Opowiadanie użytkownika Leah Wilkosz

Wtorek 4 sierpnia

local_library1 comment0 thumb_up0
Internat - część 4

Obudziłam się z przeświadczeniem, że chciałabym kogoś zamordować.

O tak, krwawe polowanie na zwyczajnego, niczego niespodziewającego się człowieka (na przykład Kristinę, dyrektorkę lub kobitkę od wf-u) byłoby właśnie tym, co poprawiłoby mi humor i tym samym wyciągnęło z czarnego dołka rozpaczy, w który zaczęłam się z każdą godziną mocniej zapędzać. Jeszcze chwila, a nie będzie odwrotu i utknę w nim na zawsze...

Ale jak niby mam kogoś zamordować? Podejrzewam, że więzienie zbytnio się od tego miejsca nie różni. Może tylko towarzystwo ciekawsze i jedzenie smaczniejsze mają...

Mało jednak brakło, a pragnienie wcieliłabym w życie wraz z nastaniem dnia.

Zerwałam się z łóżka o godzinie piątej trzydzieści, gdy na cały pokój rozryczał się budzik Kristiny. Stanęłam na równe nogi, rozejrzałam się w panice, szukając ewentualnego zagrożenia – już gotowa byłam nawet przybrać smoczą skórę! – gdy dziewczyna krzyknęła:

– Ej, spokojnie, to tylko mój telefon!

– Że co? – W razie czego zerknęłam na wyświetlacz swojego smartfona, grzecznie leżącego na parapecie pozbawionego zasłon okna. – Śniadanie jest o siódmej czterdzieści! Dlaczego telefon ci dzwoni o takiej pogańskiej porze?!

– Przecież nie wstawałabym od razu, nie?

Teraz zasłużyła sobie na spojrzenie, jakim zwykle obdarza się osoby zarażające jakąś śmiertelną chorobą.

– E? – spytałam uczenie.

– Miałam ustawionych kilka budzików, żeby nie zasnąć z powrotem.

Dłuższą chwilę gapiłam się na nią z rozdziawionymi kretyńsko ustami. Czyli że co? Ja mam przez to rozumieć, że w planach miała ustawienie pierwszego budzika na piątą trzydzieści i od tej pory chciała męczyć się przysypianiem i wyłączaniem kolejnych alarmów? Jezu, przecież to chore. Nie lepiej obudzić się później, ale zwlec się od razu? Po co się tak torturować?

Pewnie uznałabym to za jakąś nową wyrafinowaną formę masochizmu i dała spokój, gdyby nie to, że przecież ja sama oberwę rykoszetem. Mój budzik miał odezwać się za ponad godzinę. Zgrzytając zębami ze złości, wzięłam się za szykowanie. I tak nie opłacało mi się już kłaść.

Jak można było łatwo przewidzieć, ani myślałam zakładać mundurka. To znaczy... przez chwilę brałam tę opcję pod uwagę, wyciągnęłam nawet foliowe opakowanie z ubraniem i przyglądałam mu się przez jakiś czas, ale gdy wyobraziłam sobie, jak śmiesznie bym w tym wdzianku wyglądała, zrezygnowałam i upchnęłam rzeczy na samym dnie szafy czym prędzej. Regulamin regulaminem, ale idiotki z siebie robić nie będę. Już pierwszego dnia zauważyłam, że marynarka z pewnością nie jest w moim rozmiarze. Wyglądałabym w niej jak zabiedzone dziecko z filmów wojennych.

Pomalowałam się jak zwykle, założyłam najmniej rzucające się w oczy ciuchy, jakie tylko ze sobą wzięłam (a znalezienie ich łatwe nie było, bo nigdy nie lubiłam ubierać się tak, by zlewać się z tłumem) i ruszyłam na śniadanie. Wczesne wstanie miało swoje plusy – dzięki temu udało mi się dorwać jeszcze świeżego croissanta i zrobić sobie trzy kubki mocnej kawy, zanim ktokolwiek przede mną dorwał się do ekspresu. Pech chciał, że nie mogłam szczególnie długo nacieszyć się życiem, bo gdzieś tak w trakcie jedzenia czwartej kanapki coś mnie podkusiło, by zerknąć na plan lekcji, który, poskładany w mało czytelną i nieco wygniecioną kosteczkę, miałam wsunięty do kieszeni.

Pierwsza była matematyka.

Poważnie, ja nie wiem, jak to działa, ale matematyka jest jedną z tych rzeczy, przy których zastanawiam się nad tym, czy może jednak nie jestem upośledzona. Z normalnych przedmiotów radzę sobie dobrze – nie uczę się w domu, ale ze swoją doskonałą smoczą pamięcią mogę bez żadnego problemu zdawać z klasy do klasy i nie bać się tego, że zostanę wywalona ze szkoły za bycie najgorszym uczniem. Nie lubię się uczyć i nie uczę się, ale wystarczy, że raz czegoś na lekcji posłucham, i już zostaje mi w głowie na długo. Nie odbija się to może na stopniach, bo są dość marne, ale... no cóż, za często w szkole się też nie pokazuję – niczym prawdziwa flegmatyczna analityczka ze zbyt wieloma zainteresowaniami, by marnować czas na to, co nigdy do niczego mi się nie przyda, na początku każdego roku szkolnego siadam sobie wygodnie i wyliczam, ile dni mogę opuścić, by jeszcze nie obawiać się tego, że nie zdam przez nieobecności. I tego trzymam się skrupulatnie przez cały rok, ignorując, że rodzice rwą sobie nad tym włosy z głowy i wpędzają się w rozpacz, nie wierząc, że jakkolwiek sobie poradzę. Na swoje nieszczęście radzę sobie zawsze, a oni i tak tego nie zauważają.

No, ale w tym wszystkim jest jeden smutny wyjątek. Matematyka. Chyba nie muszę dodawać nic więcej.

Nie umiem matematyki. I nie lubię. A matematyka najwyraźniej nie lubi także mnie, zwykle dodatkowo stawiając na mojej drodze swych najbardziej upierdliwych wyznawców.

To nie tak, że ja jestem pesymistką. Obawiam się jednak, że życie nauczyło mnie, iż inaczej się nie da. Wolę przeżyć miłe zaskoczenie, niż poważne rozczarowanie. Tak więc pozostańmy na etapie, na którym uważam, że matematyczka, którą za kilka minut zapoznam, będzie najgorszą raszplą, z jaką miałam kiedykolwiek do czynienia. Amen.

Zjadłam jeszcze trzy czekoladowe muffinki, których całą tacę doniesiono już pod koniec śniadania, i ruszyłam korytarzem za powoli rozchodzącym się do klas tłumem. Kilka spóźnialskich dziewczyn szło jeszcze do pokoi po przybory na lekcję, tylko ja jedna miałam przy sobie wszystko. Z czystego lenistwa, oczywiście. Bo wiedziałam, że jakbym tych rzeczy teraz przy sobie nie miała, to zamiast po nie iść, wolałabym przez całą lekcję udawać głupią.

Okazało się, że moja klasa już grzecznie zajmowała ławki. Choć pomieszczenia w tej szkole są ogromne, tak na meblach ewidentnie oszczędzali, tak że nawet tak małe klasy zajmowały wszystkie ławki, więc szczególnie dużego wyboru mi nie pozostawiły – udałam się do ostatniego stolika pod ścianą, udając, że bardzo mi z tego powodu przykro. Po drodze odpowiedziałam na kilka pozdrowień, zignorowałam zaciekawione spojrzenia, obrzucające mój strój, i usiadłam wreszcie.

Wstyd przyznać, ale o tą ławkę byłam skłonna się bić – nie ma w końcu lepszego miejsca, jeśli chciało się na lekcji pozostać niezauważonym. Przy moich gabarytach, z miejsca przy biurku musiałam być zupełnie niewidoczna. A w końcu o to właśnie mi chodziło... Obawiam się, że przez całe trzy lata w tej niewydarzonej szkole taktyka niezwracania na siebie uwagi nauczycieli okaże się moją jedyną.

O ile nie wylecę na tyle wcześnie, że nie zdąży mi to wejść w nawyk, czego również nie wykluczam.

Zadzwonił dzwonek, zamilkły ostatnie rozmowy, wszystkie kujonki wyprostowały się w ławkach. Po chwili do sali weszła nasza nowa matematyczka.

A ja... No cóż. Wspominałam coś o najgorszej raszpli, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia? Nie cofam tego.

Kobitka może i nie była tak porywająco atrakcyjna, jak nieszczęsna wuefistka, ale miała w sobie coś, co tworzyło wokół niej strefę prywatną w kształcie bańki. Niemal widziałam otaczającą ją przejrzystą sferę, której nikt z własnej woli nie chciałby przekroczyć. Sztywne czarne włosy, spięte długą spinką w niskiego koka alias „katechetka z powołania”, doskonale komponowały się z okularami w szerokiej oprawce i tak sztywnym damskim garniturem, że aż zaczęłam się zastanawiać, jak można się w nim poruszać.

Babka wyglądała mi na dumną dyrektorkę wielkiej korporacji. Miała w sobie dokładnie tyle samo wdzięku, jak i zapewne poczucia humoru.

Czekałam grzecznie. Bardzo grzecznie. Choć w klasie wciąż szumiały ostatnie rozmowy, dziewczyny ruszały się, wypakowując ostatnie rzeczy z toreb i kręciły się na krzesłach – z niepokoju lub podekscytowania, cholera je wie – ja trwałam idealnie nieruchomo w swoim smutnym kąciku i starałam się nie oddychać za głośno. Byleby tylko zlać się ze ścianą w jedno i jakoś dotrwać w ten sposób do końca zajęć, nie wysilając się zbytnio...

Obserwowałam, w każdym szczególe usiłując dopatrzyć się czegoś, co w najgorszym razie mogłoby posłużyć mi za ratunek.

Babka miała bardzo ciekawą i nieco za bogatą mimikę, by przystało to komuś normalnemu. Nie wiem, co musiało dziać się w jej głowie, ale z pewnością było to coś wielkiego, wymagającego szczególnej uwagi i zawierającego w sobie górnolotnie określane „przeżycia wewnętrzne”, bo czytać z niej można było jak z otwartej książki. Gdy już rozpakowała się, układając wszystkie przedmioty na biurku (nie przypuszczałam, że to możliwe, ale nawet długopisy miała tak powalająco nijakie, że aż ciężko mi było w to uwierzyć), powiodła wzrokiem po swojej nowej klasie, usiłując każdą z nas z osobna ocenić. Ogólny obraz chyba nie wydał jej się satysfakcjonujący, bo ostatecznie zmarszczyła się, jakby poczuła nieprzyjemny zapach, skrzywiła z jawną dezaprobatą, pokręciła głową z politowaniem i otworzyła dziennik, wzdychając ciężko. Wzdychając ciężko, boleśnie i tak cierpiąco, że aż mi samej zrobiło się nieco duszno...

Przekartkowała dziennik, szukając w nim czegoś ciekawego. Niestety, jak to zazwyczaj drugiego dnia roku szkolnego, kartki były dziewiczo puste. Uznawszy wreszcie, że żaden napis nie pojawi się za sprawą jej zdegustowanego spojrzenia, cofnęła się na sam początek i zerknęła w listę obecności. Odczytała po kolei wszystkie nazwiska, nad każdym zastanawiając się tak długo, jakby było napisane w obcym alfabecie, którego dopiero zaczynała się uczyć (a kij wie, może matematycy myślą liczbami, a litery to dla nich za dużo?). Nie spoglądała na właścicielki odzywających się głosów. Wciąż czyhała nad kartką z długopisem w gotowości, a gdy okazało się, że nigdzie nie może wstawić oznaczającej nieobecność krechy, wyglądała na autentycznie zasmuconą. No szkoda jej bardzo, kurde.

– Dobrze, proszę, zapiszcie sobie temat lekcji – oznajmiła głosem tak cichym, że w ogólnym milczeniu i ze smoczym słuchem miałam problem ze zrozumieniem jej słów. – Mam nadzieję, że nie będziecie mieć mi za złe tego, że nie bawię się w prowadzenie lekcji organizacyjnych i od razu przejdę do rzeczy.

Tak, będziemy. Ale czy kogokolwiek to obejdzie...?

Żadna się nie odezwała. No tak, dla nich to oznacza szybszą możliwość zdobycia pierwszych jedyneczek, którymi będą mogły pochwalić się przed rodzicami. Nie no, życiowy sukces – nabazgrana długopisem w dzienniku cyfra. Życie to przed nimi autentycznie otworzy. Te perspektywy... Już widzę, jak najlepsze europejskie uczelnie toczą o nie zażarty bój.

Nauczycielka wstała, przygładziła nieskazitelnie gładką spódnicę i dźwignęła się do tablicy. Dłuższą chwilę nie mogła poradzić sobie ze skuwką markera, mamrocząc coś pod nosem takim tonem, jakby obrażała jego rodzinę do siedmiu pokoleń wstecz, ale w końcu udało jej się napisać temat lekcji literami dużymi, schludnymi i przesadzonymi. Jak siedmiolatek, który uczy się ładnie rysować literki, bo inaczej pani będzie niezadowolona...

Ajć, dobra, powściągnę tę złośliwość, bo mi jeszcze w nawyk wejdzie.

Wyjęłam z torebki piórniczek i zeszyt. Tak jest, pierwszy raz od czasów, w których odkryłam, że to świetny patent, nie planowałam mieć w szkole jednego zeszytu do wszystkich przedmiotów. Tym razem musiałam przecież zrobić jak najlepsze wrażenie błahostkami, żeby patrzyli łaskawszym okiem na całą resztę...

E, a zresztą? Przecież miałam stąd spieprzać w podskokach. Jakoś muszę to załatwić, żeby chcieli mnie wywalić, bo inaczej nie ma szans, rodziców za diabła nie przekonam, skoro tak się na tę szkołę uwzięli.

No więc otworzyłam swój nowy zeszyt do wszystkiego. Zaczęłam pisać...

– Ekhem!

Jezus Maria, mało brakło, a spierdzieliłabym się z krzesła, gdy podskoczyłam na nim z głuchym okrzykiem. Jak się okazało, nauczycielka zdążyła bezszelestnie przemieścić się na drugi koniec sali i stanąć nade mną ze srogą miną. Teleportowała się, czy jak...?

– Tak, proszę pani? – wydukałam, gdy już upewniłam się, że nie dostanę jednak zawału.

– Czym ty piszesz, dziecko? – warknęła. Gdy chciała, umiała mówić całkiem głośno.

Dłuższą chwilę zastanawiałam się, co tak właściwie miało oznaczać pytanie. Milczałam z wyjątkowo tępym spojrzeniem i uchylonymi ustami. Spojrzałam wreszcie na kartkę, na swoją dłoń z piórem i z powrotem na nauczycielkę.

– No... tym – wydukałam, pokazując jej bliżej przyrząd. Zwykły, w srebrnej obudowie. Niczego nie było w nim kontrowersyjnego, choćbym na siłę szukała.

– Ach, tym! A co to jest? – drążyła, podpierając boki pięściami.

To utwierdziło mnie, że rozmawiam jednak z osobą nieco ułomną pod pewnymi względami i chyba powinnam być milsza, bo nieładnie tak nabijać się z czegoś takiego...

– To jest pióro – odezwałam się, gdy odzyskałam głos.

– A czy panienka czytała regulamin szkoły?

– Oczywiście, że czytałam! – zapewniłam żarliwie.

– Tak? A mnie się coś nie wydaje. – Posłała mi jeszcze jedno mordercze spojrzenie i wróciła zdecydowanym krokiem do tablicy. Zdjęła ze ściany ogromną złotą ramkę i wręczyła mi ją zdecydowanym gestem.

Owszem, gdy weszłam do klasy, zastanowiłam się, co to niby za paskudztwo. Teraz już wiedziałam.

– Czytaj. Paragraf szesnasty, podpunkt „c” – poleciła, ustawiając się nade mną w groźnej pozie.

Obejrzałam się na nią tak jeszcze w razie czego, żeby upewnić się, że to nie jest jeden wielki żart, mający na celu zrobienie ze mnie idiotki tylko przez to, że nieco mniej interesuję się życiem szkoły, ale napotkawszy stalowe spojrzenie, wróciłam do kiczowatej ramy. Przebiegłam wzrokiem wypisane drobnym maczkiem podpunkty (było ich kilkadziesiąt, jak babcię kocham, a każdy z nich miał objaśnienia wypisane od myślniczków lub literek) i z trudem odnalazłam właściwy fragment.

– Na głos czytaj! – zniecierpliwiła się matematyczka, tupiąc ze złości nogą odzianą w nieapetyczny bucik rodem ze sklepu z artykułami komunijnymi. Mimochodem zauważyłam, w jakim stanie ma pięty. Nie, nie chciałam tego zauważać. Koko Szpadel pełną gębą...

Otrząsnęłam się i posłusznie przeczytałam na głos:

– „Uczennice w zeszytach przedmiotowych piszą jedynie długopisem z czarnym tuszem lub ołówkiem”.

– I jakie wnioski?

– Ale to przecież bez sensu – jęknęłam. – Dlaczego nie mogę pisać piórem? Ma czarny atrament...

– Na mojej lekcji nie ma pisania jakimiś wynalazkami, zapamiętaj to sobie! – wydarła się tak głośno, że musiało ją słyszeć pół szkoły. Ale płuca...

– Pióro nie zasługuje sobie na miano wynalazku, skoro rodowód ma starszy niż długopis – spróbowałam nieśmiało.

– Nie obchodzi mnie to! – Wyrwała mi złotą ramkę tak gwałtownie, że aż się zachwiałam. – Wyraziłam się jasno!

– Tak, proszę pani – odezwała się tak w razie czego reszta klasy.

O ja pierniczę. Ta szkoła coraz mocniej przypomina mi jakąś wyjątkowo czarną komedię...

– I gdzie ty w ogóle masz mundurek, co?!

Szlag.

– Jest na mnie sporo za duży, więc postanowiłam zostawić go w pokoju, a po lekcjach poprosić o mniejszy rozmiar – wyrecytowałam, jak to sobie układałam w myślach od rana.

– Za duży? – powtórzyła ironicznie. – Ach, za duży, lalunia nie czuła się w nim komfortowo?

Szczęka opadła mi jakoś w okolice kolan.

– Co te dziewczyny mają teraz w głowach? – kontynuowała, nie przejmując się moją mało inteligentną miną. – Nic im nie pasuje! To szkoła, a nie pokaz mody!

– Ale dlaczego mam nie wyglądać dobrze, skoro jest taka możliwość? – weszłam jej w słowo. – Przecież nie ma w tym nic złego, że chcę mieć koszulę w swoim rozmiarze. I uważam, że nazywanie mnie lalunią jest wyrazem braku szacunku.

Zapowietrzyła się. Autentycznie tak się zapowietrzyła, że oczy mało jej z orbit nie wyszły. Aż się przestraszyłam, że zaraz będę musiała pierwszy raz w życiu przećwiczyć wzywanie pogotowia...

– Jeszcze sobie z tobą porozmawiam, laluniu, bo coś mi się wydaje, że ciebie to trzeba będzie mocno utemperować – wycedziła wreszcie i odmaszerowała do tablicy, tupiąc tak mocno, jakby chciała porobić dziury w podłodze obcasami.

Okej. A więc doskonale już wiem, jak powinnam się zachowywać. Plan zabrania się stąd czym prędzej wydaje się coraz łatwiejszy w realizacji, skoro tyloma głupotami mogę tu złamać zasady...

Posłusznie wzięłam się za przepisywanie zadań z tablicy piórem.

Jak się okazało, plan lekcji wyglądał cokolwiek dziwnie – nie było jak w normalnych szkołach pojedynczych godzin lekcyjnych z poszczególnych przedmiotów, a całe bloki zajęciowe, nieraz podwójne, na skutek czego czekało mnie... siedem godzin matmy. Poważnie, gdy mi to mignęło na planie lekcji, to aż nie mogłam w to uwierzyć. I zaczęłam się szczerze modlić, by to było spowodowane „problemami z kadrami”, jak ładnie określili brak niektórych nauczycielek. Pewnie tyle na wakacjach zabalowały. Może jak wrócą, zrobi się tutaj nieco normalniej...

Gdy wyszłam z klasy po takim maratonie, czułam się co najmniej tak, jakbym miała zaraz umrzeć. Zeżarłam cały obiad, nie mając siły zastanawiać się nad tym, czy mi w ogóle smakował, i powlokłam się natychmiast do łóżka, zamierzając do końca dnia mieć świat gdzieś. Kristina na szczęście gdzieś wybyła – pewnie do swoich koleżaneczek – więc miałam w pokoju idealną, sprzyjającą spaniu ciszę...

No i mi się zasnęło. Problem w tym, że jak już obudziłam się, zjadłam kolację i powinnam kłaść się spać, by jakoś przeżyć jutro, nie mogłam za cholerę zasnąć.

Męczyłam się, przewracałam z boku na bok. Liczyłam nierównomierne oddechy Kristiny, liczyłam własne oddechy, liczyłam nawet cholerne przysłowiowe barany – nic nie pomogło. Nosiło mnie tak, że aż się trzęsłam. Noc miała w sobie coś takiego, co nie pozwalało mi na bierne leżenie w miejscu i czekanie na sen...

Koło dwudziestej pierwszej nie wytrzymałam. Postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym i wybrać się na spacer po budynku... W końcu i tak miałam to zrobić, co nie? Dlaczego miałabym dalej żyć w nieświadomości, skoro mogłam wykorzystać świetnie okazję? Co z tego, że jest ciemno, nikt nie będzie mi przynajmniej przeszkadzał.

Wyszłam cichutko na korytarz. Rozejrzałam się dokładnie, skrzywiłam z niesmakiem, zauważywszy, że ktoś zgasił światło na noc. To nieco sprawę utrudniało... bo przecież nie mogłam go sama zapalić, do cholery. Ale dobra, trudno, jakoś sobie poradzę. Chyba.

Zamknęłam drzwi pokoju, płynnie przeszłam do większej plamy cienia. Okazało się, że smocze oczy całkiem nieźle sobie tu radziły. Mimochodem natknęłam się na jeden z wiszących dosłownie wszędzie regulaminów. Wzrok padł mi akurat na punkt dziewiąty, który głosił dumnie: „Po godzinie dwudziestej pierwszej obowiązuje całkowity zakaz przebywania na korytarzu. Uczennice powinny o tej porze znajdować się w swoich pokojach”.

Ach, jaka szkoda.

Ale w sumie ciekawe, co należy zrobić, gdy zachce się komuś do łazienki? Trzymać do bólu, czy wetrzeć w materac...?

Wszystkie korytarze w internacie wyglądały dokładnie tak samo – wysokie i cholernie ciemne przez brak okien. Kryształowe żyrandole, na ścianach boazeria z ciemnego drewna i reprodukcje najbardziej znanych obrazów. Kible syfne i przerażające wszędzie po równo. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest tak, że my same powinnyśmy je sobie sprzątać, bo jak na moje, to noga sprzątaczki nie postała tam od przynajmniej roku. Ta pleśń w rogach brodzików nie wyrosłaby przecież tak okazale w ciągu kilku dni.

Wszędzie panowała idealna cisza. Niesamowite – wyglądało na to, że wszystkie uczennice przestrzegały tego kładzenia się spać o dziewiątej. Żadnej imprezy, żadnych przyciszonych choćby głosów, żadnego blasku światła pod drzwiami... kompletnie nic. Nie chciało mi się w to wierzyć. Tylko ja jestem taka odważna?

Albo taka głupia. Kij wie, jakie są konsekwencje, jak natknie się na dyżurującego nauczyciela.

Z internatu przeszłam do głównej klatki schodowej, która zwłaszcza w nocy strasznie mi się podobała. Rzeźbiony drewniany sufit, więcej kryształowych żyrandoli i zdobień na ścianach, szerokie drewniane schody wyłożone czerwonym dywanem, witrażowe okna, przez które prześwitywało delikatnie światło latarni ustawionych przed budynkiem... Oj tak, w takim miejscu to chętnie zatrzymałabym się na dłużej. To znaczy – cała szkoła prócz pokoi i łazienek była w sumie piękna. Idealnie w moim guście. Ciekawa byłam, ile poszło na to kasy – ile moja nauka tutaj miała przede wszystkim kosztować. Rodzice chyba będą niepocieszeni, gdy już wreszcie wylecę na zbity pysk.

Na samej górze mieściła się aula tak wielka, że za nic się tego nie spodziewałam. Wyglądała raczej jak sala teatralna – miała rzędy obitych czerwoną skórą siedzeń (niestety ułożonych niemalże w poziomie, więc z ostatnich rzędów sceny pewnie wcale nie widać) i sufit malowany w jakieś niemalże biblijne obrazy. Sama scena robiła wrażenie – w połączeniu z sufitem skojarzyła mi się nieco z ołtarzem, bo była z ciemnego drewna, rzeźbiona, ciemna i opatrzona idealnie czerwoną kurtyną. Wielkie okna dawały sporo światła nawet w nocy. Na balkon niestety nie udało mi się dostać, bo drogę przegradzała krata. Możliwe, że zdołałabym przejść po niej, ale nie chciałam ryzykować, że się z niej spierdzielę i narobię takiego hałasu, że aż nagle nauczycielki się odnajdą.

W stołówce nocą nie było niczego powalającego, podobnie w otwartych na oścież klasach. Zauważyłam tylko, że krzesła postawiono na blatach, co było jakąś tam wskazówką, że chyba jednak ktoś tutaj sprząta. Szkoda, że jeszcze go na oczy nie widziałam.

W sklepiku pod schodami poczęstowałam się batonikiem, należność zostawiłam odliczoną na ladzie. Ciekawe, czy będą mnie przez to szukać. Monitoringu chyba tu nie ma.

Wyczaiłam jeszcze jedną klatkę schodową na końcu skrzydła szkolnego. Stopnie były kręte i nieprzyjemnie strome, ale miały w sobie coś urokliwego. Zupełnie jakby znajdowały się w wąskiej wieży. Coraz mocniej ciekawiło mnie to miejsce. Coś tak czułam, że przez kilka następnych nocy powinnam poszukać kryjówek, jakich nie widziałam na pierwszy rzut oka. Ten budynek mógł mieć w sobie całkiem sporo tajemnic...

Jakimś cudem dostałam się tamtędy do biblioteki. Wyglądała całkiem zachęcająco, bo była kolejnym elementem, który kojarzył mi się z zamkiem, ale gdy przyjrzałam się książkom w świetle latarki w telefonie, przekonałam się, że chociaż jest ich tam cała masa, właściwie nie ma niczego ciekawego. Zdecydowaną większość stanowiły pozycje historyczne – no a ileż można przecież – i związane bezpośrednio z przedmiotami. Historie literatury, gatunki literackie, słowniki matematyczne, biologie i inne cuda... Niczego do czytania. Część, która wyglądała nieco bardziej interesująco, stanowiły stare powieści. Wśród takich nieraz dawało się wygrzebać perełki, więc obiecałam sobie, że jeszcze tu wrócę... a następnie zorientowałam się, że to był dział oznaczony tabliczką z napisem „niemożliwe do wypożyczenia”. Fajnie, nie powiem. Całą resztę stanowiły lektury.

Nie no, dobra, był też regalik z tak zwanymi książkami do czytania w wolnym czasie. Taki mały, piwniczny. Podejrzewam, że jakbym się zawzięła, to bym przeniosła całą jego zawartość z miejsca na miejsce za jednym razem. Jak można też łatwo się domyślić, żadna książka stamtąd nie nadawała się do czytania. Pewnie specjalnie wybierali takie, żeby nie demoralizowały i miały morał.

Z biblioteki próbowałam dostać się na strych, lecz, podobnie jak skrzydło „sanitarne” (poważnie, tak właśnie się to nazywało) był zamknięty. Jutro wezmę coś, czego będę mogła użyć jako wytrycha.

Piwnica mnie wręcz zachwyciła. Niska, ceglana, zimna... a sklepienie miała krzyżowo-żebrowe. Brakowało mi tam tylko składowiska leżakującego kilkusetletniego wina i suszonego jedzenia na zimę. W kątach walało się sporo ciekawych rzeczy – popsutego sprzętu kuchennego, rozpadających się urządzeń elektronicznych, popakowanych z zaskakującą niedbałością dokumentów, upchanych na nieco rozpadających metalowych regałach. Całe pomieszczenie noszące dumne miano archiwum przywodziło raczej na myśl scenę z filmu postapokaliptycznego, niż składowisko ważnych szkolnych papierów. Pralnia i pomieszczenie, w którym stała gigantyczna maglownica, nieco już mocniej kojarzyło się z czymś z w miarę współczesnych czasów. Głównie przez brzęczące na potęgę jarzeniówki zawieszone na kablach nierównej długości.

W sumie to nie wina i żarcia mi tam brakowało. Brakowało mi tam pełnowymiarowej rzeźni, lochów i sali tortur.

Wróciłam do pokoju znacznie szybciej, niż pierwotnie zamierzałam, częściowo wycieczką zawiedziona. Nie mogłam zasnąć, wciąż nie potrafiąc odżałować, że nie miałam ze sobą niczego, czym mogłabym otworzyć najbardziej intrygujące drzwi, ale postarałam się uspokoić, wmawiając sobie, że wszystko jeszcze przede mną. Jutrzejszej nocy chyba nie zmrużę oka...

Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany