Opowiadanie użytkownika Fanriel

Strażnicy cienia I - część 17

local_library49 comment0 thumb_up5
Strażnicy cienia I - część 17
30-06-2018 11:13

    Po rozmowie z handlarzem udała się w stronę posiadłości. Zanim dotarła na miejsce, karoca, którą widziała w nocy, wyjechała przez bramę. Ruszyła za nią, zachowując bezpieczną odległość. 

    Na ulicach był o tej porze spory ruch, więc nie miała problemu, by skutecznie się ukryć, a i powóz nie mógł jechać zbyt szybko, co stanowiło dla niej oczywiste udogodnienie. 

  

    Pierwszy postój był w centrum miasta pod sklepem jubilerskim. Elegancki mężczyzna w średnim wieku, który tam wysiadł, od razu wydał się Veronice znajomy. Był podobny do Dekmara Adelhofa. Kobieta przypomniała sobie, że widziała go w tłumie podczas zamachu na kapłana. Wtedy jednak był on przebrany za biedaka. Była już prawie pewna, że to jest człowiek, którego szukali z Arthurem. 

    Pomimo ekscytacji, jaką poczuła w związku z tym odkryciem, zachowała spokój i, nie ujawniając się, śledziła dalsze poczynania podejrzanego. 

    Mniej więcej po kwadransie mężczyzna wyszedł ze sklepu w towarzystwie kupca niosącego sporą skrzynię. Nie bez wysiłku wstawił ją do powozu, po czym pożegnał się ze swoim znajomym i wrócił do budynku.  

    Karoca odjechała, zmierzając na południe. Veronika nie spuszczała jej z oczu. Zatrzymała się dopiero, gdy ta wyjechała z zabudowanego terenu, kierując się w stronę młyna. Nie mogła iść dalej, bo tam nie byłaby w stanie się ukrywać. 

    Obserwowała wszystko z daleka, ale nie miała problemu, by stwierdzić, że młynarz również zapakował kufer do pojazdu. 

    Potem powóz zatrzymał się jeszcze w pobliżu świątyni Enbirra, boga śmierci. Podejrzany spotkał się tam z grabarzem i od niego także odebrał skrzynię. To było ostatnie miejsce, które odwiedzili przed powrotem do pałacu. 

 

    Veronika została w pobliżu pałacyku przez godzinę, a w związku z tym, że nikt go już nie opuszczał, wróciła do zajazdu. Po drodze zostawiła Arthurowi liścik z prośbą o spotkanie. 

 

    – Co było w skrzyniach? – zapytał Gert, gdy opowiedziała mu o swoim śledztwie. 

    – Nie wiem. Nie podchodziłam za blisko. Byłam ostrożna. 

    – Co z porwaniem? Bez zmian? 

    – Muszę to przemyśleć. Trzeba wziąć pod uwagę nowe okoliczności – stwierdziła. 

    – Teraz chyba bardziej interesujące są te skrzynie, prawda? 

    – Zgadza się – potwierdziła, zerkając przez okno na magazyn Kalba. 

 

    Po kolacji czarodziejka udała się do pobliskiego parku, gdzie miała się spotkać z Ecksteinem. Po drodze upewniała się, czy nikt jej nie śledził.  

    Gdy dotarła na miejsce, nie było tam nikogo. Zatrzymała się pod drzewem, które swoją rozłożystą koroną dawało dużo cienia. Oparła się o pień i zwrócona w stronę alejki czekała na Arthura. 

    Wkrótce się pojawił, choć nie rozpoznała go w pierwszej chwili. Miał na sobie płaszcz i kapelusz z dużym rondem zupełnie zasłaniającym twarz. 

    Stanął przed nią i rozejrzał się. 

    – Przyjemne miejsce – stwierdził – choć w zajeździe było przyjemniej. 

    – Może, ale przynajmniej nie jest to arena – powiedziała. 

    – Nie podobało ci się, ale tam nikt by nas nie podsłuchał. Tu to co innego… 

    – Rozmawiajmy po cichu, jeśli się tego obawiasz – zaproponowała, a on podszedł jeszcze bliżej i pochylił się. 

    – Dowiedziałaś się czegoś? – wyszeptał jej prosto do ucha. 

    Opowiedziała mu ze szczegółami o wszystkim, co udało jej się ustalić od ich ostatniego spotkania. 

    – Dasz radę wejść do tego pałacu? – zapytał, patrząc jej w oczy. 

    Ich twarze prawie się dotykały. 

    – Tak. 

    – Potrzebujemy dowodu… Prawdziwego – dodał z wyraźnym naciskiem. 

    – Co znaczy „prawdziwego”? Sugerujesz, że będę fałszować dowody? – uniosła się. 

    – Niczego nie sugeruję, ale mogłabyś być na tyle przekonana o jego winie… 

    – Bez obawy. – Nie pozwoliła mu dokończyć. – Tym bardziej, że mamy do czynienia z jakąś większą intrygą. 

    – Nie wiem tylko, w czym im przeszkadzał Tolzen – zastanawiał się Arthur, nawet na moment nie odrywając od niej wzroku. – W tych okolicznościach zrezygnujmy z porwania i zajmijmy się nowym tropem. 

    – To brzmi sensownie. Gdzie mam cię szukać w razie czego? – zapytała. 

    – Przeprowadzę się do zajazdu. Możesz przyjść o każdej porze… Kiedy tylko będziesz miała ochotę… Może od razu powinniśmy się umówić? 

    – Nie. Nie wiem, co się będzie działo. 

    – Nie będziesz go przecież pilnowała przez całą dobę. To niewykonalne. Będziesz musiała robić przerwy… Moglibyśmy zjeść razem obiad. 

    – Myślę, że Gert nie byłby zadowolony – powiedziała. 

    – To kolację. 

    – Jeszcze gorzej. Spotkajmy się, gdy ustalę coś interesującego. 

    – Więc mam tam siedzieć i czekać na ciebie? 

    – Nie musisz. W razie czego wsunę wiadomość pod drzwi. Wygląda na to, że ostatnia do ciebie dotarła. 

    – Jak długo zamierzasz mnie zwodzić? 

    Zaskoczył ją tym pytaniem. 

    – Nic nie wiem na temat zwodzenia cię. 

    – Czuję, że moja wola słabnie. Jeszcze trochę i chyba oszaleję… – wyszeptał. – Nie chciałabyś mieć do czynienia z szalonym łowcą czarownic, prawda? 

    – Nie, absolutnie. 

    – Mógłbym wtedy nadużyć władzy. – Odgarnął kosmyk włosów, który opadał jej na twarz.  

    – Uważam, że nikt nie powinien tego robić, a już na pewno nie łowca czarownic. Jak się czegoś dowiem, dam ci znać – zmieniła temat. 

    – Przelotny romans nie miałby wpływu na twój związek – kontynuował. 

    – Jestem innego zdania. To nie wchodzi w grę. 

    – Twój sprzedawca kwiatów nie musiałby o niczym wiedzieć. 

    – Jestem wobec niego uczciwa. 

    – A gdyby coś mu się stało? – zapytał, a ona spojrzała na niego z dezaprobatą. – Gdyby zginął, potrzebowałabyś pocieszenia. 

    – Nic by mnie wtedy nie pocieszyło – zapewniła go, ukrywając niepokój, jaki w niej wzbudził. 

    – A gdyby cię zostawił? 

    – Nie wiem, Arthur. Nie miałam powodu zastanawiać się nad tym. – Chciała czym prędzej zakończyć tę rozmowę. 

    – Pomyśl o tym. 

    – Pójdę już. Mam coś do zrobienia, pamiętasz? – Odsunęła się od niego i ruszyła alejką w stronę głównej ulicy. 

    Gdy się odwróciła, zobaczyła, że łowca nadal stał w miejscu ich spotkania i odprowadzał ją wzrokiem. 

 

    W izbie było ciemno, a Gert stał przy oknie, gdy Veronika wróciła. 

    – Co ustaliliście? – zapytał, nie odwracając się. 

    – Będę obserwować właściciela pałacu – odpowiedziała. – Gdy nadarzy się okazja, rozejrzę się w środku. Potrzebujemy dowodów. 

    – Pójdę z tobą. Mam większe doświadczenie. 

    – Potrafię wejść niepostrzeżenie do budynku, ale jeśli chcesz pomóc… 

    – To postanowione – zakończył temat i zwrócił się w jej stronę. – Czy ten łowca składał ci dziś jakieś propozycje? – Uważnie przyglądał się narzeczonej. 

    Zdecydowała, że powie mu prawdę. Obawiała się, że jeśli nadal będzie nieświadomy zamierzeń Arthura, może stać się coś złego. Ostatnia rozmowa z łowcą naprawdę ją zaniepokoiła. Nie znała tego człowieka i nie wiedziała, do czego był zdolny. 

    Gert z trudem nad sobą zapanował. Był gotów zabić Ecksteina, nie bacząc na konsekwencje. Długo musiała go przekonywać, by odstąpił od tego zamiaru. Na szczęście i w tej kwestii uległ jej prośbom. 

 

    Pod pałac udali się po zmroku, na tyle późno, że ulice były już wyludnione. Skryli się nieopodal w opuszczonym, częściowo już rozebranym domu. Nie było w nim drzwi, okien i nawet śladów po meblach. Tylko szaleniec ryzykowałby wejście na piętro po zrujnowanych schodach. Jednak widok z tego miejsca był idealny. Nic nie zasłaniało bramy obserwowanej posesji. 

    – Dziwne, że nikt tego nie pilnuje – stwierdził Gert. 

    – Obawiam się, że to tylko pozory. Być może działa tam jakieś magiczne zabezpieczenie, chociaż jeszcze niczego takiego nie wyczułam – powiedziała Veronika. 

    – Rozejrzyjmy się – zaproponował i nie czekając na odpowiedź, skradając się, ruszył wzdłuż muru. 

 

    Lampa nad wejściem znów się paliła. Rozświetlonych było także kilka komnat na piętrze. Okna, prawdopodobnie na korytarzach, pootwierano na oścież. Nietrudno byłoby dostać się do środka tej nocy. 

  

    – Te skrzynie mogą być gdziekolwiek. Chyba będziemy musieli przeszukać to miejsce – powiedziała, gdy wracali do swojej kryjówki. 

    – To będzie trudniejsze, niż pozbycie się go – ocenił. 

    – Owszem, ale teraz naszym priorytetem jest zdobycie dowodów. 

    – Niestety… Oni muszą się ze sobą spotykać. 

    – Zgadza się – potwierdziła. – To najprawdopodobniej wyznawcy Semarga. Nie obchodzą świąt z wyjątkiem jednego dnia w roku… 

    – Wiesz, kiedy to będzie? – zapytał, przerywając jej wypowiedź. 

    – Chyba za dwa dni – odparła po chwili zastanowienia. 

    – Popraw mnie, jeśli się mylę, ale w tym czasie pewnie zorganizują jakąś mszę. 

    – To bardzo prawdopodobne. – Pokiwała głową. – Gdybyśmy przesłuchali któregoś z tych przebierańców, może dowiedzielibyśmy się, gdzie to będzie. Z drugiej strony, mogłoby to spłoszyć pozostałych. – Skinęła w stronę posiadłości. – To delikatna sprawa. 

    – Ten stąd jest dosyć aktywny. Może jest kapłanem? Pomyśl, takie miejsce jest chyba odpowiednie, by zorganizować spotkanie wiernych. 

    – Gdyby tak było, mielibyśmy dużo szczęścia – stwierdziła. 

    – Tak czy inaczej, nie ma sensu, abyśmy stali tu razem – powiedział. – Ja zostanę, a ty wróć do zajazdu i odpocznij. 

    – Tylko nie wchodź sam do środka – poprosiła. 

    – Obiecuję. – Uśmiechnął się do niej. 

    – O której cię zmienić? 

    – Rano. Wyśpij się. 


Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany