak intruz. Biernie przysłuchiwałam się wszystkiemu, próbując nauczyć się dopasowywać poszczególne głosy do ich właścicieli i zidentyfikować z pojawiającymi się co jakiś czas imionami i przydomkami, ale nie szło mi to najlepiej – nieustannie myśli uciekały mi w kierunku anomalii, którą miałam zaraz zobaczyć na własne oczy. Krater... Tak, ta nazwa pasowała o wiele lepiej, niż „dziura w ziemi”.

Las stawał się coraz gęstszy i bardziej dziki, z każdym metrem coraz mniej przypominając plantację sosnową. Nie mogłam się nadziwić otoczeniu – ilości miękkiego mchu, przejrzystości, czystości... W dzień musiało być tu naprawdę pięknie. W powietrzu unosił się dziwny zapach, który kojarzyłam ze wspomnień wilków, ale gdy wyczułam go własnym nosem, nie mogłam doszukać się w nim niczego niewłaściwego. Był... intrygujący. Przyzywał mnie. Atmosfera wokół zmieniała się stopniowo, dźwięki przytłumiały, powietrze wypełniało mlecznym dymem, wszystko zaczynało przypominać niezrozumiałe senne marzenie. I choć wszyscy niepokoili się tym, nagle milknąc i ostrożniej stawiając łapy, spinając maksymalnie mięśnie i ze strachem spoglądając w stronę każdej głębszej plamy cienia, ja... nic takiego nie czułam. Odbierałam ich emocje, ale byłam obok nich. Rany, bo mi się tutaj podobało – i to tak, że miałam ochotę zacząć tańczyć i śpiewać ze szczęścia! Jakbym wreszcie znalazła się w utęsknionym domu...

Zdołałam się opanować, gdy wyczułam zainteresowanie ze strony Aresa. Otrząsnęłam się, skupiłam na biegu, zaczęłam myśleć nawet o jakichś bzdetach, byle tylko przestał sondować moje myśli. Gdy wycofał się, ponownie skupiając na ostrożności, nie powstrzymałam westchnienia ulgi. Bałam się tego, co mógł sobie pomyśleć. Bałam się tego, czego sama dopiero co doświadczyłam...

Krater faktycznie był ogromny, choć wiele więcej oprócz jego zarysu nie byłam w stanie dostrzec – z wnętrza wydobywały się kłęby dymu o dziwnym zapachu, kojarzącym się trochę z mokrym cementem i starą farbą drukarską. Zbliżyłam się ostrożnie do krawędzi, spróbowałam przeniknąć opar wzrokiem, ale nic mi z tego nie wyszło.

I co na to powiesz? – Ares górował nade mną, zaglądając ponad moim grzbietem. Wydawał mi się jeszcze poważniejszy i groźniejszy niż normalnie.

Nie wiem – przyznałam. – Pierwszy raz coś takiego widzę.

– To teraz powiem ci coś jeszcze lepszego! – zaśmiał się bez cienia wesołości. – Tego dnia, gdy przyszłaś do nas pierwszy raz, gdy tak ostro zareagowaliśmy na ten krater... Jesteśmy pewni, że wtedy coś z niego wyszło. Coś potężnego, groźnego i... przedwiecznego. Co ty na to?

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany