Opowiadanie użytkownika faravandel

Zemsta owiec

local_library7 comment0 thumb_up0
DETROIT: SLAVES - część 2

Michael stał z gorącą kawą w ręku nad trupem otyłego mężczyzny z plamami krwi spływającej z rozwartych ust. Muchy latały wokół martwego ciała, a ubranie było rozszarpane. Przez chwilę stał w osłupieniu na widok tego, do czego doprowadził jakiś zepsuty android. Rany były wypalone ogniem z zapalniczki, jednak były dużo starsze i na domiar złego w okolicach nadgarstka. Przekrwione oczy, opuchnięte oczodoły i popiół pod paznokciami raczej nie mówiły więcej niż to, że był zdesperowanym nałogowcem, próbującym popełnić samobójstwo. Nie było wzmianki o rodzinie ─ jedynie młodszy brat potrącony przez autobus szkolny ─ przez co popadł w depresję według danych z kartoteki psychiatry doktor Louise Deehan. Scott był na przesłuchaniu pani doktor, który obiecał się informować Michaela o nowych wzmiankach dotyczących sprawy morderstwa.

─ Porucznik Anderson jest już na miejscu, panie Crawford. Może pan jechać do domu ─ oznajmił policjant chowający notes do kieszeni.

Michael machnął ręką odpowiadając, że zostanie na miejscu, by dojść do końca tejże sprawy. Jednak nie uśmiechało mu się pracowanie u boku zgorzkniałego i wulgarnego porucznika z nowym psem u boku ─ Connorem ─ na domiar złego był androidem. Porucznik skinął głową na widok Michaela, po czym minął go, stanąwszy tuż obok ofiary. Podrapał się po brodzie, a między pytaniami klął jak szewc na widok trupa.

─ Detektywie Crawford, wie może pan wstępnie co tu się stało? ─ zapytał Connor z przenikliwym spojrzeniem.

Michael podciągnął nos.

─ Ubił go android. Sąsiedzi wezwali lokalną policje, bo słyszeli niepokojące trzaskanie. Gdy kolega dotarł na miejsce, facet już nie żył. Ma stare rany tu, na nadgarstkach ─ wskazał palcem ─ jednak są starsze. Facet nazywa się Fletcher Binlow, były woźny liceum w Detroit. Dyscyplinarnie zwolniony po tym jak android przejął jego stanowisko.

─ A te ślady otarć wokół szyi? ─ dopytał android. Kucnął i zaczął analizować całe zdarzenie, nieprzerwanie słuchając Michaela.

─ Tam leży połamane krzesło, pewno na nim siedział, gdy próbował się zabić ─ wzruszył ramionami. ─ Lina zerwała się łącznie z hakiem. Linę zabrali do analizy.

─ Skoro chciał się zabić, to po jaką cholerę był mu potrzebny android? ─ zapytał znudzony Anderson.

─ Tu jest krew androida ─ wskazał Connor na kuchenny blat i nóż leżący na okrągłym stoliku. ─ Poruczniku, a może pan Binlow rzucił się na androida?

─ Z całym szacunkiem, że się wtrącam, ale to raczej było na odwrót. Zresztą sąsiedzi potwierdzili fakt, że pan Binlow nie posiadał androida. Podejrzewamy napaść do domu w trakcie próby samobójczej ─ wtrącił znudzony Michael popijając kawę.

Connor jednak uniósł brew. Nie do końca był pewien teorii Crawforda, więc zaczął wytrwale analizować każdy szczegół brudnego mieszkania, po którym toczyły się szczury. Mrugnął kilkukrotnie, następnie krzątał się z miejsca na miejsce w trakcie gdy Michael stanął w jednym miejscu i obserwował androida w akcji. Rozmyślał o całym zajściu, a potem wyciągnął portfel, w którym trzymał zdjęcie mamy. Westchnął głośno. Brakowało mu dźwięcznego śmiechu, melodyjnego, tak ładnie brzmiącego, przez który robiło się mu cieplej na sercu. Wyszedł przed dom, gdzie stali policjanci, a przechodni co chwila spoglądali w kierunku miejsca zbrodni. Bawiło go to, że ludzie zaczęli przejmować się śmiercią człowieka, którego życie było spisane na straty, którego ciało leży żałośnie na skrzypiącej podłodze i któremu za życia nie pomogli, choć wiedzieli o kryzysowej sytuacji. Słyszał tylko nędzne szepty i wprawiało go w to niemałe oburzenie, ponieważ ludzie kompletnie nie zrobili nic, aby zaradzić tej katastrofie. Zadawał sobie to pytanie za każdym razem.

„Zapił się albo zaćpał, na pewno…”

„To jest konsekwencja zadawania się z nieodpowiednimi ludźmi, drogi sąsiedzie.”

„Kara boska za to co wyprawiał!”

Zazgrzytał zębami. Okrążył dom, przechodząc przez błociste podwórze za domem, zauważywszy, że dwa śmietniki są przewrócone w północnym kierunku. Przeszedł, a potem zobaczył ślady. Uniósł podbródek i dostrzegł, że okrągłe okno jest otwarte. Okrążył ponownie dom, wchodząc głównym wejściem. Zagwizdał. Connor stał w łazience dostrzegłszy wypisane rA9 na kafelkach po piętnaście tysięcy razy. Android rozdziawił lekko usta, przez które wypowiedział:

─ rA9? Nie rozumiem.

─ Hej, komputerze, czy jakcitam ─ zwrócił jego uwagę Michael. ─ Możesz się na coś przydać?

Connor odwrócił się i spojrzał na detektywa pytająco.

─ Przepraszam, odpowiadam wyłącznie na polecenia porucznika Andersona.

─ Możliwe, że ten twój android nadal może tu być.

─ Ale jak to?

Michael odwrócił się i grzmiącym tonem podał polecenia policjantom będącym na ganku podwórka.

─ Okrążcie cały dom, sprawca może być w pobliżu ─ rzucił.

Anderson zdziwiony, chwycił za skórzaną kaburę przypiętą do paska spodni.

─ Crawford, wymyśliłeś coś? ─ zapytał.

─ Tak, ale potrzebuję pomocy twojego partnera ─ mruknął.

─ Częstuj się. Ja i tak mam go po dziurki w nosie. Jest upierdliwy jak drzazga w dupie.

─ Ty, Connor ─ zwrócił uwagę. ─ Przeanalizuj mi strukturę domu.

Connor kiwnął głową i przez chwilę stał w osłupieniu. Michael przebierał z nerwów w miejscu stopami, a obłocone buty pobrudziły dywan.

─ Stary dom, elewacja zakończona czterdzieści pięć lat temu, właścicielem był pan Binlow, wcześniej jego dziadek. Posiada sypialnię, kuchnię, łazienkę, salon i strych.

─ Znajdź mi wejście na strych.

─ Kurwa, Connor, nawet wgrali ci coś z architekta? ─ skomentował Anderson nieco zaciekawiony tym co się działo.

Michael chwycił zakurzoną miotłę i zwrócił uwagę, że Connor wspiął się na drabinkę, zbliżywszy się do sufitu gdzie znajdowała się kładka prowadząca na strych. Connor odwrócił się, popatrzył nań porucznika Andersona, po czym wspiął się do góry. Na strychu znajdowały się przeróżne stare meble. Komody ze świerkowego drewna, stary, potłuczony imbryk leżał przy bujanym fotelu. Przeszedł przez rozerwaną zasłonę i ostrożnie stawiał kroki do przodu. Connor rozglądał się wokół siebie, zwróciwszy uwagę na androida z ludzką krwią na koszulce, zaś brakowało mu ramienia, a z nosa spływała niebieska posoka. Był niestabilny, jednak spokojny.

─ Nie wydaj mnie, proszę… ─ wyszeptał cicho. Connor słyszał szloch. ─ Uciekłem zanim wyrzucili mnie na złomowisko. Ten człowiek próbował się zabić, chciałem mu pomóc, ale rzucił się na mnie. Próbował mnie zabić.

Connor stał i bez wyrzutów zawołał detektywa Crawforda. Android został schwytany i skuty do drzwi samochodu.

Godziny mijały, a android nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Był zrozpaczony, cały czas płakał, jednak nie pisnął słowem. Crawford pojechał samochodem porucznika Andersona do biura, gdzie tam miał zostać przesłuchany. Connor stał pod ścianą i zastanawiał się jak zmusić androida do mówienia.

─ Daj spokój, nic nie powie ─ pokręcił głową. ─ Niech Michael z nim pogada. Może coś od niego wyciągnie.

─ Wspomniał, że pan Fletcher go zaatakował ─ wtrącił Connor, poprawiając marynarkę. ─ Miał iść na złomowisko. Uciekł i trafił w momencie gdy ofiara miała się powiesić. Uratował mu życie, jednak rozwścieczony rzucił się na niego z nożem.

─ Powiedział ci? ─ uniósł brwi Michael nie mogąc uwierzyć w to co słyszy. ─ Android rozerwał linę tylko po to, by mu uratować dupę, a to ci nowość.

─ Jest niestabilny, ale wątpię, że cokolwiek powie. Raczej mamy pewność, że to co się stało, było wypadkiem, a on szukał schronienia.

─ Czyli mamy go uniewinnić z tego powodu? Connor, to niedorzeczne. Trzeba się dowiedzieć dlaczego tak się stało, a nie dać mu medal bohatera, bo uratował życie zaćpanego samobójcy ─ rzucił Anderson.

─ Hank ma racje. Jakkolwiek to nie brzmi, trzeba go osądzić. Zabił człowieka. ─ Gavin Reed przytaknął mu krzywiąc usta.

─ Broniąc się ─ dodał Michael.

─ Crawford, to jest maszyna. Mniej syfu byłoby z tego, że samotny facet popełnił samobójstwo niż uniewinnić androida, który uciekł władzom, rozumiesz?

─ Aha, czyli jakbym ja był na miejscu i uratował gościa przed śmiercią zostałbym oskarżony o jego śmierć po tym jak rzuciłby się na mnie z nożem? Bo się broniłem?

─ Może zamiast pracy detektywa powinieneś być jebanym prawnikiem puszek złomu, co?

─ Stul pysk, Reed.

─ Obydwaj się zamknijcie, pojeby ─ wtrącił Anderson, przekrzykując ich obu. ─ Tak go nie przyskrzynimy. Jedynie możemy go przetrzymać w cholernym areszcie.

─ Trzymaj go do jutra, może zacznie gadać. ─ Gavin wyszedł z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.

Connor spojrzał na Hanka, a potem na Michaela.

─ Może ja go przesłucham. Może mi powie.

Michael machnął ręką i przydzielił mu dostęp kliknąwszy coś na konsoli. Nie miał jednak pewności czy to poskutkuje, ale był zdesperowany, podobnie jak porucznik Anderson. Obydwaj woleliby zakończyć tę sprawę.

Wieczorem, Inka przygotowała kolację dla pana Crawforda, który miał niedługo wrócić z pracy. Bliny z truskawkami i zieloną herbatą. Szybko pomyła resztę naczyń i wyprasowała ubrania. Włożyła je do garderoby i cierpliwie czekała na przybycie właściciela.

Pan Crawford przyszedł punktualnie, a Inka przywitała go w drzwiach, odbierając płaszcz i parasol.

─ Zrobiłam panu pyszną kolację. Według przepisu pana matki, bliny z truskawkami.

─ Wyciągniesz whisky z barku. Nie mam ochoty na jedzenie.

─ Czy coś się stało, panie Crawford?

─ Zamknij się i wyciągnij tę pieprzoną whisky! ─ warknął, uderzając ją w twarz.

Mrugnęła kilka razy, po czym bez zbędnych pytań wyciągnęła z barku whisky i nalała ją do kryształowej szklanki.

Zabrał butelkę odrzucając tym samym szklankę, która rozbiła się na setki kawałków.

Przecież to szklanka, którą dał mu Michael na urodziny, jęknęła w myślach. Pozbierała ją, po czym niechętnie wyrzuciła do śmieci. Miała wrażenie jakby kolejne wspomnienie o Michaelu zostało wymazywane z pamięci jego ojca. Im dłużej go nie było, tym cierpiał pan Crawford. Cierpiała Inka.

Wzięła talerz ze stołu, wyrzucając ciepły posiłek i gorącą herbatę. Poczuła ogarniającą melancholię wewnątrz siebie i jak się destabilizuje. Był to kolejny raz, kiedy ogarniał ją bunt i smutek, zarazem wściekłość i żal, a bywało to coraz częściej. Wyszła z kuchni, dostrzegłszy, że pan Crawford zbliżał się ku niej w gwałtowny i niebezpieczny sposób. Był szeroki w barkach, miał muskularne ramiona jak na starszego mężczyznę, a przez koszulę napinały się mięśnie. Chwycił ją za gardło i odrzucił do tyłu. Inka poczuła strach.

Zaczął przeklinać, oskarżać ją o wszystkie jego błędy, na domiar złego bił ją, jednak tym razem Inka nie pozostała dłużna. Miała dość ciągłych napraw. Przez nie traciła pamięć i wymazywała jej się piękna twarz Michaela. Zatrzymała pięść pana Crawforda w powietrzu i z rozmachem kopnęła go w brzuch. Uciekła, okrążając salon, jednak prędko chwycił ją za udo i pociągnął do siebie. Pchnął na ścianę i ładował pięściami jakby była workiem treningowym. Inka jęknęła, zalała się płaczem, a potem krzyknęła. Z trudem popchnęła go na kanapę, gdzie potknął się i sturlał na ziemię. Uciekła do kuchni, gdzie chwyciła nożyczki leżące obok książki kucharskiej, po czym schowała się za ladą. Trzęsła się ze strachu, nigdy nie odważyła się, by postawić się przed napastnikiem, na dodatek jeszcze przed właścicielem. Miała dość tego piekła. Chciała uciec.

Przecież się starałam… chciałam pana uszczęśliwić, a pan mnie nienawidzi, mówiła w myślach bezgłośnie płacząc.

─ Chodź tu, suko. Nauczę cię szacunku do pana ─ ryknął.

Kopał krzesła, rzucał porcelanowymi pamiątkami zmarłej żony, które pękały jak Inka od środka.

Inka przeczołgała się do tyłu, jednak pan Crawford szybko ją znalazł i rozerwał sukienkę z jej ciała. Odskoczyła przerażona, a potem zaatakował ją kijem baseballowym i uderzył ją kilkakrotnie w brzuch na co Inka się skuliła, nie mogąc złapać powietrza. Poczuła jak w środku biokomponenty szaleją, a w głowie jakby panowało zwarcie, przez które rzuciła się z całą siłą na pana Crawforda, krzyknęła wbijając mu nożyczki w szyję. Popatrzyła mu w oczy. Widziała jak pan Crawford robi się nieobecny i gasnął w oczach.

Krzyknęła chwilę później jak spojrzała na zakrwawioną dłoń i martwe ciało właściciela, który leżał nieruchomo pod ścianą z nożyczkami wbitymi w boczną część szyi przebijając tętno.

Strach przeistoczył się w pustkę, wściekłość i nienawiść. Ogarniająca bezsilność sprawiała, że dziewczyna nie wiedziała co ma teraz począć. Wiedziała, że musi zniknąć. Odejść daleko stąd. Z dala od martwego Crawforda, a w szczególności Michaela, za którym bardzo zaczęła tęsknić.

Dioda zmieniła kolor na czerwony, a zwarcie spowodowało powrót obrazów sprzed laty i tego co przez pół życia Michaela działo się w tym domu. Była bita, podobnie jak Michael. Gnębiony przez ojca, który nienawidził wszystkich wokół i obwiniał o nieuniknioną śmierć żony. Uciekł, gdy tylko mógł i kompletnie przestała się mu dziwić. Postanowiła podjąć tę samą decyzję.

Naga zmyła z siebie krew wchodząc pod prysznic, następnie wrzuciła zakrwawione ubranie do kominka. Wyciągnęła ze starych pudeł matki Michaela ubrania. Nałożyła stare, wyprane dżinsy, białe skarpetki, botki na niskim obcasie i bawełnianą koszulę w kratkę. Na to przeciwdeszczową kurtkę z dziurawą kieszenią. Stanęła ostatni raz przed lustrem i wiedziała, że musi pozbyć się diody. Jeśli ktokolwiek ją rozpozna, będzie miała kłopoty. Wyrwała diodę, czując kolejne zwarcie w głowie. Nie należało to do przyjemnych doświadczeń. Skrzywiła się, jednak chwilę później dioda leżała w umywalce, następnie pod ciśnieniem wody spłynęła do kanalizacji.

Wzięła głęboki oddech. Wyciągnęła pieniądze z sejfu i uciekła z mieszkania najprędzej jak się dało. Ostatni raz spojrzała na ciało Crawforda i w ogóle nie żałowała tego co zrobiła. Jedynie żałowała, że nie zrobiła tego dużo wcześniej.

Nazajutrz, Michael umówił się na siłownię ze Scottem gdzie mogli wypocić cały stres spowodowany pracą. Scott rozglądał się wokół, patrząc na pośladki dziewczyn przed nimi rozciągające się mozolnym ruchem. Szturchnął Michaela.

─ Fajny z niej towar, co? ─ zachichotał.

─ Widzę plamę po spermie na nogawce ─ zwrócił uwagę. ─ Albo ma chłopaka albo czeka na szybki numer pod prysznicem.

─ Zacząłbyś sobie dziewczyny szukać, Crawford. Może jakaś ci przypadnie do gustu.

─ Daj spokój. Jeśli chodzi o urodę to raczej żadna mnie nie ujęła.

─ A jaki typ urody cię kręci? Może pójdziemy do klubu Eden na jakieś androidki jeśli cię kręcą?

─ Ta androidka mojego ojca jest całkiem ładna.

─ Nigdy jej nie widziałem ─ wzruszył ramionami Scott schodząc z bieżni. ─ Ale nie przypuszczałem, że kręcą cię maszyny.

─ Czekaj, gdzieś mam jej zdjęcie… ─ zamruczał wyciągając telefon z torby sportowej leżącej na ławce. Przy okazji napił się.

Kompletnie zignorował uwagę kolegi. Android czy nie, Inka była ładna. Znalazł zdjęcie w eleganckiej sukience, gdy ojciec zapraszał ją jako towarzyszkę spotkań elit. Została zaprojektowana specjalnie dla jego ojca przez CyberLife, dlatego jej nietuzinkowa uroda pasowała do towarzystwa rekinów biznesu.

─ O cholera, Michael. Nie dziwię ci się, że ci się podoba. Jest śliczna ─ skomentował.

Po chwili podeszła do nich czarnowłosa dziewczyna, która jawnie okazała zainteresowanie jego osobą.

─ Cześć, mogłabym cię poprosić o asystowaniu przy jodze? Moja koleżanka zachorowała, a ja nie mam partnera ─ uśmiechnęła się ─ jestem Kate, tak poza tym.

Podała mu rękę, jednak Michael zmierzył ją wzrokiem. Nie był kompletnie zainteresowany.

─ Nie jestem świetnym partnerem do jogi, za to mój drogi kolega tutaj, wie o jodze znacznie więcej. ─ Michael wskazał na Scotta, po czym posłał taktowny, skromny uśmiech.

Zostawił ich samych sobie, a sam poszedł pod szybki prysznic. Myślał o tym czy faktycznie się ustatkować, ale nie bardzo miał do tego głowę. Jego charakter w ogóle nie pasował mu do towarzystwa pospolitych dziewczyn. Chociaż lubił się napić to jedynie w samotności.

Wówczas jadąc samochodem do domu, zabrzęczał mu telefon. Odebrał go nucąc pod nosem stare piosenki Bon Jovi.

─ Słucham?

─ Cześć, Michael, z tej strony Reed ─ usłyszał markotny głos Gavina.

─ Co tam?

─ Musisz przyjechać do apartamentu ojca.

─ Dlaczego?

─ Ech, nie wiem jak ci to, kurwa, powiedzieć, ale delikatnie nie da się tego powiedzieć. Twój ojciec nie żyje.

Michael rzucił telefonem, po czym natychmiast zmienił cel podróży.


Komentarze

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany