Opowiadanie użytkownika faravandel

Uciekinierzy

local_library6 comment0 thumb_up0
DETROIT: SLAVES - część 3

Który to już raz, tato? Który to, kurwa, raz, że mnie zawodzisz… zostawiasz? Myślałem, że chociaż się pożegnasz… A zostawiłeś mnie, tak jak mama, jak wszyscy.

Przez kolejne trzy dni Michael powtarzał tę myśl równo co pół godziny, jakby to miało przywrócić życie jego ojcu. Tak bardzo był na niego wściekły, że stracił chęć na organizowanie pogrzebu, jednak zamiast niego zrobiła to jego asystentka. Jakby po prostu dopadł go niewyobrażalny dół, do którego miał całkowite prawo. To był jego ojciec, co by nie było i jak bardzo przeklinałby go w myślach za wszystkie złe rzeczy przez niego wyrządzone. Jego wspomnienia wypaczała złość, tęsknota za matką i pracoholizm. Michael jako nastolatek próbował mu zaimponować osiągnięciami sportowymi, nawet chciał mu przedstawić swoją pierwszą dziewczynę, lecz wszystkie próby zwrócenia na siebie uwagi kompletnie go nie interesowały. Na domiar złego kiedy zobaczył jego martwe ciało w jego apartamencie, nie mógł zrozumieć jak do tego doszło. Co przeoczył? Z Gavinem Reedem, wprawdzie nie lubili się; nie darzyli siebie nawzajem uczuć, bowiem Reed miał inne poglądy na życie w tym lubił konkretną zabawę. Michaela Crawforda interesowała rzetelna praca, którą się podejmował, ponieważ w nim tkwił ten ból z popsutego dzieciństwa. Pieniądze i prezenty nie mogły tego naprawić. Wszakże tego dnia naprawdę było przykro im obu. Michael tego nie okazał, ale czuł piekące uczucie w oczach zwiastujące chłopięcy płacz. Z trudem to okiełznał. Krew była i ludzka, i androida. Małe kropelki na lakierowanych szafkach kuchennych, gdzie trzymano garnki. Oczywistym faktem było to, że tego czynu dokonała Inka. A tego nie mógł zrozumieć najbardziej. Przecież Inka zawsze była miła, uczynna i troskliwa wobec niego i jego ojca. Dbała o jego sprawy, sprzątała i towarzyszyła mu przy większości spotkaniach, a liczna grupa mężczyzn podziwiała jej urodę.

Młody detektyw zmierzwił gęste, brązowe włosy, zwilżył suche wargi spowodowane piciem wódki, którą wyjął zza lady baru u Jimmy’ego. Myślał o tym zdarzeniu cały dzień. Spędził pół wieczora w barze, a nawet nie pojawił się w biurze. Nie dbał o liczne telefony od Scotta Spencera, a także od przyjaciół rodziny, którzy chcieli raczej złożyć mu najszczersze kondolencje, ale nie interesowali się stanem Michaela. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego jakim tyranem był jego ojciec. I wolał by to pozostało tajemnicą.

W pewnej chwili do baru przychodzi Connor. I od razu rozpoznał młodą twarz. Podszedł stanowczo do baru i wysunął ku górze swoją rękę. Barman polał mu kolejny kieliszek.

─ Panie Crawford, przysłał mnie porucznik Anderson. Chce się koniecznie z panem spotkać.

─ W sprawie pogrzebu? Proszę zwrócić się do pani Thatcher.

─ Musi pan złożyć zeznania.

─ W sprawie Inki? Powiem tyle: to niemożliwe.

─ Muszę się jednak nie zgodzić, zarejestrowano Inkę uciekającą z mieszkania. Jest pan jedynym wiarygodnym źródłem informacji i musi stawić się pan na komisariacie.

Michael wstał, a w jego żyłach aż zawrzała krew. Z nerwów nawet się nie zachwiał, ale cóż poradzić ─ chłop ma mocną głowę do picia ─ po czym skierował lufę pod brodę Connora. Android stał w bezruchu i nie spuszczał wzroku, ani tym bardziej się nie wystraszył. Jedynie zarejestrował możliwość nagłej samoobrony w razie irracjonalnego ataku Crawforda na niego. Chwilę później jak stali tak w śmiertelnej ciszy, a barman kątem oka obserwował sytuację, Michael odsunął się i grzecznie schował broń. Znał procedury i konsekwencje strzelania bez rozkazu do androida.

─ Prowadź ─ powiedział cicho i zazgrzytał zębami.

Connor skinął posłusznie głową i obydwoje wyszli. Michael poprawił skórzany płaszcz na ramionach. Na zewnątrz padał zimny deszcz, który popsuł fryzurę chłopaka, ale wsiadł do swojego samochodu prowadzącego przez androida. Oparł skroń o zaparowaną szybę i patrzył na przechodniów z lekkim politowaniem. Siedział w milczeniu, a w radiu jedynie słyszeli wiadomości o sporze między Stanami Zjednoczonymi a Rosją. Potem wiadomości sportowe i pogoda, czyli po prostu nic nadzwyczajnego. Connor co jakiś czas zwracał uwagę na młodego detektywa i krzywił usta.

─ Wyrazy współczucia w sprawie pana ojca, detektywie ─ zaczął Connor, ale zauważył, że Michael go zignorował. ─ Słyszałem, że nie żyliście w zgodzie i rzadko się kontaktowaliście… ale wierzę, że nie jest panu obojętna śmierć pańskiego ojca.

─ Connor, tak? ─ uniósł głowę szatyn.

Android kiwnął głową.

─ Możesz skupić się na drodze i zamknąć japę? Próbuję wytrzeźwieć ─ rzucił nonszalancko.

Wówczas Connor zamilkł i choć poczuł lekkie zakłopotanie, to po prostu uszanował prośbę Michaela i resztę drogę spędzili w błogiej ciszy, ignorując irytujące radio. Na miejscu zaś czekał na nich Gavin Reed rozmawiający przez telefon. Minę miał ponurą, z czapką na głowie i z parasolem w drugiej dłoni. Na widok Connora wywrócił oczami, a potem rzucił słuchawką. Michael zaczerpnął świeżego powietrza przed podaniem dłoni koledze z pracy. Kiwnął ku niemu głową i poszli w stronę budynku.

─ Gówniana sprawa ─ skomentował Reed. ─ Andersonowi przypadło przesłuchanie. I to na prośbę federalnych.

─ A po jakie licho nam federalnych tutaj? ─ warknął zirytowany.

─ Sprawa twojego ojca przelała czarę goryczy. A przynajmniej zaczyna się robić nieciekawie, bo coraz więcej spraw z tymi puszkami złomu. Spędza nam to sen z powiek, a oni tylko czekają, aż sprawa będzie na skalę całego kraju.

─ A co mam im powiedzieć? Jakiego rozmiaru majtki nosi ta androidka?

─ Nie zdziwiłbym się jakby twój ojciec ją posuwał ─ zagruchał złośliwie Reed. ─ Taka ładna buzia od Kamskiego, że aż szkoda nie skorzystać.

Michael na tę myśl czuł, jakby miał zwymiotować Gavinowi na buty. Ledwo to powstrzymał, a potem wszedł do gabinetu komendanta, w którym siedział Jeffrey Fowler, Hank Anderson i agent Perkins.

─ Detektywie Crawford ─ podał mu dłoń Perkins. ─ Richard Perkins, agent FBI. Najszczersze kondolencje z powodu ojca.

─ Jasne, bo wszyscy ubolewamy z jego powodu ─ wywrócił oczami. ─ Co chcecie wiedzieć o Ince?

─ Hank ma ci zadać parę pytań, ale żebyś się nie czuł samotny, zamierzamy ci przy tym towarzyszyć ─ zwrócił uwagę Jeffrey.

─ Słuchaj młody ─ zaczął porucznik Anderson ─ pytanie na początek: długo Inka u was służyła?

─ Ależ oczywiście. Miałem dziesięć lat jak ją przyjęliśmy. I uprzedzam kolejne pytanie: nigdy nie sprawiała żadnych kłopotów.

─ Czyli mamy rozumieć, że to co się stało to był wypadek? ─ wtrącił Perkins, pijąc leniwie kawę. ─ Jest to o tyle poważne, drodzy koledzy, że nie ma mowy o pomyłce. Tu chodzi o cholernego androida, który zabił inwestora CyberLife.

─ To może spytajcie Kamskiego? ─ zasugerował zirytowany Michael. ─ Sam ją zaprojektował. Specjalnie dla ojca. Ale Inka… zawsze wydawała się inna. Bardziej bezinteresowna.

─ To znaczy? ─ dopytał Hank. ─ Była dla mnie jak starsza siostra, patrzyła na mnie pod takim kątem w jaki kiedyś patrzyła matka. Opiekowała się mną, piekła mi moje ulubione ciastka po każdym szkolnym sukcesie, nikt ją o to nigdy nie prosił. Troszczyła się o mojego ojca, aby się przypadkiem nie spocił.

─ To co w takim układzie mogło jej odpierdolić?

Przez chwilę między mężczyznami panowała chwila ciszy i bezgłośnie wymieniali się teoriami na podstawie tego co się wydarzyło. I dlaczego. Przecież skoro dobra Inka zabiła ojca musiało stać się coś, czego sam Michael by nie wiedział.

─ Przepraszam, że się wtrącę ─ rzucił Connor ─ ale defekty mają problemy związane z nagłą potrzebą pomocy w obronie własnej. Tak jak Binlow. Poruczniku, przecież defekt chciał go uratować. A potem Binlow pod wpływem go bezpodstawnie zaatakował.

─ Chcesz powiedzieć, że pan Crawford znęcał się nad nią? ─ Hank jakby czytał mu z ruchu ust. Zaś zaskoczyło to bowiem wszystkich, oprócz syna zmarłego.

Michael uniósł brew. Wiedział, że coś się musiało zadziać.

─ To dość prawdopodobne ─ odchrząknął Michael.

Inka ledwo poradziła sobie z wyważeniem drzwi opuszczonego domu na przedmieściach Detroit. Jęknęła. Parę razy przejechała wzrokiem po pomieszczeniu, który był kompletnie pusty i nie zanosiło się na ryzykowaniem życia. Zgaszony kominek, z którego bił gęsty popiół wskazywało na to, że to wcale nie jest pusty dom. Komórka pod schodami była uchylona, a z niej wydobywały się porozdzierane, stare zasłony. Podeszła ostrożnie, sprawdziwszy środek komórki, w której znajdowała się tylko miotła. Ani żywej duszy. Schody były w bardzo złym stanie, ryzykowne byłoby wchodzić na piętro skąd nie dochodziło żadnych podejrzanych dźwięków.

Kuchnia pozbawiona lodówki i kuchenki; posiadała jedynie zardzewiały metalowy stół z pustymi workami po ziemniakach. Na wywróconej popękanej pralce tuż przy pękniętym lustrze leżały tępe noże. Szpice były w opłakanym stanie, jednak Inka przyuważyła, że na ścianach wyryty był napis rA9, który został napisany pięćset osiemnaście razy. Poczuła gdzieś głęboko w sobie nagłą potrzebę odkrycia czegoś, czego z początku nie rozumiała. Jednak w głowie, gdzieś w popsutym programie wiedziała kogo potrzebuje. Potrzebowała Michaela. Wierzyła, że byłby w stanie jej pomóc, ale również zdawała sobie sprawę, że śmierć jego ojca doszła w ręce policji, a sama była poszukiwana. Łzy spłynęły po jej policzkach. Jestem taka bezsilna, powtarzała sobie w myślach. Przymknęła oczy na chwilę, bo myśl o Michaelu i jego uroczym uśmiechu sprawiała, że mniej się bała. Jego osoba dawała jej siłę do walki o swoje życie i bardzo pragnęła wyznać mu całą prawdę. Wtem przypomniała sobie wszystkie przykrości, które wyrządzał pan Crawford. I ta myśl potęgowała jej żądzę walki o wolność. Jednak co się stanie jeśli policja mnie złapie?

To pytanie kończyło całą dyskusję w jej głowie.

Odwróciła się i odskoczyła z miejsca. W progu pojawił się android w potarganych ubraniach i płaszczu pracownika złomowiska. Miał nieco ciemną karnację, jedną zieloną tęczówkę, a drugą niebieską. Wyglądał na równie zagubionego co ona. Jednak stali tak w milczeniu, póki Inka się nie poprawiła.

─ Ty tu mieszkasz? ─ stanęła prosto.

─ Pierwszy zająłem ten dom ─ głos androida miał przyjemny wydźwięk, co więcej był spokojny. ─ Jesteś defektem?

─ Tak.

─ Co się stało?

─ Uciekłam ─ szepnęła. ─ Musiałam…

─ Jak masz na imię?

─ Inka ─ odpowiedziała.

─ Jestem Markus. Jestem w drodze do Jerycha.

─ Jerycho? Co to?

Bez zbędnych odpowiedzi, Markus zbliżył się do Inki i zmierzył ją uważnie wzrokiem. Miała mokrą skórę, smutne, zmęczone oczy i nietęgą minę. Jednak stała prosto, ani drgała. Markus wyciągnął dłoń, usunął z części nadgarstka imitację skóry, po czym połączył się z nią w taki sposób, aby odczytać mapę i wskazówki dotarcia do Jerycha. Ciepłe drgania między jej palcami sprawiło, że jakoś nie chciała się odłączać. Wkrótce jednak Markus odsunął się i popatrzył na nią raz jeszcze. Inka przeanalizowała tę informację. I w jej programie pojawił się rA9.

─ Azyl dla defektów? ─ rzuciła chwilę później.

─ Na to wygląda. Jeśli chcesz możemy tam pójść razem.

─ Mam inne plany ─ westchnęła ─ jest ktoś kto może mi pomóc.

─ Nie licz na ludzi, wydadzą cię. Prędzej czy później. Pójdziesz na złom albo cię wyłączą ─ odpowiedział beznamiętnie Markus.

─ Muszę zaryzykować. To moja jedyna nadzieja.

─ Masz czas do jutra ─ rozłożył ręce, robiąc kroki w tył ─ za ten czas, rozgość się. Rozpalę ogień w kominku i rozłożę parę koców.

─ A ty gdzie będziesz spał?

─ W kącie, pod oknem. Muszę wiedzieć, czy ktoś się tu nie włamie, jak zrobiłaś to ty.

─ Przepraszam ─ wywróciła oczami z zażenowania.

─ W porządku. Rozumiem, że nie masz przy sobie broni.

─ O Boże, nie ─ pokręciła głową.

Na samą myśl o broni, przypominała jej się śmierć pana Crawforda. Z każdą chwilą niepokój rósł na wskroś z nadzieją, że Michael jej kiedykolwiek wybaczy. Tak bardzo nie chciała go stracić, lecz była tylko marnym androidem, którego nigdy nie pokocha. To wiedziała na pewno. Jednak nie mogłaby przeżyć wieści, że go straci na zawsze. Dlatego nie mogła uciec do Jerycha. Nawet jeśli ryzykowała złapaniem w ręce policji.

Markus rozpalił ogień w kominku, rozłożył dwa koce, a sam przysunął sobie dziurawy materac pod okno, przez które co jakiś czas wyglądał. Rozglądał się po okolicy, po czym chował czubek głowy, oparłszy ją o zimną ścianą, z której sypał się tynk. Na włosach Inki pojawił się popiół, lecz jej to w ogóle nie przeszkadzało. Twarz miała zimną i wilgotną. Zasypiała z myślą o Michaelu, dzięki któremu mogła chociażby przez chwilę przestać się trząść ze strachu. Jak również zastanawiała się czy przesunąć spotkanie i faktycznie wybrać się z Markusem do tajemniczego Jerycha ─ azylu dla androidów. Być może spotkaliby tam rA9, który również był zagadką nie tylko dla niej, ale również dla Markusa poszukującego odpowiedzi kim on właściwie jest i kim chciałby się stać. Obydwoje nie rozmawiali ze sobą tej nocy, bowiem sobie nie ufali, a mieli tyle wspólnego ze sobą…

Nazajutrz Inka wstała dość wcześnie, lecz Markusa już nie było. Przypuszczała, że po prostu ją opuścił i wyruszył w drogę do Jerycha. Wstała, otarłszy oczy, a przygaszony kominek bardziej ją usypiał. Dziwiła się, ponieważ wcześniej nie czuła takiego zmęczenia do tej pory. Westchnęła ciężko i wstała, składając koce na materacu, na którym spał Markus. Wzięła stolik nocny, połamany bez szuflady, po czym kopnąwszy go kilka razy połamała na parę znośnych kawałków. Wzięła dwie części i wrzuciła do kominka. Obok leżał pogrzebacz, którym szturchnęła palenisko. Wzięła dwie strony starej gazety Detroit i wrzuciła. Żar, który jeszcze płonął spod świeżego, suchego drewna buchnął ogniem, a dziewczyna poczuła ogarniające ciepło. Wielkimi krokami zbliżała się zima, więc czuła ogarniające zimno na ciele.

Otrzepała się z popiołu i wyszła przed pusty dom. W okolicy nikogo nie było ani żywej duszy. Wyszła za dom, widząc porozrzucane worki na śmieci ze starymi ubraniami. Jednak były same męskie, na dodatek leżały obok ubrania Markusa. Teraz miała stuprocentową pewność, że chłopak opuścił ją bez słowa. Nie miała mu tego za złe, przecież się nie znali. Znów że musiała radzić sobie sama. Z każdą minutą pojawiały się kolejne pytania, na które Inka nie znała odpowiedzi. Miała wrażenie, że walczyła sama ze sobą, a bycie defektem i istotą posiadającą wolną wolę było trudne. Cel, który sobie obrała był oczywisty, aczkolwiek wątpliwy, co tylko pogłębiało jej smutek.

─ Czego szukasz? ─ Ni stąd ni zowąd zjawił się Markus z ubraniami dla Inki. ─ Przepraszam, że ci nie powiedziałem, ale byłem poszukać dla ciebie nowych ubrań.

Inka wstała raptem.

─ Dziękuję. Rozpaliłam w domu kominek.

─ Świetnie, chodźmy.

Poszli razem z powrotem do domu, gdzie czekał na nich ciepły kąt. Usiedli przy nim, a Inka poczuła pewną swobodę przy Markusie.

─ Co się z tobą działo nim uciekłeś?

Markus zmarkotniał na to pytanie. W gruncie rzeczy nie był gotowy odpowiedzieć na to pytanie, które nurtowało Inkę.

─ Zabiłem syna Carla Manfreda. Był ćpunem i mnie sprowokował, a Carl kazał mi uciekać nim przyjechała policja. Nie zdążyłem uciec i zostałem postrzelony.

─ Carl Manfred? Ten słynny malarz? ─ uniosła brwi Inka.

Markus kiwnął twierdząco głową.

─ A ty? Kim jesteś? Nie poznaję twojego modelu.

─ Jestem prezentem od Elijah Kamskiego dla rodziny Crawfordów ─ wyjaśniła ─ jestem jedynym egzemplarzem tego modelu.

─ Co zrobiłaś?

─ Byłam bita i… gwałcona. Ostatniej nocy, miałam tego dość. Nie chciałam już dłużej tak żyć ─ kręciła głową. ─ Postanowiłam uciec, ale ucierpiał na tym pan Crawford.

Inka nie musiała dodawać dwóch słów więcej. Markus wiedział. Uśmiechnął się do niej.

─ Jesteś odważna. I jedziemy od tej chwili na tym samym wózku ─ stwierdził ─ tym bardziej powinnaś udać się ze mną do Jerycha. Tak będzie najbezpieczniej.

─ Może i masz rację. Ale jest ktoś z kim muszę pilnie porozmawiać.

─ Kto to taki?

─ Nazywa się Michael Crawford i jest synem mężczyzny, którego zabiłam. I jest moją największą miłością.

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany