Opowiadanie użytkownika Greedi_Lady_Foxie

Sekretarka 2

local_library5 comment0 thumb_up0
Sekretarka - część 2

Po przyjechaniu do domu nawet nie starałam się być cicho. Wiedziałam, że prędzej czy później Casey się obudzi, a wtedy długa kłótnia mnie nie ominie. Ukradkiem spojrzałam do sypialni. Spał w niej. Czyli dla mnie została kanapa. Odwiesiłam płaszcz i przez chwilę zastanawiałam się, czy brać prysznic teraz czy jak wstanę. W sumie to jeden chuj. Chociaż z drugiej strony chciałabym pozbyć się gorzkiego posmaku alkoholu z ust i zmyć z siebie podłość całego tygodnia zakończoną dziwną rozmową z Ericiem. Jakbym miała mało problemów to jeszcze on się zaczął do mnie przywalać. Ludzie dajcie mi chwilę spokoju! 

Jeszcze bardziej podrażniona niż minutę temu stwierdziłam, że prysznic jednak nie jest takim głupim pomysłem i poszłam prosto do łazienki. Brudne ubrania rzuciłam na podłogę i weszłam do kabiny. Zimna woda, która poleciała na początku pobudziła moje zmysły i odskoczyłam z piskiem na bok. Ręką sprawdziłam, czy woda się już nagrzała i gdy poleciała ciepła weszłam pod strumień. Czułam jak pod wpływem temperatury się rozluźniam i całe napięcie spływa po mnie prosto do odpływu.

Nie wiem ile czasu tak stałam, ale gdy wyszłam cała łazienka była zaparowana, a na zegarku wskazówka zbliżała się powoli do czwartej rano. Super. Praktycznie nie miałam po co się kłaść. Jednak jeśli nie prześpię chodź by dwóch godzin to nie mam się po co pokazywać w pracy. Nieprzytomna jeszcze coś spierdolę.

- Mam dosyć. Wszystko jest jakieś zjebane. - wytarłam się i przebrałam w znalezioną bluzkę. Chyba Casey’go i czyste majtki. Powędrowałam do salonu po drodze wyjmując zapasową pościel z szafy i padłam na twardy materac. Podłączyłam telefon do ładowania, nastawiłam budzik na 6.30 i patrząc ostatni raz na wschodzące powoli słońce poszłam spać.

~*~

Zmęczona, rozdrażniona i ogólnie wściekła na cały świat prawie się nie spóźniłam do pracy. Budzik usłyszałam dopiero za piątym razem i biegiem zaczęłam się ogarniać. Gdy wychodziłam Casey’go już dawno nie było. W sumie to nawet dobrze. Wolę zostawić tą rozmowę na później niż myśleć o niej w pracy. Docierając wreszcie na dwudzieste piętro wparowałam szybko do pokoju dokładnie dwie minuty przed czasem. Tracy już siedziała u siebie, ale jedno spojrzenie wystarczyło bym poznała całą historię poprzedniego wieczoru. Musiałam się zaśmiać.

- Widzę, że nie tylko ja miałam trudny poranek.

- Na pewno był lepszy od twojego. Ja przespałam przynajmniej kilka godzin. Ty natomiast wyglądasz okropnie. Pojechałaś w ogóle do domu?

- Tak. Wyszliśmy z klubu chwilę po was, jeśli Eric mówił prawdę. Zamówił mi taksówkę.

- I tyle?

- A co jeszcze byś chciała? Rozmawialiśmy wczoraj i skończyło się tragicznie. Pierwszy raz czułam się podle dając jakiemuś facetowi kosza. Oboje jesteśmy w związkach do cholery! Co miałam mu powiedzieć? Chodź mnie przelecieć, mam wyjebane na męża?

- No nie. Ale wczoraj fajnie wam się układało i pomyślałam, że coś z tego wyjdzie.

- To się pomyliłaś. Ja nie mam takiego szczęścia jak ty. Udała wam się noc? - spytałam pół sarkastycznie pół z ciekawości. Emocje zaczęły mi się pieprzyć i już nie wiem co robię.

- Chcieliśmy wam dać trochę prywatności.

- I dlatego się z nim przespałaś. Dziękuję za twoją troskę, ale aż takiej prywatności to ja nie potrzebuję. - zaśmiałam się. Tym razem szczerze.

- Czepiasz się szczegółów.

- Tak sobie to nazywaj. - usiadłam wreszcie przy biurku i spojrzałam w małe lusterko, które trzymałam w szufladzie. Wcale nie wyglądałam tak źle.

Minutę później drzwi do sekretariatu się otworzyły i wszedł Eric. Też nie świecił dzisiaj przykładem nienagannego wyglądu.

- Witam, panie.

- Dzień Dobry panie prezesie. - szatyn posłał mi krótkie spojrzenie i poszedł do swojego gabinetu. Gdy zniknął za drzwiami usiadłyśmy z powrotem na fotelach. Blondynka pochyliła się nad swoim biurkiem i wyszeptała.

- Auć. Coś ty mu zrobiła? Wygląda jak zbity pies.

- Czemu zaraz uważasz, że coś zrobiłam. Może to Lisa dała mu wczoraj popalić, gdy wrócił do domu.

- Obie wiemy, że ta kobieta jest za głupia na zazdrość. I wcale bym się nie dziwiła, gdyby nie sypiała z kimś na boku. Możliwe też, że Eric o tym wie i dlatego się do ciebie przystawia.

- Już wiem kto jest rozsiewaczem plotek w firmie. Skąd ty bierzesz takie chore pomysły?

- Dlaczego sądzisz, że to nie jest prawda?

- Nawet jeśli uznam, że się z tobą zgadzam. Co Lisa by miała z romansowanie na boku? Miała by odpuścić przystojnego i bogatego męża dla pierwszego lepszego faceta?

- Chodź by zabawę. Nawet takie związki mogą się znudzić. Mały odskok w bok tu czy tam nie zaszkodzi.

- I dlatego nie miałaś jeszcze dłuższej relacji. Zdrada wcale nie jest taka fajna. Ja bym się wściekła, gdybym się dowiedziała, że Casey mnie zdradza.

- I przez to odmówiłaś Ericowi?

- Tak. To, że mi się małżeństwo sypie nie oznacza, że zaraz zacznę szukać kolejnego lowelasa. Możemy zmienić temat i skupić się wreszcie na pracy?

~*~

- Evelynn?

- Tak?

- Pójdziesz ze mną na fajkę? - spojrzałam znad dokumentów na szatyna, który opierał się o moje biurko. W dłoni trzymał paczkę papierosów.

- Teraz? - spytałam dla pewności.

- Tak. Zrobisz sobie szybszą przerwę. - czułam, że nie powinnam odmówić. Po wczorajszej rozmowie Eric był jakiś dziwny. Unikał mnie i ograniczał się tylko do niezbędnych zwrotów. Co za cymbał.

- No dobrze. Wracam za 5 minut.

- Dziesięć. - wtrącił szatyn.

- Mną się nie przejmujcie. Dam sobie radę. - blondynka machnęła na nas ręką i wyszłam z sekretariatu za mężczyzną.

Przeszliśmy do windy, która prowadziła na dach. Normalnie nie wolno tam wchodzić, ale dla wtajemniczonych zrobiono specjalne miejsce, gdyby ktoś miał ochotę zniknąć i odizolować się od ludzi.

Czas spędzony w windzie i cała droga na dach obyła się w milczeniu. Eric nic nie mówił. Otworzył drzwi i wyszliśmy na zewnątrz. Chłodne powietrze i panorama miasta rozciągająca się z tej wysokości zapierały dech w piersi. Chociaż mój lęk wysokości trochę ograniczał możliwość cieszenie się widokami.

- Chcesz? - szatyn podał mi paczkę L&M miętowych.

- W końcu po to mnie tu zaprosiłeś, prawda? - wzięłam jednego papierosa i wsadziłam między usta. Chwilę później Eric podstawił mi zapalniczkę. Zbliżyłam koniec fajki do ognia i się zaciągnęłam. Lekko mentolowy dym wypełnił moje płuca. Przetrzymałam go chwilę i wypuściłam. W ustach od razu miałam ten ohydny posmak, ale czułam jak powoli się odprężam i całe to napięcie ze mnie uchodzi.

- To o czym chciałbyś porozmawiać? Chyba nie o wczoraj. Wszystko sobie wyjaśniliśmy. - usiadłam na jednym z wolnych foteli i owinęłam się szczelniej płaszczem.

- No właśnie nie do końca.

- Co masz na myśli? - Eric zaciągnął się i patrząc na ruchliwe ulice miasta milczał z minutę lub dwie. Wreszcie usiadł na drugim fotelu i wypuścił siwy dym, który od razu przeminął z wiatrem.

- Chciałbym cię przeprosić. Za to co mówiłem. Poniosło mnie trochę. Nie chciałem być taki nachalny.

- Czyli dlatego się do mnie nie odzywałeś od rana?

- Między innymi. Musiałem się też doprowadzić do porządku, bo ledwo spałem.

- Chyba tylko Tracy i Eddie mięli udaną noc. - szatyn zaśmiałam się krótko.

- Tak. Farciarz. - między nami znowu zapanowała cisza, w której dopaliłam swojego papierosa i zgasiłam resztę w popielniczce.

- Chciałeś mnie tylko przeprosić, czy jest jeszcze jakieś drugie dno tej rozmowy?

- Dlaczego ty jesteś taka wredna? Staram się cię jakoś udobruchać, a ty się wiecznie czepiasz. Ja pierdolę. - mężczyzna zaśmiał się cierpko i przetarł zmęczoną twarz.

- Wiedziałeś jaka byłam, gdy mnie zatrudniałeś. Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nie wiem czego się spodziewałeś. Że padnę w twoje ramiona, zachwycona blaskiem twojej zajebistości?

- Mniej więcej? - spojrzeliśmy na siebie i zaczęliśmy się śmiać.

- Boże z kim ja muszę pracować. - oparłam się wygodniej i spojrzałam na błękitne niebo.

- Nigdy nie narzekałaś.

- Bo wcześniej nie trułeś mi dupy o moje małżeństwo.

- Byłem pijany.

- Gówno prawda. Zanim wyszliśmy nie piłeś już dwie godziny. Zdążyłeś wytrzeźwieć na tyle, by myśleć racjonalnie.

- Ty też już odparowałaś wtedy swoje promile.

- I dlatego chciałam być delikatna mówiąc ci, żebyś dał sobie spokój.

- To ty znasz takie słowo?

- Boże jaki delikatny się znalazł. Widziałam twoją minę zbitego psa wczoraj, jak wsiadałam do taksówki. Ale co innego miałam ci powiedzieć? Mam męża. Prawie dziesięć lat. A ty żonę. Podróbę barbie, ale jednak żonę, dlatego nie rozumiem…. Z czego ty się śmiejesz? - w trakcie swojego długiego monologu, Eric nagle zaczął się trząść, a potem chichrać jak głupi. Mogłam tylko na niego patrzeć, jak się słania na fotelu.

- I z czego rżysz?

- O, boże. Umarłem. Ten tekst… Barbie…. Nie mogę. - Eric był cały czerwony na twarzy. Aż sama zaczęłam się śmiać.

- Jaki ty jesteś głupi. - gdyby ktoś na nas patrzył z boku pewnie złapałby się za głowę.

- Rozumiem, że wszyscy o niej tak myślą? - szatyn wreszcie opanował oddech, ale na twarzy ciągle się uśmiechał.

- A to nie oczywiste? Wiesz jak wołamy, gdy się zbliża? Huragan Lisa. - mężczyzna znowu wybuchnął śmiechem, a ja się zastanawiałam dlaczego mu to wszystko mówię.

- Ja pierdolę. Stop. Błagam, bo nie wytrzymam.

- No co? - śmiałam się razem z nim, bo ta sytuacja była absurdalna.

- Chyba mi starszy wrażeń na jeden dzień.

- To twoja żona. Powinieneś ją znać.

- I znam. A raczej znałem. Kiedyś taka nie była. Pieniądze faktycznie zmieniają ludzi.

- Niestety.

- Następnym razem opowiesz mi o wszystkich przezwiskach Lisy. Muszę sobie to gdzieś zapisać.

- Lepiej nie. Im rzadziej widzę tą kobietę tym lepiej.

- Smutno mi przyznać, że też mam takie odczucia.

- Aż tak daje ci popalić?

- Żartujesz? Jej prawie w domu nie ma.

- To nie rozumiem w czym problem.

- W tym, że jak już jest, to potrafi być taka nachalna i głośna. Odechciewa się żyć.

- To czemu nie weźmiesz rozwodu?

- Przeszło mi to kiedyś przez myśl.

- I czemu nie wprawiłeś tego planu w życie? - patrzyłam teraz na Erica z pełną powagą. Twarz szatyna zmarkotniała i milczał dłuższą chwilę. Na końcu westchnął i wstał z fotela.

- Chyba powinniśmy wracać. Tracy nas zabije, że zostawiliśmy ją samą.

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - również wstałam i zagrodziłam mężczyźnie drogę.

- Porozmawiamy o tym kiedy indziej, dobrze? - patrząc mu w oczy widziałam zmęczenie. Dlaczego musi być taki skryty?

- Za każdym razem będziemy kończyć rozmowy w pół zdania?

- Wczoraj ty mnie spławiłaś.

- Nie spławiłam!

- Eve. Proszę. Obiecuję, że kiedyś ci to wyjaśnię. Między nami wszystko gra? - Eric posłał mi lekki uśmiech.

- Gra i tańczy. Ale trzymam cię za słowo.

- Słowo harcerza. - szatyn uniósł dwa palce i głupkowato się uśmiechnął. Że taki idiota jest moim szefem.

- Chodź już. Zaczynam czuć na sobie oddech Tracy i jej wściekłość, że nie wracamy.

- Teraz, jak mi o tym przypomniałaś…

~*~

- Nie spieszyliście się. - blondynka siedziała przy biurku. Jej przenikliwe spojrzenie niczym rentgen szukało chyba oznak szybkiego seksu, ale sądząc po rozczarowaniu na twarzy, zawiodła się, że niczego nie znalazła.

- Już? Skończyłaś nas obgadywać w głowie?

- Tak. I teraz ja pójdę sobie na przerwę. - Tracy zabrała torebkę, płaszcz i wyszła z gabinetu. Wymieniliśmy z szatynem spojrzenia i oboje wróciliśmy do pracy.

~*~

Dzisiaj wyjątkowo udało mi się skończyć wcześniej. Całą firma w sumie zrobiła sobie wolne, po napiętym tygodniu i nikt nie miał zamiaru siedzieć w tym budynki ani chwili dłużej.

Po wejściu do domu zastałam w przedpokoju walizkę i czerwona lampka zaczęła płonąć w mojej głowie.

- Casey? - przeszłam do salonu. Szatyn siedział na kanapie. Miałam dziwne wrażenie deja vu.

- Co się dzieje? Co to za walizka stoi przy drzwiach?

- Moja. Wyprowadzam się.

- Słucham? - ja się chyba przesłyszałam.

- Wyprowadzam się. Mam dosyć tej chorej sytuacji.

- Jakiej chorej sytuacji? O czym ty mówisz?

- Pamiętasz o której wróciłaś dzisiaj do domu? Czy mam cię oświecić?

- Wiem o której przyszłam.

- I nie masz zamiaru nic z tym zrobić? Dzwoniłem do ciebie. Pisałem! Zlewałaś mnie przez cały czas.

- Bo wiedziałam, że będziesz się znowu awanturował.

- Aha. Czyli nie masz problemu z ignorowaniem mnie?

- Tego nie powiedziałam.

- Ale to raczej oczywiste. W głowie ci się tylko twój szef. Dałaś mu w końcu dupy wczoraj, czy dalej będziesz udawać, że to małżeństwo jeszcze coś dla ciebie znaczy?

- Casey! Opanuj się.

- Nie! Mam tego kurwa dosyć. Eve my już w ogóle nie rozmawiamy. A jak już się odezwiesz albo przyjdziesz z pracy to tylko się kłócimy.

- A bo to moja wina?! Ty tworzysz sobie jakieś chore aluzje w głowie, że cie zdradzam.

- A nie!

- No kurwa nie! Ja pierdolę, jaki ty jesteś głupi. - nie miałam już siły. Nic co mówiłam do niego nie docierało. Wiedziałam, że to się tak skończy. Tylko bardziej widziałam siebie wyjeżdżającą stąd niż jego.

Poczułam jak ciepłe łzy spływają po moich policzkach.

- Nie musisz się wyprowadzać. Sama to zrobię.

- Za późno. Już się spakowałem.

- To się rozpakujesz! To twoje mieszkanie. Ja z chęcią zmienię otoczenie. - przeszłam do sypialni i zaczęłam pakować ciuchy do torby. Kilka kosmetyków, bielizna, laptop i ładowarki. Z łazienki zabrałam szczoteczkę do zębów. Zapięłam torbę i wróciłam do przedpokoju. Założyłam płaszcz, buty, wzięłam kluczyki od auta z wieszaka i ruszyła do wyjścia.

- Eve! Czekaj.

- Daj mi spokój! Zadzwoń jak ochłoniesz. - i wyszłam. Zbiegłam schodami na dół prosto na parking przed blokiem. Dopiero siedząc już w aucie zrozumiałam co się stało i nie mogąc dłużej udawać rozbeczałam się na cały głos.

- Dlaczego to się musiało tak popierdolić? - wyjąkałam. Z nosa mi ciekło, cały makijaż pewnie szlag trafił, ale miałam to aktualnie w dupie. Znalazłam w schowku chusteczki. Wytarłam nos i twarz. Przejrzałam się w lusterku, ale widząc ciemne mazy po tuszu do rzęs zrezygnowałam z jakichkolwiek poprawek. Wsadziłam klucz do stacyjki i wyjechałam z parkingu prosto do domu rodziców.


Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany