Opowiadanie użytkownika Fanriel

Strażnicy cienia I - część 13

local_library18 comment2 thumb_up5
Strażnicy cienia I - część 13
25-06-2018 09:25

    Tuż przed mostem musieli się zatrzymać, by uiścić opłatę na granicy i odpowiedzieć na rutynowe pytania mytników. Po przekroczeniu rzeki, wjechali w gęsty las. 

    – Od jak dawna to robisz? Pytam o twoją prawdziwą pracę? – Veronika przerwała ciszę. 

    – Od dziesięciu lat. 

    – I nie masz wyrzutów sumienia? 

    – Nie –  Gert odparł po chwili zastanowienia. 

    – Musisz być bardzo złym człowiekiem – stwierdziła. – Zabijasz od dziesięciu lat, nie masz wyrzutów sumienia, a robisz to dla pieniędzy, nie z jakichś wyższych pobudek. 

    – Kochanie, ludzie zabijają się za miedziaki. To oni powinni mieć poczucie winy. 

    O dziwo jego filozofia jej nie odpychała. Nawet było w tym coś pociągającego. 

    – Nie uważam się za złego człowieka – wyznał po chwili. – A ty? Jesteś zła? 

    – Nie. 

    – Więc źle o mnie myślisz. 

    – Nie – zaprzeczyła. 

    – A ja sądziłem, że wy jesteście od nas gorsi. 

    – My walczymy z Mrokiem – zaznaczyła. – Nieważne, jak to robimy, bo przede wszystkim liczy się cel. 

    – Więc środki nie są istotne? 

    – W zasadzie nie – przyznała. 

    – Yhm… Więc, jeśli ja chcę się wzbogacić i do tego dążę, to nieważne, w jaki sposób to zrobię? 

    – Gert, nie porównuj zarabiania pieniędzy do walki z Mrokiem. Jedno jest twoim dobrem, a drugie dobrem ogółu. 

    – Rozumiem, ale gdybym zabijał dla przyjemności, to byłoby złe. Skoro jednak moim celem jest złoto, zabijanie jest tylko środkiem. 

    – Zabijanie prawych ludzi nigdy nie będzie uzasadnione. 

    – Strasznie to wszystko komplikujesz – stwierdził. – Chyba zaraz popadnę w przygnębienie. Raz już tak miałem. 

    – I co? – zainteresowała się. 

    – Nic – wzruszył ramionami – przeszło mi. 

    Nie wytrzymała i roześmiała się na te słowa. 

    – Jak się w to wciągnąłeś? 

    – Prowadziłem interesy. Sprzedawałem… towary, których nie było. – Zerknął, by zobaczyć jej reakcję. 

    – Byłeś oszustem – podsumowała z rozbawieniem. 

    – Nie do końca. Zanim towar przypłynie z Evelii, często przechodzi przez ręce kilku pośredników. Ja byłem jednym z nich. Dobrze mi szło. Potrafiłem sprzedać to samo trzem, czterem osobom. 

    – To genialne. Złoty interes. – Znów się śmiała. 

    – Dostawami zajmowali się przewoźnicy, nie ja. Wszystko odbywało się prawie legalnie. Trzeba było tylko podpisać jak najwięcej umów w krótkim czasie. Statek wpływał do portu i czekało tam kilku odbiorców. Ja wtedy byłem już daleko... W końcu jednak trafiłem na typa, któremu bardzo się to nie spodobało i uwziął się na mnie. Najpierw próbował wrobić mnie w morderstwo, a potem zrobił ze mnie mordercę. 

      – Zabiłeś go? 

    – Nie. On był skrytobójcą i zaszantażował mnie. Gdybym nie zrobił tego, co mi kazał, odpowiedziałbym za zbrodnię, której dokonał – wyjaśnił. – Zmusił mnie do zabójstwa. Wtedy nie miałem wyjścia, a potem okazało się, że to nie jest taka zła praca. Bardzo emocjonująca… Tak to w skrócie wyglądało. 

 

    Gdy wjechali na wzniesienie, dostrzegli przed sobą niedużą wioskę, do której właśnie zbliżał się wóz. 

 

    Przy drodze stał parterowy zajazd. Był znacznie mniejszy od tego typu budynków. Wóz, który widzieli, był zaparkowany pod przeznaczoną do tego wiatą.  

    Narzeczeni zabrali z koni swoje rzeczy i weszli do środka. Główna izba była dość przestronna, co wskazywało na to, że nie było w tym miejscu zbyt wielu pokoi. 

    Przy jednym ze stołów siedziało przy piwie pięciu rozbawionych mężczyzn. Wyglądali na miejscowych. Jeden z nich na widok gości poprawił ubranie i ruszył w ich stronę. 

    – Witam państwa w zajeździe Pod Kołem – zaczął, ale Veronika go nie słuchała, ponieważ jej uwagę przykuł nowoprzybyły. 

    Człowiek ten miał około czterdziestu lat, okrągłą twarz z kilkudniowym zarostem, niebieskie oczy, wąskie usta i orli nos. Jego szpakowate włosy były krótkie i rzadkie. Idealnie pasował do rysopisu, który podał Rufus podczas hipnozy. Przez ramię miał przewieszoną torbę. Nie zatrzymując się, udał się prosto do jednego z pokoi gościnnych. 

    – Pokażę izbę i zaraz się wszystkim zajmę – kontynuował karczmarz, za którym podążyli. 

 

    – Widziałeś tego Dekmara? – Veronika zwróciła się do narzeczonego, gdy zostali sami. 

    – Nie wiem. Na pewno z nim nie rozmawiałem.  

    – A ten, który mijał nas przy barze, nie wydał ci się znajomy? 

    – Nie. Podejrzewasz, że to może być on? – domyślił się. – Możliwe, że ten facet jechał wozem przed nami. 

    – Tak mi się wydaje. Gdyby to był on, chyba by go tu znali. Przecież jeździ tędy regularnie… Zaraz wrócę. – Pospiesznie wyszła z pokoju i, upewniając się, że nikt tego nie widzi, skierowała się do podejrzanego wozu. 

    Faktycznie było na nim trochę używanych ubrań i całkiem sporo butów. Wszystko się zgadzało. 

    Przy okazji czarodziejka zajrzała jeszcze do stajni, by sprawdzić, czy nie ma tam wierzchowców, którymi mogli przyjechać łowcy czarownic. Poza końmi jej i Gerta oraz jednym pociągowym nie było innych. 

 

    W głównej izbie, przez którą przechodziła w drodze powrotnej, siedział sprzedawca butów. W samotności spożywał kolację. Veronika zwolniła, by mu się przyjrzeć. Nie sprawiał wrażenia kogoś, kto obawiałby się pościgu. Był spokojny, nawet się nie rozglądał i zachowywał się tak, jakby nie interesowało go to, co działo się dookoła. Ponadto, co było dość zastanawiające, wyglądał na prostego człowieka. Ciężko było go podejrzewać o spryt czy inteligencję, nie mówiąc już o umiejętności zahipnotyzowania kogokolwiek. Kobiecie przychodziły na myśl dwie ewentualności. Albo był to najlepszy aktor, jakiego kiedykolwiek spotkała, albo to nie był mężczyzna, którego szukali. 

 

    Gert siedział w otwartym oknie, gdy weszła do ich izby. 

    – Na zewnątrz stoi wóz z butami – oznajmiła. 

    – Myślisz, że to ten? – zapytał, zwracając się w jej stronę. 

    – Mam poważne wątpliwości. Rysopis się zgadza, facet ma buty, jedzie w stronę Heimingen, ale wygląda na… Nie wygląda na kogoś, kto byłby zdolny do takich rzeczy, z jakimi mieliśmy do czynienia. Może to ktoś podstawiony? – zastanawiała się. 

    – Tak czy inaczej, chyba warto z nim porozmawiać – stwierdził Gert. 

    – Oczywiście. Zamierzam to zrobić jutro po drodze. 

    – Dlaczego jutro? Zrobię to dziś. 

    – Wolałabym, żeby nie było świadków – powiedziała. 

    – Kochanie, ja chcę z nim tylko porozmawiać. Co słychać? Jak interesy? Nic takiego – wyjaśnił. 

    – A ja chcę się dowiedzieć czegoś konkretnego. 

    – Są dwa sposoby, by uzyskać od kogoś informacje. Można przypalać go ogniem lub zadawać pytania tak, by ten zdradził choćby to, że coś ukrywa. Nie musimy czekać do jutra. Zaraz mogę się dowiedzieć wszystkiego, co nas interesuje – zapewnił ją. – Mam ogromny urok osobisty. Potrafię sprawić, by ludzie mi się zwierzali i, jeśli nie masz nic przeciwko, mogę to wykorzystać. 

    – Dobrze, idź wykorzystać ten swój niesamowity urok osobisty. 

    – Co nas interesuje? – zapytał. – Mam się dowiedzieć, czy kazał zamordować kapłana, tak? 

    Oboje się roześmiali. 

    – Dowiedz się, czy to Dekmar Adelhof. Jeśli to nie on, to czy go zna i czy ma z nim coś wspólnego. Jeśli tak, kiedy go widział i gdzie może teraz być. I powiedz barmanowi, żeby przyniósł mi kolację do pokoju – poprosiła. 

    – Jak sobie życzysz. To potrwa piwko, może dwa. 

    Gdy wyszedł, wyjęła swoją księgę magii i zaczęła kolejno czytać zapisane w niej zaklęcia. Chciała je sobie utrwalić. Tak spędziła czas do jego powrotu. 

 

    – To Dekmar Adelhof – oznajmił Gert, zamykając od środka drzwi na klucz. – Wraca z Temdorfu. Sprzedał tam kilka par butów i dwie koszule. Pytany o to, co słychać w mieście, nie wspomniał o śmierci Tolzena. Albo nic o tym nie wiedział, albo nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia. Myślę, że powinien był o tym opowiedzieć, skoro handlował w tej dzielnicy. 

    – To oczywiste. 

    – Poza tym, że odwiedził paru znajomych, według niego nic się nie wydarzyło. Ma żonę i dzieci. Jedno jest dorosłe, dwoje jeszcze na jego utrzymaniu. Nie widzi przed sobą żadnych perspektyw. Żyje z dnia na dzień. Mówił, że wczoraj trochę wypił i, jak on to ujął, „łeb mu pęka”. Dlatego tak późno wyjechał z Temdorfu. 

    – Sama nie wiem, co o tym myśleć… – Według Veroniki ten mężczyzna naprawdę nie wyglądał na zleceniodawcę zamachu. 

    – Może jutro przed wyjazdem wspomnimy, że łowcy czarownic kręcą się po trakcie i szukają jakiegoś sługi Mroku – zasugerował Gert. – Zobaczymy, czy to go zainteresuje. Ostatecznie możemy go przypalić po drodze. 


Komentarze

Bardzo lubię postać Gerta.

Cieszy mnie to. Dziękuję. :)

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany