Opowiadanie użytkownika Greedi_Lady_Foxie

Rozdział Drugi

local_library1 comment0 thumb_up0
Fuga - część 2

FUGA - TWO

Ten dzień jest coraz bardziej pokręcony. Najpierw budzę się mile od domu, a teraz z kuchni wyłazi mi jakiś potwór?!

- Charles? Wymyśl coś.

- Czemu to zawsze ja mam wymyślać plany? Mógłbyś czasem ruszyć makówką.

Obaj drżeliśmy ze strachu kiedy czarna, włochata postać wyłoniła się zza drzwi. Wielkie cielsko powoli kroczyło w naszą stronę. Białe, kły i czerwone ślepia mocno kontrastowały z czarnym niczym smoła futrem. Z długiego wyszczerzonego pyska kapała spieniona ślina, a krwiste oczy nawet na sekundę z nas nie schodziły.

Bestia dalej głośno powarkiwała, aż czułem jak podłoga i ściany drżą.

Strach mnie sparaliżował. Nie potrafiłem ruszyć nawet palcem, a wzrok wciąż trzymałem na potworze. Gdzieś w tle słyszałem czyjeś sapania i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to ja tak głośno oddycham. Kątem oka zmusiłem się, żeby na sekundę spojrzeć na Damiena, który tak samo nie odrywał wzroku od potencjalnej śmierci zmierzającej do nas na czterech łapach.

- Musimy coś zrobić. Nie możemy tak po prostu dać się pożreć. - wyszeptałem do bruneta, ale ten zdawał się mnie w ogóle nie słuchać.

Gorączkowo myślałem nad tym jak się nas uratować, ale wiedziałem, że jeden gwałtowny ruch i nie żyjemy. Z drugiej strony i tak umrzemy, ale mamy jeszcze trochę czasu zanim bestia się na nas rzuci.

Gdy się tak jej przyglądałem to doszedłem do wniosku, że z wyglądu przypomina trochę wilka, ale takiego napakowanego sterydami. Ostatni raz spojrzałem na bruneta i wiedząc, że nic z niego nie będzie wysiliłem się na akt odwagi i jak najszybciej rzuciłem się w stronę najbliższego krzesła.

Bestia widząc to skoczyła w moją stronę z przeraźliwym wrzaskiem, ale nim zdążyłam mnie dotknąć to oberwała w pysk plastikowym krzesłem, którym zamachnąłem się z całej siły.

Oszołomiony uderzeniem stwór na chwilę znieruchomiał co dało nam cenne sekundy na ucieczkę. Złapałem Damiena za rękę i pociągnąłem w stronę kuchni.

- Idziemy! - pobiegliśmy czym prędzej w stronę drzwi, które na szczęście były otwarte i prowadziły na zewnątrz. Za nami usłyszałem kolejne wycie. Gdy wyszliśmy zamknąłem drzwi, a w klamkę wsadziłem jakiś badyl.

- To go na chwilę zatrzyma. Wiejemy! - biegliśmy przed siebie na pełnym spidzie przez nie wiem jak długo. Gdy byliśmy jakieś 400 metrów od budynku zwolniliśmy i rozejrzałem się po okolicy.

Znajdowaliśmy się na parkingu, ale jak na złość nie było nawet rowerów, żebyśmy mogli uciec szybciej.

- Co teraz zrobimy? Ta bestia nas znajdzie jeśli się gdzieś nie ukryjemy.

- Nie wiem. Skończyły mi się pomysły. Sam mógłbyś coś wykombinować. - między nami zapanowała cisza, w której bez problemu słyszeliśmy bicie swoich serc. Damien obserwował okolicę w nadziei, że pomoc nagle spadnie nam z nieba. Ja byłem skupiony na budynku, z którego właśnie uciekliśmy. Obraz tego potwora nagle wyskakujące zza drzwi i pędzącego w naszą stronę odgrywał się w mojej głowie niczym zacięta płyta.

- Mam! - nagły okrzyk bruneta mało mnie nie zabił. Łapiąc się za jeszcze szybciej bijące serce spojrzałem gromko na chłopaka, który szczerząc się zaczął ciągnąc mnie wzdłuż drogi, która biegła w dół wzdłuż zbocza urwiska.

- Jeszcze raz mnie tak wystraszysz...

- Tak tak. Zemścisz się po tym jak mi podziękujesz. Chodź.

- Ale dokąd? Nie mówi mi, że nagle wiesz gdzie iść.

- Nie wiem. Ale lepsze to niż stanie w miejscu i czekanie na tą bestię. - musiałem przyznać mojemu przyjacielowi trochę racji i znów zaczęliśmy biec przed siebie.

Ledwo przekroczyliśmy pierwszy zakręt, a do naszych uszu echem dotarło kolejne głośne wycie. Ciarki momentalnie ogarnęły całe moje ciało, które zmusiłem do najszybszego sprintu na jaki było mnie stać.

- Nie uciekniemy w ten sposób. Prędzej czy później nas dogoni. - wydyszałem ledwo łapiąc oddech. Nasze nogi wciąż brnęły przed siebie chociaż brakowało nam już energii.

- Będziemy musieli zboczyć z drogi o ile nie wytropi nas po zapachu.

- Mam skoczyć w przepaść?!

- Wolisz być pożarty czy skończyć ze złamaną nogą?

- Jak już to ręką. Nogi mi się przydadzą.

- W takim razie ustalone. Skaczemy. - zwolniliśmy i obaj spojrzeliśmy na strome zbocze, które rozciągało się kilka ładnych metrów w dół. Na końcu czekały nas ostre skały i rozszalałe, morskie fale.

- Jesteś tego pewny?

- A mamy inne wyjście? - w odpowiedzi na pytanie bruneta, powietrze przeszył kolejny ryk.

- Mam nadzieję, że umiesz pływać. - Damien rzucił przez ramię i zaczął się osuwać po ziemistym zboczu.

Ostatni raz spojrzałem w stronę hotelu, którego tylko dach wystawał zza wzniesienia i przeszedłem przez barierkę.

Droga na dół okazała się w miarę łatwa pod warunkiem, że się wolno schodziło. Sytuacja była inna, gdy nad głową zobaczyliśmy te przerażające, czerwone ślepia i białe kły, które wręcz odbijały promienie słońca.

- Myślisz, że za nami pójdzie?

- Oby nie. Jego cielsko wywoła tylko niepotrzebną lawinę. - obaj patrzyliśmy jak bestia kroczy nad krańcem zbocza, jej powarkiwania słyszalne wyraźnie nawet przy szumiących falach.

- Może poczekamy tu, aż mu się znudzi i sobie pójdzie?

- A wierzysz w cuda? Bo ja nie. Nawet jeśli odejdzie, to nie będziemy bezpieczni na górze. Znajdzie nas tak czy siak. Poza tym nie wiem czy w ogóle dam radę z powrotem się tam wdrapać. - ziemia była miękka i łatwo osuwała się z pod naszych nóg i ciężko było znaleźć jakiekolwiek oparcie pod stopami, żeby chociaż na chwilę nie stracić równowagi. W zasięgu wzroku nie było ani jednego kamienia czy korzenia, które mogłyby posłużyć za dodatkowe zabezpieczenia przed upadkiem.

- Lepiej zejść na dół i jakoś obejść to zbocze boki... - nie dokończyłem, bo ziemia spod mojej stopy ustąpiła i tracąc oparcie zacząłem zsuwać się w dół prosto na skały.

- Charles! - z całej siły próbowałem się zatrzymać lub czegoś złapać, ale nie mogłem niczym zahaczyć palcami. Gdy byłem już jakieś dwa metry od wody odepchnąłem się i poleciałem prosto w pieniste fale w tle słysząc przeraźliwe krzyki Damiena.

Woda była lodowata. Zanurzając się pod taflą miałem wrażenie, jakby milion żyletek ciął moją skórę. Prąd wytworzony przez fale rzucał mną na wszystkie strony. Bez skutecznie próbowałem wypłynąć na powierzchnię. Resztki tlenu w płucach drastycznie malały, chłód wody i cały ten strach przed potworem wysysał ze mnie energię. W kącikach oczu zaczęły pojawiać się czarne plamy świadczące o tym, że jeszcze chwila i będzie po mnie. Rozluźniłem spięte mięśnie i dałem się ponieść wodzie. Na początku zacząłem opadać coraz niżej, aż w pewnym momencie jedna z większych fal najpierw porwała mnie do tyłu, a potem pociągnęła w górę i rzuciła prosto na skały.

Bolesny kontakt z kamieniami i przypływ świeżego tlenu rozbudziły mnie na chwilę. Krew zaczęła ponownie krążyć w żyłach rozprowadzając nową dawkę adrenaliny. Ocucony i pełny energii z całej siły złapałem się skalnego pobocza, żeby woda nie porwała mnie znowu ze sobą. Wielkimi oczami patrzyłem przez chwilę na lazurowe morze, a zmysły wracały jeden po drugim.

Nagle uświadomiłem sobie, że ktoś mnie woła i podniosłem głowę by zobaczyć Damiena - bladego niczym kartka papieru. Jego mina była pomieszaniem przerażenia i wielkiej ulgi.

- Charles? Charles, błagam odezwij się!

- Ż-Żyję... Ledwo, ale żyję. - wymamrotałem przez zaciśnięte zęby. Adrenalina, która dodała mi siły na tych kilka minut zaczynała już znikać, a wraz z nią powracały efekty uboczne mojej kąpieli. Przesiąknięte lodowatą wodą ubrania przykleiły się do mnie niczym druga skóry i razem ze mną zaczynały drżeć z zimna. Nie potrafiłem już powstrzymać szczękania zębami i do tego wszystko doszedł silny ból po prawej stronie klatki piersiowej. Przy każdym oddechu czułem nieprzyjemne ukłucie. Z przerażeniem stwierdziłem, że zaczynam się osuwać znowu w dół. Resztkami sił próbowałem utrzymać się na kamieniach po pas zamoczony w wodzie.

- Trzymaj się stary, idę po ciebie! - usłyszałem gdzieś nad sobą i szybko spojrzałem w górę. Brunet zaczął się już ześlizgiwać w moją stronę.

- Nie! Zostań tam, bo ty też spadniesz!

- Przestań pieprzyć! Nie zostawię cię tam samego. Tylko się nie puszczaj, dopóki cię nie złapię!

- Damien nie rób tego! - ale było już za późno. Piwnooki dotarł już do skalnego brzegu i zaczął iść w moją stronę. Kamienie były śliskie od wody i z wciągniętym powietrzem patrzyłem, jak raz za razem traci równowagę. Za każdym razem udawało mu się nie spaść, ale zagrożenie, że spadnie cały czas mu towarzyszyło.

- Już prawie jestem. Jeszcze chwila. - brunet przykucnął na jednym z większych kamieni jakieś pół metra na lewo ode mnie i wyciągnął rękę.

- Szybko. Złap się mnie. - nic go nie trzymało na górze i w każdej chwili mógł zostać zmyty do wody. Spojrzałem się na uderzające fale i oceniałem moment odpływu, w którym mógłbym się puścić i wyskoczyć do Damiena. Wyciągnąłem rękę i już miałem się go złapać, kiedy nagle większa fala płynęła w naszą stronę. Nie było szans żebyśmy zdążyli.

- Damien, uważaj! - krzyknąłem i złapałem się szybko skały. W tym momencie woda zaczęła się unosić i po raz drugi podniosła mnie i rzuciła o twardą nawierzchnię. Teraz to ja nagle znalazłem się na górze i w ostatniej chwili zdołałem zobaczyć jak mój przyjaciel zostaje wciągnięty w morskie odmęty. Dosłownie na moment wyciągnął rękę z wody, którą szybko złapałem i przyciągnąłem chłopaka do siebie z małą pomocą kolejnego przypływu.

Obaj przemoczeni i zmęczenie głośno sapaliśmy siedząc na większym z kamieni.

- Nigdy więcej mnie tak nie strasz. - wydyszałem sycząc z bólu, gdy głębsze wdechy podrażniały moje żebra. Mimowolnie złapałem się za obolały bok próbując uspokoić płuca do pobierania częstszych, ale płytszych oddechów.

- Charles? Wszystko w porządku?

- Tak. Nie. Nie wiem. Gdy fale rzuciły mną o brzeg musiałem obić sobie żebra. Bolą jak cholera gdy chcę wciągnąć więcej powietrza.

- Mogę zobaczyć?

- Może później. Musimy się stąd zabierać, bo znowu nas zmyje.

- Gdy byłem na górze zobaczyłem, że po prawej stronie ciągnie się bardzo wąska dróżka. Nie wiem dokąd prowadzi, ale wygląda lepiej niż wspinanie się z powrotem na górę.

- To prowadź. - z trudem stanęliśmy na równych nogach. Emocje i wydarzenia z ostatnich minut całkowicie nas wyczerpały. Do tego te obite żebra... Naprawdę dlaczego nic nie idzie po naszej myśli?

Ruszyłem za Damienem, który zeskoczył ze skał i zaczął bardzo powoli iść wzdłuż urwiska. Ścieżka faktycznie była bardzo wąska. Cały czas musieliśmy iść plecami przytuleni do ściany i nogi stawiać jedna za drugą. Większe fale co jakiś czas zalewały drogę i nasze przemoczone już stopy, co pogarszało tylko podróż. Ubita ziemia zrobiła się miękka i śliska. W tym momencie marzyłem, żeby to wszystko było tylko jakimś pieprzonym koszmarem, z którego zaraz się obudzę. Chciałbym, żeby gdy otworzę oczy znalazł się w swoim pokoju, ciepłym i suchym.

- Jeszcze kawałek. Widzę u góry jakiś występ. Albo jaskinię? Jebać to, ważne, żeby było daleko od wody. - z czasem ścieżka zaczęła łagodnie się unosić. Nie towarzyszyła nam już morska woda, ziemia była sucha, pewniejsza pod stopami i odrobię szersza.

Piętnaście minut i 200 metrów później dotarliśmy do małej groty. No w sumie dziury wielkości metr na metr, ale była sucha i daleko od wody i bestii czekając, żeby nas pożreć. Już naprawdę nie wiedziałem co jest gorsze.

Udało nam się jakoś ścisnąć i wreszcie odsapnąć. Nogi trochę nam zwisały, ale przynajmniej mieliśmy miejsce na głowę i można było się oprzeć.

Zrobiłem to z przyjemnością dopóki moje żebra znowu się nie odezwały. Wciągnąłem głośno powietrze i skrzywiłem się z bólu.

- Charles? - to jedne słowo skrywało w sobie tyle pytań.

- W porządku. Już przechodzi.

- Daj mi zerknąć. - nie wiedziałem, że kiedyś to powiem, ale byłem wdzięczny, że Damien zapisał się na studia medyczne. Może na takiego nie wyglądał, ale był kurewsko dobry na zajęciach i zawsze kręciło go ludzkie ciało, nie ważne jak dwuznacznie to brzmi.

- Jak musisz. - uśmiechnąłem się krzywo, ale chłopak nie był w humorze na żarty.

- Muszę. - odpowiedział i zabrał się już za odchylanie mojej bluzki.

- Nie wygląda to za dobrze. - syknął i zaczął palcami sprawdzać każde żebro. Nie wspomnę już jak bardzo bolesne było to badanie. Na szczęście trwało tylko kilka minut.

- Zła wiadomość jest taka, że przynajmniej jedno lub dwa żebra masz złamane. Dobra wiadomość jest taka, że żadne nie przebiło płuc. Sądząc po wielkościach i kolorze siniaków reszta jest tylko mocno obita. Miałeś dużo szczęścia na tych skałach.

- Czyli będę żyć. Przynajmniej tyle. - odetchnąłem i spróbowałem kolejny raz uśmiechem nakłonić bruneta do rozluźnienia się.

- Charles, to nie jest śmieszne. Wiesz co by się stało, gdybyś miał przebite płuco? Nie miałbym co zbierać.

- Wybacz, że narobiłem ci dodatkowej pracy. Następnym razem lepiej się postaram.

- Oby nie było drugiego razu i nawet tak nie mów! Dobrze, że masz te potłuczone żebra, bo sam bym cię za taką gadkę chętnie stłukł.

- Wiem wiem. I przepraszam.

- Wiem. Ja też przepraszam.

- Za co?

- To był mój pomysł, żeby zejść po tym zboczu. Gdybym lepiej pomyślał, to teraz nie siedzielibyśmy przemoknięci w norze dla królików.

- Gdybyś nie wpadł na ten pomysł to teraz najpewniej już byśmy nie żyli, pożarci lub rozszarpani na strzępy. Lepsza zimna kąpiel i złamane żebra i fakt, że żyjemy, prawda?

- No niby prawda. Ale i tak wolałbym cię w jednym kawałku.

- Ej! Nic mi nie brakuje, co nie? Jest dobrze. Ze złamany żebrami też da się żyć. Lepiej mi powiedz czy coś z naszego jedzenia przeżyło tą kąpiel, bo umieram z głodu.

Dopiero do nas dotarło, że wszystkie rzeczy, które ze sobą mieliśmy są przemoczone. Szybko zajrzeliśmy do swoich plecaków, by ze smutkiem stwierdzić, że pieczywo na pewno jest do wyrzucenia. Na szczęścia suszone owoce, warzywa i mięso były zapakowane i zjadliwe. Do tego dla każdego z nas było po 3l wody, chociaż na razie pragnienie nam nie doskwierało.

Podzieliliśmy się jedzeniem mając na uwadze, że musimy coś zostawić na później.

Jedliśmy w ciszy przeżuwając kabanosy i zajadając je suszonymi morelami.

- Czuję się jak na jakimś obozie przetrwania.

- No. Ja też. - dokończyliśmy jeść i schowaliśmy resztę do plecaków.

Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy patrząc jak słońce powoli zaczynało zachodzić.

- Właśnie. Zapomniałbym. Zabrałem to wtedy z kuchni, bo miałem przeczucie, że się przyda. I miałem rację. - Damien wyjął z plecaka małe czerwone pudełko z białym krzyżem po środku.

- Jak zawsze przewidywalny.

- W środku jest bandaż. Zawinę nim twoje żebra, więc nie będą się tak ruszać i poczujesz trochę ulgi. - przychylnie zgodziłem się na ofertę i ściągnąłem bluzkę. Bandaż był przemoczony jak wszystko inne i cholernie zimny, ale chwilowy chłód przyniósł upragnioną ulgę, gdy dotknął moją dziwnie rozgrzaną skórę.

- Gotowe. Lepiej?

- Zdecydowanie. Dzięki.

- Nie ma za co. To co teraz zrobimy? Zostajemy tu czy idziemy dalej?

- A chce ci się tam wracać? Słońce za niedługo zajdzie i jakoś nie przekonuje mnie spacer w środku nocy, kiedy na górze grasuje ten stwór. Wolałbym tu zostać, jakoś się wysuszyć i pomyśleć o całej sytuacji na trzeźwo jutro rano. Poza tym nie mam siły, żeby kiwnąć palcem.

- W takim razie nacieszmy się ostatnimi promienia słońca i ciepłem, które dostarczają, bo podejrzewam, że w nocy będzie zimno.

- Damy radę. Do tej pory udało nam się przeżyć, to reszta będzie bułką z masłem.

- Obyś miał rację.

Po tym tylko kilka razy zamieniliśmy słowo, każdy z nas zmęczony uciekaniem i myślą czy uda nam się przeżyć kolejne dni na tej przeklętej wyspie. Nie musiałem pytać by wiedzieć, że Damienowi chodzi po głowie to samo pytanie: Skąd i dlaczego się tutaj znaleźliśmy?

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany