Opowiadanie użytkownika Fanriel

Strażnicy cienia I - część 5

local_library11 comment4 thumb_up5
Strażnicy cienia I - część 5
17-06-2018 11:58

    W zajeździe jak zwykle panował spory gwar. Magowie znów zajmowali prawie wszystkie miejsca. Veronika omiotła salę wzrokiem i skierowała się do góry. Zapukała do Gerta, by sprawdzić, czy już wrócił z przyjęcia. Nie było go, więc zostawiła płaszcz w swoim pokoju i zeszła na dół, by zamówić kolację.  

    Czekała przy barze, gdy podszedł do niej czarodziej z Kolegium Żywiołów, którego już znała z widzenia. 

    – Dobry wieczór – przywitał się, przyglądając się jej z nieskrywaną fascynacją. 

    – Dobry wieczór – odpowiedziała z uśmiechem. 

    – Słyszałem, że miałaś dziś nieprzyjemną wizytę. 

    – Nie było tak źle. – Wiedziała, że miał na myśli łowców czarownic. 

    – Gdybyś miała z nimi jakieś kłopoty, zawsze możesz zwrócić się o pomoc do Kolegium. 

    – Raczej nie. Jestem w czasie próby. 

    Czarodziej pokiwał głową ze zrozumieniem. 

    – Więc możesz nam o tym powiedzieć. W razie czego coś zaradzimy – zaproponował. – Łowcy często przesadzają, szczególnie w przypadku młodych magów. 

    – Dziękuję, zapamiętam. Na razie wszystko jest w porządku – zapewniła go Veronika, po czym zabrała swoją kolację do pokoju. 

 

    Tego dnia miała już dość wrażeń i chciała pobyć sama. Musiała przemyśleć kilka kwestii, także tych osobistych, dotyczących przyszłości. Zgodziła się wyjechać z Gertem na trzy miesiące, ale co dalej? Ciągle wracało do niej wspomnienie tego okropnego uczucia, gdy sądziła, że ich znajomość jest zakończona. Zastanawiała się, czy nie spróbować stworzyć z nim normalnego związku. To zdawało się być możliwe, gdyby oboje byli skłonni do pewnych wyrzeczeń. 

    Jej rozmyślania przerwał Gert. W wejściu wręczył jej bukiet kolorowych kwiatów i obdarował długim pocałunkiem. 

    – Jak poszło? – zapytała. 

    – Zgodnie z planem – odparł, siadając na łóżku. – A tobie? 

    – Kapłan poprosił mnie o ochronę. Chcę zająć się tą sprawą, więc będę musiała jakiś czas tu zostać. 

    – Jak długo? 

    – Trudno powiedzieć. Gdy znajdę zleceniodawcę tej akcji, przyjadę do ciebie na plantację. – Uznała, że to rozsądne rozwiązanie. 

    – Wykluczone – zaprotestował. – Nie zostawię cię tu samej z... To mogą być wrogowie Światła. 

    – To moja praca. Nie chcę, żebyś przeze mnie zmieniał plany. 

    – Nie zamierzam. Zaplanowałem zabrać cię do domu. Nie wspominałem o tym? 

    Uśmiechnęła się i nalała im wina. Gert pociągnął ją za rękę i posadził u siebie na kolanach. Odgarnął jej kosmyk włosów z twarzy i pocałował w skroń. W tym geście było tak wiele uczucia. 

    – Więc jakie mamy plany? – zapytał. 

    – Przede wszystkim, gdy tylko to będzie możliwe, muszę zniknąć z oczu temu łowcy. Chcę, żeby myślał, że wyjechałam z miasta. Dopiero wtedy będę mogła swobodnie działać. 

    – Jutro wynajmę jakieś mieszkanie. Czy może masz dla mnie inne zadania? 

    – Nie, ale mieszkanie to świetny pomysł. Od rana będę zajęta. Pójdę na dwie msze, które poprowadzi Tolzen. To ten kapłan, którego próbowali zabić – wyjaśniła Veronika. – Muszę się jeszcze rozejrzeć w północnej dzielnicy, bo wybiera się tam pojutrze. 

    – Po co? 

    – Nawraca tam ludzi. Myślę, że zamach może się tam powtórzyć. 

    – Wieczór też już zaplanowałaś? 

    – Jeszcze nie. – Uśmiechnęła się do Gerta. 

    – Więc pozwól, że przygotuję dla ciebie małą niespodziankę. 

    – Pozwalam – powiedziała z udawaną powagą i zaczęła go całować. 

 

    – Chcesz, żebym już poszedł? – Gert zapytał dobrze po północy, gdy leżeli razem w łóżku. 

    – Zostań, jeśli chcesz. 

    Ucieszył się, bo czuł, że coś się między nimi zmieniło. Nigdy wcześniej nie spędzili razem nocy. To wiele dla niego znaczyło. Objął ją, pocałował i mocno do siebie przytulił. Chyba po raz pierwszy czuł się naprawdę szczęśliwy. 

 

    Ranek był równie miły jak miniony wieczór. Gert przyniósł Veronice śniadanie do łóżka, a potem wspólnie wzięli kąpiel. 

    Przed dziewiątą czarodziejka pojechała do świątyni Valmora. Była jedną z pierwszych, więc miała czas, by się rozejrzeć i zająć najdogodniejsze miejsce do obserwacji zebranych ludzi i kapłana. 

    Na nabożeństwo przyszło wielu wiernych. Porządku strzegli uzbrojeni akolici. Duchowny okazał się być niezwykle charyzmatycznym mówcą. Ludzie pod jego wpływem opuszczali świątynię natchnieni. Dla wyznawców mrocznych bogów to mógł być powód, by się go pozbyć. 

 

    Po ceremonii, na której nie wydarzyło się nic nieprzewidzianego, Veronika udała się na główny rynek. Tam kupiła znoszone ubranie i skierowała się w stronę zrujnowanej części miasta. Po drodze przebrała się w ustronnym miejscu i przybrudziła sobie twarz, by na miejscu nie rzucać się w oczy. 

    Gdy dotarła do celu, zdziwiła się, jak wiele osób tam przebywało. Na pierwszy rzut oka było to naprawdę nieciekawe towarzystwo. Pomimo wczesnej pory większość napotkanych przez nią mężczyzn zdążyło już przesadzić z ilością wypitego alkoholu. Ich domy były zrujnowane, a niektóre już się zawaliły. 

    Rynek, na którym zwykle przemawiał kapłan Fabian, był niewielkim placem, pomiędzy kilkoma zaniedbanymi kamienicami. Przy kilku prowizorycznych straganach zaniedbane kobiety sprzedawały warzywa, owoce i starocie, które pewnie zostały znalezione na śmietnisku. Dla niepoznaki Veronika kupiła u nich dwa jabłka i spacerując, rozglądała się dyskretnie po okolicy, szukając ewentualnych kryjówek dla zamachowców. Szybko doszła do wniosku, że to miejsce daje im duże pole do popisu. Bramy prowadzące na puste podwórza, opuszczone mieszkania, dachy, zaułki. Strzelec nie miałby najmniejszych problemów, by się ukryć. Poważnie ją to zmartwiło. 

 

    W drodze powrotnej Veronika znów się przebrała i obmyła twarz w miejskiej studni. Przed kolejną mszą dotarła do świątyni Valmora, której strzegli czujni akolici. Nawet niepoinformowany domyśliłby się, że działo się tam coś niepokojącego. 

    Wkrótce zaczęli przybywać wierni. Wyglądało na to, że ta godzina przeznaczona była dla zamożniejszych ludzi. Czarodziejka uważnie przyglądała się każdemu wchodzącemu. Wśród nich dostrzegła Arthura Ecksteina. Zatrzymał się w drzwiach, częściowo zagradzając innym drogę. Omiótł wzrokiem zebranych i pewnym krokiem ruszył w jej stronę. 

    – Co tu robisz? – zapytał ostro, stając blisko niej. 

    Uniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy. Znacznie przewyższał ją wzrostem, choć nie należała do niskich. Musiała przyznać, że był bardzo męski. 

    – Dzień dobry, panie Eckstein. Przyszłam na mszę – odpowiedziała mu z uśmiechem. 

    Lekko zmrużył swoje ciemne oczy. 

    – Po co? – drążył. 

    – A po co się przychodzi do świątyni? 

    – Czarodzieje Iluzji mogą mieć wiele powodów. 

    – Doprawdy? Ja chciałam się tylko pomodlić do opiekuna naszego królestwa. 

    Przysunął się do niej jeszcze bliżej i nieco się pochylił, co było już niestosowne. 

    – A twój sprzedawca kwiatów jest niewierzący? 

    – Skąd ten pomysł? – zapytała z zaskakującą swobodą. 

    – Nie ma go tu z tobą. Na jego miejscu, gdybym miał taką kobietę, bardziej bym jej pilnował. 

    – Musiałaby być nieszczęśliwa, gdyby nie mogła pójść sama nawet do świątyni – odpowiedziała mu z uśmiechem. 

    Łowca czarownic wyprostował się i rozejrzał, bo rozpoczęło się nabożeństwo.  

 

    Na szczęście znów nic się nie wydarzyło. Veronika i Arthur czekali, aż zebrani opuszczą budynek. Oboje zachowywali czujność i pełną gotowość do działania. 

    – Do widzenia – powiedziała do Ecksteina czarodziejka, gdy ruszyła do wyjścia. 

    – Możesz już wyjechać, tylko przedtem masz się u mnie zameldować. 

    – Po co? – zaskoczyło ją to. 

    – Powiedzmy, że chcę się pożegnać. Nie mieszaj się w tę sprawę. Nadal mam cię na oku. – Jego słowa nieco ją zdenerwowały, ale nie miały wpływu na dalsze plany. Po prostu musiała być bardzo ostrożna. 

 

    Kiedy Veronika wróciła do zajazdu, Gert siedział na dole przy kieliszku wina. Ruszył w jej stronę, gdy tylko ją zobaczył. 

    – Jak minął dzień? – zapytał, prowadząc ją do stołu. 

    Zauważyła, że magowie, którzy przyszli coś zjeść, uważnie ich obserwowali. 

    – Zrobiłam wszystko, co zaplanowałam. Spotkałam tego łowcę czarownic. Pozwolił mi wyjechać. 

    – To świetnie – stwierdził, gdy usiedli. – Jesteś głodna? 

    – Bardzo – przyznała, więc Gert zawołał służącą i zamówił dla nich obiad. Przy okazji poprosił też o drugi kieliszek.

    – Skończyłaś na dzisiaj? 

    – W zasadzie tak. Chciałabym jeszcze wieczorem rozejrzeć się w pobliżu świątyni. 

    – Ale nie zapomniałaś, że mamy wspólne plany? – upewnił się. 

    – Oczywiście, że nie. A co będziemy robić? 

    Gert uśmiechnął się tajemniczo. 

    – To będzie niespodzianka i potrzebuję jeszcze trochę czasu, by dopiąć szczegóły. 

    – Brzmi intrygująco… Wykąpię się, trochę odpocznę i będę czekała u siebie – powiedziała. – Będziemy gdzieś wychodzić? 

    – To niespodzianka – powtórzył, ciesząc się. 

    – Chciałam tylko wiedzieć, co założyć – wyjaśniła. 

    – Załóż sukienkę ode mnie. Przepięknie w niej wyglądasz. 


Komentarze

Z każdym rozdziałem jest coraz ciekawiej. Jak dla mnie bomba.

Dziękuję! Teraz pozostaje mi mieć nadzieję, że Twoja opinia się nie zmieni, gdy poznasz ciąg dalszy. :)

bardzo lubię postać Gerta :)

Cieszy mnie to bardzo. :)

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany