Opowiadanie użytkownika voeyury

Stay with me || Rozdział 1

local_library13 comment1 thumb_up2
Stay with me - część 1

– To rak płuc – oznajmia bezuczuciowo jeden z lekarzy.
    Jego bezpośrednie słowa od razu wciskają mnie w skórzane obicie sofy. Wpatruję się w jego twarz wytrzeszczonymi oczyma i na moment zapominam o oddechu. Czuję drżenie własnych dłoni, które nasila się z każdą kolejną chwilą. Moja matka pada na kolana, a z jej dużych, niebieskich oczu wypływa kilka łez. Ojciec łapie się za głowę, którą w następnej kolejności zaczyna kręcić.
Kolejno zerkam na wszystkich obecnych tutaj ludzi, dzięki czemu na nowo przerabiam sobie wszystko w głowie.
Wczoraj przyjechałem do szpitala na dość kluczowe badania, które miały finalnie pokazać, co mi dolega. Już od jakiegoś czasu zmagałem się z pewnymi problemami zdrowotnymi, które czasami po prostu znikały i na nowo pojawiały się dopiero po czasie, ale już ze zdwojoną siłą. Mama miała dość patrzenia na to, jak się męczę, więc przywiozła mnie na kontrolę. Zrobiono mi trochę badań, a skoro wyniki miały być dnia następnego, zostaliśmy na noc w szpitalu. Teraz siedzę tutaj i wysłuchuję szlochu własnych rodziców. Mój umysł nie dopuszcza  do siebie informacji, że choruję… na raka.
– Ale… to coś, co można wyleczyć, prawda? – pyta mama. Jej głos drży, podobnie jak mocno zaciśnięte dłonie.
– Cóż… – Lekarz wzdycha, a następnie podnosi się z siedzenia i staje przed niebieskooką. – Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Z danych, jakie obecnie posiadam, mogę jedynie powiedzieć, że niestety nie jest to początkowe stadium. To już dość zaawansowany poziom. A dodatkowo pani syn ma lekkie zaburzenia rytmu serca. To tylko potęguje problemy.
    Słuchanie tego wszystkiego tylko pogarsza moje samopoczucie. Kilka absurdalnych wniosków nagle przychodzi mi do głowy. Stwierdzam, że gdybyśmy zignorowali te wszystkie objawy, gdybyśmy nie robili tych durnych badań, to nikt by się nie dowiedział o chorobie. Rodzice nie widzieliby o niczym. Ja nie wiedziałbym o niczym. Wszyscy bylibyśmy szczęśliwi.
    ...pozornie szczęśliwi.
– Ale leczenie nadal ma sens, prawda? – pyta ojciec. Cudem powstrzymuję się od śmiechu.
– Oczywiście. Leczenie ma zawsze sens, proszę pana. – Lekarz piorunuje tatę wzrokiem. – Nie jestem osobą, która popiera wiarę w cuda, ale czasem trzeba po prostu w nie wierzyć. 
    Mama wreszcie pyta, co teraz. Lekarz mówi, żeby przyjechać za dwa dni na bardziej kluczowe badania. Wówczas poznamy większe szczegóły i poznamy cały program leczenia.
    Nie mam siły na powiedzenie czegokolwiek, więc jedynie kiwam głową na znak zrozumienia. Rodzice zabierają swoje rzeczy, a następnie wszyscy opuszczamy teren placówki medycznej – wszyscy za wyjątkiem lekarza, który musiał zostać w swoim gabinecie. Po twarzach rodziców widzę, że nie jest dobrze. Oboje chcą wyjść na opanowanych i poważnych, jednakże nawet ja jestem w stanie dostrzec ten smutek w ich oczach.
Nie mówię nic więcej. Przesiaduję w ciszy całą drogę powrotną. Nie chcę, aby rodzice widzieli, jak bardzo przejmuję się chorobą. Prawdopodobnie wciąż nie jestem świadomy niebezpieczeństwa, jakie niesie za sobą obecność nowotworu. Pewnie stąd to opanowanie na mojej twarzy. Mimo wszystko cieszę się z faktu, że nie płaczę przy innych. Nigdy nie lubiłem okazywać swoich uczuć w towarzystwie ludzi. I prawdopodobnie nigdy tego nie polubię.
***
– W sklepie wpadłam na Willa. Ma przyjść wieczorem – mówi kobieta o niebieskich oczach, będąca moją rodzicielką. W międzyczasie chowa zakupy do szafek, a ja stoję obok i wypakowuję resztę siatek.
    William, o którym wspomniała mama, jest moim najbliższym i jednocześnie jedynym przyjacielem. Traktuję go jak członka rodziny, mimo że nim nie jest. Nawet, jeśli zachowujemy się jak bracia, to jest jedna kwestia, która niweluje tę myśl. Choć to pewnie tyczy się jedynie mojej osoby.
    Kocham Williama. Kocham swojego najlepszego przyjaciela. Nie jak brata, za którego on mnie uważa. Uczucie, jakim go darzę, nie jest tylko czymś niesamowicie potężnym. Jest również szczere. Dzięki tym cechom mam całkowitą pewność, że to miłość.
– Wiem, sam go zaprosiłem – odpowiadam, dodatkowo wywracając oczami. – Dziś jest nasz wieczór gier, pamiętasz?
– Oczywiście. – Kobieta wzdycha. – Tylko nie siedźcie za długo. Nie chcę być typem rodzica, który wszystkiego zabrania, ale… chyba sam rozumiesz. – Nagle jej twarz pochmurnieje. Bez problemu domyślam się, co jest powodem tej nagłej zmiany w jej samopoczuciu. Staram się wymyślić cokolwiek, co pomoże mi jakoś zatuszować tę grobową atmosfere, lecz finalnie nie poruszam tematu.
– Pewnie, że rozumiem – odpowiadam. – Ale pomimo to nie chcę, aby było po mnie cokolwiek widać. – Wyznaję szczerze, nie mając w zamiarze ukrycia tej kwestii. Nie chcę, aby Will dowiedział się o mojej chorobie. Na pewno nie w tym momencie.
– Jak to…? – Kobieta marszczy wyregulowane brwi. – Czy wy nie jesteście przypadkiem najlepszymi przyjaciółmi?
    Mimowolnie wzdycham. Wiedziałem, że o to spyta. Wprawdzie zdziwiłbym się, gdyby to pytanie nie padło z jej ust.
– Tak – zgadzam się. – Jesteśmy – dodaję po chwili.
– Więc dlaczego? – Mama ponownie marszczy brwi. Tym razem w geście niezrozumienia.
– Po prostu nie chcę go tym martwić. – Wzruszam ramionami, dodatkowo przygryzając dolną wargę. Nie jestem przekonany, czy oby na pewno określiłem się w dobry sposób. Postanawiam rozwinąć myśl. – Will i tak ma już mnóstwo spraw na głowie. Nie chcę mu nic dokładać.
– Jak możesz w ogóle tak mówić? – Mama wzdycha ciężko. – Jestem pewna, że William chciałby wiedzieć o takich rzeczach.
– To może inaczej. – Prostuję plecy, w myślach chcąc ułożyć cały monolog. Niestety polegam na samym starcie. Finalnie decyduję się na najprostsze wyjaśnienie. – Powiem mu o wszystkim, kiedy będę gotów, okej? Do tego czasu, proszę, nic nie rób. – Utrzymuję kontakt wzrokowy. Tego typu gesty od zawsze mnie przytłaczały. Nie wiem nawet dlaczego. Chyba tylko z Willem nie mam takich problemów.
– W porządku. – Kobieta mruży niebieskie oczy, a następnie wywija kąciki ust w górę. Na moment wstrzymuję oddech, kompletnie zdumiony. Dawno nie widziałem uśmiechu na jej twarzy.
– W końcu wyglądasz na zadowoloną – mówię z wyraźną ulgą w głosie.
    Zamieniam z nią jeszcze kilka słów, zanim udaję się do kuchni. Z lodówki wyjmuję owocowy jogurt, a z szafki małą łyżeczkę. Wieczko wyrzucam do kosza, a następnie zajmuję się konsumpcją. Myśli typu „co będzie dalej” nawet na moment nie chcą opuścić mojej głowy. Pochmurnieję, dodatkowo tracąc cały apetyt. Odkładam prawie nienaruszony jogurt na blat. Ledwo stawiam pierwszy krok w stronę schodów prowadzących na piętro, jak do moich uszu dociera parę wysokich dźwięków. Dzwonek do drzwi. Ktoś mnie odwiedził.
Bez chwili namysłu ruszam w kierunku wejścia frontowego. Mijam wiszące na ściany obrazy. Nawet już nie zwracam na nie uwagi. Kiedyś fascynowały mnie te wszystkie abstrakcyjne kształty i figury, a teraz... zaczynam przesiąkać obojętnością.
Otwieram drzwi. Moim oczom od razu ukazuje się uśmiechnięta twarz Willa. Nie mówię kompletnie nic w obawie, iż ton mojego głosu zdradzi wszystko. Chłopak automatycznie wprasza się do mojego mieszkania, przez co spuszczam głowę, gdyż zaczynam odczuwać nieprzyjemny ścisk w żołądku.
Ponownie zaczynam rozmyślać o swojej chorobie oraz o tym, czy Will powinien poznać prawdę już teraz. Nie potrafię podjąć decyzji na zawołanie, więc rozwiewam smętne myśli i skupiam spojrzenie na przyjacielu. Od razu spostrzegam, że chłopak przypatruje mi się z nieodgadnioną emocją w oczach.
– Co z tobą? – pyta, podchodząc bliżej. Automatycznie spinam wszystkie mięśnie ciała przez obawę, że coś wyszło na jaw. – Jakiś niemrawy dziś jesteś. – William kwituje wreszcie, przechylając głowę na bok. Machinalnie oddycham z ulgą. – Coś się stało?
– Nie – zaprzeczam z lekkim uśmiechem. – Nie wyspałem się i tyle.
– Skoro tak mówisz – mówi niepewnie, zabawnie układając usta w dziubek, lecz wreszcie wzrusza ramionami i idzie w kierunku pomieszczenia, w którym znajduje się jego ulubione urządzenie. Lodówka.
    Will, po wyjęciu kartonu smakowego mleka, opiera się o blat kuchenny i przystawia kolorową słomkę do ust. Zerkam na niego ukradkiem i na nowo nachodzi mnie ta sama myśl, co na wstępie – czy na pewno dobrze robię, ukrywając swój stan zdrowia?
– Wiesz – zaczyna, drapiąc się po policzku. To jeden z jego nawyków. Willy zawsze drapie się po policzku, kiedy czymś się denerwuje i nie jest pewien, czy to wyznać. – Dziś pewna dziewczyna powiedziała mi, że podobam jej się od dłuższego czasu. – Upija kolejny łyk napoju, po czym spogląda na mnie, wyczekując jakiejkolwiek reakcji.
    Początkowo nie robię nic. Jestem zbyt przerażony reakcją jednego z ważniejszych narządów, przez co sztywnieję i wlepiam spojrzenie w podłogę. Czuję, jak nogi miękną mi w kolanach. Nie chcę nic dać po sobie poznać, więc siadam na pobliskim krześle. Wymuszam uśmiech, gdyż uznaję, że to jedyny słuszny wybór.
– Tak? I jak? – Nawiązuję do tematu, posyłając przyjacielowi pytające spojrzenie.
– Nijak – odpowiada, a następnie odgarnia włosy z czoła, na co od razu zwracam uwagę. Uwielbiam jego czarne, gęste kłaki. Tak wspaniale kontrastują z jego jasną buzią i niebieskimi oczami, że momentami nie potrafię oderwać oczu od tego zadowalającego obrazu. – Na razie wstrzymałem się z odpowiedzią.
    Nieświadomie oddycham z ulgą, co najpewniej słychać w całym pomieszczeniu. Spanikowany zerkam na bruneta, lecz ten zdaje się myśleć o czymś innym. Chyba poszczęściło mi się.
– Dlaczego? – pytam z pełną ciekawością, ręką podpierając podbródek. Naprawdę jestem tego ciekaw. – Nie podoba ci się?
– Nie, nie w tym rzecz. – Kręci głową, a ja baranieję. – Jest ładna, ale sam dobrze wiesz, że nie patrzę tylko na wygląd. Sam nie wiem, o co mi chodzi. Po prostu coś sprawia, że zachowuję dystans. Może to jakieś ostrzeżenie od podświadomości? No mniejsza.
– Oh. – Spuszczam wzrok, w duchu ciesząc się z usłyszanej informacji. Żeby nie było żadnych nieścisłości – nigdy nie chciałem życzyć źle Williamowi. To świetny chłopak, który w pełni zasługuje na dobrą dziewczynę, ale zrozumcie mnie. Uczucia robią swoje. Mimo iż chcę dla niego najlepiej, po prostu nie potrafię powstrzymać niektórych myśli. Nawet tych niepoprawnych. – Więc to nie wypali? – pytam z nutą nadziei.
– Nie mam pojęcia. –  Ciemnowłosy spogląda mi prosto w oczy. Chwilę się w nie tak wpatruje. Nieświadomie zatracam się w ich blasku, zastanawiając się, czy zawsze świeciły tak pięknie.
– W-więc… – zaczynam z pojedyńczym zająknięciem po nieciekawej chwili ciszy, odwracając spojrzenie. – Jak ci minęła reszta dnia? – Śmieję się nerwowo, zdając sobie sprawę, że wybrałem najgłupsze pytanie, jakie mogłem wymyślić; dorównujące legendarnym tekstom typu: co tam lub jak tam. Brawo, Glenn.
– Zachowujesz się trochę... – Will przerywa w połowie zdania i mruży oczy w podejrzliwy sposób. Od razu zalewają mnie siódme poty, do których szybko dołącza koszmarny stres. – Czy coś się stało?
    Przełykam głośno ślinę, nie mogąc odwrócić oczu od zatroskanej twarzy przyjaciela. Nie chcę kłamać. Naprawdę tego nie lubię. Nie, jeśli chodzi o Willa. O mojego najlepszego przyjaciela.
    Ale niestety wciąż nie jestem gotów na wyznanie prawdy.
– Nie, wszystko jest w jak najlepszym porządku – zapewniam, posyłając mu pewne spojrzenie. – Po prostu, jak już wspominałem, nie najlepiej mi się spało.
    I znowu to samo. Znowu ta stresująca chwila ciszy, w trakcie której brunet przypatruje mi się z nutą niepewności w oczach. W końcu jednak daje sobie spokój i wzdycha.
– Eh, zresztą nieważne – mówi cicho, po czym przeczesuje dłonią czarne włosy.
    Dziękuję mu w duchu za to, że odpuścił. Domyślam się, że William coś zauważył – w końcu chłopak nie jest osłem i zna mnie lepiej, niż ktokolwiek – lecz widząc moje zakłopotanie i wykręcanie się, dał sobie spokój. Willy ma to do siebie, że nie naciska i spokojnie czeka, aż mu o czymś powiem.
    Jest cudownym przyjacielem.
– To co, standardowo zaczynamy od horroru na rozgrzewkę? – pyta wreszcie, stając tuż przede mną z szyderczym uśmiechem na twarzy.
– Jeszcze pytasz? – Uśmiecham się szczerze. W ogóle nie daję po sobie poznać, że chcę, aby chłopak podszedł jeszcze bliżej. – Oby tylko tym razem to było coś, co rzeczywiście mnie przestraszy. – Puszczam mu oczko, po czym podrywam się z miejsca z zamiarem pójścia do salonu.
– Wyzwanie przyjęte. – Willy prostuje dumnie plecy, a następnie posyła mi łagodny uśmiech. Już po chwili obaj okupujemy sofę, szukając jakichś ciekawych tytułów w rankingach horrorów. Will wreszcie coś wyłapuje. Szybko wyszukuje film na laptopie, po czym podłącza urządzenie do telewizora i wraca do mnie. Siada na tyle blisko, że bez problemu mogę wyczuć zapach jego perfum. Lekko mętny z nutą słodyczy. Mój ulubiony. Ale nigdy mu tego nie powiem.
    Rozluźniam ramiona, przechylając głowę na bok. Uwielbiam chwile, jak ta. Pełne spokoju, ciszy i przede wszystkim spędzane w towarzystwie najlepszego człowieka pod słońcem.
    Nic więcej nie jest mi potrzebne.


Komentarze

Zaczynasz od dramatu. Ciekawe, jak to dalej rozwiniesz. Pozdrawiam.

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany