Opowiadanie użytkownika Fanriel

Strażnicy cienia I - część 6

local_library8 comment0 thumb_up4
Strażnicy cienia I - część 6
18-06-2018 13:06

    Po obiedzie Veronika wzięła kąpiel i pozwoliła sobie na krótką drzemkę. Gdy wstała, ubrała się zgodnie z sugestią Gerta, spięła włosy w kok i zrobiła delikatny makijaż. Musiała przyznać, że efekt był oszałamiający. 

    Niedługo po tym przyszedł po nią Gert. Również wyglądał odświętnie. W drzwiach wręczył jej duży bukiet kwiatów i zaprosił na kolację do swojego pokoju. Tam okno było zasłonięte, a światło dawały rozpalone świece. Stół, przykryty eleganckim obrusem, był bogato zastawiony. Na szafce nieopodal stały trzy różne butelki drogiego wina. 

    Podsunął jej krzesło i sam zajął miejsce naprzeciwko. 

    – Jak ci się podoba? – zapytał wyraźnie zadowolony. 

    – Brakuje mi słów – przyznała. – Bardzo romantycznie. Nie spodziewałam się tego. 

    – Ale podoba ci się? 

    – Tak, bardzo. 

 

    W czasie kolacji Gert zdradził jedynie to, że potem pojadą gdzieś karocą. Veronika miała poznać szczegóły w swoim czasie. Był bardzo tajemniczy i podekscytowany. Nie potrafiła odgadnąć, co zaplanował na resztę wieczoru. 

 

    Przed zajazdem czekał na nich piękny, rzeźbiony powóz, zaprzężony w cztery dorodne rumaki. Veronika tak jeszcze nie podróżowała i była naprawdę zachwycona. 

    Na jej życzenie przejechali obok świątyni Valmora, chronionej w tym czasie przez co najmniej sześciu strażników miejskich, którzy rozstawili się na pobliskim placu. 

 

    – Dokąd teraz? – zapytała Gerta, który stał się dziwnie milczący i poważny.   

    – Zaraz zobaczysz. – Wyglądało na to, że musiała uzbroić się w cierpliwość. 

    Zauważyła jego zdenerwowanie. Intensywnie o czymś myślał. Obserwowała go, a on zdawał się nawet tego nie dostrzegać. 

 

    Zatrzymali się w parku, który sprawiał wrażenie dawno zapomnianego. Gdy woźnica otworzył im drzwi, Gert wysiadł pierwszy i podał rękę swojej towarzyszce.  

    Rozejrzała się dokoła i nie rozumiała wyboru tego miejsca. Nie pasowało do tego wieczoru. 

    – Nie zrażaj się – poprosił, podając jej ramię. – Dalej musimy pójść pieszo. 

    Ruszyła z nim bez słowa. Z każdą chwilą była coraz bardziej zaintrygowana. Prowadził ją wąską ścieżką, wydeptaną pomiędzy przerośniętymi krzewami. Z każdym krokiem coraz wyraźniej dochodził ich szum wody. Wreszcie przed nimi pojawił się nieduży, drewniany, porośnięty mchem mostek. Stanowił on przejście nad bystrym strumieniem. W czasach swojej świetności to miejsce musiało być piękne. 

    Gert zatrzymał się tam i wskazał Veronice właśnie zachodzące słońce. Niebo przybrało niemal magiczne barwy. Wyglądało jakby najzdolniejszy malarz poświęcił mu wiele lat swojej ciężkiej pracy. 

    – Cudowny widok – przyznała szczerze. – Jak udało ci się znaleźć to miejsce? 

    Nie otrzymała odpowiedzi, a gdy spojrzała na Gerta, rozkładał na deskach swoją chusteczkę. Wprawiło ją to w zdumienie, ale nie zdążyła zapytać, po co to robi, bo uklęknął przed nią i wziął ją za rękę. Wtedy zrozumiała, co się dzieje. 

    – Veroniko… – zaczął z pełną powagą. – Zakochałem się w tobie, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy. Każdy dzień, każda chwila z tobą jest dla mnie najwspanialszym darem losu. Nie potrafię i nie chcę już bez ciebie żyć… Zgodziłaś się być ze mną przez trzy miesiące, ale to dla mnie za mało. Chcę się z tobą zestarzeć… Wiem, że twoja praca wymaga poświęceń i nie chcesz dodatkowych zobowiązań, ale ja nie będę ci przeszkadzał. Jeśli tylko zechcesz, pomogę ci w twojej walce. Jeśli nie, będę z utęsknieniem czekał, aż wrócisz do naszego domu i moje życie dzięki tobie znów nabierze sensu. Proszę, zostań moją żoną i uczyń mnie najszczęśliwszym mężczyzną na świecie… Zastanów się, nie odmawiaj od razu. Masz tyle czasu, ile potrzebujesz… Kocham cię. – Ostrożnie wsunął jej na palec złoty pierścionek z dużym brylantem. 

    Veronika stała bez ruchu i patrzyła na niego w milczeniu. Nie wiedział, co to mogło oznaczać. Powoli wstał, nie puszczając jej dłoni, pełen obaw, że zaraz ją straci. 

    Dostrzegł, że jej oczy błyszczały bardziej niż zwykle. 

    – Zgadzam się – wyszeptała w końcu. 

    – Naprawdę? – Nie mógł w to uwierzyć.  

    – Tak, zostanę twoją żoną. – Dopiero, gdy powiedziała to głośno, dotarło do niej, jak bardzo tego pragnęła i kim naprawdę stał się dla niej Gert. Przy nim odkryła uczucia, które wcześniej były jej zupełnie obce. 

    Szczęśliwy, jak nigdy dotąd, objął ją mocno i zaczął całować. Miał ochotę wykrzyczeć, że jest jego narzeczoną. Cały świat powinien o tym wiedzieć. 

 

    – Nie sądziłem, że się zgodzisz – zdradził, gdy objęci wracali do karocy. 

    – Więc dlaczego pytałeś? 

    – Musiałem spróbować. – Uśmiech nie znikał z jego twarzy. – Jak widać, dobrze zrobiłem… Jestem bardzo szczęśliwy. Dziękuję. 

    – Wiesz, że to nie będzie proste? – upewniła się. 

    – Kochanie, nie ma takich przeszkód, których bym nie pokonał, by z tobą być. – Znów ją pocałował, potem wziął na ręce i zaniósł do powozu. 

 

    Wrócili do zajazdu dość późno, więc i gości było już niewielu. Wśród nich był zakapturzony mężczyzna w szatach Kolegium Iluzji. Było to o tyle dziwne, że Strażnicy Cienia, bo tak nazywano tych magów, rzadko ujawniali swoją przynależność. Poza nim uwagę Veroniki przykuł młody, krótko ostrzyżony chłopak, siedzący samotnie na uboczu. Podniósł na nią wzrok i chwilę jej się przyglądał, po czym wrócił do jedzenia. 

    Czarodziejkę zaniepokoiła ich obecność. Nie bała się, ale czuła dziwne napięcie. 

 

    – Kiedy opuszczamy zajazd? – zapytał Gert, gdy już znaleźli się w jej izbie. 

    – Jutro mam coś do załatwienia, ale muszę zejść z oczu temu łowcy. Może pojutrze? – zaproponowała. 

    – Mieszkanie czeka i w każdej chwili możemy się tam przeprowadzić. 

 

    Przed snem Veronika postanowiła się wykąpać. Gdy wracała z łaźni do swojego pokoju, z dołu dochodził ją odgłos przesuwania stołów. Wyglądało na to, że ostatni goście skończyli biesiadowanie, a służba zabrała się za porządki. 

    Prawie się zatrzymała, gdy usłyszała na schodach kroki. Po chwili na piętro wszedł młody mężczyzna, na którego wcześniej zwróciła uwagę. Był szczupły, o bystrym, nieco dzikim wzroku. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat.  

    Uśmiechnął się, gdy ich spojrzenia się spotkały. Szybko oceniła, że broń mógł ukrywać jedynie w bucie, i odwzajemniła uśmiech. Odniosła wrażenie, że chciał coś powiedzieć, ale tylko włożył klucz w zamek i otworzył drzwi. Zerknął jeszcze w stronę kobiety i wszedł do swojej izby. 

    – Dobranoc – powiedziała Veronika, zanim zdążył za sobą zamknąć. Chciała się dowiedzieć, kim był.  

    Chłopak natychmiast się cofnął. 

    – Dobranoc. Mam na imię Anshelm – przedstawił się. 

    – Zapamiętam. 

    – Nie zdradzisz mi swojego? – zapytał nieco zaskoczony. 

    – Veronika. 

    – Jesteś magiem? Słyszałem, że to zajazd dla magów, którzy nie chcą mieszkać w Kolegium. 

    – A dlaczego ty się tu zatrzymałeś? – Uniknęła odpowiedzi. 

    – Jestem czarodziejem w trakcie próby. Od miesiąca. Nie wolno mi się zbliżać do Kolegium – wyjaśnił ochoczo. – Zagaduję cię, a ty pewnie chcesz się położyć spać. 

    – Owszem, jest już późno. 

    – Może jutro przy śniadaniu moglibyśmy jeszcze porozmawiać? – zapytał. 

    – Może wieczorem… 

    – Świetnie. – Ucieszył się. – Jutro chciałem się rozejrzeć po mieście. Na kolację na pewno wrócę. 

    Veronika ponownie życzyła mu dobrej nocy, po czym weszła do swojego pokoju. 

 

    – Spuściłem cię z oczu zaledwie na chwilę, a ty już podrywasz jakichś młokosów – powiedział z uśmiechem Gert, który czekał na nią w łóżku. 

    – Po pierwsze, chyba jest starszy ode mnie, a po drugie, wcale go nie podrywałam – odparła, zerkając przez okno. 

    – Pierwsza się do niego odezwałaś… Nie podsłuchiwałem. W zajeździe po prostu jest cicho – zaczął się tłumaczyć. – Czym sobie na to zasłużył? Oczywiście żartuję, więc zastanów się, co powiedzieć. 

    – Powiem to, co zamierzałam. Chciałam się dowiedzieć, kim jest. 

    – I kim jest? – zapytał. 

    – Nie wiem. 

    – W takim układzie trzeba go przycisnąć – stwierdził, wzruszając ramionami. 

    – Aż tak ciekawa nie jestem. 

 

    Na prośbę Veroniki, właściciel zajazdu zapukał rano do drzwi, by ich obudzić. Przez Gerta zarywała noce, a tego dnia nie mogła sobie pozwolić na spanie do oporu. 

    Usiadła na łóżku i przeciągnęła się. O dziwo czuła się wypoczęta. 

    – Czy ty się gdzieś wybierasz? – wymamrotał Gert z na wpół otwartymi oczami. 

    – Tak, idę… 

    – Kiedy wrócisz? – Nie dał jej dokończyć. 

    – Idę do świątyni na dziewiątą i nie wiem, kiedy wrócę. 

    – Na obiad? 

    – Chyba tak. 


Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany